sobota, 28 stycznia 2017

SEKRETY RODZINNE - POZNAJĘ WARSZAWĘ.


28 stycznia 2017 r.
W-wa lat 1950-tych. Aleje Jerozolimskie.
Po ataku rozpaczy, przyszedł czas do namysłu. Wstałam i zaczęłam spacerować po mieszkaniu stwierdzając, że byłoby nawet ładne, gdyby nie ten okropny bałagan. W obu pokojach leżały piękne dywany, które on przywiózł sobie z Rosji. Meble były dosyć nowe, ale zaniedbane i brudne. Firany chyba od początku istnienia nie widziały wody i mydła, podobnie jak i same okna. Z obrzydzeniem dostrzegałam ślady obecności innych kobiet. Na szklankach i talerzach szminkę, w kuble na śmieci podpaskę, stare kremy i tak dalej. Postanowiłam natychmiast pozbyć się tego. Nie byłam przyzwyczajona do pracy fizycznej, ale jeszcze bardziej nie znosiłam bałaganu.
Pozmywałam brudne naczynia i uporządkowałam kuchnię. Potem rozpakowałam walizki i powiesiłam wszystkie rzeczy w szafie, a bieliznę osobistą i pościelową na półkach. Napracowałam się, rozpakowując przysłane przez mamę paczki. Część rzeczy została złośliwie zniszczona, serwisy porozbijane, ale to co mogłam uratować, ułożyłam na swoim miejscu. Nie lubiłam zajęć domowych, lecz nie zamierzałam mieszkać w chlewie.
Postanowiłam zapoznać się z naszą sąsiadką i poprosić ją o wskazanie mi apteki, bo okropnie bolał mnie brzuch i miałam chyba ostre zapalenie pochwy. Ponieważ sprzątaczka miała przyjść po południu, miałam dużo czasu na wyjście do miasta i jakieś zakupy. 
 
Warszawa lat pięćdziesiątych. Jeszcze parterowa.

Wykąpałam się i ubrałam starannie, pragnąc zrobić na niej dobre wrażenie. Potem zeszłam na parter i zapukałam do drzwi mieszkania. Niemal natychmiast otworzyła mi widziana wczoraj kobieta. Tym razem była w sukience i sprawiła na mnie korzystniejsze wrażenie.
- Przepraszam, że panią nachodzę, ale nie znam Warszawy i mąż prosił, żeby pani zechciała mi pokazać, gdzie są jakieś sklepy. - powiedziałam, kłaniając się jej.
- No pewnie, że wszystko pani pokażę. - zgodziła się z uśmiechem. - Oj, w nocy chyba dobrze się działo, bo słyszałam jak pani krzyczała.
Zarumieniłam się mocno i potrząsnęłam smutnie głową.
- Nie działo się dobrze. - wyszeptałam zawstydzona. - Chciałam panią prosić o wskazanie mi apteki. Potrzebuję jakiegoś leku na zapalenie.
Pani Bartnikowa spoważniała, obserwując mnie uważnie.
- Było tak źle, dziecko, że aż krzyczałaś? Pierwszy raz miałaś mężczyznę? - spytała ze współczuciem.
Skinęłam głową.
- To co ten stary dureń sobie wyobraża, żeby tak skrzywdzić młodą kobietę? Ile ty masz lat, dziecko?
- Osiemnaście.
- A nich go cholera! - krzyknęła z oburzeniem. - Stary kurwiarz! Wziął sobie takie dziewczątko, niemal dziecko i zachowuje się, jakby miał dziwkę pod sobą. Pozwól, że będę ci mówiła po imieniu, bo jesteś młodsza od mojej córki. Jak masz na imię, córeczko?
- Izabela. - powiedziałam i pomyślałam sobie, że ta kobieta, to dobry człowiek. W przyszłości okazało się, że oceniłam ją właściwie. Była bardzo poczciwa, miała złote serce.
- Czekaj, dziecko, tylko wezmę płaszcz, bo dziś chłodno i pójdziemy do miasta. Wejdź do środka.
Mieszkanie było pedantycznie czyste i wymuskane. Widać, pani Bartnikowa lubiła porządek. Narzuciła na siebie płaszcz, wzięła torebkęi wyszłyśmy z domu. 
Stare domy na Saskiej Kępie. Znać ślady wojny.
Saska Kępa była od dawna ekskluzywną dzielnicą Warszawy. Zamieszkiwali ją ludzie bogaci, a luksusowe wille projektowali znakomici architekci. Dom w którym zamieszkałam, kiedyś także musiał być ładny. Zapewne był jednopiętrową willą w dużym ogrodzie, ale po wojnie władze ludowe postarały się zatrzeć ten wyjątkowy charakter miasta. Domy były poznaczone śladami kul i łatami po wybuchach pocisków. Ogrody w większości zaniedbane, zarośnięte chaszczami.
Przedwojenne wille na Saskiej Kępie.
Szłyśmy cienistą uliczką, pomiędzy rzędami pięknych przedwojennych willi, w większości zamieszkałych przez dokwaterowanych lokatorów, plagi i przekleństwa prywatnych właścicieli posesji. Pani Bartnikowa spojrzała na mnie i spytała przekornie:
- Gdzie chcesz najpierw iść? Do Domu Handlowego w Alejach Jerozolimskich, czy na Bazar Różyckiego, po jakieś lepsze ciuchy?
- Na razie ciuchów nie muszę kupować. Potrzebna mi jest apteka.
- Zaraz będzie, za rogiem.
Rzeczywiście za zakrętem ulicy była duża apteka. Weszłyśmy i stanęłyśmy w kolejce. Pani Bartnikowa szepnęła mi do ucha:
- Kup irygator, zioła Vagosan i rumianek. Zrób kilka irygacji ziołami, to szybko wyleczysz zapalenie.
Zrobiłam jak mi radziła i rzeczywiście, po kilku dniach, kiedy Romanowicza nie było w domu, zapalenie minęło.
- Gdzie są jakieś sklepy spożywcze? Mąż chce mieć wieczorem gorącą kolację. - powiedziałam, kiedy wyszłyśmy z apteki. - Nie umiem gotować, a on nie zamierza już stołować się w kasynie. - pożaliłam się sąsiadce.
- Jak będzie trzeba, to ci pomogę. Ale po co się męczyć? Przecież są sklepy garmażeryjne z gotową, przygotowaną do spożycia żywnością. Nawet ziemniaki są obrane!
- Naprawdę? - ucieszyłam się, bo w naszym mieście takich sklepów nie było.
Pani Bartnikowa szła jakiś czas w milczeniu, a potem spytała, ściszając głos do szeptu:
- Jak twoi rodzice mogli pozwolić, żebyś wyszła za tego starego rozpustnika?
- Nie pozwolili. To tylko moja wina. Jestem jedynaczką i zostawiłam ich samych. - powiedziałam, spuszczając głowę i z trudem powstrzymując łzy. - Do śmierci sobie tego nie wybaczę.
- Spodobał ci się? No, nic dziwnego, jest bardzo przystojny i ma powodzenie u bab. Wszystkie pracownice z jego wydziału szaleją za nim. Ale nie powinnaś była zawracać sobie nim głowy. Nie pasujecie do siebie. On ma twardy charakter i nie szanuje kobiet. Nie wiem, po co w ogóle się żenił?
- Ja wiem. Spodziewał się, że rodzice dadzą mi pieniądze i biżuterię. A on lubi pieniądze.
Bartnikowa spojrzała na mnie, jakby to, co wyznałam, wcale jej nie zaskoczyło. Ale nic nie powiedziała. Dopiero po chwili rzekła:
- Jesteś jedynaczką więc twoi rodzice z pewnością przeżyli to rozstanie. Wiem, jak to boli, bo moje dzieci także są daleko. Córka Krysia, studiuje w Moskwie filologię rosyjską, a syn Włodek, w Leningradzie, uczy się na politechnice. Myślałam, że będą studiować w Warszawie, ale mój stary się uparł: ”Niech jadą, zobaczą Związek Radziecki, to przecież zaszczyt!” No i pojechali, a ja zostałam sama jak palec, bo i mego starego wysłali gdzieś aż do Kaliningradu. E, co tam wspominać, lepiej pokażę ci Warszawę.
Most Poniatowskiego. Komunikacja miejska!
Miasto zrobiło na mnie wielkie wrażenie. Mimo potwornych zniszczeń, podnosiło się z ruin. Na przystankach autobusowych stały tłumy, wpychające się na siłę do wozu. Pojechałyśmy przez Most Poniatowskiego do Śródmieścia. Chciałam kupić coś na kolację. Zauważyłam, że warszawianki zachowały szyk i wdzięk, z jakiego od dawna słynęły. Niektóre panie były naprawdę elegancko ubrane. Żałowałam, że nie wzięłam lepszej spódnicy i żakietu. Oszołomił mnie Centralny Dom Towarowy, chyba najnowocześniejszy budynek w Polsce. Windy, ruchome schody, których panicznie się bałam i inne nowoczesne urządzenia, po prostu wprawiły mnie w zdumienie, graniczące z gapiostwem. Z rozchylonymi ustami przypatrywałam się ogromnym oknom oświetlającym znakomicie wielki budynek. 
W-wa. Centralny Dom Towarowy.
Na stoiskach pełno było towaru, a setki kupujących mijało się na schodach i w salach. Wjechałyśmy windą do góry i wtedy okazało się, że znajdujemy się u wejścia do pięknej kawiarni usytuowanej na tarasie budynku. Jak na zamówienie, pogoda się poprawiła. Przestało siąpić, a spoza ciemnych chmur wyjrzało słońce. Momentalnie pocieplało i uczyniło się ładnie. Usiadłyśmy przy stoliku z pięknym widokiem na Aleje Jerozolimskie. Próbowałam sobie wyobrazić, jak ta ulica wyglądała w 1944 roku, w czasie powstania?
Znalezione obrazy dla zapytania Zdjęcie kawiarni na tarasie Centralnego Domu towarowego w W-wie.
Kawiarnia na tarasie Centralnego Domu Towarowego.                                  
Postanowiłam pójść na Powązki, odwiedzić groby naszych chłopców z Szarych Szeregów, o których niedawno czytałam w książce pana Kamińskiego „Kamienie na szaniec”.
Zamówiona kawa była dobra, a ciastka pyszne, zjadłam aż trzy, bo okazało się, że jestem głodna. Od wczorajszego obiadu nic nie miałam w ustach. Pani Bartnikowa zabawiała mnie rozmową, opowiadając o życiu w stolicy, ale ani jednym słowem nie nawiązała do specyficznej pracy swego i mojego męża. Najwidoczniej był to temat tabu!
Kupiłam kilka rzeczy potrzebnych w domu i poszłyśmy do autobusu, bo niedługo miała przyjść sprzątaczka i musiałam już być w domu. Po drodze mijałyśmy dużą księgarnię. Zgodnie ze swoim umiłowaniem książek, nie mogłam się oprzeć i weszłam. Rozglądałam się po półkach, szukając odpowiedniej lektury, bo w biblioteczce męża znalazłam tylko jakieś podręczniki pisane po rosyjsku. Uprzejma sprzedawczyni widząc moje zainteresowanie, skinęła na mnie i szepnęła:
- "ZŁY"Tyrmanda pani czytała?
- Chciałam, ale nie dostałam książki.
- To niech pani bierze! - spod lady wyciągnęła duży tom i wcisnęła mi w rękę.
Pani Bartnikowa uśmiechnęła się i mrugnęła okiem.
- Ten Tyrmand jest źle widziany, a akcja „ Złego” rozgrywa się między innymi w Domu Handlowym!
- Coś podobnego! - wykrzyknęłam z podziwem. - Chciałabym być pisarką i umieszczać moich bohaterów w różnych oryginalnych miejscach. Pani Bartnikowa, ja nie znam Warszawy, ale czy możemy zajść do kościoła Świętego Krzyża? Tam jest serce Chopina, a ja uwielbiam jego muzykę. Ciotka była pianistką i codzienne grała jego kompozycje.
Kobieta wpatrywała się we mnie badawczo.
- Ty jesteś wierząca? - zagadnęła mnie niemal szeptem.
Wbrew zdrowemu rozsądkowi, który radził mi: ”nie mów nigdy nikomu prawdy”, a nawet wbrew własnym przekonaniom odrzekłam:
- Tak, jestem.
- Ja też jestem katoliczką! - ucieszyła się pani Bartnikowa. - Rodzice byli wierzący i mnie tak wychowali. Ale moje dzieci już nie wierzą, mąż także nie. Bo widzisz, dziecko, mój mąż nie jest Polakiem, chociaż nazwisko ma polskie. Moi rodzice w czasie I wojny światowej, wyjechali do Rosji, pod Wiaźmę, i ja się tam wychowałam. Ale nigdy nie zapomniałam, że jestem z Polski, bo tak chcieli mama i tato. Oni tam żyli i tam zostali pochowani, a ja w 1937 roku, poznałam mego starego. Jest Rosjaninem i komunistą, ale dobrym człowiekiem. - urwała, zastanowiła się i dodała: - Ja nie wiem, jaki on jest dla innych ludzi, może i zły. Ale dla mnie był dobrym mężem, a dla naszych dzieci troskliwym i kochającym ojcem. Pozwalał mi chodzić do kościoła, a nawet chrzcić dzieci. Kiedy faszyści zaatakowali Rosję, poszedł na front i pozostał w wojsku po wojnie. Ja także byłam w wojsku i doszłam aż do Berlina!
Słuchałam uważnie jej opowieści, bo chciałam wiedzieć, z kim mam do czynienia.
- A w jakiej armii pani służyła? - zagadnęłam ciekawie.
- No, w polskiej, u Berlinga. Ale często spotykałam się z mężem, a on służył w I Armii Białoruskiej, u Kostiuszy.
- U kogo?
- U marszałka Rokossowskiego, mąż był dowódcą jego ochrony.
Zmarszczyłam brwi. No tak, na tego rzekomego Polaka „Wisła szemrała”. Przypomniałam sobie popularne określenie z Radia Wolna Europa. Wlazłam w niezłe towarzystwo.-pomyślałam z sarkazmem. Obserwująca mnie pani Bartnikowa spostrzegła wyraz mojej twarzy.
- No, co ty, Izunia? Nie grzesz! Żebyś wiedziała, jak on chciał odbić Szwabom Warszawę w 1944 roku...
Nie potrafiłam utrzymać języka w gębie.
- Niby dlaczego Rosjaninowi zależało na wyzwoleniu Warszawy? - rzuciłam z niechęcią.
Marszałek Konstanty Rokossowski.
Moja sąsiadka tak się tym przejęła, że aż stanęła na środku ulicy.
- Dziecko, co ty gadasz? Jaki on ruski? Zależało mu na Warszawie, bo to jego rodzinne miasto. On tu się urodził. Jego siostra Helena była w mieście w czasie powstania! Ona bardzo pobożna, często chodzi do kardynała Wyszyńskiego. Marszałek kocha Warszawę, ale warszawiacy nie kochają jego. Takie już jego szczęście. W Rosji on Polak, a w Polsce ruski.
- To on nie jest Rosjaninem?
- Oj, dziecko, pewnie nasłuchałaś się tych durniów z Wolnej Europy. Rokossowscy, to polska szlachta herbu Glaubicz. Kostia urodził się w Warszawie. Jego mama także była z drobnej szlachty. Mieli niegdyś własny majątek rodowy Rokosowo, gdzieś w Wielkopolsce, stąd nazwisko. Jego krewny jeszcze przed I-wszą wojną miał majątek ziemski, a Kostia tam nauczył się dobrze jeździć konno. W czasie I-wszej wojny światowej trafił do rosyjskiego wojska i już w nim pozostał. Ale ruscy mu nie ufali. Był oskarżony o szpiegostwo na rzecz Polski i Japonii W więzieniu wybili mu dziewięć zębów, połamali żebra i wybili oko. Brat marszałka, służył przed wojną w polskiej policji śledczej! Tego mu ruscy nie zapomnieli. Kostiusza  byłby rozstrzelany, jak Tuchaczewski i inni, ale wybuchła wojna i Stalin potrzebował dobrych oficerów, więc go wypuścili, bo był bardzo zdolnym dowódcą. Przecież to on opracował plan okrążenia armii Paulusa pod Stalingradem. Paulus sprezentował mu swój osobisty pistolet, z którym marszałek się nie rozstaje. Stalin go cenił, ale do końca mu nie ufał i przed końcem wojny zastąpił go marszałkiem Żukowem, i to tamtem zdobył Berlin, a nie nasz Kostia. Nie uwierzysz, ale on swoje dzieci wychowuje po polsku. Były chrzczone w polskim kościele w Moskwie i mówią po polsku. Rokossowski kocha poezje Konopnickiej, w ogóle literaturę polską i śpiewa piosenki polskie.
- No, może. - mruknęłam, bynajmniej nie przekonana.
- Nie może, tylko tak! Marszałek mnie zna z dawnych lat. Bardzo lubi muzykę i taniec. Nieraz przychodzi na zabawy urządzane przez Ministerstwo Obrony Narodowej. Kiedyś tam pójdziemy i sama go poznasz. Jest ludzki, żołnierze go kochali, bo szczędził ich krew i życie. Nie tak, jak inni generałowie radzieccy, co słali ludzi na śmierć tysiącami. No, chodźmy już, bo do kościoła kawałek drogi.
Marszałek Rokossowski,  w środku, i marszałek Mantgomery, pierwszy z lewej.
Rzeczywiście, był kawałek. Szłyśmy i szłyśmy, ale opłaciło się, bo kościół okazał się taki, o jakim niegdyś czytałam. Przed wejściem dalej stał Chrystus dźwigający krzyż. W czasie powstania, Niemcy wprowadzili do kościoła dwa goliaty. Część świątyni po wybuchu runęła. Ale posąg Chrystusa, mimo że leżący na ziemi był cały, choć poznaczony kulami. Jego ręka dalej wskazywała niebo. Niemcy posąg zabrali i wywieźli, chcąc go przetopić. Lecz uciekając, musieli porzucić go w jakiejś miejscowości, skąd polscy żołnierze odwieźli posąg do Warszawy. Odnowiony pięknie, stanął znowu przed kościołem w 1945 roku. Była to wielka uroczystość, w której uczestniczyły władze kościelne i państwowe, z prezydentem Bierutem na czele.
Rok 1944. Warszawy juz nie ma, ale On dalej kroczy, dźwigając swój krzyż.
W kościele z pewnym wzruszeniem obserwowałam, jak pani Bartnikowa gorąco się modli. Ja tak nie potrafiłam. To rzeczywiście była poczciwa kobieta. W drodze powrotnej opowiedziałam jej, jak przed Powstaniem Styczniowym, w 1861 roku, w tym kościele stały wspaniałe katafalki ofiar zastrzelonych przez Moskali. Tysiące warszawiaków w długiej kolejce oczekiwało, żeby uczcić zabitych modlitwą i kwiatami.
Serce Chopina w kolumnie kościoła Świętego Krzyża.
W domu, pod drzwiami, zastałam czekającą na mnie sprzątaczkę. Na szczęście nie stała długo, bo byłoby mi przykro. Była to drobna kobiecina w średnim wieku, bardzo pracowita i posłuszna. Poczęstowałam ją kawą, a potem kazałam jej umyć okna, bo świata nie było przez szyby widać. Następnie zawiesiła firany i zasłony przywiezione przeze mnie z domu. Stare zasłonki wisiały poprzednio na oknach, jak ubogie portki, - używając wyrażenia mego taty. Po dwóch godzinach mieszkanie wyglądało, jak nie to samo. Czyste i pachnące moimi perfumami.
Walizki pochowałam na pawlaczu marząc, żebym jak najprędzej mogła z nich skorzystać, wracając do domu. Pod wieczór zadzwonił telefon. Podeszłam myśląc, że to Romanowicz dzwoni w jakieś sprawie. Ale to była mama! Przed wyjazdem, mąż dał rodzicom numer naszego telefonu. Kiedy usłyszałam jej głos, musiałam się wysilić, żeby nie wybuchnąć głośnym płaczem.
- Kotuniu, co u ciebie słychać? Zadomowiłaś się już w nowym mieszkaniu?
- Tak, mamusiu. Właśnie wyszła sprzątaczka, która mi pomagała uporządkować mieszkanie, bo wiesz, jak to u kawalera. Ale mieszkanie jest ładne i w pięknej dzielnicy willowej. Mam bardzo miłą sąsiadkę, starszą panią, która oprowadza mnie po mieście. Dziś byłyśmy w Centralnym Domu Handlowym. Och, żebyś widziała jaki nowoczesny!... - paplałam, żeby uniknąć kłopotliwych pytań.
- Tak się cieszę, córeczko, że jesteś zadowolona. - mama umilkła i po krótkiej chwili spytała: - A twój mąż?
- Jest w pracy. - odpowiedziałam pośpiesznie. Wiedziałam, o co mama chciała spytać.
- On jest dla ciebie dobry? Nie żałujesz niczego?
Jezu, co mam powiedzieć? Przecież nie mogę ujawnić, kim naprawdę jest mój mąż i jak się zachował wobec mnie.
- Kotuniu?...- mamie nie podobała się widać chwilowa cisza w telefonie.
- Mamusiu, nie martwcie się o mnie. Toni jest bardzo czułym i troskliwym mężem. Widzisz, zaraz przysłał mi sprzątaczkę, żebym sobie nie zniszczyła rąk. - kłamałam jak najęta, czując do siebie obrzydzenie.
- To dobrze, córuniu. Teraz będziemy już spokojni o ciebie. A kiedy zaczniesz studiować?
- Dopiero w przyszłym roku. Tak zdecydowaliśmy. Mamusiu, tatuś jest obok ciebie?
- Tak. Dać go do telefonu? Izunia chce z tobą mówić. - mama oddała telefon ojcu.
- Tuptusiu, nie pozwól mamie zadręczać się o mnie. Jestem zdrowa i szczęśliwa, a mój mąż jest dobrym człowiekiem. - mówiłam stanowczym tonem, chociaż po policzkach spływały mi łzy rozpaczy.
- Bardzo się cieszę, że pomyliłem się w jego ocenie. Jesteś zadowolona, że go poślubiłaś? - głos ojca napełnił mnie ogromną tęsknotą. Nie, tatku, nie pomyliłeś się, pomyślałam. Mój mąż jest podłym łotrem i sadystą.
- Jestem dopiero drugi dzień mężatką, ale na razie nie mam powodu, aby się skarżyć. - odpowiedziałam na pytanie ojca.
- Pikuniu, jakby coś było nie po twojej myśli, wracaj do domu. - powiedział ojciec, a ja o mało nie ryknęłam płaczem w słuchawkę. Tak bardzo chciałabym wrócić, ale nie mogłam.
- Tatuniu, strasznie was oboje kocham i tęsknię za wami.
- A my za tobą. Słuchaj, mama chce wysłać ci dywan i komplet do kawy.
- Nie! - zawołałam, przypomniawszy sobie, w jakim stanie znajdowały się rzeczy przysłane przez mamę. - Powiedz mamusi, żeby mi nic więcej nie wysyłała. Na razie mam wszystko, czego mi potrzeba. Dywan i serwis odbiorę, jak przyjadę do domu. Kiedy Toni wyjedzie służbowo, ja przyjadę do was na parę dni.
- Bardzo się cieszymy. - powiedział tata, a w słuchawce usłyszałam radosny okrzyk mamy. - Przyjeżdżaj, kiedy zechcesz, to jest dalej twój dom.
Jeszcze chwilę rozmawiałam z rodzicami, opowiadając im o Warszawie i nowym mieszkaniu. Starannie unikałam częstego wspominania męża. Było mi ciężko na duszy, że muszę rodziców okłamywać. Ale nie mogłam powiedzieć im całej prawdy o sobie. Była zbyt przerażająca. c.d.n.