piątek, 13 stycznia 2017

SEKRETY RODZINNE.- PROPOZYCJA NIE DO ODRZUCENIA!


13 stycznia 2017 r.
 Podobny obraz
Byłam już w półśnie, kiedy zbudził mnie terkot telefonu. Pomyślałam, że to ojciec dzwoni z pracy, albo jakaś koleżanka. Telefon odebrała mama, bo usłyszałam jej cichy głos, a po chwili kroki i lekki skrzyp otwieranych drzwi. Mama podeszła do tapczana i przystanęła, pochylając się nade mną.
- Śpisz, żabuniu? - zapytała półgłosem.
- Nie mamusiu. Usiłowałam podrzemać, ale usłyszałam telefon.
- Dzwoni pan major Romanowicz. Chcesz z nim rozmawiać? - w głosie mamy usłyszałam nutki paniki.
- Kto dzwoni? - pomyślałam, że musiałam się przesłyszeć.
- Pan Romanowicz. - powtórzyła mama, patrząc na mnie z obawą.
W jednej chwili przestała mnie boleć głowa i porwałam się z tapczana jak szalona, biegnąc do drugiego pokoju. Słuchawka leżała na biurku, pochwyciłam ją w obie ręce.
- Iza? - odezwał się Toni tak wyraźnie, jakby stał przy mnie. - Kochanie, nie gniewaj się na mnie, że tak długo nie dzwoniłem, ale nie było mnie w Warszawie. Zaraz na drugi dzień musiałem wyjechać dosyć daleko i stamtąd nie mogłem telefonować w prywatnej sprawie. Czy możesz mi wybaczyć? Wyobrażam sobie, co o mnie myślałaś. Ale ja naprawdę nie mogłem dzwonić, chociaż bardzo chciałem. Tęsknię za tobą.
Z wrażenia nie mogłam złapać oddechu i milczałam. Mama podeszła do telefonu i wpatrywała się we mnie z niepokojem i napięciem. Odchyliłam słuchawkę, żeby także słyszała, co on mówi. Chciałam tego.
- Iza, słyszysz mnie? - zawołał.
- Słyszę. - odpowiedziałam.
- Kochanie, miejsca sobie znaleźć nie mogłem. Przeklinałem to cholerne wojsko, ale nic nie poradziłem. Iza, proszę, nie miej do mnie żalu. Postaram się, żeby więcej taka sytuacja się nie wydarzyła, ale musisz zrozumieć, że jestem oficerem, obowiązanym wykonać rozkaz.
Ogarnęła mnie radość granicząca z histerią. Nie zapomniał o mnie, jednak mnie kocha i pamięta. O Boże, jakie to szczęście! Zadzwonił! Zadzwonił!
- A może źle zrobiłem i już nie chcesz żebym do ciebie telefonował? - zapytał, zaniepokojony moim milczeniem. - Iza?
- Ależ chcę, tylko bardzo się martwiłam twoim milczeniem i nie wiedziałam, co mam o tym myśleć. - powiedziałam szczerze. - Cieszę się że się odezwałeś. Wybacz, przed chwilą drzemałam i jestem trochę nieprzytomna.
- Ach tak! - zaśmiał się. - Bałem się, że rzucisz słuchawkę i wyślesz mnie do wszystkich diabłów. Mam nadzieję, że nie jesteś chora?
- Nie. Tylko kułam fizykę i strasznie rozbolała mnie głowa. Okropna piła! Odetchnę, jak będę już po maturze.
- Bardzo ci współczuję. A może odłożysz maturę na przyszły rok? Będzie ci lżej.
- Nigdy. Jeszcze rok tej męki? Jesteś już w Warszawie?
- Tak i teraz codziennie będziesz miała ode mnie telefony, aż do znudzenia. Chcesz?
- Naturalnie, że chcę! - zawołałam radośnie. - Wcale mnie to nie znudzi, bo ja także często myślałam o tobie.
- Mam nadzieję. Słuchaj, jesteś sama w pokoju?
- Tak. - skłamałam, chociaż stała przy mnie mama. - Chcesz mi coś powiedzieć?
- Pragnę ciebie całować, moja dziewczyno. Przecież mówiłem, że cię kocham. Tęsknię za twoimi ustami i chciałbym dotknąć twoich włosów. Są takie miękkie i pachnące.
Mama dyskretnie cofnęła się i wyszła z pokoju, pozostawiając mnie samą. Dobrze, że się tak stało, bo Toni powiedział coś, co mną wprost wstrząsnęło.
- Iza, posłuchaj uważnie. Rozmyślałem o naszej znajomości i doszedłem do wniosku, że romans na odległość nie ma sensu. Chcę się z tobą ożenić i to w możliwie najkrótszym czasie, bo nie wiem czy znowu mnie gdzieś na dłużej nie wyślą. Rozumiesz? Co ty na to?
Otworzyłam usta i stałam bez ruchu, nie wiedząc co mam odpowiedzieć. Dopiero po chwili odzyskałam zdolność artykulacji.
- Ależ Toni, ja jestem uczennicą, mam dopiero siedemnaście lat. Moi rodzice musieliby wyrazić pisemną zgodę na moje małżeństwo. A matura?
- Iza, posłuchaj. Jeżeli chcesz żebym przyjechał do ciebie, to przyjadę, ale już jako twój oficjalny narzeczony. To mój warunek. Przekonaj rodziców żeby wyrazili zgodę na nasze małżeństwo. Maturę możesz zdać w Warszawie i tam studiować, nic nie stoi temu na przeszkodzie. Zrozum, jestem oficerem i mogą mnie wysłać na drugi koniec świata. A wtedy poczekasz na mnie nawet kilka lat! A ja czekać nie chcę. Nie jestem już pierwszej młodości i pragnę mieć żonę. Jesteś inteligentna i mądra, musisz sama zdecydować o naszym losie. Od ciebie zależy, czy nasza znajomość ma przetrwać, czy zakończy się na niczym.
Byłam taka zdenerwowana, że zaczęłam się jąkać. Słuchawka piekła mnie w rękę. Boże, co mam robić?
- Toni, stawiasz mnie przed trudnym zadaniem. My się przecież nawet dobrze nie znamy. Widzieliśmy się wszystkiego trzy razy. Nigdy jeszcze nie myślałam poważnie o małżeństwie. Może jestem na to za młoda. Chcę zdać maturę i studiować. Obawiam się, że moi rodzice absolutnie nie wyrażą zgody na mój ślub. Bardzo mi na tobie zależy, ale chyba będziemy musieli trochę poczekać.
 Po drugiej stronie słuchawki zapanowała cisza. Toni zamilkł i przestał się odzywać. Byłam przerażona. Z jednej strony chciałam go zatrzymać przy sobie za wszelką cenę, a z drugiej strony obawiałam się takich nagłych zmian. Nawet nie wiedziałam, co naprawdę małżeństwo oznacza. Byłam rozpieszczoną jedynaczką i czułam się z tym bardzo dobrze. Żona? Rany boskie, przecież ja nawet nie umiem gotować, a co dopiero prowadzić dom i współżyć z mężem. Jejku, wprawdzie czytałam, co mężczyzna robi z kobietą w łóżku, ale na samą myśl o tym, krew uderzyła mi do głowy ze wstydu.
- Nie usłyszę od ciebie nic więcej? - odezwał się Toni jakimś dziwnym, bardzo chłodnym głosem.
- Przecież mówię ci, że.... - zaczęłam, ale mi przerwał.
- Iza, chyba nie zwróciłaś uwagi na to, co powiedziałem. Chcę ciebie poślubić. Jeżeli nie wyrazisz zgody, zakończymy naszą znajomość. Widocznie nie zależy ci wcale na tym, żeby mnie ponownie zobaczyć. Bo mógłbym do ciebie przyjechać tylko jako twój przyszły mąż. To mój warunek, słyszysz?
- Tak.
- Tylko tak i nie? Nic więcej od ciebie nie usłyszę? Z przykrością przyznaję, że zwiodłem się na tobie, bo sądziłem, że ty także mnie kochasz. W takim razie to mój ostatni telefon do ciebie. Po co mamy sobie zawracać głowę bezsensownym romansem?
Przeraziłam się. Nie, nie, za nic nie chcę go stracić! Wszystko, byle tylko nie to.
- Toni, proszę, błagam, daj mi czas na przekonanie rodziców. To naprawdę poważny problem, z którym będą musieli się uporać. Przystaję na twoje warunki i wyjdę za ciebie, ale muszę mieć choć kilka tygodni czasu.
- Skarbie, ja rozumiem twoje obiekcje, ale teraz nie mogę ci powiedzieć wszystkiego. To nie jest rozmowa na telefon. Zrozumiałabyś sama, że chcę dla ciebie jak najlepiej, bo bardzo cię kocham. Zgadzam się, żebyś miała trochę czasu na przekonanie rodziców. No, to jak? Kochasz mnie? Naprawdę?
- Naprawdę! - zapewniłam go uroczyście.
- Iza. - zabrzmiał w słuchawce jego głos, już miękki i czuły. - Będziesz o mnie myśleć? Wspominać moje pocałunki?
- Tak, będę.
- Dziękuję. Żałuję, że nie mam twojego zdjęcia. Każ sobie zrobić dużą fotografię. Jak przyjadę do ciebie, to ją wezmą z sobą.
- Dobrze.
- Postaram się przyjechać w przyszłym miesiącu. Cieszę się, że poznam twoich rodziców. Mówiłaś im o mnie?
- Tak, mówiłam.
- Moja słodka dziewczyno, ja wiem, że to dla ciebie ogromna zmiana, ale wszystko będzie dobrze. Obiecuję. Postaraj się przekonać rodziców i nie daj mi długo czekać na ich zgodę. Pamiętaj o tym, że cię kocham i tęsknię za tobą. Pa, do usłyszenia. - nie czekając na moją odpowiedź, odłożył słuchawkę.
Ciężko usiadłam na krześle i wsparłam głowę na obu dłoniach. Szumiało mi w uszach i serce tłukło się niespokojnie. Jezu Chryste, co mam robić? Rodzice nigdy się nie zgodzą na taki pośpieszny ślub. Mama zawsze marzyła o tym, żebym wyszła za mąż po studiach. Planowała urządzić mi wielkie wesele, zapraszając na nie całą rodzinę. Oczywiście, mój narzeczony byłby człowiekiem z naszej sfery, dobrze wychowanym młodym dżentelmenem. A ja, w marzeniach mamy, wyglądałabym przepięknie, idąc wolno przez środek kościoła, w śnieżnej ślubnej krynolinie i długim welonie.
 Jezu, jak ja im to powiem? Przecież ojciec nigdy go nie zaakceptuje, mimo iż zawsze myślał, że wyjdę za oficera, bo podobali mi się mężczyźni w mundurach. Miałam to już we krwi. Wszystkie panie z mojej rodziny wychodziły przeważnie za wojskowych. Siedziałam przy biurku tak długo, że zatroskana mama weszła do pokoju, żeby zobaczyć co się ze mną dzieje.
- Żabuniu, wszystko w porządku? Nie siedź tak po ciemku. Zaświeć lampę.
Wstałam z krzesła i wyprostowałam się, czując się w tym momencie bardzo dorosła.
- Mamo, chciałam ciebie powiadomić, że wkrótce wyjdę za mąż. - powiedziałam powoli i dobitnie.

                                          ROZDZIAŁ IV.
 
To były czarne godziny. Na nasze spokojne i pogodne życie rodzinne padł cień.
Rodzice prawie nie odzywali się do mnie, mój kochany Tuptuś niemal mnie nie dostrzegał, zapowiedziawszy mi przedtem twardo, że nigdy nie wyrazi zgody na to szalone małżeństwo! Mama popłakiwała po kątach, a pewnej nocy usłyszałam z sypialni rodziców okrzyk mamy: - Przecież to nasze dziecko! - i podniesiony głos ojca. Kłócili się o mnie!
Byłam rozdarta pomiędzy rodziców, a Toniego, który niemal codziennie dzwonił dopytując się, czy rodzice zgodzili się na nasze małżeństwo. Wzdychałam i prosiłam żeby miał jeszcze cierpliwość. Obiecywałam, że w końcu rodziców przekonam. 
Kiedy nadal trwali w uporze, oświadczyłam im stanowczo, że jeśli się nie zgodzą na nasz ślub, wyjadę do Warszawy i będę z nim żyła na kocią łapę! Rodzice mnie znali i wiedzieli, że jestem zdolna palnąć taką głupotę. To było wstrętne, ale wówczas nie zastanawiałam się nad tym. W tym czasie nie czułam się dobrze. Nagle wszystko stało się jakieś inne, jakby obce. Mój ulubiony różowy pokój, gdzie byłam dotąd  taka szczęśliwa, przestał być przytulny i chronić mnie przed wrogim światem. Miękki tapczan na którym smacznie sypiałam, teraz stał się miejscem bezsennych nocy. Leżąc, rozmyślałam o tym, co mnie czeka. Bałam się przyszłości, a jednocześnie jej pragnęłam. Było mi serdecznie żal rodziców i z przykrością myślałam, że sprawiłam im ból, lecz za nic nie chciałam stracić kochanego mężczyzny.
Tego dnia wstałam dość wcześnie rano i włączyłam radio, ubierając się pośpiesznie, bo mama nie przyszła, jak zwykle, obudzić mnie do szkoły. Z włączonego radioodbiornika popłynęły dźwięki ponurej muzyki, jakby do wtóru moim myślom. Za moment muzyka umilkła, a głos spikera, odpowiednio modulowany, oznajmił z powagą, że w dniu wczorajszym 12 marca o godzinie 21,30 zmarł w Moskwie na zawał serca, wielki syn ludu polskiego, I Sekretarz Komitetu Centralnego PZPR Bolesław Bierut! Ukochany przez Polaków, prezydent i premier Polski Ludowej. 
 Trumnę z ciałem towarzysza Bieruta wystawiono w Moskwie w Sali Kolumnowej Związków Zawodowych Tysiące moskwiczan oddają hołd swemu wielkiemu przyjacielowi.
Bolesław Bierut.
Podskoczyłam z radości. Nareszcie! Szlag go trafił tam, gdzie sprzedawał Polskę. Wypadłam z pokoju i popędziłam z nowiną do kuchni. Ale i mama też miała włączone radio, skąd znowu rozlegała się ponura muzyka.
- Bierut kitę odwalił! Tra la la, bum, cyk, cyk! - zanuciłam, robiąc błyskawiczny piruet.
Mama wzruszyła ramionami.
- Nie ciesz się za bardzo. - powiedziała z rezygnacją. - Uważasz, że to coś zmieni?
- Tak, z pewnością. Podobno na tym XX Zjeździe mówiono bardzo źle o Stalinie. No, zobaczymy. Toni chyba dziś nie zadzwoni, bo wojsko ma ostre pogotowie.
- Zapewne. Jedz śniadanie, bo zupa mleczna wystygnie. - popędziła mnie mama, wskazując ruchem głowy zegar.
Toni nie zadzwonił, ale telefonował tata z wiadomością, że wyjeżdża z delegacją do Warszawy i prosił, żeby mama przygotowała mu bieliznę i czarny garnitur. 
W szkole, w naszej klasie, nastrój był wyjątkowo podniosły. Chłopcy, chwyciwszy się za ramiona, odtańczyli pogrzebowego kozaczoka, przytupując do taktu i udając prysiudy, co im się niezbyt udawało. Romek, największy kawalarz w całej klasie, zaczął rymować na cześć ”ukochanego wodza narodu”. Śmialiśmy się z jego małpich grymasów, ale właśnie zaterkotał dzwonek i weszła wychowawczyni, nasza pani od polaka, „żałobnie” uśmiechnięta i zatrzymała się na progu.
- A co tu u was tak głośno? - spytała, rozglądając się po klasie.
- Głośno? Ależ skąd, pani profesorko. Świętujemy żałobę.... Chciałem powiedzieć, że przeżywamy tę okropną stratę! - oznajmił Romek tak tragicznym głosem, że klasa zaczęła chichotać, a profesorka parsknęła nosem i szybko usiadła, zakrywając twarz dziennikiem.
- Spokój! - poleciła oficjalnym tonem. - Mamy okazję, żeby przed maturą powtórzyć sobie gramatykę. Romek, do tablicy. Ułóż mi kilka zdań złożonych, z zastosowaniem znaków pisarskich oraz pisowni łącznej i rozdzielnej. No, proszę.
Romek wstał z taką nieszczęśliwą miną, że sam Lucyper by się zlitował.
- Pani profesorko, czy nie dosyć nieszczęścia dla człowieka, jak na jeden dzień?
Klasa ryknęła śmiechem, a wychowawczyni znowu z pośpiechem zakryła sobie twarz dziennikiem. Po chwili rzekła oschle:
- Romek, za moment dopytasz się nowego nieszczęścia, kiedy wstawię ci dwóję.
Nabijaliśmy się z „nieszczęścia” przez wszystkie kolejne lekcje.
Ojciec wcześniej przyjechał do domu i pośpiesznie szykował się do wyjazdu, klnąc władze zakładu w żywy kamień. Mama co chwilę wchodziła do sypialni, dopakowując jakąś koszulę, czy ciepły sweter.
- Jak długo będziecie w tej Warszawie? - zapytała, wyciągając z komody czyste ręczniki. - Dlaczego musicie jechać?
Pogrzeb Bieruta.
- Wszystkie zakłady wysyłają delegacje na uroczystości pogrzebowe. Mamy już zarezerwowane pokoje w hotelu "Polonia" Ten cały cyrk trwać będzie do dnia pogrzebu. Iza, Romanowicz nie dzwonił? - zwrócił się tata do mnie.
- Nie, tatusiu. - powiedziałam pokornie.
- I prędko nie zadzwoni. W tej cholernej bandzie w Komitecie Centralnym musi panować popłoch, bo Bierut zmarł nagle. A może mu towarzysze pomogli? Stalina już nie ma, żeby go chronił. W BBC mówili, że to nie był zawał, tylko jakiś zator płucny. Od ruskich i tak niczego się nie dowiemy, bo to, jak zwykle, u nich tajemnica.
Gapie patrzący na pogrzeb Bieruta.
 Przed dom zajechało auto, którym delegaci mieli jechać do stolicy. Ojciec ucałował mamę i rzucił mi przeciągłe spojrzenie. Z przerażeniem pomyślałam, że może nie pożegnać się ze mną. To byłby dla mnie cios w samo serce. Ale wyciągnął ku mnie rękę. Rzuciłam się do niego, tuląc twarz do pachnącej wodą kolońską marynarki.
- Tatusiu! - wyszeptałam łzawo.
- No cicho, cicho, pikuniu. Masz prawo do wszystkiego. Do miłości, do małżeństwa i do szczęścia. Jednak teraz jest na to o wiele za wcześnie.
- Ale ja wcale nie jestem szczęśliwa. - chlipnęłam, obejmując ojca wpół. - Wiem, że sprawiłam wam zmartwienie, to mnie strasznie boli, lecz inaczej nie mogę... O Boże!
Ojciec pocałował mnie mocno w czoło i uścisnął.
- Zobaczymy. Jak przyjadę, to porozmawiamy poważnie.
- A jakby on dzwonił? - zagadnęłam z lękiem. - Co mam powiedzieć?
- Bądź spokojna, nie zadzwoni. To jest wojsko, a nie przedszkole. No, trzymaj się moje dziecko. Przywiozę ci coś z Warszawy.
Ojciec raz jeszcze cmoknął mamę i wyszedł. Podbiegłyśmy obie do okna patrząc, jak wsiada do samochodu. Na pożegnanie skinął nam dłonią. Martwiłyśmy się o niego, bo teraz z pewnością zacznie się na drogach wzmożony ruch i podróż może być niebezpieczna. Brak telefonów od Toniego i wyjazd ojca tak mnie rozstroiły, że wcześniej się położyłam i wtuliwszy głowę w poduszkę zaczęłam płakać. 
Nie, wcale nie byłam szczęśliwa. Toni za każdym razem pytał, czy uzyskałam zgodę rodziców na nasz ślub. Kiedy mówiłam, że jeszcze nie, robił się bardzo zasadniczy i szybko kończył rozmowę. Byłam pod presją i to mnie dobijało. Nie chciałam wychodzić za mąż, nawet za Toniego, ale wiedziałam, że gdy mu odmówię, to go stracę. Pod wpływem narastających zmartwień, przestałam wkuwać i wyraźnie opuściłam się w nauce. Następnego dnia poniosłam konsekwencje mego lenistwa. c.d.n.