środa, 25 stycznia 2017

SEKRETY RODZINNE - NAJWAŻNIEJSZY DZIEŃ ŻYCIA!


25 stycznia 2017 r.

Ten dzień pamiętny na całe życie, powinien być dla mnie prawdziwie wiosenny. Pełen śpiewu ptaków i zapachów rozkwitłych kwiatów - słoneczny i ciepły. Ale okazał się ponury, lał deszcz i zimno było jak w listopadzie.
 Dzień mego ślubu! 
Stałam w sypialni przed lustrem i wpatrywałam się w swoje odbicie. Wyglądałam pięknie w kremowym kostiumie, jedwabnej białej bluzeczce i białym toczku na głowie, z długim do ramion, kloszowym welonem. Na nogach miałam białe szpilki na wysokim obcasie, które mama zdobyła, kupując je na czarnym rynku za dolary. W moim pokoju na długiej ławie, stał w wazonie bukiet ślubny z kremowych róż. Poprosiłam mamę, żeby ukryła moje włosy pod toczkiem, i teraz wydawałam się sobie wyższa oraz szczuplejsza. Jakaś zupełnie inna, jakby nie ta sama. Bardzo blada i poważna. Wcale nie sprawiałam wrażenia szczęśliwej panny mlodej.

Mama miała oczy czerwone, jak królik, od łez. Ja nie płakałam. Właściwie to nic nie czułam. Ani radości, ani smutku. Po prostu było mi wszystko obojętne i myślałam jedynie o tym, żeby ta ceremonia jak najszybciej się skończyła. Wieczorem nie będzie nocy poślubnej, bo spędzimy ją w pociągu jadącym do Warszawy. Tak zadecydował Toni, gdyż otrzymał jedynie dwa dni urlopu okolicznościowego. Cóż, wojsko. Dziwna rzecz. Niby od dawna cieszyłam się, że wychodzę za mąż za mego narzeczonego. Ale dziś wszystko mnie drażniło. Ta ponura listopadowa pogoda i ten deszcz bijący monotonnie w szyby i dzwoniący w rynnach. Złościł mnie pośpiech Toniego, patrzącego co chwilę na zegarek i prorokującego, że spóźnimy się do Urzędu. Nade wszystko zaś drażnił mnie mój ślub!
Marzyłam, żeby coś się wydarzyło i przeszkodziło nam w ceremonii weselnej. O, żeby nagle wybuchła wojna, a Toni musiał wyjechać do swej jednostki, nie zdążywszy się ze mną ożenić! To było bardzo niemądre, ale tak właśnie to sobie wyobrażałam. Może rzeczywiście byłam za młoda na małżeństwo? Noc przed ślubem, Toni spędził w naszym mieszkaniu i spał w pokoju jadalny na tapczanie. Kiedy rano zobaczyłam w łazience, na szklanej półce, jego szczoteczkę do zębów, pastę i przybory do golenia, pomyślałam sobie naraz ze zdumieniem:   -Co ten mężczyzna tutaj robi?  Z pasją wrzuciłam mokry ręcznik pozostawiony przez niego na szafce, do kosza na brudną bieliznę.
O poranku chodziłam po mieszkaniu, dotykając pieszczotliwie mebli, głaszcząc biurko i delektując się tą znaną mi od lat atmosferą własnego domu. Nie chciałam wychodzić za mąż. Nie chciałam opuszczać rodziców i jechać do Warszawy. Pragnęłam zażyć jakąś tabletkę na uspokojenie, położyć się w moim pokoju i zasnąć! A teraz stałam przed lustrem w sypialni i patrzyłam, jak zapłakana mama upina mi na toczku śnieżny welon.
- Nie płacz, kochana, bo będzie mi jeszcze ciężej. - powiedziałam nieswoim głosem.
Mama zapłakała głośniej i objęła mnie mocno.
- Kochanie, odjeżdżasz tak daleko od nas. Strasznie się boję, czy  mąż zapewni ci szczęśliwe życie. Jutro obudzę się, a ciebie już nie będzie z nami. To wszystko dzieje się za prędko, jak we śnie. Jeszcze nie mogę w to uwierzyć, że dziś ciebie stracimy. Będziesz już miała własny dom, potem rodzinę, a my staniemy się powoli tylko wspomnieniem.
- Nie mów tak, mamusiu. Nigdy mnie nie stracicie. Przecież Warszawa nie jest za morzem. Każdej chwili możecie do mnie przyjechać. Jak Toni wyjedzie na dłużej, to ja przyjadę do was. Och, będę szalenie tęsknić za wami i za naszym domem.
Do pokoju wszedł ojciec, rozmawiający dotąd z Tonim w drugim pokoju.
- Panna młoda gotowa? - spytał, starając się nadać głosowi wesoły ton, ale to mu się nie udało. Był zmartwiony, widziałam to po jego oczach. - Pikuniu, jesteś już ubrana, bo twój przyszły mąż bardzo się denerwuje. Zaraz przyjadą auta ze świadkami.
Miałam ochotę powiedzieć: - Niech jadą do diabła! - ale się powstrzymałam i zrobiłam słodką minkę.
- Już idę, tatku. - powiedziałam, zagryzając dolną wargę. Podeszłam do ojca i przytuliłam się do niego. - Pocieszaj mamusię. Ona tak wszystko bierze sobie do serca. Nie wiedziałam, że w dzień ślubu będzie mi tak bardzo smutno.
Ojciec nic nie mówiąc, pocałował mnie w czoło. Podobnie jak matce, trudno mu było pogodzić się z moim odjazdem. Wszyscy troje weszliśmy do pokoju, gdzie Toni nerwowo przechadzał się od drzwi do okna i z powrotem. Miał na sobie galowy mundur z białymi sznurami i wyglądał jak aktor filmowy. Na mój widok zmarszczył brwi.
- Mogłabyś się pospieszyć. Świadkowie nie będą na nas czekać! - powiedział podniesionym tonem. - Guzdrałaś się ponad godzinę!
Poczułam, że wstępuje we mnie diabeł, jak zawsze, gdy byłam zła. Zbliżyłam się do niego i syknęłam przez zaciśnięte zęby:
- Jeszcze jedno takie słówko, a rozbiorę się i będziesz mógł sam jechać z nimi do ślubu!
Toni momentalnie złagodniał, zmienił ton i objął mnie, czule całując w policzek.
- Moja śliczna złośnica. No, już dobrze, a nie zapomnij wziąć bukietu. O, słyszysz, auta zajechały!
 Mieliśmy jechać dwoma samochodami. W jednym Toni i jego dwóch świadków, a w drugim wozie, moi rodzice i ja. Zeszliśmy po schodach, żegnani przez sąsiadów. Anka uśmiechnęła się kwaśno i pokiwała mi ręką, jednocześnie zerkając na Toniego. Cholerna flirciara! Ojciec otworzył parasol, żeby deszcz mnie nie zmoczył. Weszłam do samochodu, trzymając przed sobą wielki bukiet róż. Ojciec usiadł z jednej mojej strony, a mama, nie przestając ocierać mokrych oczu, z drugiej. Droga do Urzędu nie była daleka, ale mnie wydawało się, że przybyliśmy tam w piorunującym tempie. O wiele za szybko!
Przy drzwiach do gmachu spostrzegłam Alinkę i kilku kolegów, między nimi Zbyszka. Patrzył na mnie i posłał mi dłonią całusa. Nie powiem, co pomyślałam.... 
Było mi przykro, że nie mogłam moich przyjaciół zaprosić do restauracji na przyjęcie weselne, ale Toni oświadczył, że nie życzy sobie na ślubie szczeniaków! Zapomniał, że byli w moim wieku, a nawet starsi ode mnie.
W Urzędzie było tego dnia niewiele ślubów. Zauważyłam, że jestem najwytworniej ubraną panną młodą. Usiedliśmy na purpurowych fotelach przed urzędnikiem z wielkim łańcuchem na szyi. Przyszło mi nagle na myśl, że na takim łańcuchu utrzymałby dorosłego byka! O mało nie parsknęłam śmiechem, ale wcale nie z wesołości, tylko z histerii. Bałam się, o Boże, jak ja się bałam. Przeklinałam po cichu samą siebie, że zgodziłam się na to pośpieszne małżeństwo, zamiast złożyć dokumenty na uniwersytet i czekać na decyzję. Ewentualnie mogłam siedzieć jeszcze rok w domu, przy rodzicach. Ach ty durna dziewucho, masz za swoje!
Byłam taka zamyślona, że urzędnik Stanu Cywilnego, musiał dwukrotnie spytać, czy chcę poślubić obywatela Antoniego Romanowicza? Toni posłał mi ostrzegawcze spojrzenie, kiedy zawahałam się z odpowiedzią. Dopiero po chwili wyszemrałam ze ściśniętego gardła:
- Tak!

Mąż wsunął mi na palec obrączkę i pocałował w usta. Świadkowie zaczęli klaskać, mama płakała, a ojciec stał za mną blady, z zaciśniętymi mocno zębami. Ze sztucznym uśmiechem przytuliłam się do niego, a potem ucałowałam płaczącą mamę.
- Córeczko, jesteś już mężatką. Niech Pan Bóg da wam szczęście. - szepnęła łzawym tonem, kreśląc mi nieznacznie na czole znak krzyża. Zapomniała biedaczka, że Toni był ateistą, a my braliśmy ślub cywilny, nie kościelny. 
Pomyślałam sobie, że Pan Bóg nie ma w tym miejscu nic do roboty. Nie byłam gorliwą katoliczką. Powiem szczerze, że w owym czasie należałam, jak wiele moich kolegów i koleżanek, do osób niemal niewierzących. Chodziłam w niedzielę z rodzicami do kościoła, ale tylko dlatego, że nie wypadało inaczej. Spowiedzi i Komunii unikałam jak ognia. Ale tego dnia, pragnęłam iść z mężem przez środek kościoła, w śnieżnej sukni ślubnej, z trenem i długim welonem. Chciałam, klęcząc przy ołtarzu, ślubować mu wierność i uczciwość małżeńską aż do grobu, amen! 
Niestety, nie byłam w kościele, tylko w państwowym urzędzie i musiałam się z tym faktem pogodzić. Czułam się mniej więcej tak, jakbym podpisywała umowę na pożyczkę pieniężną, lub kupno mebli. Przy wyjściu wpadłam w ramiona Ali, która mnie wycałowała, zmoczyła łzami i złożyła życzenia. Potem koledzy po raz pierwszy ucałowali moją dłoń. Byliśmy już dorosłymi ludźmi! Dostałam od nich bukiet kwiatów. Przeprosiłam, że nie zapraszam ich na weselne przyjęcie, tłumacząc, iż wieczorem wyjeżdżamy. Zbyszek przypatrywał się memu mężowi, lekko przymrużywszy oczy. Obawiałam się, że powie mu coś niemiłego, ale się nie odezwał. Kiedy całował moją dłoń, poczułam mocny uścisk jego palców. Spojrzałam na niego przez mgłę łez.
Wsiedliśmy do aut, odwrotnie niż poprzednio. Ja z mężem i rodzicami w jednym, a nasi świadkowie w drugim wozie. Pojechaliśmy do najlepszego lokalu w mieście, gdzie mieliśmy zamówione przyjęcie. Nasz stolik ubrany był kwiatami. Orkiestra zagrała marsza weselnego, a kelnerzy zaczęli podawać potrawy. Dziś już nawet nie pamiętam, co wtedy jadłam. Wiem, że dużo piłam, a ponieważ sala nie była zarezerwowana w całości, zaczęli schodzić się goście. Orkiestra grała znane kawałki i co jakiś czas składała mi życzenia, a to od rodziców, to od męża, lub świadków. Wiele tańczyłam z obu oficerami, z Tonim i ze Stefanem, kolegą z klasy, który bawił się w innym towarzystwie. Żałowałam, że nie było tam Zbyszka.
 Nagle przeraziłam się, bo przyszło mi do głowy, że dyro nas wyleje! Potem uświadomiłam sobie ze zdumieniem, że jesteśmy już po maturze i nie obowiązują nas szkolne rygory. A jednak żałowałam tych, w gruncie rzeczy, beztroskich szkolnych czasów.
Pociąg mieliśmy o godzinie 22, więc dosyć wcześnie opuściliśmy lokal, wracając do domu. Obaj oficerowie, nasi świadkowie zostali i podobno bawili się do rana. W domu zaraz przebrałam się w szlafrok i położyłam po raz ostatni na moim ukochanym tapczanie, pragnąc choć godzinę wypocząć przed podróżą. Toni przysiadł obok mnie i co jakiś czas całował mnie w usta, albo w zamknięte powieki. Był bardzo czuły i wypytywał, czy nie jestem zmęczona i dlaczego zawahałam się z odpowiedzią w Urzędzie. Skłamałam, że myślałam o rodzicach, którzy zostaną sami. Pocieszył mnie, że będziemy często do nich telefonować i przyjeżdżać, jak tylko on dostanie urlop.
Nie mogłam leżeć, bo nerwy mnie ponosiły. Wstałam i poszłam do kuchni. Mama pakowała nam kanapki na drogę. Pomogłam jej przygotować kolację, choć wcale nie byłam głodna. Cierpiałam widząc, że rodzice zamiast cieszyć się moim szczęściem, (hm!), są smutni i przygnębieni. Mama ciągle popłakiwała.
- Kotuniu.- powiedziała, zapakowawszy ostatnią kanapkę w pergaminowy papier. - Zostało jeszcze wiele rzeczy do wysłania. Twoje stroje, bo nie wszystkie wysłałam, dywan i serwis do kawy. Wyślę je w następnym tygodniu. Proszę, telefonuj do nas często i mów, jak się czujesz i jak ci się układa współżycie z mężem. Może czegoś ci zabraknie, to powiedz, zaraz ci poślemy.
- Dobrze, mamusiu.
- Kochasz męża? Jesteś szczęśliwa że wyszłaś za maż?
Chciałam krzyknąć, że nie, że bardzo żałuję mego idiotycznego uporu i chcę zostać w domu. Ale tylko uśmiechnęłam się i ucałowałam ręce mamy.
- Oczywiście. Obiecuję, że będę dzwonić codziennie. Nie martwcie się o mnie. Wszystko będzie dobrze, Pieseczku.
Ojciec z Tonim grali w pokoju w szachy, a ja z mamą pakowałyśmy rzeczy osobiste do nowych moich walizek. Widząc pustą szafę i szuflady, a także meble pozbawione drobiazgów, uczyniło mi się bardzo przykro. Zapadał mokry i deszczowy zmierzch majowego dnia i zbliżał się czas pożegnania z domem. Przebrałam się w nową suknię, w płaszcz wiosenny i buciki na słupku, żeby nie męczyć nóg w pociągu. Na głowie miałam mały kapelusz, pod kolor płaszcza.

 Rodzice odprowadzali nas na dworzec. Obładowani walizkami wyszliśmy z mieszkania. Po raz ostatni spojrzałam na swój pokój, pusty i cichy. Wychodząc zgasiłam światło. Usłyszałam zgrzyt klucza w drzwiach mieszkania i poczułam, że boli mnie serce. Schodziłam po schodach ciężko, jak staruszka, choć jeszcze wczoraj biegłam w górę po dwa stopnie. 
Nie braliśmy taksówki, bo na dworzec kolejowy nie było daleko i szliśmy piechotą. Mżawka zwilżała moją twarz. Toni prowadził z ojcem swobodną rozmowę na jakiś błahy temat, a ja i mama szłyśmy w milczeniu, nie odzywając się do siebie. Ciężka walizka biła mnie po nogach i co kilka kroków przystawałam czując, że w pończochach poleciały mi oczka. Zadyszana doszłam na dworzec i postawiłam na posadzce tę cholerną walizkę, a Toni poszedł do kasy kupić bilety. Stałam obok rodziców i nie mogłam wypowiedzieć ani słowa, bo dusiły mnie łzy. Wyciągnęłam obie ręce i przygarnęłam ich do siebie z całej siły.
- Moi najdrożsi. - powiedziałam w końcu cichutko. - Dziękuję wam za całe moje życie od pieluch do teraz. Byliście dla mnie sensem życia i w każdym zmartwieniu znajdowałam u was pociechę i mądrą radę. Daliście mi dobry, bezpieczny dom i miłość. Przepraszam za moje niemądre wygłupy i okazywane fochy. Wybaczcie mi i kochajcie mnie tak, jak dotąd, bardzo mocno. Potrzeba mi waszej miłości. Zawsze będziecie dla mnie najważniejsi i najbardziej szanowani. Kocham was, mamusiu, tatusiu, i dziękuję wam za pogodne i szczęśliwe dzieciństwo.
Mama wybuchnęła płaczem, a ojciec w milczeniu tulił mnie do siebie, starając się nie okazać wzruszenia.
- Trzymaj się, pikuniu i pamiętaj o nas. - powiedział mi do ucha. - Jakby ci było źle, to wiesz, gdzie masz wracać!
Toni wrócił z biletami i oddał nasze walizki do bagażowni, zostawiając jedynie torbę z kanapkami i termosem. Rozległ się zachrypnięty głos z megafonu, ogłaszając nadejście pociągu. Nie będę opisywać tych ostatnich chwil, bo jeszcze dziś ściska mnie w gardle. Kiedy już weszłam do wagonu i stanęłam przy oknie, poczułam rozdzierającą rozpacz i okropny żal, na widok stojących na peronie rodziców, takich samotnych i smutnych. Nie panowałam już nad sobą i rozryczałam się jak małe dziecko, zatykając sobie usta dłonią. Pociąg ruszył, a ja patrzyłam na ich oddalające z każdą chwilą postacie, coraz bardziej niewyraźne za zasłoną z łez.

- Iza, zamknij w końcu to okno i usiądź! - usłyszałam za sobą głos Toniego. 
 Posłusznie wykonałam polecenie i usiadłam koło niego, przytulając się do jego ramienia. Oczekiwałam, że mnie obejmie i pocałuje, ale nie uczynił tego. Oparł głowę o ścianę i szeroko ziewnął.
- To był cholernie męczący dzień. - powiedział. - Ile dostałaś pieniędzy od rodziców?
- Dziesięć tysięcy. Babcia też mi przysłała osiem tysiące złotych. 
To było wówczas dużo pieniędzy.
- Mama dała ci swoją biżuterię?
- Tak. Dostałam pierścionek, łańcuszek i broszkę. - nie powiedziałam mu, że od babci dostałam perły.
- Trzeba to będzie oszacować u jubilera. - stwierdził Toni i odsunął mnie od siebie, zapalając papierosa. Nie lubiłam kiedy palił, bo pachniał potem tytoniem.
- Twoja babka mieszka we własnej willi, prawda? - odezwał się znowu Toni.
- Tak. Skąd o tym wiesz?
Wzruszył ramionami.
- Przyzwyczaj się do tego, że twój mąż jest zawsze dobrze poinformowany. Byliście wobec mnie nadzwyczaj dyskretni. Wcale mi nie powiedziałaś, że cała twoja rodzina była w AK, a ciotka nawet siedziała za jakieś głupoty wygadywane na Stalina! No, mniejsza z tym. Po śmierci babki, kto dziedziczy tę willę?
- Babcia żyje! - zauważyłam gniewnie. - A po jej zgonie, willę odziedziczy ojciec.
- Aha! To znaczy ty! - ucieszył się Toni i wyjął z torby podróżnej kanapkę z szynką. Pedantycznie odwinął pergaminowy papier i zaczął z apetytem jeść.
- Wiesz, twoje pytania są tak dociekliwe, że mogłabym pomyśleć, że ożeniłeś się ze mną dla pieniędzy. - zauważyłam obrażonym tonem.
Toni prychnął śmiechem, omal nie udławiwszy się kęsem kanapki.
- A coś ty myślała? Oczywiście, że dla pieniędzy. - powiedział, lecz zauważywszy, że zrobiłam się blada ze złości, ze śmiechem objął mnie i pocałował w czubek głowy. - Nie bądź niemądra, Iza. Żartowałem tylko.
- Masz dziwne poczucie humoru.
- Wybacz. Ale mówiąc między nami, babka mogłaby ci podarować więcej pieniędzy i coś z biżuterii „rodowej”, jak to wy mówicie.
- Babcia jest emerytką i sama ma niewiele. A naszą biżuterię noszą teraz żony UB-owców, którzy aresztowali ciocię Wandę!
- Iza, proszę cię, raz na zawsze, żebyś nie opowiadała takich głupstw! - Toni nagle się zdenerwował. - Jakbyś z czymś takim wyjechała w towarzystwie moich kolegów, mógłbym mieć nieprzyjemności.
- Przecież ty służysz w wojsku, a nie w UB.
- Żony wojskowych powinny mieć świadomość o wrogach klasowych.
- Jakich wrogach? To przecież tylko propaganda.
- Zdziwiłabyś się, ale to nie jest propaganda lecz prawda. Lepiej takich tematów nie poruszaj. Nie znoszę, kiedy kobiety zajmują się polityką.
- To samo mówił Napoleon Bonaparte! - powiedziałam z ironią. - Nie doceniał kobiet i to go zgubiło.
- To szkoda, że nazwali go Wielkim! - odparował Toni i ponownie ziewnął. - Kotku, pozwól mi się zdrzemnąć. Jutro już muszę być w pracy. Spróbuj zasnąć.

Usadowił się wygodnie i po chwili zaczął pochrapywać przez nos. Wtuliłam się w oparcie kanapki i patrzyłam przez okno na tysiące ognistych iskier, biegnących w ciemnościach nocy z komina lokomotywy. Pociąg dygotał, dudnił na spojeniach szyn i pędził przed siebie coraz dalej i dalej od mego domu i mojego świata. Zastanawiałam się, co ja tu robię, w tym cuchnącym dymem przedziale wagonu kolejowego? Przecież o tej porze spałabym spokojnie na moim miękkim tapczanie we własnym pokoju, a w razie bezsenności czytałabym książkę, lub słuchała muzyki z radia Luksemburg. Nie mogłam wprost uwierzyć, że jestem już mężatką i jadę z poślubionym niedawno mężczyzną, do którego, w tym momencie, nic nie czułam. 

Jadę do dalekiego miasta, między obcych obojętnych ludzi. Koła pociągu dudniły w znajomym rytmie: - Do domu! Do domu! Do domu! Ale ja nie jechałam do domu, a każda minuta oddalała mnie od rodziców i mego świata. Wyobrażałam sobie, co muszą teraz przeżywać mama i ojciec, powróciwszy do naszego pustego mieszkania, już sami, beze mnie. Mamusia pewnie płacze w łóżku, a ojciec próbuje ją pocieszyć, lecz sam bardzo cierpi, bo byłam jego jedynaczką i bardzo się kochaliśmy.
Na jednej dużej stacji, naładowało się do przedziału tyle osób, że siedzieliśmy przyparci do okna i stłoczeni jak sardynki w puszce. Wraz ze zbliżaniem się do Warszawy, tłok czynił się coraz większy. Ludzie stali na korytarzu i w drzwiach przedziału. Czułam przeciąg i obawiałam się, że przyjadę do Warszawy zaziębiona. Byłam już bardzo zmęczona i marzyłam, żeby ta podróż się skończyła. Chciałam już być w moim nowym domu.
 Przyjedziemy do Warszawy rano i nasza noc poślubna wypadnie w jasny dzień! Przez kilka dni przed ślubem modliłam się, żeby w sam dzień wesela nie dostać okresu. To przydarzyło się mojej kochanej mamie, która noc poślubną spędziła na parzeniu sobie ziółek, na bóle menstruacyjne. Na szczęście tatuś był bardzo wyrozumiały i pocieszał płaczącą mamę, że wszystko będzie dobrze. I było dobrze! Ja nie wiedziałam, jak będzie, bo Toni ostatnio zachowywał się nadzwyczaj powściągliwie. Nawet całował mnie skromnie i krótko.

Boże, Warszawa! Tłok, krzyk, hałas, tysiące aut, tysiące przechodniów. Oj, nie lubię tego! Poprzedniego dnia Toni telefonował do swej jednostki, prosząc o auto. Teraz przed dworcem czekała na nas zielonkawa„Pobieda”,a żołnierz-kierowca, odebrał z wagonu bagażowego nasze walizki i razem z Tonim upychali je w tyle wozu. Było tego tak dużo, że samochodowy bagażnik nie chciał się zamknąć i zdenerwowany mąż klął głośno. Na Saską Kępę jechało się długo przez częściowo już zabudowane ulice. Wyobrażałam sobie, jak musiało wyglądać to miasto po upadku Powstania - jedno morze ruin! Na szczęście już wznoszono nowe bloki, szybko powstawały całe wielkie dzielnice, choć nie mogły się równać z dawną, przedwojenną Warszawą. Paryżem Wschodu, jak nazywano naszą stolicę, beztrosko roześmianą i roztańczoną.
W-wa."Parterowa" ul. Marszałkowska.
Jechaliśmy tak długo, że głowa zaczęła opadać mi na piersi i zdrzemnęłam się na chwilę. Kiedy otworzyłam oczy, samochód stał przed piętrowym domem stojącym w zaniedbanym ogrodzie. Toni z kierowcą wyciągał walizy i razem taszczyli je na piętro. Wolno wchodziłam za nimi, po kamiennych brudnych schodach. Drzwi parterowego mieszkania otworzyły się nagle i stanęła w nich kobieta w średnim wieku. Miała modnie zaondulowane włosy i frotowy szlafrok. Patrzyła na mnie ze zdumieniem.
- Co? Romanowicz sprawił sobie nową dziewczynę? Poprzednią wyrzucił stąd przed paroma dniami! - powiedziała ze śmiechem. - Musi pani uważać, żeby nie wylecieć jak tamta.
Byłam tak zaskoczona, że zatrzymałam się w pół kroku i patrzyłam na kobietę bez słowa. Pomyślałam, że ona żartuje sobie ze mnie.
- Sprowadza się pani do Romanowicza? - ponownie zapytała kobieta, obserwując mnie z ciekawością.
- Nie rozumiem, co pani chce przez to powiedzieć? - odezwałam się wyniośle. - Jestem żoną majora Romanowicza!
W kobietę jakby piorun strzelił. Wytrzeszczyła na mnie oczy i otworzyła usta. Poczerwieniała jak piwonia i dosłownie zapomniała na chwilę języka w gębie.
- O, bardzo przepraszam. Naturalnie ja tylko żartowałam. - powiedziała szybko. - Major wybrał sobie śliczną żonę. Wszystkiego najlepszego,na nowej drodze życia. Życzę państwu szczęścia. - błyskawicznie zamknęła drzwi i zniknęła „jak sen jaki złoty”.
Podobny obraz
Ulica na Saskiej Kępie.
Wdrapałam się z trudem na pierwsze piętro i weszłam w szeroko otwarte drzwi mieszkania. To był mój nowy dom. Toni z kierowcą jeszcze taszczyli z auta resztę rzeczy, mijając mnie po drodze. Z mrocznego przedpokoju weszłam do jasnego, dużego pokoju i zdębiałam. Cały był zarzucony częściowo rozpakowanymi paczkami przysłanymi przez mamę. Z podartych pudeł powypadały potłuczone kawałki serwisu obiadowego i jakichś innych jeszcze naczyń. Z innych paczek powyciągano moje nowe suknie i rozrzucono je po pokoju, jakby w wielkim gniewie. 
Ktoś wyraźnie je mierzył, a potem porzucił jak szmaty. Z kolei zwiedziłam brudną kuchnię, z mnóstwem talerzy leżących w zlewie i czekających na umycie, oraz drugi pokój, będący sypialnią. Poznałam to po rozbebeszonym tapczanie z nieświeżą pościelą i toaletce, na której leżały jeszcze jakieś pudełka z kremami do twarzy. W małej i ciasnej łazience, odkryłam w kuble podpaskę higieniczną!
Nie potrafię nawet opisać, co wtedy czułam. Byłam w kompletnym szoku. Chciałam natychmiast wyjść z tego mieszkania, wsiąść do pociągu i wrócić do domu. Ale za co? Wszystkie pieniądze miał przy sobie mąż. Powiedział mi, że przy nim będą bezpieczniejsze, a mnie może je ktoś ukraść. W dużym mieście jest mnóstwo złodziei. 
Słyszałam jego głos, jak odprawiał kierowcę. Drzwi się zamknęły i zostałam z nim sama. Wszedł do sypialni i rzucił mi przeciągłe spojrzenie.
- No, co tak stoisz? Umyj się, rozbierz do naga i połóż się na tapczanie. - powiedział rozkazującym głosem. - No idź! Nie mam zamiaru czekać na ciebie do jutra.
Nic nie myślałam, nic nie czułam. Jak nakręcana lalka, bez słowa sprzeciwu wykonałam jego polecenie. c.d.n.