wtorek, 31 stycznia 2017

SEKRETY RODZINNE - "ROBOLE" SĄ NIEZADOWOLENI!


 31 stycznia 2017 r.
 
Afisze propagandowe w latach pięćdziesiątych.

Tego wieczora Romanowicz przyszedł do domu po północy. Otworzył drzwi własnym kluczem i wszedł do sypialni. Zaczął się rozbierać, rzucając mundur, koszulę i krawat na krzesło, potem kopnął to krzesło i wszystko spadło na podłogę. Uniosłam głowę z poduszki.
- No, raczyłaś się obudzić! - warknął. - Dlaczego nie przygotowałaś mi nic do zjedzenia?
- Kolację masz w lodówce. Woda na herbatę jest gorąca.
- Od czego mam żonę? Rusz się do cholery i podaj mi kolację! - wrzasnął, kopiąc mundur pod tapczan. - Kurwa, człowiek przychodzi ledwo żywy z pracy, a ta krowa się wyleguje!
Był w nastroju, którego zawsze się bałam. Jego oczy świeciły jakimś niesamowitym blaskiem, a zwężone źrenice śledziły każdy mój ruch. Zdawałam sobie sprawę, że w takim humorze jest bardzo niebezpieczny. Bez słowa wstałam, podniosłam jego mundur i resztę rzeczy, składając je porządnie na krześle. Przyrządziłam mu kolację, zrobiłam herbatę i chciałam odejść do sypialni, ale kazał mi usiąść.
Afisz propagandowy,  jak wyżej.
- Przychodzą do domu, a ty nawet nie spytasz, dlaczego jestem zdenerwowany. Nic ciebie to nie obchodzi! Co to za żona?
Jego zarzuty były absurdalne.
- Zechciej sobie przypomnieć, - zauważyłam zimno. - że surowo zakazałeś mi o cokolwiek pytać. Milczę, więc czego jeszcze chcesz ode mnie?
- Nie gadasz, bo ci się nie chce. - mruknął ze złością. - Żebyś wiedziała, jak ciężko muszę teraz pracować. Skurwysyny, robole, ustrój im się nie podoba!
- Komu się ustrój nie podoba? - odezwałam się zdumiona jego słowami.
- Przecież ci mówię: robolom! Przyjeżdżają do Warszawy zawracać dupę ministrom. Powiadają, że partia nie chce ich wysłuchać. Podobno w zakładach za mało im płacą, a w sklepach nie ma mięsa i głodują. Durnie, zapomnieli, jak się żyło w kapitalizmie? Bez pracy i bez chleba, w kurnych chatach i zagrzybionych suterenach!
- Robotnicy skarżą się do ministrów na głód i na obojętność partii? Nie do wiary! - wprost nie mieściło mi się w głowie to co usłyszałam. - Przecież robotnicy, to najważniejsza podpora partii. Przodująca klasa robotnicza, jak głosi wasza propaganda.
- No właśnie. Nie do wiary, ale to niestety fakt. Socjalizm przewrócił tym sukinsynom w głowie. A my w Informacji musimy się męczyć, żeby dowiedzieć się, kto za tym stoi! To pieprzone Radio Wolna Europa robi im wodę z mózgów, a oni w to wierzą. Najchętniej przejechałbym się po nich czołgami!

- Wtedy zrobiłbyś przyjemność Radiu Wolna Europa. Mieliby o czym gadać przez pół roku. Za to im płacą. - zauważyłam zjadliwie. - Moim zdaniem, żeby zamknąć gęby tym robolom, jak się o nich wyrażasz, trzeba podwyższyć im zarobki i rzucić do sklepów lepsze zaopatrzenie. Naturalnie do czasu, aż przestaną narzekać. Najedzeni, nie będą myśleć o polityce i zawracać dupy ministrom.
Mąż spojrzał na mnie podejrzliwie, ale nie wyczuł brzmiącej w moim głosie ironii.
- A wiesz, ty wcale nie jesteś taka głupia, jak wyglądasz. - stwierdził z pewnym podziwem.
- Jestem ci bardzo wdzięczna za uznanie. - skinęłam mu głową z przesadnym szacunkiem. - Ale nie rozumiem, dlaczego robotnicy z warszawskich zakładów uskarżają się na głód? Przecież sklepy są wcale nieźle zaopatrzone.
- To robole z Poznania domagają się podwyżki pensji, premii i mięsa w sklepach. A my musimy dojść, kim są ich prowodyrzy, żeby póki czas ich unieszkodliwić.

- Poznań? - wydałam okrzyk zdumienia. - O jaki zakład chodzi? Chyba nie o Cegielskiego?
- Jakiego Cegielskiego? - mąż uniósł wysoko brwi.
- No Hipolita.... Ach nie, teraz są to Zakłady imienia Stalina! - powiedziałam, przypominając sobie dowcip poznańskiego taksówkarza. „Stalin ziewa!”
- Właśnie oni. Krew mnie zalewa, że przez takich skurwysynów nie możemy wyjechać na kilka dni nad morze. Chciałem ci zrobić niespodziankę i zabrać do Sopotu. Ale przez tych bydlaków, szef wstrzymał mi urlop.
- To miło, że myślałeś o mnie. - wyraziłam zdawkowe podziękowanie, ze strachem wyobrażając sobie, jaki los czeka tych nieszczęsnych robotników, gdy zabierze się za nich bezpieka, kontrwywiad i informacja wojskowa. - A kto jest twoim szefem? - spytałam niebacznie.
- Iza!...- mruknął ostrzegawczo, a potem machnął ręką. - A niech tam. I tak ich wszystkich poznasz, jak zaczniemy bywać na zabawach. Naszym szefem jest Karol Bąkowski, równy chłop. Niedługo nasz wydział urządza piknik w Kampinosie. Popłyniemy statkiem. A 22 lipca wielki bal w Ministerstwie Obrony Narodowej. Kup sobie ładną suknię. Chcę, żebyś wyglądała elegancko.
 - To musisz mi dać na to pieniądze, kochanie! - powiedziałam ze słodkim uśmiechem. - Bazar Różyckiego to drogie miejsce zakupów.
Roześmiał się, pokazując białe zęby, o które bardzo dbał.
- Dostaniesz pieniądze. Masz jeszcze okres?
- Niestety tak.
- Co tak długo? Kobiety mają okres tylko trzy dni! Będzie musiał ciebie zbadać nasz lekarz wojskowy. Jadłaś kolację?
- Aha.
- Kłamiesz! Nie jesz i chudniesz. Zrobisz się brzydka, a ja nie znoszę tych chudych szczap. Wyglądają jak wieszaki na suknie. Koniecznie musisz więcej jeść. Na razie masz tu tysiąc złotych, a jak ci zabraknie, to mi powiedz. - sięgnął do kieszeni, wyjął portfel i wręczył mi kilka banknotów.
To było dużo pieniędzy, bo przeciętna pensja w tym czasie wynosiła nieco ponad tysiąc złotych miesięcznie. Ministrowie zarabiali po osiem lub dziewięć tysięcy złotych. Oczywiście oficjalnie!
- Szkoda, że dziś masz okres. Chcę cię nauczyć kilku rzeczy. Powinnaś wiedzieć, jak zadowolić męża i sprawić mi przyjemność. Głupio cię wychowali. Będziesz całkiem dobra, jak jeszcze nauczysz się tego i owego. I tak już mówię kolegom, że moja Iza daje, jak żadna inna nie dawała!
- Oszalałeś? Jak można o tak intymnych sprawach rozmawiać z kolegami? - poczułam, że robię się czerwona jak burak ze wstydu.
- Nie przejmuj się. Mężczyźni zawsze opowiadają o tym między sobą. Ja na przykład wiem, że żona mego kolegi z branży, tak się w nocy wydziera, kiedy on jej dogadza, że dzieci przybiegają zobaczyć, czy tata nie bije mamy.
- A może on naprawdę ją bije?
Romanowicz zaczął się głośno śmiać.
- On ją? Iza, ona ma prawie metr osiemdziesiąt, a on jest twojego wzrostu! Po prostu kurdupel!
- Nie śmiej się z niskich ludzi. - powiedziałam z obrażoną miną. - Wiesz, jest takie przysłowie: ”Małych ludzi Pan Bóg stworzył, a duże osły same porosły”.
- To znaczy, że ja jestem osłem, tak? - spytał wstając i prostując się na całą wysokość.
- To tylko takie przysłowie. - odpowiedziałam z niewinną miną.
Po raz pierwszy od dnia ślubu rozmawialiśmy z sobą niemal normalnie.
Pomyślałam, że może powinnam udawać, że jestem swobodna i wesoła. Położyliśmy się w lepszych humorach, a on nawet objął mnie i westchnął, że dziś nic z seksu nie będzie. Zaraz potem powiedział coś, co mną po prostu wstrząsnęło.
- Powinnaś się starać, żebym był z ciebie w nocy zadowolony. Będąc w dobrym nastroju, jestem cierpliwy, a ci dranie, których przesłuchuję, z pewnością będą wdzięczni, nie wiedząc nawet komu to zawdzięczają. - przytulił się do mnie i cmoknął mnie w usta.
- Mówisz tak tajemniczo, że niewiele z tego rozumiem. Kto ma być mi wdzięczny i za co?
- No przecież ci mówię; podejrzani, jakich przesłuchuję. Kiedy jestem w dobrym humorze, cierpliwie wysłuchuję ich kłamstw i wykrętów. Bo z reguły oni nigdy o niczym nie wiedzą i zawsze są niewinni.
- A kiedy jesteś w złym humorze? - wyszeptałam, unosząc się na łokciu i zaglądając mu w oczy.
- No, wtedy bywam czasem niemiły. - odpowiedział krótko.
- Jak to mam rozumieć? Bijesz ich?
- Ach, zaraz bijesz! Czasem trzeba dać komuś klapsa, żeby wiedział kto tu rządzi. To wszystko.
- Przesłuchiwanym kobietom też dajesz klapsa? - indagowałam, coraz bardziej przerażona.
- Kochanie, mówię ci, że teraz wiele zależy od ciebie. - celowo nie odpowiedział na moje pytanie.
Już nie musiał. Zrozumiałam, że na przesłuchaniach bije więźniów. 
GZI słynął z brutalności, mając oficerów śledczych prawdziwych katów i morderców. Nie różnili się niczym od niemieckich funkcjonariuszy gestapo. A nawet ich metody były o wielu skuteczniejsze od tortur gestapowców. Potem dowiedziałam się, że w czasie tortur w gestapo, wielu torturowanych ludzi milczało. Tymczasem NKWD wypracowało takie metody śledztwa, iż aresztowani z reguły załamywali się i sypali. A GZI odziedziczyło metody śledztwa po NKWD i działającego w jej strukturach straszliwego Smiersz-u . Specjalnych Metod Wykrywania Szpiegów. Oddział Kontrwywiadu w wojskach NKWD.
Mój mąż był sadystą. Znęcał się nad aresztowanymi, być może miał na sumieniu ludzkie życie. Zaczęłam dygotać jak w febrze, uświadamiając sobie tę okropną prawdę. Wtuliłam się w poduszki, starając się całą siłą woli opanować drżenie. Wiedziałam, że nie wolno mi zdradzić się ze swymi myślami, bo i mnie może spotkać coś złego. Musiałam udawać, że mąż mi się podoba, że go kocham.
Jezu, ratuj! Jak ja wytrzymam to piekło, które sama sobie stworzyłam? Oddając się mu, muszę pamiętać, że powinien być ze mnie zadowolony, bo wtedy nie będzie się mścił na przesłuchiwanych! Stłumiłam w sobie gniew i strach, odwróciłam się i pocałowałam go w policzek.
- Dobranoc, niech ci się przyśni coś miłego. - odezwałam się słodko.
- Będę śnił o tobie. - odwzajemnił się komplementem.
Zaraz potem zapadł w zdrowy, mocny sen. Ja nie spałam prawie do rana, zmagając się z coraz czarniejszymi myślami.
 Często telefonowałam do rodziców, bo strasznie za nimi tęskniłam. Telefon był służbowy i nic za rozmowy nie płaciliśmy. Podobnie jak za czynsz, prąd i gaz. Oczywiście nigdy nie powiedziałam rodzicom o mojej rozpaczliwej sytuacji, ubierając codzienne życie małżeńskie w piękne słówka, z których ani jedno nie było prawdziwe. Mamusia wierzyła mi bezkrytycznie i cieszyła się moim „szczęściem”, ale ojciec już taki naiwny nie był i kilka razy zadał mi kłopotliwe pytanie, na które z trudem zdołałam odpowiedzieć. Te rozmowy z domem były jedynym promykiem słońca w ponurej rzeczywistości.
Tego dnia spotkała mnie radosna niespodzianka, bo zadzwoniła Ala, moja kochana Alinka. Mama dała jej numer telefonu. Opowiedziała, że ma już pozytywną odpowiedź z Uniwersytetu i dostanie się na medycynę, o czym marzyła od dziecka, krojąc lalki nożem i robiąc im operacje ślepej kiszki.
- Iza, powiedz mi, tak bez lania wody, jesteś szczęśliwa?Mąż jest dobry dla ciebie? Warto było tak się śpieszyć ze ślubem?
Przez dłuższą chwilę milczałam, nie mogąc wydusić z siebie słowa. Komu, jak komu, ale jej zawsze mówiłam wszystko. Nie miałyśmy przed sobą tajemnic. Nie mogłam powiedzieć jej prawdy, ale kłamać nie chciałam. Naprawdę nie wiedziałam, co mam powiedzieć. Moje milczenie się przeciągało i Ala zrozumiała to, co pragnęłam ukryć.
- Tak, jestem bardzo szczęśliwa. - bąknęłam w końcu nieszczerze.
- Wyobrażam sobie, kochanie. - zaszczebiotała Ala. - Wiesz, Witek często wspomina tę naszą ostatnią rozmowę, wtedy w lokalu. Byłaś wówczas strasznie uparta i nie chciałaś wcale go słuchać. Ale odnoszę wrażenie, że to on miał rację, a nie ty!
Zrozumiała! Przecież wtedy, w czasie zabawy na moich zaręczynach, jej brat ostrzegał mnie przez Romanowiczem. Bał się jednak powiedzieć o nim coś więcej. Boże, gdybym wówczas wiedziała!....
 - Tak. Nie miałam racji i zupełnie niepotrzebnie się upierałam. Byłam głupia.
- Muszę ci powiedzieć, że widziałam Zbyszka. - Ala szybko zmieniła temat. - Przyjechał z Gdyni, już w mundurze marynarskim. Cholercia, ale to ładny chłopak! Sama bym na niego zagięła parol, gdyby nie to, że jest beznadziejnie zakochany w innej. Mówił, że często o niej myśli. Wyobraź sobie, że nosi przy sobie jej zdjęcie! Chciałby mieć numer jej telefonu.
Spryciara! Mówiła o mnie, jak o jakiejś innej osobie. Moje kochane Alczysko!
- Lepiej, że go nie ma. - powiedziałam ostrzegawczo. - Znając Zbyszka, wyobrażam sobie jak by ją zanudzał długimi rozmowami. Cóż, zawsze miał zły gust i źle trafił ze swoimi uczuciami. Zasługuje na kogoś lepszego, od tej głupiej gęsi. Jakbyś go widziała, pozdrów go od starej kumpelki.
- Jasne że pozdrowię. Szkoda chłopaka. Opowiedz, jak tam żyjesz w stolicy? Byłaś już gdzieś na potańcówce?
Zaczęłam jej opowiadać o Warszawie, szczęśliwa, że choć jedna osoba wie, iż popełniłam fatalny błąd wychodząc za Romanowicza. Przegadałyśmy chyba z pół godziny, wracając wspomnieniami do lat dzieciństwa i szkoły. Okazało się, że nie tylko ja tęsknię za naszą starą budą i belframi. Cieszyłam się jak dziecko, że usłyszałam głos z przeszłości, tak bardzo przeze mnie kochanej teraz, kiedy już nie miałam odwrotu.
Ale za błędy trzeba płacić i ja również zapłaciłam tego wieczora, kiedy mąż wrócił do domu.
- Co to za dziewucha dzwoniła do ciebie przed południem? - krzyknął jeszcze w przedpokoju.
Zrobiłam wielkie oczy.
- Skąd wiesz, że ktoś dzwonił do mnie? - zapytałam zdumiona.
- To już moja rzecz! Odpowiadaj, kto do ciebie dzwonił!
- To była moja przyjaciółka ze szkoły.
- Do jasnej cholery, dlaczego dałaś jej numer mego telefonu?
- Mamusia jej dała. Czy to jakaś tajemnica?
- Ty idiotko! Czy ja pracuję w przedszkolu? Jak mój dowódca się dowie, że jakieś dziwki wydzwaniają do ciebie i rozmawiasz z mego służbowego telefonu, to wezwie mnie do siebie i postawi na baczność, rozumiesz? Natychmiast dzwoń do domu i powiedz twojej głupiej mamusi, żeby nie ważyła się dawać nikomu naszego numeru, jasne? Zapamiętaj to sobie raz na zawsze!

Bez słowa wykonałam jego polecenie. Mamę zdziwił mój telefon o tak późnej porze i moja prośba, ale jej nie komentowała. Romanowicz był taki zły, że przestał się do mnie odzywać i w milczeniu zjadł kolację. Te jego nagłe zmiany humoru doprowadzały mnie do rozpaczy, bo nigdy nie wiedziałam, jak mam się zachować, żeby go nie drażnić. Byłam zbyt młoda, niedoświadczona i za krótko po ślubie, obce mi były kokieteria i zalotność młodych mężatek. Nienawidziłam mego męża i bardzo się go bałam, tym więcej, gdy dowiedziałam się o jego brutalnych metodach przesłuchiwania więźniów.

Nie odzywając się do mnie, poszedł spać. Ja jeszcze jakiś czas siedziałam w kuchni, czytając książkę Tyrmanda. Mimo, iż mieszkanie było przestronne, nie miałam w nim swojego kąta i z konieczności przebywałam w kuchni, chociaż tego nigdy nie lubiłam. Tak bardzo brakowało mi mojego różowego pokoju, wygodnego tapczana, dwóch miękkich foteli przy okrągłym stoliku, ze stojącą lampą przysłoniętą abażurem. W tym moim nowym domu czułam się obco.
W środku nocy obudził nas terkot telefonu. Stał na stoliczku nocnym męża i dzwonił jak szalony. On obudził się i jeszcze wpół przytomny sięgnął po słuchawkę.
- Romanowicz! Tak towarzyszu pułkowniku, zaraz będę. Rozumiem, to oczywiste.
Odłożył słuchawkę i zerwał się z tapczana, sięgając z pośpiechem do szafy, po wiszący tam mundur.
- Iza, wstań. Zapakuj mi bieliznę na zmianę i ze dwie koszule. Zrób kilka kanapek na drogę, i kawy do termosu. Szybko, dziewczyno, zaraz przyjedzie po mnie samochód.
- Co się stało? Gdzieś wyjeżdżasz? - z trudem przecierałam oczy, pełna jeszcze sennych marzeń.
- Tyle razy mówiłem ci, żebyś mnie nigdy o nic nie pytała. Jak będę chciał, sam ci powiem. - upomniał mnie już z łazienki, puszczając prysznic. - Może mnie nie być dzień lub dwa. Żołnierz będzie ci przynosił obiady z kasyna.
- Dobrze.
- Mam nadzieję, że jak wrócę, już nie będziesz miała okresu. W końcu jestem mężczyzną i chcę użyć mojej żony. - oznajmił, wychodząc z łazienki wpół nagi, z kroplami wody na czarnym owłosieniu piersi.
Jego widok kojarzył mi się z gorylem! Zwróciłam uwagę na ten jego charakterystyczny zwrot „użyć mojej żony”! Jakbym była krzesłem lub odkurzaczem, a nie człowiekiem. Nie chciałam być „używana”, tylko kochana przez dobrego, uczciwego człowieka.
 Przygotowałam mu kanapki z szynką i zaparzyłam do termosu mocnej kawy. Za ten czas, on ubrał się i otworzył szufladę biurka wyciągając stamtąd pistolet służbowy. To biurko miało bardzo skomplikowany zamek, jakiego by z pewnością nie otworzył nawet doświadczony włamywacz. Klucz do biurka mąż nosił zawsze przy sobie, a kładąc się spać, wkładał go do szufladki swego nocnego stolika. Noc była chłodna, więc włożył płaszcz na ciepłej podpince, jaki wtedy nosili oficerowie. Wziął z pawlacza czapkę i spojrzał na mnie.
- Cześć, mała. - rzekł i podszedłszy do mnie, unosząc mi głowę do góry. - No, pocałuj męża! - rozkazał.
Posłusznie wspięłam się na palcach, żeby dosięgnąć jego ust. Chwycił mnie za włosy i tak silnie przycisnął moją głowę do siebie, że aż zatrzeszczały mi kości w karku. To nie był pocałunek kochającego męża, ale coś wynaturzonego, okrutnego i bolesnnego. Ohyda!
Nie wiedziałam co się dzieje, ale przeczuwałam, że coś bardzo złego. c.d.n.


poniedziałek, 30 stycznia 2017

SEKRETY RODZINNE - NIE CHCĘ, A MUSZĘ!


30 stycznia 2017 r.
 Na pierwszą kolację na nowym mieszkaniu, usmażyłam kotlety kupione na stoisku garmażeryjnym w Domu Handlowym i dodałam do nich sałatkę, także kupioną. Nie miałam zamiłowania do spraw kulinarnych, jak moja mama i zawsze się dziwiłam, jakim cudem z kilku jarzynek, kawałka mięsa, czy kości i kilku łyżek śmietany, mogła powstać pyszna zupa.
Romanowicz przyszedł dopiero późnym wieczorem. Wszedł do mieszkania, rozejrzał się i gwizdnął.
- No, no. - powiedział rozglądając się po pokojach i kuchni. - Może jednak warto było z tobą się ożenić.
- Nie zrobiłam tego dla ciebie, tylko dla siebie, bo nie lubię brudu. - odpaliłam.
Nakryłam stół kuchenny serwetą i ustawiłam talerze i sztućce. Romanowicz poszedł do łazienki i wziął prysznic, bo usłyszałam jak leje się woda i huczy bojler.
Bałam się, o Boże, znowu się go bałam. Myśl o strasznym bólu, jakiego doznałam poprzedniego dnia i w nocy, odbierała mi chęć do życia. Na samo wspomnienie tego, co przeżyłam, zbierało mi się na wymioty. Nie chciałam z nim współżyć, a samo małżeństwo przedstawiało mi się jako katorga i obowiązek upokarzający dla kobiety. 
Romanowicz wyszedł z łazienki już przebrany i usiadł przy stole, zabierając się do jedzenia. Co jakiś czas podnosił głowę i przypatrywał się mi spod oka. To jego przenikliwe spojrzenie bardzo mnie denerwowało. Ręce zaczęły mi drżeć i upuściłam widelec na podłogę. Nie mogłam jeść...
- No, co się z tobą dzieje? - warknął. - Opowiadaj, jak spędziłaś dzień. Zapoznałaś się z Bartnikową?
Zaczęłam mówić, gdzie byłam i co widziałam, ale jego to widać wcale nie interesowało, bo ziewnął i podniósł się z krzesła.
- Miałem cholernie ciężki dzień. - powiedział, wchodząc do sypialni i zdejmując koszulę i spodnie. - Chyba nie będziesz miała do mnie pretensji, że dzisiaj ci nie dogodzę w łóżku, ale ledwo żyję. Jutro wyjeżdżam i nie będzie mnie przez tydzień. - ponownie ziewnął i ciężko klapnął na tapczan.
O mało nie zaśpiewałam z radości. Może jednak Bóg istnieje i zechciał wysłuchać mojej prośby!
- Nie mam do ciebie pretensji. - powiedziałam obłudnie. - A dokąd wyjeżdżasz?
Podskoczył, aż jęknęły sprężyny tapczana i odparł szorstko:
- Nigdy mnie o nic nie pytaj. Jeśli będę chciał, sam ci to powiem. Wszystko, co dotyczy mojej służby jest tajemnicą. Rozumiesz?
- Tak, przepraszam.
Sięgnęłam do szafy po nocną koszulę i położyłam na krześle szlafrok, żeby był pod ręką. On leżał na wznak na tapczanie i obserwował moje ruchy.
- Cholera, ładna jesteś, ale dziś nie mam siły, żeby się tobą zająć.
- Jakoś to przeżyję. - powiedziałam z ironią, kładąc się do czystej, własnej pościeli, nie cuchnącej obcą babą. - Dobranoc. - mruknęłam, odsuwając się na skraj posłania.
Zanim zdążyłam przykryć się kołdrą, on już spał i głośno chrapał. Nienawidziłam go i życzyłam mu śmierci!
 Minął tydzień. Poczułam się nieco lepiej fizycznie, ale psychicznie nadal fatalnie. Romanowicz przez siedem dni przebywał na delegacji i wtedy było mi bardzo przyjemnie samej w domu. Sprzątaczka przyszła po raz drugi, wyszorowała parkiety w pokojach, zapastowała i wyfroterowała podłogi do połysku. Kafle w łazience, lustro i wanna lśniły czystością.
W czasie nieobecności męża, często przychodziła moja sąsiadka z parteru. Uczyła mnie gotowania i opowiadała o swoich przygodach w wojsku. Z tego, co od niej usłyszałam, nabrałam przekonania, że mój mąż jest ważną figurą, ale niekoniecznie lubianą. Pani Bartnikowa z pewnością wiedziała o nim wiele, lecz z oczywistych powodów wolała się tą wiedzą ze mną nie dzielić. Polubiłam ją, bo była jedyną istotą w tym obcym mieście, która okazywała mi życzliwość.
Kiedy Romanowicz powrócił z podróży, zaraz wybuchła awantura. Na jego stoliku nocnym stała lampka, której nie wolno mi było ruszać. Ja lubiłam czasem w łóżku coś sobie poczytać i pomyślałam, że powinnam kupić drugą lampkę na mój nocny stolik. Mąż przyjechał po południu i nie przywitawszy się ze mną, poszedł do łazienki. Siedział w niej kwadrans i dopiero po dłuższej chwili, już wykąpany, ogolony i przebrany, przyszedł do kuchni.
- Jest w tym domu coś do jedzenia? - odezwał się, siadając przy stole.
- Jak to miło z twojej strony, że mnie zauważyłeś. - uśmiechnęłam się gorzko, zraniona jego obojętnością.
 Sięgnęłam do lodówki i wyjęłam zimną pieczeń wołową. Pokroiłam ją w plastry i podałam razem z pieczywem i masłem na stół. Postawiłam przed nim szklankę gorącej herbaty i usiadłam.
Zjadł wszystko co podałam, popił herbatą i spojrzał na mnie z zainteresowaniem.
- Ładnie wyglądasz. - rzucił, obserwując mnie. - Widzę, że dobrze sobie żyjesz.
-Słuchaj, wyjeżdżając zostawiłeś mi bardzo mało pieniędzy. Oszczędzałam, ale pieniądze już się skończyły i zostało mi tylko parę groszy. Musisz mi dać coś na życie, przecież w Warszawie na kredyt niczego nie dostanę. Chcę kupić sobie drugą lampkę na nocny stolik, żeby czasem poczytać coś wieczorem.
- Nie mam pieniędzy! - odrzekł krótko.
- Jak to nie masz? - zawołałam zdumiona. - Przecież rodzice dali mi dużo pieniędzy. Wszystkie mi zabrałeś, więc gdzie się podziały?
- Rozeszły się. - powiedział wstając. - No, chodź do łóżka.
Nie ruszyłam się z miejsca, patrząc na niego ze złością.
- Gdzie masz moje pieniądze? Co z nimi zrobiłeś? - zawołałam z rodzącym się oburzeniem.
- Powiedziałem ci, rozeszły się. Koniec dyskusji. A lampki sobie najwyżej nie kupisz. Chodź, pobawimy się w tatę i mamę.
- Nie chcę! - powiedziałam przez zaciśnięte zęby.
Podszedł do mnie skradającym się krokiem i nagle niespodziewanie wyrwał mi spod siedzenia krzesło. Z rozmachem klapnęłam na podłogę, boleśnie tłukąc sobie kość ogonową.
- Wolisz, żebym ciebie pieprzył na stole? - zapytał uprzejmie. - A może na podłodze? Niektóre baby to lubią. Więc jak?
Wszystko się we mnie zagotowało z wściekłości i upokorzenia. Opanowałam się na tyle, żeby powiedzieć spokojnie.
- Powiedz mi tak szczerze, za kogo ty mnie masz? Jestem twoją żoną, czy dziwką spod latarni?
- Ależ kotku, jesteś moją ukochaną żoną, którą mam wielką ochotę  wyp...!- użył wulgarnego słowa.
- W takim razie nie używaj wobec mnie słownika, jakim posługujesz się przy kurwach! - wrzasnęłam, wyprowadzona z równowagi.
Zaśmiał się i gwizdnął z podziwu.
- W większości wszystkie kobiety to kurwy. No, ale kiedy już jesteś taka delikatna, postaram się zachowywać wytwornie. O ile nie zapomnę. W takim razie, chodź, żoneczko, pokochamy się. Przez kilka dni miałaś ode mnie spokój, powinnaś zatęsknić za mężem.
- Wyobraź sobie, że nie tęskniłam. - szepnęłam, drżąc z obrzydzenia i  lęku.
- Szkoda. - zmrużył oczy. - Iza, nie przeciągaj struny, ostrzegam. Potrafię przywołać ciebie do porządku.
Wziął mnie za rękę, podniósł z podłogi i zaciągnął do sypialni. 
Tej nocy mało spałam. A nazajutrz chwiałam się na nogach i żałowałam, że żyję. On miał siłę słonia, wcale nie było po nim widać, że niemal całą noc używał sobie na mnie. To był koszmar. Rano przyjechał po niego samochód służbowy, a on wychodząc do pracy, świeży i wypoczęty, objął mnie i pocałował mocno w usta.
- Dobrze było? - szepnął mi do ucha i roześmiany wyszedł z mieszkania.
 Znalezione obrazy dla zapytania Zdjęcie. młoda kobieta w wannie.
Pobiegłam do łazienki i siedząc godzinę w wannie, zastanawiałam się, co mam robić, bo na dłuższą metę taka sytuacja była nie do zniesienia. Wyszłam za mąż i naprawdę nie miałam żadnych oporów, żeby normalnie żyć z mężem. Kiedyś nawet bardzo tego pragnęłam. Ale to, co działo się obecnie między nami, niewiele miało wspólnego z małżeńskim pożyciem. On zachowywał się wobec mnie tak, jakby przyszedł do burdelu i najął sobie płatną dziwkę, z którą mógł robić co chce. Zresztą nawet w domu publicznym obowiązują pewne normy.
Kiedy skończył mnie męczyć, natychmiast zasypiał. Lecz po pewnym czasie budził się i nie przejmując się tym, że ja usnęłam, zaczynał swoje. Prosiłam go, tłumaczyłam, że jestem zmęczona i chcę odpocząć. Nie reagował. Nie nadawał się ani na kochanka, ani na męża. Był erotmanem, typem samca, egoistycznie i bezlitośnie wykorzystującego swoją przewagę fizyczną. Kiedy jęczałam, wciskał mnie mocniej w tapczan. Nie mogłam tego dłużej znieść i na sama myśl, że wieczorem znowu czekają mnie mężowskie karesy, ogarniała mnie straszna rozpacz i chęć unicestwienia jego lub siebie. 
W południe zapukała do drzwi pani Bartnikowa. Spojrzawszy na mnie wydała okrzyk:
- Dziecko, jak ty wyglądasz? Chora jesteś? Może wezwać lekarza?
- Nic mi nie jest. - powiedziałam, rumieniąc się mocno. Spuściłam głowę bliska płaczu.
Ale starszej pani nie udało mi się oszukać. Była doświadczoną kobietą i znała życie.
- To on cię tak urządził? Co to za człowiek! Wziął sobie niewinną dziewczynę i traktuje ciebie, jak swoje dziwki. - przyciągnęła mnie do siebie i pogłaskała po głowie. 
 Przytuliłam się do niej i wybuchnęłam płaczem.
- Ja już nie mogę! - szlochałam głośno. - On mnie zniszczy. Dlaczego on tego nie rozumie? Przecież nawet zwierzęcia tak się nie traktuje. Nie wytrzymam tego dłużej, wolę umrzeć!
- Dlaczego ty masz umierać? Jesteś młodziutka i warta miłości. Przed tobą długie życie. Chyba sam diabeł cię skusił, że zdecydowałaś się wyjść za Romanowicza.
- To on jest diabłem! - jęknęłam boleśnie. - Niech mi pani poradzi, co mam robić?
Warszawa lat pięćdziesiątych nocą.
Pani Bartnikowa zamyśliła się, nie wypuszczając mnie z ramion.
- Nie mogę z nim rozmawiać o tobie, bo wściekłby się i na mnie i na ciebie. Mówiłaś o tym z rodzicami?
- Niech Bóg broni! Ojciec by go zabił. - powiedziałam.
- Ten bydlak, nie potrafi nawet uszanować takiej młodziutkiej żony.  Ludzie z jego branży nie odznaczają się delikatnością, ale nie słyszałam żeby żony innych oficerów, skarżyły się na mężów.
- Ja się także nikomu nie poskarżę, bo się go boję
- Widocznie on potrzebuje zwykłej dziwki, bo te baby, co tutaj do niego przychodziły, to aż piszczały z uciechy. Ale ty jesteś inna. Nie martw się, niedługo znowu gdzieś wyjedzie i trochę się podleczysz. Na razie używaj dużo wazeliny. Może on się zmieni? - powiedziała bez przekonania.
Bardzo w to wątpiłam. Mąż nigdy mnie nie kochał, tego byłam zupełnie pewna, ale pragnął mnie i z pewnością szybko mu to nie przejdzie. Przecież dopiero się pobraliśmy, a ja byłam młodą, niebrzydką dziewczyną. Na szczęście rano dostałam okres i przez kilka dni miałam święty spokój, bo mąż nie zbliżał się do mnie.
Tymczasem w kraju zachodziły wydarzenia, przy których moje kłopoty małżeńskie wydawały się po prostu śmieszne. Coś było na rzeczy, bo Romanowicz przychodził do domu późną nocą taki wściekły i zmęczony, że bałam się do niego odezwać. 
Nowa Warszawa, Są już uliczne telefony!
Trzęsłam się ze strachu kiedy na mnie patrzył i starałam się zejść mu z oczu. Nie odważyłam się pytać go o cokolwiek, ale wiadomości w radiu i w telewizji były jakby mniej entuzjastyczne. Zaczęto przebąkiwać o trudnościach aprowizacyjnych, którym winny był  oczywiście "zgniły kapitalizm". Nie wątpiłam, że mąż wiedział o wielu sprawach, ale nigdy mi o niczym nie mówił, traktując mnie jak przedmiot.
Nie byłam tchórzliwa, raczej przeciwnie, często zadziorna. W dzieciństwie uwielbiałam bić się z chłopcami. Wracałam ze szkoły do domu z rozbitym nosem, podbitym okiem, zerwanym tornistrem, ale z uśmiechem tryumfu na ustach. Ale teraz zachowywałam się jak bity pies. Nie było nikogo, kto mógłby mi pomóc. 
 
Poranne kłopoty komunikacyjne warszawiaków.

Raz, mąż w pasji, rzucił w ścianę wazonem, z kupionymi przeze mnie bzami. Ich zapach przypominał mi dom, bo były to ulubione kwiaty mamy. Udałam, że nic się nie stało. Nie miałam wątpliwości, że mógłby mnie uderzyć, gdybym się odezwała. Nakazywałam sobie spokój i to była moja jedyna obrona. c.d.n.

sobota, 28 stycznia 2017

SEKRETY RODZINNE - POZNAJĘ WARSZAWĘ.


28 stycznia 2017 r.
W-wa lat 1950-tych. Aleje Jerozolimskie.
Po ataku rozpaczy, przyszedł czas do namysłu. Wstałam i zaczęłam spacerować po mieszkaniu stwierdzając, że byłoby nawet ładne, gdyby nie ten okropny bałagan. W obu pokojach leżały piękne dywany, które on przywiózł sobie z Rosji. Meble były dosyć nowe, ale zaniedbane i brudne. Firany chyba od początku istnienia nie widziały wody i mydła, podobnie jak i same okna. Z obrzydzeniem dostrzegałam ślady obecności innych kobiet. Na szklankach i talerzach szminkę, w kuble na śmieci podpaskę, stare kremy i tak dalej. Postanowiłam natychmiast pozbyć się tego. Nie byłam przyzwyczajona do pracy fizycznej, ale jeszcze bardziej nie znosiłam bałaganu.
Pozmywałam brudne naczynia i uporządkowałam kuchnię. Potem rozpakowałam walizki i powiesiłam wszystkie rzeczy w szafie, a bieliznę osobistą i pościelową na półkach. Napracowałam się, rozpakowując przysłane przez mamę paczki. Część rzeczy została złośliwie zniszczona, serwisy porozbijane, ale to co mogłam uratować, ułożyłam na swoim miejscu. Nie lubiłam zajęć domowych, lecz nie zamierzałam mieszkać w chlewie.
Postanowiłam zapoznać się z naszą sąsiadką i poprosić ją o wskazanie mi apteki, bo okropnie bolał mnie brzuch i miałam chyba ostre zapalenie pochwy. Ponieważ sprzątaczka miała przyjść po południu, miałam dużo czasu na wyjście do miasta i jakieś zakupy. 
 
Warszawa lat pięćdziesiątych. Jeszcze parterowa.

Wykąpałam się i ubrałam starannie, pragnąc zrobić na niej dobre wrażenie. Potem zeszłam na parter i zapukałam do drzwi mieszkania. Niemal natychmiast otworzyła mi widziana wczoraj kobieta. Tym razem była w sukience i sprawiła na mnie korzystniejsze wrażenie.
- Przepraszam, że panią nachodzę, ale nie znam Warszawy i mąż prosił, żeby pani zechciała mi pokazać, gdzie są jakieś sklepy. - powiedziałam, kłaniając się jej.
- No pewnie, że wszystko pani pokażę. - zgodziła się z uśmiechem. - Oj, w nocy chyba dobrze się działo, bo słyszałam jak pani krzyczała.
Zarumieniłam się mocno i potrząsnęłam smutnie głową.
- Nie działo się dobrze. - wyszeptałam zawstydzona. - Chciałam panią prosić o wskazanie mi apteki. Potrzebuję jakiegoś leku na zapalenie.
Pani Bartnikowa spoważniała, obserwując mnie uważnie.
- Było tak źle, dziecko, że aż krzyczałaś? Pierwszy raz miałaś mężczyznę? - spytała ze współczuciem.
Skinęłam głową.
- To co ten stary dureń sobie wyobraża, żeby tak skrzywdzić młodą kobietę? Ile ty masz lat, dziecko?
- Osiemnaście.
- A nich go cholera! - krzyknęła z oburzeniem. - Stary kurwiarz! Wziął sobie takie dziewczątko, niemal dziecko i zachowuje się, jakby miał dziwkę pod sobą. Pozwól, że będę ci mówiła po imieniu, bo jesteś młodsza od mojej córki. Jak masz na imię, córeczko?
- Izabela. - powiedziałam i pomyślałam sobie, że ta kobieta, to dobry człowiek. W przyszłości okazało się, że oceniłam ją właściwie. Była bardzo poczciwa, miała złote serce.
- Czekaj, dziecko, tylko wezmę płaszcz, bo dziś chłodno i pójdziemy do miasta. Wejdź do środka.
Mieszkanie było pedantycznie czyste i wymuskane. Widać, pani Bartnikowa lubiła porządek. Narzuciła na siebie płaszcz, wzięła torebkęi wyszłyśmy z domu. 
Stare domy na Saskiej Kępie. Znać ślady wojny.
Saska Kępa była od dawna ekskluzywną dzielnicą Warszawy. Zamieszkiwali ją ludzie bogaci, a luksusowe wille projektowali znakomici architekci. Dom w którym zamieszkałam, kiedyś także musiał być ładny. Zapewne był jednopiętrową willą w dużym ogrodzie, ale po wojnie władze ludowe postarały się zatrzeć ten wyjątkowy charakter miasta. Domy były poznaczone śladami kul i łatami po wybuchach pocisków. Ogrody w większości zaniedbane, zarośnięte chaszczami.
Przedwojenne wille na Saskiej Kępie.
Szłyśmy cienistą uliczką, pomiędzy rzędami pięknych przedwojennych willi, w większości zamieszkałych przez dokwaterowanych lokatorów, plagi i przekleństwa prywatnych właścicieli posesji. Pani Bartnikowa spojrzała na mnie i spytała przekornie:
- Gdzie chcesz najpierw iść? Do Domu Handlowego w Alejach Jerozolimskich, czy na Bazar Różyckiego, po jakieś lepsze ciuchy?
- Na razie ciuchów nie muszę kupować. Potrzebna mi jest apteka.
- Zaraz będzie, za rogiem.
Rzeczywiście za zakrętem ulicy była duża apteka. Weszłyśmy i stanęłyśmy w kolejce. Pani Bartnikowa szepnęła mi do ucha:
- Kup irygator, zioła Vagosan i rumianek. Zrób kilka irygacji ziołami, to szybko wyleczysz zapalenie.
Zrobiłam jak mi radziła i rzeczywiście, po kilku dniach, kiedy Romanowicza nie było w domu, zapalenie minęło.
- Gdzie są jakieś sklepy spożywcze? Mąż chce mieć wieczorem gorącą kolację. - powiedziałam, kiedy wyszłyśmy z apteki. - Nie umiem gotować, a on nie zamierza już stołować się w kasynie. - pożaliłam się sąsiadce.
- Jak będzie trzeba, to ci pomogę. Ale po co się męczyć? Przecież są sklepy garmażeryjne z gotową, przygotowaną do spożycia żywnością. Nawet ziemniaki są obrane!
- Naprawdę? - ucieszyłam się, bo w naszym mieście takich sklepów nie było.
Pani Bartnikowa szła jakiś czas w milczeniu, a potem spytała, ściszając głos do szeptu:
- Jak twoi rodzice mogli pozwolić, żebyś wyszła za tego starego rozpustnika?
- Nie pozwolili. To tylko moja wina. Jestem jedynaczką i zostawiłam ich samych. - powiedziałam, spuszczając głowę i z trudem powstrzymując łzy. - Do śmierci sobie tego nie wybaczę.
- Spodobał ci się? No, nic dziwnego, jest bardzo przystojny i ma powodzenie u bab. Wszystkie pracownice z jego wydziału szaleją za nim. Ale nie powinnaś była zawracać sobie nim głowy. Nie pasujecie do siebie. On ma twardy charakter i nie szanuje kobiet. Nie wiem, po co w ogóle się żenił?
- Ja wiem. Spodziewał się, że rodzice dadzą mi pieniądze i biżuterię. A on lubi pieniądze.
Bartnikowa spojrzała na mnie, jakby to, co wyznałam, wcale jej nie zaskoczyło. Ale nic nie powiedziała. Dopiero po chwili rzekła:
- Jesteś jedynaczką więc twoi rodzice z pewnością przeżyli to rozstanie. Wiem, jak to boli, bo moje dzieci także są daleko. Córka Krysia, studiuje w Moskwie filologię rosyjską, a syn Włodek, w Leningradzie, uczy się na politechnice. Myślałam, że będą studiować w Warszawie, ale mój stary się uparł: ”Niech jadą, zobaczą Związek Radziecki, to przecież zaszczyt!” No i pojechali, a ja zostałam sama jak palec, bo i mego starego wysłali gdzieś aż do Kaliningradu. E, co tam wspominać, lepiej pokażę ci Warszawę.
Most Poniatowskiego. Komunikacja miejska!
Miasto zrobiło na mnie wielkie wrażenie. Mimo potwornych zniszczeń, podnosiło się z ruin. Na przystankach autobusowych stały tłumy, wpychające się na siłę do wozu. Pojechałyśmy przez Most Poniatowskiego do Śródmieścia. Chciałam kupić coś na kolację. Zauważyłam, że warszawianki zachowały szyk i wdzięk, z jakiego od dawna słynęły. Niektóre panie były naprawdę elegancko ubrane. Żałowałam, że nie wzięłam lepszej spódnicy i żakietu. Oszołomił mnie Centralny Dom Towarowy, chyba najnowocześniejszy budynek w Polsce. Windy, ruchome schody, których panicznie się bałam i inne nowoczesne urządzenia, po prostu wprawiły mnie w zdumienie, graniczące z gapiostwem. Z rozchylonymi ustami przypatrywałam się ogromnym oknom oświetlającym znakomicie wielki budynek. 
W-wa. Centralny Dom Towarowy.
Na stoiskach pełno było towaru, a setki kupujących mijało się na schodach i w salach. Wjechałyśmy windą do góry i wtedy okazało się, że znajdujemy się u wejścia do pięknej kawiarni usytuowanej na tarasie budynku. Jak na zamówienie, pogoda się poprawiła. Przestało siąpić, a spoza ciemnych chmur wyjrzało słońce. Momentalnie pocieplało i uczyniło się ładnie. Usiadłyśmy przy stoliku z pięknym widokiem na Aleje Jerozolimskie. Próbowałam sobie wyobrazić, jak ta ulica wyglądała w 1944 roku, w czasie powstania?
Znalezione obrazy dla zapytania Zdjęcie kawiarni na tarasie Centralnego Domu towarowego w W-wie.
Kawiarnia na tarasie Centralnego Domu Towarowego.                                  
Postanowiłam pójść na Powązki, odwiedzić groby naszych chłopców z Szarych Szeregów, o których niedawno czytałam w książce pana Kamińskiego „Kamienie na szaniec”.
Zamówiona kawa była dobra, a ciastka pyszne, zjadłam aż trzy, bo okazało się, że jestem głodna. Od wczorajszego obiadu nic nie miałam w ustach. Pani Bartnikowa zabawiała mnie rozmową, opowiadając o życiu w stolicy, ale ani jednym słowem nie nawiązała do specyficznej pracy swego i mojego męża. Najwidoczniej był to temat tabu!
Kupiłam kilka rzeczy potrzebnych w domu i poszłyśmy do autobusu, bo niedługo miała przyjść sprzątaczka i musiałam już być w domu. Po drodze mijałyśmy dużą księgarnię. Zgodnie ze swoim umiłowaniem książek, nie mogłam się oprzeć i weszłam. Rozglądałam się po półkach, szukając odpowiedniej lektury, bo w biblioteczce męża znalazłam tylko jakieś podręczniki pisane po rosyjsku. Uprzejma sprzedawczyni widząc moje zainteresowanie, skinęła na mnie i szepnęła:
- "ZŁY"Tyrmanda pani czytała?
- Chciałam, ale nie dostałam książki.
- To niech pani bierze! - spod lady wyciągnęła duży tom i wcisnęła mi w rękę.
Pani Bartnikowa uśmiechnęła się i mrugnęła okiem.
- Ten Tyrmand jest źle widziany, a akcja „ Złego” rozgrywa się między innymi w Domu Handlowym!
- Coś podobnego! - wykrzyknęłam z podziwem. - Chciałabym być pisarką i umieszczać moich bohaterów w różnych oryginalnych miejscach. Pani Bartnikowa, ja nie znam Warszawy, ale czy możemy zajść do kościoła Świętego Krzyża? Tam jest serce Chopina, a ja uwielbiam jego muzykę. Ciotka była pianistką i codzienne grała jego kompozycje.
Kobieta wpatrywała się we mnie badawczo.
- Ty jesteś wierząca? - zagadnęła mnie niemal szeptem.
Wbrew zdrowemu rozsądkowi, który radził mi: ”nie mów nigdy nikomu prawdy”, a nawet wbrew własnym przekonaniom odrzekłam:
- Tak, jestem.
- Ja też jestem katoliczką! - ucieszyła się pani Bartnikowa. - Rodzice byli wierzący i mnie tak wychowali. Ale moje dzieci już nie wierzą, mąż także nie. Bo widzisz, dziecko, mój mąż nie jest Polakiem, chociaż nazwisko ma polskie. Moi rodzice w czasie I wojny światowej, wyjechali do Rosji, pod Wiaźmę, i ja się tam wychowałam. Ale nigdy nie zapomniałam, że jestem z Polski, bo tak chcieli mama i tato. Oni tam żyli i tam zostali pochowani, a ja w 1937 roku, poznałam mego starego. Jest Rosjaninem i komunistą, ale dobrym człowiekiem. - urwała, zastanowiła się i dodała: - Ja nie wiem, jaki on jest dla innych ludzi, może i zły. Ale dla mnie był dobrym mężem, a dla naszych dzieci troskliwym i kochającym ojcem. Pozwalał mi chodzić do kościoła, a nawet chrzcić dzieci. Kiedy faszyści zaatakowali Rosję, poszedł na front i pozostał w wojsku po wojnie. Ja także byłam w wojsku i doszłam aż do Berlina!
Słuchałam uważnie jej opowieści, bo chciałam wiedzieć, z kim mam do czynienia.
- A w jakiej armii pani służyła? - zagadnęłam ciekawie.
- No, w polskiej, u Berlinga. Ale często spotykałam się z mężem, a on służył w I Armii Białoruskiej, u Kostiuszy.
- U kogo?
- U marszałka Rokossowskiego, mąż był dowódcą jego ochrony.
Zmarszczyłam brwi. No tak, na tego rzekomego Polaka „Wisła szemrała”. Przypomniałam sobie popularne określenie z Radia Wolna Europa. Wlazłam w niezłe towarzystwo.-pomyślałam z sarkazmem. Obserwująca mnie pani Bartnikowa spostrzegła wyraz mojej twarzy.
- No, co ty, Izunia? Nie grzesz! Żebyś wiedziała, jak on chciał odbić Szwabom Warszawę w 1944 roku...
Nie potrafiłam utrzymać języka w gębie.
- Niby dlaczego Rosjaninowi zależało na wyzwoleniu Warszawy? - rzuciłam z niechęcią.
Marszałek Konstanty Rokossowski.
Moja sąsiadka tak się tym przejęła, że aż stanęła na środku ulicy.
- Dziecko, co ty gadasz? Jaki on ruski? Zależało mu na Warszawie, bo to jego rodzinne miasto. On tu się urodził. Jego siostra Helena była w mieście w czasie powstania! Ona bardzo pobożna, często chodzi do kardynała Wyszyńskiego. Marszałek kocha Warszawę, ale warszawiacy nie kochają jego. Takie już jego szczęście. W Rosji on Polak, a w Polsce ruski.
- To on nie jest Rosjaninem?
- Oj, dziecko, pewnie nasłuchałaś się tych durniów z Wolnej Europy. Rokossowscy, to polska szlachta herbu Glaubicz. Kostia urodził się w Warszawie. Jego mama także była z drobnej szlachty. Mieli niegdyś własny majątek rodowy Rokosowo, gdzieś w Wielkopolsce, stąd nazwisko. Jego krewny jeszcze przed I-wszą wojną miał majątek ziemski, a Kostia tam nauczył się dobrze jeździć konno. W czasie I-wszej wojny światowej trafił do rosyjskiego wojska i już w nim pozostał. Ale ruscy mu nie ufali. Był oskarżony o szpiegostwo na rzecz Polski i Japonii W więzieniu wybili mu dziewięć zębów, połamali żebra i wybili oko. Brat marszałka, służył przed wojną w polskiej policji śledczej! Tego mu ruscy nie zapomnieli. Kostiusza  byłby rozstrzelany, jak Tuchaczewski i inni, ale wybuchła wojna i Stalin potrzebował dobrych oficerów, więc go wypuścili, bo był bardzo zdolnym dowódcą. Przecież to on opracował plan okrążenia armii Paulusa pod Stalingradem. Paulus sprezentował mu swój osobisty pistolet, z którym marszałek się nie rozstaje. Stalin go cenił, ale do końca mu nie ufał i przed końcem wojny zastąpił go marszałkiem Żukowem, i to tamtem zdobył Berlin, a nie nasz Kostia. Nie uwierzysz, ale on swoje dzieci wychowuje po polsku. Były chrzczone w polskim kościele w Moskwie i mówią po polsku. Rokossowski kocha poezje Konopnickiej, w ogóle literaturę polską i śpiewa piosenki polskie.
- No, może. - mruknęłam, bynajmniej nie przekonana.
- Nie może, tylko tak! Marszałek mnie zna z dawnych lat. Bardzo lubi muzykę i taniec. Nieraz przychodzi na zabawy urządzane przez Ministerstwo Obrony Narodowej. Kiedyś tam pójdziemy i sama go poznasz. Jest ludzki, żołnierze go kochali, bo szczędził ich krew i życie. Nie tak, jak inni generałowie radzieccy, co słali ludzi na śmierć tysiącami. No, chodźmy już, bo do kościoła kawałek drogi.
Marszałek Rokossowski,  w środku, i marszałek Mantgomery, pierwszy z lewej.
Rzeczywiście, był kawałek. Szłyśmy i szłyśmy, ale opłaciło się, bo kościół okazał się taki, o jakim niegdyś czytałam. Przed wejściem dalej stał Chrystus dźwigający krzyż. W czasie powstania, Niemcy wprowadzili do kościoła dwa goliaty. Część świątyni po wybuchu runęła. Ale posąg Chrystusa, mimo że leżący na ziemi był cały, choć poznaczony kulami. Jego ręka dalej wskazywała niebo. Niemcy posąg zabrali i wywieźli, chcąc go przetopić. Lecz uciekając, musieli porzucić go w jakiejś miejscowości, skąd polscy żołnierze odwieźli posąg do Warszawy. Odnowiony pięknie, stanął znowu przed kościołem w 1945 roku. Była to wielka uroczystość, w której uczestniczyły władze kościelne i państwowe, z prezydentem Bierutem na czele.
Rok 1944. Warszawy juz nie ma, ale On dalej kroczy, dźwigając swój krzyż.
W kościele z pewnym wzruszeniem obserwowałam, jak pani Bartnikowa gorąco się modli. Ja tak nie potrafiłam. To rzeczywiście była poczciwa kobieta. W drodze powrotnej opowiedziałam jej, jak przed Powstaniem Styczniowym, w 1861 roku, w tym kościele stały wspaniałe katafalki ofiar zastrzelonych przez Moskali. Tysiące warszawiaków w długiej kolejce oczekiwało, żeby uczcić zabitych modlitwą i kwiatami.
Serce Chopina w kolumnie kościoła Świętego Krzyża.
W domu, pod drzwiami, zastałam czekającą na mnie sprzątaczkę. Na szczęście nie stała długo, bo byłoby mi przykro. Była to drobna kobiecina w średnim wieku, bardzo pracowita i posłuszna. Poczęstowałam ją kawą, a potem kazałam jej umyć okna, bo świata nie było przez szyby widać. Następnie zawiesiła firany i zasłony przywiezione przeze mnie z domu. Stare zasłonki wisiały poprzednio na oknach, jak ubogie portki, - używając wyrażenia mego taty. Po dwóch godzinach mieszkanie wyglądało, jak nie to samo. Czyste i pachnące moimi perfumami.
Walizki pochowałam na pawlaczu marząc, żebym jak najprędzej mogła z nich skorzystać, wracając do domu. Pod wieczór zadzwonił telefon. Podeszłam myśląc, że to Romanowicz dzwoni w jakieś sprawie. Ale to była mama! Przed wyjazdem, mąż dał rodzicom numer naszego telefonu. Kiedy usłyszałam jej głos, musiałam się wysilić, żeby nie wybuchnąć głośnym płaczem.
- Kotuniu, co u ciebie słychać? Zadomowiłaś się już w nowym mieszkaniu?
- Tak, mamusiu. Właśnie wyszła sprzątaczka, która mi pomagała uporządkować mieszkanie, bo wiesz, jak to u kawalera. Ale mieszkanie jest ładne i w pięknej dzielnicy willowej. Mam bardzo miłą sąsiadkę, starszą panią, która oprowadza mnie po mieście. Dziś byłyśmy w Centralnym Domu Handlowym. Och, żebyś widziała jaki nowoczesny!... - paplałam, żeby uniknąć kłopotliwych pytań.
- Tak się cieszę, córeczko, że jesteś zadowolona. - mama umilkła i po krótkiej chwili spytała: - A twój mąż?
- Jest w pracy. - odpowiedziałam pośpiesznie. Wiedziałam, o co mama chciała spytać.
- On jest dla ciebie dobry? Nie żałujesz niczego?
Jezu, co mam powiedzieć? Przecież nie mogę ujawnić, kim naprawdę jest mój mąż i jak się zachował wobec mnie.
- Kotuniu?...- mamie nie podobała się widać chwilowa cisza w telefonie.
- Mamusiu, nie martwcie się o mnie. Toni jest bardzo czułym i troskliwym mężem. Widzisz, zaraz przysłał mi sprzątaczkę, żebym sobie nie zniszczyła rąk. - kłamałam jak najęta, czując do siebie obrzydzenie.
- To dobrze, córuniu. Teraz będziemy już spokojni o ciebie. A kiedy zaczniesz studiować?
- Dopiero w przyszłym roku. Tak zdecydowaliśmy. Mamusiu, tatuś jest obok ciebie?
- Tak. Dać go do telefonu? Izunia chce z tobą mówić. - mama oddała telefon ojcu.
- Tuptusiu, nie pozwól mamie zadręczać się o mnie. Jestem zdrowa i szczęśliwa, a mój mąż jest dobrym człowiekiem. - mówiłam stanowczym tonem, chociaż po policzkach spływały mi łzy rozpaczy.
- Bardzo się cieszę, że pomyliłem się w jego ocenie. Jesteś zadowolona, że go poślubiłaś? - głos ojca napełnił mnie ogromną tęsknotą. Nie, tatku, nie pomyliłeś się, pomyślałam. Mój mąż jest podłym łotrem i sadystą.
- Jestem dopiero drugi dzień mężatką, ale na razie nie mam powodu, aby się skarżyć. - odpowiedziałam na pytanie ojca.
- Pikuniu, jakby coś było nie po twojej myśli, wracaj do domu. - powiedział ojciec, a ja o mało nie ryknęłam płaczem w słuchawkę. Tak bardzo chciałabym wrócić, ale nie mogłam.
- Tatuniu, strasznie was oboje kocham i tęsknię za wami.
- A my za tobą. Słuchaj, mama chce wysłać ci dywan i komplet do kawy.
- Nie! - zawołałam, przypomniawszy sobie, w jakim stanie znajdowały się rzeczy przysłane przez mamę. - Powiedz mamusi, żeby mi nic więcej nie wysyłała. Na razie mam wszystko, czego mi potrzeba. Dywan i serwis odbiorę, jak przyjadę do domu. Kiedy Toni wyjedzie służbowo, ja przyjadę do was na parę dni.
- Bardzo się cieszymy. - powiedział tata, a w słuchawce usłyszałam radosny okrzyk mamy. - Przyjeżdżaj, kiedy zechcesz, to jest dalej twój dom.
Jeszcze chwilę rozmawiałam z rodzicami, opowiadając im o Warszawie i nowym mieszkaniu. Starannie unikałam częstego wspominania męża. Było mi ciężko na duszy, że muszę rodziców okłamywać. Ale nie mogłam powiedzieć im całej prawdy o sobie. Była zbyt przerażająca. c.d.n.

czwartek, 26 stycznia 2017

SEKRETY RODZINNE - PIERWSZY DZIEŃ MAŁŻEŃSTWA!


27 stycznia 2017 r.


Nazajutrz siedziałam w kuchni przy oknie i patrzyłam na ulicę, zalaną strugami deszczu. Maj był wyjątkowo wilgotny i chłodny tego roku. A może mnie się tylko tak wydawało? Byłam w fatalnym stanie, nie tylko psychicznym, lecz przede wszystkim fizycznym. Małżeństwo okazało się czymś obrzydliwym, a noc poślubna, a raczej dzień poślubny, koszmarem z najstraszniejszego snu.
 Wyszłam za człowieka, który z trudem zasługiwał na tę nazwę. Mój mąż okazał się zimnym, wyrachowanym i okrutnym draniem, bez serca i sumienia. Pokazał mi swoją prawdziwą twarz, już pierwszego dnia naszego małżeństwa. Nie byłam skromnisią i wiedziałam co nieco o roli kobiety i żony. Ale spotkało mnie coś, czego nie życzę żadnej młodej mężatce.
Kazał mi się rozebrać i położyć na tapczanie. Potem sam poszedł do łazienki i po chwili powrócił całkiem nagi. Otworzyłam szeroko oczy, widząc go bez ubrania. Po raz pierwszy w życiu zobaczyłam nagiego mężczyznę w stanie erekcji. Zrobiło mi się zimno na myśl o tym, co mnie czeka. Ale nie spodziewałam się tego, co zaraz nastąpiło. Mąż nawet nie próbując podniecić mnie pieszczotą, czy pocałunkiem, zwalił się na mnie i po prostu mnie zgwałcił. Poczułam okropny ból i zaczęłam krzyczeć, bo każdy jego ruch rozrywał mnie na kawałki. Zatkał mi usta dłonią, żeby nikt nie posłyszał moich krzyków. Kiedy jęczałam głośno, on sapał i charczał, jakby miał go szlag trafić. Ale go nie trafił – wielka szkoda!

Po chwili poczułam, że leżę na mokrym prześcieradle. Dotknęłam go dłonią i zobaczyłam na palcach krew. Miałam silny krwotok. Byłam wąsko zbudowana i takie nagłe wtargnięcie, bez przygotowania spowodowało krwotok. Kiedy przyśpieszył, nie miałam już nawet siły żeby krzyczeć, tylko jęczałam. Boże, byłam przecież niemal dzieckiem, nie miałam jeszcze osiemnastu lat! W końcu miał szczytowanie i zlazł ze mnie. Dostrzegł pokrwawione prześcieradło i się wściekł:
- Zgnoiłaś mi tapczan! - wrzasnął na mnie. - Nie mogłaś dać przedtem dupy jakiemuś chłopakowi, żeby cię rozprawiczył? Nie lubię cnotek, bo nie potrafią się pieprzyć. Wstań i zmień pościel. Jest w szafie na dole. Pod prześcieradło podłuż ręcznik, żeby tapczan się nie pobrudził.
Wstałam, nawet nie czując wstydu. Krew ciekła mi po nogach, więc poszłam do łazienki i umyłam się, z obrzydzeniem ścierając z siebie jego ślady. 
Byłam w głębokim szoku, spowodowanym strasznym bólem i jeszcze bardziej okropnym zawodem, jakiego doznałam tego dnia. Mój ukochany Toni okazał się nieczułym bydlęciem. A przecież wszyscy mnie przed nim ostrzegali. Rodzice, przyjaciółki, krewni, Zbyszek. A ja? W nieznanym wcale mężczyźnie widziałam ideał kochanka i męża!
Jezus Maria, rodzice! Gdyby mnie teraz zobaczyli.... Mama by chyba umarła z rozpaczy, a ojciec zabiłby go bez namysłu. Przecież to aż rzucało się w oczy – że był człowiekiem złym! Nie zasługującym na miłość i uwielbienie. Nigdy mnie nie kochał, udawał miłość, bo chciał moich pieniędzy. 
Potem zorientowałam się, że pochodząc z nizin społecznych, pragnął się koniecznie popisać przed kolegami żoną, z tak zwanej lepszej sfery! Różniłam się diametralnie od razowych, czerstwych dziewczyn, dla których eleganckie nakrycie stołu i konwersacja w towarzystwie, było karkołomnym zadaniem.
Jedna z takich oficerskich żon, pół analfabetka, umiała się zaledwie podpisać. Pochodziła gdzieś z zapadłej wsi pod Lublinem i pierwszy raz jechała do Warszawy pociągiem, ze swoim narzeczonym, porucznikiem LWP, również z tej samej wioski. Kiedy jej mąż awansował potem do stopnia pułkownika, (sam ledwie potrafił czytać!) pani dystyngowanie podkreślała. - My, panie pułkownikowe!.... A pan pułkownik mówił: - Ładny ten abażuar! oraz - Ten kalafior za mocno grzeje! Naturalnie miał na myśli kaloryfer. Autentyczne!
"Wybitnie inteligentne" twarze oficerów i ich dam. 
Właśnie dlatego Romanowicz ożenił się ze mną. Po nocy poślubnej już nigdy więcej nie nazwałam go pieszczotliwie - Toni. Jednak wtedy jeszcze nie wiedziałam o nim wszystkiego. Mój mąż lubił intrygujące efekty i kazał mi dosyć długo czekać, na ukazanie swojej innej, o wiele groźniejszej i nie znanej mi wcale twarzy.
Zmieniłam pościel na tapczanie i marzyłam już tylko o tym, żeby skulić się w kłębek i zasnąć. Bolał mnie cały brzuch, wewnątrz czułam ogień, bo już chyba wdało się zapalenie. Ale nie danym mi było usnąć. Mąż uważał, że skoro ma żonę, więc powinien się nią zająć. Jeszcze trzy razy zostałam zgwałcona. W końcu nie miałam siły nawet jęczeć, skomliłam tylko cicho, jak zbity pies. Potem on usnął i spał smacznie do czasu, aż żołnierz przyniósł nam z kasyna obiad.
Następnie telefonował w służbowych sprawach, słuchał radia i włączył drogi, zagraniczny telewizor, oglądając z zainteresowaniem wiadomości. Do mnie się prawie nie odzywał, nie pocałował mnie i nie próbował pieścić, jak mężczyzna pieści żonę. Kiedy go spytałam, kto tu mieszkał przede mną i mierzył moje suknie, wzruszył ramionami i rzucił obojętnie:
- At, jedna taka kurwa. Nie myślałaś chyba, że jestem eunuchem? Potrzebowałem od czasu do czasu kobiety. Będziesz się musiała bardzo starać, bo jestem wymagający. Nauczę cię wielu rzeczy. Ale dupkę masz za małą, nie lubię takich wąskich kobiet. No, z czasem się rozciągnie! - roześmiał się i klepnął mnie po pośladku.
Potem zasnął i przespał całą noc, chrapiąc głośno.
Leżałam przy nim i marzyłam o moim różowym pokoju panieńskim, gdzie było mi tak dobrze. Myślałam o rodzicach, śląc im w myślach najczulsze słowa miłości. Ale moje marzenia przerywało jego głośniejsze chrapnięcie i ciężar wielkiego ciała spoczywającego obok mnie. 
Po raz pierwszy w życiu poczułam prawdziwą nienawiść, taką, która zdolna jest do odebrania drugiemu człowiekowi życia. Teraz już wiedziałam, dlaczego nie próbował współżyć ze mną przed ślubem. Gdyby spróbował, natychmiast wysłałabym go do wszystkich diabłów.
Ta noc była bezsenna, bo czułam się zbyt zbolała i zhańbiona, żeby spokojnie usnąć. Leżąc doczekałam rana, odsuwając się, w miarę możliwości, coraz dalej od niego, na sam skraj tapczana. Z lekkiej drzemki ocknęłam się na terkot budzika. Była dopiero szósta, ale już zupełnie jasno, jak to w maju. Przez uchylone okno słyszałam śpiew ptaków i szelest kropli deszczu na liściach pobliskich drzew. Romanowicz głośniej chrapnął i obudził się. 
Spojrzał na mnie, uśmiechnął się, a potem ziewnął i klnąc, wstał z tapczana. Patrzyłam z nienawiścią na jego nagi tors obrośnięty czarnym włosem i obwisły członek. Być może istniały kobiety, które ten widok wprawiłby w zachwyt, ale nie mnie.
Boso poszedł do łazienki, skąd po chwili dobiegł mnie szum wody prysznica. Miałam przymknięte oczy i udawałam, że śpię. Nie czułam ani głodu, ani ochoty, żeby wstać i dalej żyć. Mąż wyszedł z łazienki już ogolony i zbliżył się do tapczana.

- Iza, nie udawaj, że śpisz. - powiedział pochylając się nade mną. - Wstań i zrób mi śniadanie. W lodówce masz mleko, chleb, masło i wędlinę. A w szafce nad zlewem puszkę kawy. No, wstań, dziewczyno. Jesteś przecież mężatką, a nie leniwą pannicą.
Otworzyłam oczy i w milczeniu wstałam. Naciągnęłam na siebie halkę, majtki i sweter, które poprzedniego dnia położyłam na krześle przy toaletce. Moje nocne koszule i szlafroki były jeszcze w nie rozpakowanych walizkach stojących pod oknem i w drugim pokoju. W kuchni zapaliłam gaz i postawiłam na kuchence czajnik z wodą. Uparcie udawałam, że nie widzę brudnych talerzy w zlewie i na stole. Romanowicz wszedł za mną do kuchni i rozejrzał się.
- Nie przejmuj się tym bajzlem. - rzekł pojednawczo. - Przyślę sprzątaczkę, każ jej posprzątać mieszkanie. No, mała, nie dąsaj się. Mój ptaszek ci się nie podobał? Ja wiem, że bolało. Pierwszy raz zawsze boli, ale wkrótce dupka się zagoi. Polubisz pierdol... - wyraził się po żołniersku. - Zobaczysz, jeszcze będziesz mnie prosić, żebym to robił częściej.
Milczałam, sięgając do szafki po puszkę z kawą i sypiąc ją do szklanki. Czajnik zagwizdał. Zalałam wrzącą wodą kawę i dolałam do niej odrobinę mleka. Zrobiłam kilka kanapek z wędliną. Zauważyłam, że były to znakomite wyroby, różniące się od tych, sprzedawanych w sklepach. Romanowicz wciągnął na siebie krótkie kalesony i włożył bawełniany podkoszulek. Usiadł przy stole i zaczął z apetytem jeść. 
 Znalezione obrazy dla zapytania pokaż stół zastawiony do śniadania.
Ja zrobiłam sobie mocnej kawy i zaniosłam ją do sypialni. Usiadłam na tapczanie, stawiając szklankę na stoliku nocnym, na którym znajdowało się radio. Byłam tak strasznie obolała, że nie mogłabym nic wziąć do ust. Mąż skończył się posilać i przyszedł do sypialni. Otworzył szafę i wyjąwszy koszulę i mundur, zaczął się ubierać. Wiążąc przed lustrem krawat, odwrócił głowę i spojrzał na mnie badawczo.
- Kochanie, zaniemówiłaś? Co z tobą? Obraziłaś się, że wczoraj trochę cię potarmosiłem? To nie moja wina, że byłaś cnotliwa. Miałem prawo użyć sobie po ślubie z młodą żoną. Iza, no, nie rób scen. Idę do pracy i nie mam czasu przejmować się twoimi grymasami. Zaraz przyjedzie po mnie samochód.
- Chcę wrócić do rodziców. - powiedziałam niemal szeptem.
Błyskawicznie odwrócił się w moją stronę.
- Oszalałaś? - wykrzyknął, ściągając czarne brwi. - Jesteś moją żoną i będziesz przy mnie, jak długo tego zechcę. Może kiedyś się rozejdziemy, ale jeszcze nie teraz. Iza, nie bądź głupia. Sama chciałaś wyjść za mnie, więc nie narzekaj. Mam nadzieję, że nie poskarżysz się tatusiowi, co z tobą zrobiłem, bo musiałbym się nim zająć! W jego interesie, nie piśniesz o tym do rodziców ani słowa, rozumiesz? No, przestań się mazać! Nie ma powodu do rozpaczy. Posłuchaj, masz tu trochę pieniędzy, idź do miasta i kup sobie coś ładnego. Poznaj się z naszą sąsiadką z parteru. To towarzyszka Bartnik. Ona ci pokaże miasto i powie, co gdzie jest, bo ja nie mam czasu. Jutro jadę w teren i zostaniesz sama.
Bogu dzięki! - westchnęłam w duchu.
- Co to za kobieta? - spytałam po raz pierwszy.
- Żona wojskowego. Mieszka sama, bo on jest za granicą, a dzieci; syn i córka studiują w Moskwie. Poznaj się z nią, pomoże ci przy zakupach w mieście. O 15-tej żołnierz przyniesie ci obiad z kasyna. Ja zjem na miejscu. A tak w ogóle, mogłabyś się nauczyć gotować. Mam dosyć tego stołówkowego żarcia. Lubię pierogi i kluski. Kup dziś coś na gorącą kolację.
- Chcę studiować, a nie gotować obiady. - oświadczyłam, patrząc na niego wyzywająco.
- Iza, ja nie ożeniłem się z tobą, abyś napychała sobie głowę mądrościami, ale po to, żebyś dawała mi dupy! Wyraziłem się jasno?
- Tak. Dziękuję, że uświadomiłeś mi tak dobitnie moją rolę.
- Znowu się dąsasz? Jesteś strasznie rozpieszczona, ale ja ciebie ustawię po wojskowemu. Zapisz to sobie w pamięci: ma być tak, jak ja chcę!
- Zapisałam. - mruknęłam przez zęby. - Słuchaj, ja w ogóle nie wiem gdzie, w jakiej jednostce służysz. W razie, gdyby coś zaszło, to gdzie mam ciebie szukać?
- A co ma zajść? Nie powinnaś być za ciekawa. - westchnął, kończąc wiązać krawat. - No dobrze. Może powinnaś wiedzieć, ostatecznie jesteś moją żoną. Nie służę w żadnej jednostce. Jestem oficerem w Głównym Zarządzie Informacji Wojskowej.1
Mało brakowało, a zleciałabym z tapczana na podłogę.
Obecnie Izba Pamięci w budynku dawnego GZI na Oczki.
Jezu Chryste, teraz już wiedziałam dlaczego w jednostce wszyscy tak się go obawiali. Nasłuchałam się mnóstwa strasznych rzeczy o Informacji Wojskowej. Mój ojciec, jako przedwojenny oficer, miał pod koniec lat czterdziestych bardzo poważne kłopoty z Informacją. Próbowali go szantażować, złamać i na wszystkie sposoby chcieli wydostać od ojca przyznanie się, że służył w AK. 
Potrafili wziąć się do rzeczy, namawiając oficera z którym ojciec pracował, żeby napisał na kalendarzu, iż tego dnia ojciec przyznał się do niego, że był w AK. Na szczęście, ojciec wszedł do gabinetu i zobaczył ten napis. Donosicielowi dał w zęby i podarł kalendarz na strzępy, ale to zdarzenie tak wytrąciło go z równowagi, że zachorował na nerwy. Lekarze z komisji wojskowej byli ludźmi przyzwoitymi i postawili ojcu takie diagnozy, że DOW musiało wyrazić zgodę na zwolnienie z wojska.  Gdyby ojciec przyznał się, że był żołnierzem Armii Krajowej, wówczas zostałby aresztowany i chyba zadręczony na śmierć, jak to się działo z wieloma innymi żołnierzami Polski Podziemnej. Po aresztowaniu ciotki Wandy, przez trzy tygodnie spaliśmy w ubraniach, na wszelki wypadek. Do końca życia nie zapomnę tamtych dni, pełnych paniki, że każdej chwili przyjdą po ojca. Jeszcze dziś, kiedy ktoś zapuka mocniej do drzwi, ogarnia mnie przerażenie. Te szykany na zawsze pozostały w naszej pamięci. 
Dlatego oświadczenie mego męża zrobiło na mnie tak wstrząsające wrażenie. Z własnej nieprzymuszonej woli poślubiłam człowieka, pracującego w najbardziej zsowietyzowanym resorcie Wojska Polskiego. Informacja współpracowała ściśle z NKWD, a potem z KGB i z kontrwywiadem sowieckim. Nie mogłam dać po sobie poznać, że co nieco wiem o metodach stosowanych przez resort, w którym mąż pracował. Zapomniałam, że on wiedział o nas więcej, niż powinien wiedzieć i z pewnością znał sprawę mego ojca. Dziwiłam się, że zdecydował się mnie poślubić, bo jak mi kiedyś powiedział: ”Niemal połowa przedwojennych oficerów ma wrogie, lub obce klasowo poglądy polityczne.” 
Ja także byłam obca klasowo.
Wieciec ku czci ofiar GZI.
- Iza, nie wolno ci o tym nikomu powiedzieć, rozumiesz? - rzekł, podchodząc do mnie bliżej. - Absolutnie nikomu! Gdybyś wygadała się z tym do rodziców, musiałbym kazać ich aresztować.
Poczułam, że lodowacieją mi ręce i nogi. Jezu, w co ja się wplątałam!
- Nikomu nie powiem, potrafię milczeć. - wyszeptałam, spuszczając oczy, żeby nie odgadł moich myśli.
- Pamiętaj! Czasem będą tu przychodzić różni ludzie, żeby porozmawiać ze mną. Ale ty nikogo nie będziesz widziała i nic nie będziesz słyszała, jasne?
- Tak.
- Bo w przeciwnym razie... - zawiesił głos, patrząc na mnie groźnie.
- Zastrzelisz mnie? - posłałam mu wyzywające spojrzenie.
- Nie bądź śmieszna. Mogę ci zrobić na przykład, ot tak! - pochylił się nade mną i mocno ucisnął mi dół klatki piersiowej. 
Momentalnie zabrakło mi powietrza, poczułam ból i zaczęłam tracić przytomność. Nie wiedziałam, że był to ucisk na splot słoneczny, który w prawdziwej walce mógł okazać się śmiertelny.
- Widzisz? Nie potrzeba strzelać. No, jaśnie panienko, otwórz oczy. Przecież nie zrobiłem ci krzywdy. - poklepał mnie po policzku. - Tu masz numer mego telefonu. Pracuję w gmachu GZI (Głównego Zarządu Informacji Wojskowej) na Oczki. Ale mówię to na wypadek naprawdę czegoś ważnego. W żadnym innym przypadku nie pozwalam ci do mnie dzwonić. - spojrzał na zegarek i niecierpliwie wyjrzał przez okno, ale samochód jeszcze nie przyjechał.
- To co ja mam w końcu tu robić? - spytałam z rozpaczą.
- Jak to co? Jesteś moją żoną i będziemy żyli jak inni ludzie. Zaczniemy chodzić do kina, na zabawy do kasyna. Pójdziemy do teatru, czy do kawiarni. Dużo pracuję, więc jeśli mnie nie będzie w domu, pójdziesz gdzieś z Bartnikową. Ale z nikim innym, rozumiesz?
- Rozumiem.
- No, nie miej takiej ponurej miny. Przecież tak się cieszyłaś, że wyjdziesz za mnie. Iza, nie lubię, kiedy kobiety grymaszą. O, samochód przyjechał! Nie wiem o której wrócę. Jak przyjdę, to będę. - zażartował, a potem ujął mnie za podbródek, podniósł moją głowę i pocałował w usta, wsuwając mi język między zęby.
Myślałam, że zwymiotuję!


Kiedy trzasnęły za nim drzwi, opadłam na tapczan kompletnie otępiała z rozpaczy. Nie czułam już do niego nawet cienia miłości. Nienawidziłam i bałam się panicznie mężczyzny, którego na swoje nieszczęście poślubiłam. Jego okrucieństwo i błyskawiczne zmiany nastroju, nie wróżyły mi lekkiego życia. Zresztą nie miałam pojęcia o innych jego namiętnościach i nałogach. To wszystko było jeszcze przede mną. Na razie czułam się jak człowiek, który szedł do raju, lecz przez pomyłkę trafił do piekła!    c.d.n.

1Główny Zarząd Informacji Wojskowej GZI - Informacja Wojskowa Wojska Polskiego przy MON. Komisja d\s Bezpieczeństwa Publicznego – organ kontrwywiadu wojskowego. Od 1944 - 1957 odpowiedzialny obok MBP za masowe represje wśród żołnierzy WP, Armii Krajowej, WiN. NSZ i ludności cywilnej. W 1957 r. przekształcony w Wojskową Służbę Wewnętrzną MON. Do 1957 roku GZI aresztował około 17 tys. osób wojskowych i cywilnych, wydał 20 wyroków śmierci. Słynął z takiego okrucieństwa, że aresztowani marzyli o przeniesieniu ich do więzienia Urzędu Bezpieczeństwa.