poniedziałek, 30 stycznia 2017

SEKRETY RODZINNE - NIE CHCĘ, A MUSZĘ!


30 stycznia 2017 r.
 Na pierwszą kolację na nowym mieszkaniu, usmażyłam kotlety kupione na stoisku garmażeryjnym w Domu Handlowym i dodałam do nich sałatkę, także kupioną. Nie miałam zamiłowania do spraw kulinarnych, jak moja mama i zawsze się dziwiłam, jakim cudem z kilku jarzynek, kawałka mięsa, czy kości i kilku łyżek śmietany, mogła powstać pyszna zupa.
Romanowicz przyszedł dopiero późnym wieczorem. Wszedł do mieszkania, rozejrzał się i gwizdnął.
- No, no. - powiedział rozglądając się po pokojach i kuchni. - Może jednak warto było z tobą się ożenić.
- Nie zrobiłam tego dla ciebie, tylko dla siebie, bo nie lubię brudu. - odpaliłam.
Nakryłam stół kuchenny serwetą i ustawiłam talerze i sztućce. Romanowicz poszedł do łazienki i wziął prysznic, bo usłyszałam jak leje się woda i huczy bojler.
Bałam się, o Boże, znowu się go bałam. Myśl o strasznym bólu, jakiego doznałam poprzedniego dnia i w nocy, odbierała mi chęć do życia. Na samo wspomnienie tego, co przeżyłam, zbierało mi się na wymioty. Nie chciałam z nim współżyć, a samo małżeństwo przedstawiało mi się jako katorga i obowiązek upokarzający dla kobiety. 
Romanowicz wyszedł z łazienki już przebrany i usiadł przy stole, zabierając się do jedzenia. Co jakiś czas podnosił głowę i przypatrywał się mi spod oka. To jego przenikliwe spojrzenie bardzo mnie denerwowało. Ręce zaczęły mi drżeć i upuściłam widelec na podłogę. Nie mogłam jeść...
- No, co się z tobą dzieje? - warknął. - Opowiadaj, jak spędziłaś dzień. Zapoznałaś się z Bartnikową?
Zaczęłam mówić, gdzie byłam i co widziałam, ale jego to widać wcale nie interesowało, bo ziewnął i podniósł się z krzesła.
- Miałem cholernie ciężki dzień. - powiedział, wchodząc do sypialni i zdejmując koszulę i spodnie. - Chyba nie będziesz miała do mnie pretensji, że dzisiaj ci nie dogodzę w łóżku, ale ledwo żyję. Jutro wyjeżdżam i nie będzie mnie przez tydzień. - ponownie ziewnął i ciężko klapnął na tapczan.
O mało nie zaśpiewałam z radości. Może jednak Bóg istnieje i zechciał wysłuchać mojej prośby!
- Nie mam do ciebie pretensji. - powiedziałam obłudnie. - A dokąd wyjeżdżasz?
Podskoczył, aż jęknęły sprężyny tapczana i odparł szorstko:
- Nigdy mnie o nic nie pytaj. Jeśli będę chciał, sam ci to powiem. Wszystko, co dotyczy mojej służby jest tajemnicą. Rozumiesz?
- Tak, przepraszam.
Sięgnęłam do szafy po nocną koszulę i położyłam na krześle szlafrok, żeby był pod ręką. On leżał na wznak na tapczanie i obserwował moje ruchy.
- Cholera, ładna jesteś, ale dziś nie mam siły, żeby się tobą zająć.
- Jakoś to przeżyję. - powiedziałam z ironią, kładąc się do czystej, własnej pościeli, nie cuchnącej obcą babą. - Dobranoc. - mruknęłam, odsuwając się na skraj posłania.
Zanim zdążyłam przykryć się kołdrą, on już spał i głośno chrapał. Nienawidziłam go i życzyłam mu śmierci!
 Minął tydzień. Poczułam się nieco lepiej fizycznie, ale psychicznie nadal fatalnie. Romanowicz przez siedem dni przebywał na delegacji i wtedy było mi bardzo przyjemnie samej w domu. Sprzątaczka przyszła po raz drugi, wyszorowała parkiety w pokojach, zapastowała i wyfroterowała podłogi do połysku. Kafle w łazience, lustro i wanna lśniły czystością.
W czasie nieobecności męża, często przychodziła moja sąsiadka z parteru. Uczyła mnie gotowania i opowiadała o swoich przygodach w wojsku. Z tego, co od niej usłyszałam, nabrałam przekonania, że mój mąż jest ważną figurą, ale niekoniecznie lubianą. Pani Bartnikowa z pewnością wiedziała o nim wiele, lecz z oczywistych powodów wolała się tą wiedzą ze mną nie dzielić. Polubiłam ją, bo była jedyną istotą w tym obcym mieście, która okazywała mi życzliwość.
Kiedy Romanowicz powrócił z podróży, zaraz wybuchła awantura. Na jego stoliku nocnym stała lampka, której nie wolno mi było ruszać. Ja lubiłam czasem w łóżku coś sobie poczytać i pomyślałam, że powinnam kupić drugą lampkę na mój nocny stolik. Mąż przyjechał po południu i nie przywitawszy się ze mną, poszedł do łazienki. Siedział w niej kwadrans i dopiero po dłuższej chwili, już wykąpany, ogolony i przebrany, przyszedł do kuchni.
- Jest w tym domu coś do jedzenia? - odezwał się, siadając przy stole.
- Jak to miło z twojej strony, że mnie zauważyłeś. - uśmiechnęłam się gorzko, zraniona jego obojętnością.
 Sięgnęłam do lodówki i wyjęłam zimną pieczeń wołową. Pokroiłam ją w plastry i podałam razem z pieczywem i masłem na stół. Postawiłam przed nim szklankę gorącej herbaty i usiadłam.
Zjadł wszystko co podałam, popił herbatą i spojrzał na mnie z zainteresowaniem.
- Ładnie wyglądasz. - rzucił, obserwując mnie. - Widzę, że dobrze sobie żyjesz.
-Słuchaj, wyjeżdżając zostawiłeś mi bardzo mało pieniędzy. Oszczędzałam, ale pieniądze już się skończyły i zostało mi tylko parę groszy. Musisz mi dać coś na życie, przecież w Warszawie na kredyt niczego nie dostanę. Chcę kupić sobie drugą lampkę na nocny stolik, żeby czasem poczytać coś wieczorem.
- Nie mam pieniędzy! - odrzekł krótko.
- Jak to nie masz? - zawołałam zdumiona. - Przecież rodzice dali mi dużo pieniędzy. Wszystkie mi zabrałeś, więc gdzie się podziały?
- Rozeszły się. - powiedział wstając. - No, chodź do łóżka.
Nie ruszyłam się z miejsca, patrząc na niego ze złością.
- Gdzie masz moje pieniądze? Co z nimi zrobiłeś? - zawołałam z rodzącym się oburzeniem.
- Powiedziałem ci, rozeszły się. Koniec dyskusji. A lampki sobie najwyżej nie kupisz. Chodź, pobawimy się w tatę i mamę.
- Nie chcę! - powiedziałam przez zaciśnięte zęby.
Podszedł do mnie skradającym się krokiem i nagle niespodziewanie wyrwał mi spod siedzenia krzesło. Z rozmachem klapnęłam na podłogę, boleśnie tłukąc sobie kość ogonową.
- Wolisz, żebym ciebie pieprzył na stole? - zapytał uprzejmie. - A może na podłodze? Niektóre baby to lubią. Więc jak?
Wszystko się we mnie zagotowało z wściekłości i upokorzenia. Opanowałam się na tyle, żeby powiedzieć spokojnie.
- Powiedz mi tak szczerze, za kogo ty mnie masz? Jestem twoją żoną, czy dziwką spod latarni?
- Ależ kotku, jesteś moją ukochaną żoną, którą mam wielką ochotę  wyp...!- użył wulgarnego słowa.
- W takim razie nie używaj wobec mnie słownika, jakim posługujesz się przy kurwach! - wrzasnęłam, wyprowadzona z równowagi.
Zaśmiał się i gwizdnął z podziwu.
- W większości wszystkie kobiety to kurwy. No, ale kiedy już jesteś taka delikatna, postaram się zachowywać wytwornie. O ile nie zapomnę. W takim razie, chodź, żoneczko, pokochamy się. Przez kilka dni miałaś ode mnie spokój, powinnaś zatęsknić za mężem.
- Wyobraź sobie, że nie tęskniłam. - szepnęłam, drżąc z obrzydzenia i  lęku.
- Szkoda. - zmrużył oczy. - Iza, nie przeciągaj struny, ostrzegam. Potrafię przywołać ciebie do porządku.
Wziął mnie za rękę, podniósł z podłogi i zaciągnął do sypialni. 
Tej nocy mało spałam. A nazajutrz chwiałam się na nogach i żałowałam, że żyję. On miał siłę słonia, wcale nie było po nim widać, że niemal całą noc używał sobie na mnie. To był koszmar. Rano przyjechał po niego samochód służbowy, a on wychodząc do pracy, świeży i wypoczęty, objął mnie i pocałował mocno w usta.
- Dobrze było? - szepnął mi do ucha i roześmiany wyszedł z mieszkania.
 Znalezione obrazy dla zapytania Zdjęcie. młoda kobieta w wannie.
Pobiegłam do łazienki i siedząc godzinę w wannie, zastanawiałam się, co mam robić, bo na dłuższą metę taka sytuacja była nie do zniesienia. Wyszłam za mąż i naprawdę nie miałam żadnych oporów, żeby normalnie żyć z mężem. Kiedyś nawet bardzo tego pragnęłam. Ale to, co działo się obecnie między nami, niewiele miało wspólnego z małżeńskim pożyciem. On zachowywał się wobec mnie tak, jakby przyszedł do burdelu i najął sobie płatną dziwkę, z którą mógł robić co chce. Zresztą nawet w domu publicznym obowiązują pewne normy.
Kiedy skończył mnie męczyć, natychmiast zasypiał. Lecz po pewnym czasie budził się i nie przejmując się tym, że ja usnęłam, zaczynał swoje. Prosiłam go, tłumaczyłam, że jestem zmęczona i chcę odpocząć. Nie reagował. Nie nadawał się ani na kochanka, ani na męża. Był erotmanem, typem samca, egoistycznie i bezlitośnie wykorzystującego swoją przewagę fizyczną. Kiedy jęczałam, wciskał mnie mocniej w tapczan. Nie mogłam tego dłużej znieść i na sama myśl, że wieczorem znowu czekają mnie mężowskie karesy, ogarniała mnie straszna rozpacz i chęć unicestwienia jego lub siebie. 
W południe zapukała do drzwi pani Bartnikowa. Spojrzawszy na mnie wydała okrzyk:
- Dziecko, jak ty wyglądasz? Chora jesteś? Może wezwać lekarza?
- Nic mi nie jest. - powiedziałam, rumieniąc się mocno. Spuściłam głowę bliska płaczu.
Ale starszej pani nie udało mi się oszukać. Była doświadczoną kobietą i znała życie.
- To on cię tak urządził? Co to za człowiek! Wziął sobie niewinną dziewczynę i traktuje ciebie, jak swoje dziwki. - przyciągnęła mnie do siebie i pogłaskała po głowie. 
 Przytuliłam się do niej i wybuchnęłam płaczem.
- Ja już nie mogę! - szlochałam głośno. - On mnie zniszczy. Dlaczego on tego nie rozumie? Przecież nawet zwierzęcia tak się nie traktuje. Nie wytrzymam tego dłużej, wolę umrzeć!
- Dlaczego ty masz umierać? Jesteś młodziutka i warta miłości. Przed tobą długie życie. Chyba sam diabeł cię skusił, że zdecydowałaś się wyjść za Romanowicza.
- To on jest diabłem! - jęknęłam boleśnie. - Niech mi pani poradzi, co mam robić?
Warszawa lat pięćdziesiątych nocą.
Pani Bartnikowa zamyśliła się, nie wypuszczając mnie z ramion.
- Nie mogę z nim rozmawiać o tobie, bo wściekłby się i na mnie i na ciebie. Mówiłaś o tym z rodzicami?
- Niech Bóg broni! Ojciec by go zabił. - powiedziałam.
- Ten bydlak, nie potrafi nawet uszanować takiej młodziutkiej żony.  Ludzie z jego branży nie odznaczają się delikatnością, ale nie słyszałam żeby żony innych oficerów, skarżyły się na mężów.
- Ja się także nikomu nie poskarżę, bo się go boję
- Widocznie on potrzebuje zwykłej dziwki, bo te baby, co tutaj do niego przychodziły, to aż piszczały z uciechy. Ale ty jesteś inna. Nie martw się, niedługo znowu gdzieś wyjedzie i trochę się podleczysz. Na razie używaj dużo wazeliny. Może on się zmieni? - powiedziała bez przekonania.
Bardzo w to wątpiłam. Mąż nigdy mnie nie kochał, tego byłam zupełnie pewna, ale pragnął mnie i z pewnością szybko mu to nie przejdzie. Przecież dopiero się pobraliśmy, a ja byłam młodą, niebrzydką dziewczyną. Na szczęście rano dostałam okres i przez kilka dni miałam święty spokój, bo mąż nie zbliżał się do mnie.
Tymczasem w kraju zachodziły wydarzenia, przy których moje kłopoty małżeńskie wydawały się po prostu śmieszne. Coś było na rzeczy, bo Romanowicz przychodził do domu późną nocą taki wściekły i zmęczony, że bałam się do niego odezwać. 
Nowa Warszawa, Są już uliczne telefony!
Trzęsłam się ze strachu kiedy na mnie patrzył i starałam się zejść mu z oczu. Nie odważyłam się pytać go o cokolwiek, ale wiadomości w radiu i w telewizji były jakby mniej entuzjastyczne. Zaczęto przebąkiwać o trudnościach aprowizacyjnych, którym winny był  oczywiście "zgniły kapitalizm". Nie wątpiłam, że mąż wiedział o wielu sprawach, ale nigdy mi o niczym nie mówił, traktując mnie jak przedmiot.
Nie byłam tchórzliwa, raczej przeciwnie, często zadziorna. W dzieciństwie uwielbiałam bić się z chłopcami. Wracałam ze szkoły do domu z rozbitym nosem, podbitym okiem, zerwanym tornistrem, ale z uśmiechem tryumfu na ustach. Ale teraz zachowywałam się jak bity pies. Nie było nikogo, kto mógłby mi pomóc. 
 
Poranne kłopoty komunikacyjne warszawiaków.

Raz, mąż w pasji, rzucił w ścianę wazonem, z kupionymi przeze mnie bzami. Ich zapach przypominał mi dom, bo były to ulubione kwiaty mamy. Udałam, że nic się nie stało. Nie miałam wątpliwości, że mógłby mnie uderzyć, gdybym się odezwała. Nakazywałam sobie spokój i to była moja jedyna obrona. c.d.n.