wtorek, 27 grudnia 2016

ŻYCIE CODZIENNE W ZRUJNOWANYM MIEŚCIE.


 27 grudnia 2016 r.

Wiosna tego roku przyszła dziwnie wcześnie, po mroźnej i śnieżnej zimie. Już w marcu biegałam po trawnikach w samych szortach, opalona jak cyganka. W ogrodzie rozkwitały fiołki i tulipany, a drzewa były w pełni rozkwitu. Miasto ma o wiele ładniejszy wygląd, niż owego październikowego dnia, kiedy zmęczone i rozgoryczone wysiadłyśmy z pociągu. Drzewa okryte młodą zielenią, maskują częściowo gruzy. A może po prostu, przyzwyczaiłyśmy się już do tych ruin?
Osadnicy jadą na Zachód.
To były twarde, prawdziwie pionierskie lata, życie pełne trosk i bezpardonowej walki z lawinowo piętrzącymi się zadaniami, często przerastającymi siły jednego pokolenia. Powoli przybywało nas Polaków. Codziennie na dworzec wjeżdżały długie transporty, przywożąc osadników z kresów wschodnich, Polaków z Francji i Anglii. Przybywali zesłańcy z Kazachstanu i Sybiru, bezprawnie i brutalnie wywiezieni z rodzinnej ziemi. Obciążeni strasznymi wspomnieniami, często pozostawiali tam, daleko, groby najbliższych i tutaj od nowa budowali swoją egzystencję. Zaludniały się miasteczka i wsie, na puste dotąd pola nareszcie wyszły pługi orząc ziemię, a polscy rolnicy siali zboże na nowy, polski chleb.
Nowe wsie, ale nie te pod Buczaczem i Lwowem.
Coraz prężniej działała polska administracja, władze miasta i urzędy. Ludzie pracowali z prawdziwym entuzjazmem, nie oglądając się na zapłatę, często za talerz zupy i kromkę chleba. Czasu nikt nie liczył, pracowało się dzień i noc. Chyba nigdy wcześniej, ani później, nasz naród nie pracował z tak szalonym pośpiechem, entuzjazmem i samozaparciem. Te pierwsze lata po wojnie, pozostały w mojej pamięci, jako coś wspaniałego, czas niesłychanego zapału i żarliwego poświęcenia.
Dziś mówi się młodemu pokoleniu, które nie zna tamtych czasów, bo to dla nich już odległa historia, że cały naród polski  był wrogo usposobiony do nowej ideologii i  tak zwanych rządów ludowych w Polsce. Ale nie jest to cała prawdą. Owszem, w opozycji do socjalistycznego państwa była większość inteligencji, nie mówiąc już o polskim ziemiaństwie, którym parcelowano majątki i wyrzucano z dworów. Natomiast większość społeczeństwa, przed wojną cierpiąca biedę, chłopi, którym nowa władza rozdawała ziemię, i otwierała szansę na lepszą przyszłość, popierali  rząd niemal z entuzjazmem.

Pamiętam wiece organizowane zaraz po wojnie. Przychodziły na nie tysiące ludzi, z własnej woli, i wypowiadały się po stronie rządu. Trzeba pamiętać, że były to początki utrwalania władzy ludowej, okres, kiedy Bierut i aparat partyjny brał udział w nabożeństwach kościelnych. Nowa władza pokazała co potrafi, dopiero po pewnym okresie, kiedy się  już umocniła.
Tak wyglądała jasna strona medalu. Ale nadchodziły bardzo mroczne czasy. Narastający terror stalinowski powodował napięcia, konflikty międzyludzkie. Powstawały tajne organizacje paramilitarne, najczęściej składające się z dawnych oddziałów partyzanckich i młodzieży akademickiej. Mnożyły się napady, a osławiony Urząd Bezpieczeństwa Publicznego zaczął działać z całą bezwzględnością i okrucieństwem, budząc paniczny strach, Ludzie obawiali się denuncjacji, bo każde niebacznie  wypowiedziane słowo groziło uwięzieniem i torturami.
W Bolesławcu, pierwsza siedziba UB, mieściła się na ulicy Grunwaldzkiej, w pięknym zabytkowym budynku. W ogrodzie otaczającym budynek, stały zabawne poniemieckie krasnale. Pewnego dnia, przechodząc tamtędy z Mamą, spostrzegłam je i tak mi się te krasnale spodobały, że stanęłam, żeby się im przypatrzyć. Wartownik stojący przy wejściu, ponury typ uzbrojony po zęby, łypnął na nas złym okiem spod hełmu i warknął:
- Wynoście się stąd!
Dawny gmach UB.
 Matka rzuciwszy okiem na tablicę zbladła i chwyciwszy mnie za rękę, w popłochu uciekła. Odtąd z daleka omijałyśmy dom z krasnalami. Złowroga reputacja tego gmachu, nie pasowała do bajkowych krasnoludków.
W lecie przybyły nowe transporty, wioząc Polaków mieszkających na terenie Jugosławii, uroczyście witanych na dworcu przez władze miasta. Byli tak mocno opaleni, że wydali mi się jakimiś przybyszami z egzotycznych krain. Przybiegłam z dworca do domu bardzo podniecona, wołając:
- Mamusiu, Murzyni przyjechali!
Miasto otaczały gęste lasy, a w nich często toczyły się potyczki wojska i milicji z partyzantami Werwolfu, oraz bandami napadającymi na polskie wsie i transporty z żywnością. Pewnego razu, zorganizowano wielką obławę na bandytów, w której udział wzięli oficerowie RKU i nasi żołnierze. Chłopcy dla kawału, ubrali na głowy niemieckie hełmy, jakich mnóstwo poniewierało się po starych magazynach. Tak wystrojeni, pojechali autami do Nowej Soli, bo tamtejszy urząd miasta wzywał pomocy. W miasteczku, na widok pędzących aut pełnych żołnierzy w niemieckich hełmach, wybuchła panika. Mieszkańcy byli przekonani, że to Werwolf uderzył na miasto. Auta zatrzymały się przed Urzędem Bezpieczeństwa, lecz budynek wydawał się kompletnie wyludniony. Ojciec, biorący udział w tej akcji, opowiadał nam potem ze śmiechem, że po długich poszukiwaniach, znaleziono UB-owców, leżących pod biurkami, pochowanych na strychu i w piwnicy. Trzęśli się ze strachu w obawie, że Niemcy ich znajdą i postawią pod murem. Żołnierze i milicjanci, bynajmniej nie kochający się z UB-owcami,pokładali się ze śmiechu, wyciągając ich z kryjówek.

Jadą w nieznane, na obcą ziemię, pod obce niebo.
Zaopatrzenie w żywność ciągle szwankowało. W mieście brakowało mięsa, bo bydło i trzoda chlewna pozostawiona przez Niemców, poszły pod nóż i trafiły do garnka armii radzieckiej. Dla osadników nie pozostało prawie nic. Dopóki nie nadeszło lato i nowe zbiory, nie mieliśmy wcale owoców i jarzyn. Chleb, mąka, cukier i smalec wydzielane były na kartki. Na szczęście Ojciec, rozmiłowany w polowaniu, często wybierał się do okolicznych lasów na łowy,, przynosząc do domu zająca, kuropatwy, czy bażanta, z którego Mama znająca doskonale sztukę kulinarną, przyrządzała wykwintny rosół. Ta pasja polowanie, o mało nie skończyła się dla ojca tragicznie.
Umówił się z leśniczym, że zapolują na dziki. Leśniczy zapewniał, że najpiękniejsze okazy żerują w puszczy koło Kliczkowa i Osiecznicy. Znajomy podrzucił ich tam bryczką, obiecując powrócić po nich rano. Obaj panowie umieścili się na poniemieckiej ambonie, wysoko na drzewie i cierpliwie oczekiwali na nadejście stadka dzików. Ojciec posiadał znakomitą angielską dubeltówkę i zapewniał Mamę, że przywiezie do domu dzika wielkiego jak piec! Ściemniało się, ale dziki jakoś nie chciały się pokazać. Naraz w gęstwinie krzewów rozległ się podejrzany szelest i Ojciec błyskawicznie wycelował, czekając na pojawienie się dzika, sarny lub jelenia. Leśniczy również podniósł karabin, gotując się do strzału. Szelest się zbliżał i obaj panowie ucieszyli się, że całe stadko wyjdzie wprost na nich.
Zarośla rozchyliły się, a Ojciec w ostatniej chwili zdjął palec z cyngla i oniemiał.
Zamiast oczekiwanych  dzików, z gąszczu wyszli ludzie. Byli w maskujących panterkach, uzbrojeni w pistolety maszynowe i ciągnęli za sobą małe wózki z ciężkimi karabinami maszynowymi. Obaj panowie skulili się na ambonie, bojąc się nawet głośniej odetchnąć. To był oddział Werwolfu, osławionych „Wilkołaków”,w liczbie około trzydziestu ludzi. Co gorsza, mieli z sobą psy, duże groźne wilczury. Na szczęście dla pechowych myśliwych, wiatr wiał od strony Niemców i psy nie zwęszyły myśliwych, zajęte świeżymi tropami zwierzyny. Niemcy przez jakiś czas kręcili się w pobliżu ambony, a kiedy nareszcie sobie poszli, była już ciemna noc i nie podobna było łazić po ciemku, narażając się na spotkanie z nieprzyjacielem. Ojciec i leśniczy całą noc przesiedzieli na ambonie, dziękując Bogu, że wcześniej niż Niemcy, nie wyszedł dzik, do którego by strzelili. Ten strzał kosztowałby ich życie.
Heinrich Himmler i jego gwardia SS.
Werwolf zorganizowano na rozkaz samego Heinricha Himmlera w jesieni 1944 r. gdy przewidywano, że tereny Dolnego Śląska znajdą się pod okupacją. Organizacja wojskowa, skupiająca żołnierzy SS, miała siedzibę w Libercu, skąd dokonywała napadów na wsie i miasta  zasiedlone przez Polaków, niszcząc fabryki uruchamiane przez polskich robotników. Plan Werwolfu, podziemnej partyzantki niemieckiej, podsunął Himmlerowi Gehlen, późniejszy szef wywiadu w Niemczech Zachodnich, opierając sktukturę partyzantki na wzorach z AK.
Z ręki Werwolfu ginęło wielu ludzi. Opowiadano sobie o bestialskim okrucieństwie, z jakim mścili się na niewinnych osadnikach. Partyzantka niemiecka napadała na transporty samochodowe i kolejowe, a latem podpalała lasy otaczające kręgiem Bolesławiec.Nawet wiele lat po wojnie, członkowie Werwolfu podpalali budynki mieszkalne. Spłonęła też Biblioteka Uniwersytecka we Wrocławiu. Najskuteczniej działali tam, gdzie wspierała ich ludność niemiecka, dając schronienie i żywność.
Wolfsangel (wilczy hak) oznaka organizacji Werwolf.
Nie przypominam sobie tego zbyt dokładnie, lecz był to zdaje się rok 1947. Bardzo upalne lato, suche i gorące. Werwolf podpalił wtedy okoliczne lasy. Przeżyliśmy wówczas prawdziwe piekło. Miasto tonęło w dymach, a upał i gorąco z palących się lasów, był nie do zniesienia. Dusiliśmy się, władze Bolesławca rozważały nawet ewakuację mieszkańców.
Pamiętam, że Ojciec zabrał mnie na wieżę kościoła ewangelickiego. Po zniszczonych schodach wspięliśmy się na sam szczyt, i naszym oczom ukazał się przerażający widok. Całe miasto otaczała ognista wstęga płomieni. Gdziekolwiek skierowaliśmy wzrok, wszędzie widzieliśmy ogień, a nad lasami unosił się gęsty, czarny dym, zasnuwając cały horyzont. Do akcji gaszenia pożaru, zmobilizowano wojsko, milicję i ludność cywilną. Opalających się mężczyzn zabierano nawet znad Bobru, w samych kąpielówkach. Oczekiwaliśmy, że lada chwila burmistrz zarządzi ewakuację. Mieliśmy jednak szczęście! Wielkie upały wyładowały się w potężnej burzy z gradobiciem, a ulewa ugasiła pożary.
Symbol Werwolfu.
   Następnym zadaniem osadników, była akcja odgruzowania miasta, by przystąpić do odbudowy. Rozpoczęto od Rynku. Od ulicy Prusa, aż do miejsca, gdzie obecnie stoją wieżowce przy Zygmunta Augusta i Parkowej, ciągnęły się wąskie tory, po których pchaliśmy niewielkie wagoniki pełne gruzu. Nie uszkodzone cegły układano w stosy, aby posłużyły przy odbudowie. W odgruzowaniu brali udział wszyscy. Gospodynie domowe, urzędnicy, młodzież, wojsko, nawet dzieci. Gruz wysypywaliśmy do wielkich dołów, na miejscu dzisiejszych wieżowców. Pracowaliśmy bez rękawic ochronnych i wracając do domu, miałam często dłonie poranione do krwi. Żelazne wózki z gruzem były niesamowicie ciężkie, ale od tej pracy nie można się było wykręcić, to był obywatelski obowiązek.
Tu rozpoczęto odgruzowywanie miasta. Rynek- ul. Prusa
Codziennie pociągi przywoziły nowych mieszkańców, musieli oni gdzieś mieszkać, więc domy wyrastały jak grzyby po deszczu. Chłopi przenoszeni z zapadłych wsi Polski Centralnej i Wschodniej, przybywali z kojcami pełnymi kur, kaczek, królików, zajmując pachnące świeżością mieszkania w nowych domach. Wesołe opowieści o trzymanych w wanach świniach i królikach, bynajmniej nie są dowcipami. Na próżno straż porządkowa chodziła po strychach i mieszkaniach, zabraniając trzymania w tych miejscach trzody chlewnej i drobiu. Nowi mieszkańcy miast byli bezkarni. Nie próbowano nawet nauczyć ich kultury i zachowania w mieście, bo władza ludowa po prostu przewracała im w głowach. Każdy, kto ośmieliłby się skrytykować byłego chłopa, lub robotnika, potraktowany zostałby jako wróg klasowy i naraziłby się na niemiłe w skutkach spotkanie z Urzędem Bezpieczeństwa. I śmiesznie i strasznie, ale takie to były czasy. Dzisiejsi sprawcy brudnych, porysowanych klatek schodowych i ścian zewnętrznych budynków, to w prostej linii potomkowie tych pierwszych mieszkańców miast Dolnego Śląska.
Szli na Zachód osadnicy...
Nasz stróż w RKU, również pochodzenia wiejskiego, bacznie obserwował nasze zachowanie, starając się nas naśladować. Zauważył, że praczka piorąca naszą bieliznę, wyprała także moją piżamę. Nie wiedział co to takiego i spytał Mamę, dlaczego nie ubieram tych spodni na ulicę. Mama wytłumaczyła mu, że w tym się nie chodzi, tylko śpi. Był kompletnie zaskoczony, ale udawał że to dla niego nic nowego. Musiał o tym powiedzieć swojej żonie, bo ta wieczorem, siedząc na balkonie, głośno zawołała:
- Stary, przynieś mi pijamę, bo mnie kumory pogryźli!
Wraz z napływem ludności, śmierć coraz częściej zbierała obfite żniwo. Niemal codziennie były nowe ofiary. Ginęli żołnierze, milicjanci, urzędnicy cywilni, kobiety i dzieci. Prócz morderstw dokonywanych przez Niemców, żołnierzy radzieckich, i polskich bandytów, ludzie ginęli od niewybuchów, leżących dosłownie wszędzie. Umierali na skutek chorób, braku lekarstw i wykwalifikowanej opieki medycznej. Codziennie dowiadywaliśmy się o nowych zabitych, a cmentarz zapełniał się grobami Polaków. Raz po raz wybuchały w różnych miejscach miny - pułapki, umieszczane nawet w meblach. Wieczorami bandy bijanych sołdatów włóczyły się po mieście, groźne i zdemoralizowane. Często zdarzały się prawdziwe bitwy, pomiędzy nimi, a Polakami. W czasie jednej z takich potyczek, pan Barek, lwowianin i szewc z zawodu, wykrzyknął tryumfalnie:
- Ta joj! Tatuńciu, alem sobi Ruska kopnął, jak piłkę na boisku na Łyczakowi!
   W mieście, nawet w jasny dzień, było bardzo niebezpiecznie. Ani Mama, ani ja, nie wychodziłyśmy po zakupy bez uzbrojonej eskorty. Wyjeżdżając bryczką na spacer, zawsze miałyśmy towarzystwo dwóch uzbrojonych żołnierzy, a w domach osadników na wsi, były istne magazyny broni palnej, gdyż nikt w tych czasach nie był pewien mienia i życia.
Słynny bolesławiecki wiadukt.
  W Bolesławcu brakowało po wojnie rzemieślników, więc z konieczności trzeba było zatrudniać fachowców Niemców. Przychodzili elektrycy, hydraulicy, stolarze, szklarze, na których było ogromne zapotrzebowanie. Doskonale pamiętam elektryka, zakładającego nam w mieszkaniu prąd. Był wysoki, szczupły i miał zimne oczy, mało się odzywał. Potem okazało się, że był to dowódca tajnej organizacji niemieckiej Freies Deutschland (Wolne Niemcy) kpt. Luftwaffe, inż. Artur Kuehne. Organizacja ta, współpracowała ściśle z Werwolfem. Gruby i gadatliwy stolarz naprawiający nam sfatygowane meble, również był członkiem tej organizacji. Należał również do niej niemiecki ksiądz katolicki, którego widywałyśmy z Mamą często u Frau dr. Daum. Organizacja miała na celu wysadzenie w oznaczony dzień, wszystkich ważnych ośrodków w mieście. Elektrowni, gazowni, urzędów miejskich, między innymi RKU. Pech chciał, że jeden z członków organizacji, po pijanemu, wygadał się do Polaka. Nastąpiły aresztowania, ale gadułę znaleziono nazajutrz na ulicy nieżywego. W czerwcu 1946 roku, odbył się we Wrocławiu proces, w wyniku którego kilku członków tej złowrogiej organizacji skazano na karę śmierci.
 Wtedy to okazało się, że Mama i ja, mieszkałyśmy w samym gnieździe spisku. Dowiedziałyśmy się, dlaczego do doktor Daum ciągnęły gromady mężczyzn, których widziałam w kuchni Frau W. i w gabinecie lekarki. Okazało się, że Frau Arztin Brygitte Daum, członkini Freies Deutschland i zaufana lekarka Werwolfu, w swoim gabinecie wypalała SS-manom grupę krwi, wytatuowaną pod lewym ramieniem, aby w razie zranienia natychmiast dostarczyć właściwą krew. Po tym właśnie znaku rozpoznawano byłych żołnierzy Waffen - SS. W całym domu śmierdział eter, którym lekarka znieczulała zabieg. Doktor Daum uniknęła szubienicy, bo zakochał się w niej nasz piękny sąsiad, oficer radziecki i umożliwił jej ucieczkę do Szwajcarii, sam również wybierając wolność. Frau W. także nie została pociągnięta do odpowiedzialności, nie wiadomo dlaczego.W latach pięćdziesiątych wyjechała z dziećmi do Niemiec.
    Raz Mama dostała od siostry paczkę z piękną wełną. Oddała ją pewnej Niemce, poleconej nam i znanej z robót na drutach. Jej mąż, przystojny młody mężczyzna, był prawdziwą ”złotą rączką” i często bywał u nas w domu, naprawiając różne zepsute przedmioty, czy instalacje. Oboje byli młodzi i bardzo sympatyczni. Pewnego dnia, Niemka przyniosła gotowy sweterek i wziąwszy pieniądze, poprosiła Mamę o chleb i trochę wędliny, bo zamierzała zrobić mężowi niespodziankę urodzinową. Mama mająca dobre serce, obdarowała ją wszystkim, co było w spiżarni i powiedziała, żeby przyszła nazajutrz, to dostanie więcej pieniędzy, á conto przyszłej pracy. Uradowana kobieta podziękowała Mamie wylewnie i poszła. 
Werwolf - ostatni żołnierze Hitlera.
Jednak gdy nie pokazała się przez kilka następnych dni, Mama zaczęła się o nią dopytywać. No i bomba pękła! Sympatyczni Niemcy, dali nogę w ostatniej chwili, bo następnego dnia przyszła po nich milicja. Oboje byli SS-manami, wachmanami z obozu koncentracyjnego. Rozpoznał ich przypadkiem były więzień obozu i doniósł do milicji. Przystojny, wesoły i zawsze uśmiechnięty mężczyzna, i miła, ładna kobieta, traktowali w obozie więźniów z wyjątkowym okrucieństwem. Takie były wtedy niebezpieczne znajomości. c.d.n.