poniedziałek, 16 stycznia 2017

SEKRETY RODZINNE - ODWIEDZAM BABCIĘ.


17 stycznia 2017 r.
Do dziś dnia zastanawiam się, dlaczego prawie nic nie pamiętam z przyjęcia zaręczynowego w ulubionym lokalu. Wiem, że oprócz moich rodziców i mnie byli jeszcze dwaj nieznani mi oficerowie, koledzy Romanowicza. Miałam na sobie śliczną błękitną sukienkę, w której mi było do twarzy. Mama w małej czarnej i perłach na szyi, ojciec w wizytowym garniturze, wyglądali bardzo dostojnie. Toni zamówił stolik i kazał zakupić w kwiaciarni duży bukiet purpurowych tulipanów. Nie mogłam się im napatrzyć! Jak przez sen pamiętam, że dużo tańczyłam i piłam alkohol. Mama miała wielkie powodzenie, bo pomimo wieku zachowała jeszcze urodę i znakomicie tańczyła. Zatańczyłam też z moim kochanym tuptusiem, choć prócz poleczki i walczyka, niewiele więcej umiał. Potem miałam jakąś lukę w pamięci. Dopiero pod koniec zabawy, poszłam do toalety i w holu wpadłam na moją kumpelkę Alinę. Zrobiła wielkie oczy, a ja też patrzyłam na nią zdumiona, bo uczennicom nie wolno było pokazywać się w lokalach.
- Iza, kochanie, nie spodziewałam się ciebie spotkać w lokalu. Och, masz śliczną suknię! Co tu robisz? - wykrzyknęła na mój widok.
- A ty? - odpowiedziałam pytaniem na pytanie. - Dyra się nie boisz?
- Witek ma dziś urodziny. Kończy dwadzieścia pięć lata. Starość! Przyszliśmy to oblać. Mam nadzieję, że dyro nas nie zabije. Ostatecznie już jesteśmy dorośli. A ty, co tu robisz?
- Mam zaręczyny. - odpowiedziałam niepewnie. - Zaraz po maturze ślub.
Alina wydała cienki pisk i zaczęła mnie całować.
- Izuniu, naprawdę? Dlaczego nic nie mówiłaś? Klasa urządziłaby ci pożegnanie. Ach ty, paskudnico! Witek! - zawołała brata wychodzącego właśnie z toalety. - Iza ma tu dziś zaręczyny. Wyobraź to sobie. Pogratuluj jej. A za kogo wychodzisz?
- Za oficera z Warszawy. - oznajmiłam dosyć powściągliwie.
- Ojej, aż za oficera? - Witek poklepał mnie przyjacielsko po siedzeniu. - Zawinęłaś się, małpko. Sam miałem na ciebie ochotę. No, pokaż tego swojego wybrańca.
Czułam się dosyć niezręcznie. Mój narzeczony nie życzył sobie na zaręczynach moich przyjaciół zastrzegając, że powinna to być wyłącznie uroczystość rodzinna. Gdyby to zależało ode mnie, natychmiast zaprosiłabym ich do naszego stolika. Ale wiedziałam, że Toni byłby niezadowolony. Poza tym, Witek służył w jednostce komandosów, był na razie tylko podchorążym i czułby się z pewnością źle w towarzystwie wyższych oficerów. Wzięłam ich oboje za ręce i podprowadziłam do drzwi na salę, wskazując głową nasz stolik. Alinka gwizdnęła z przejęcia, przypatrując się Toniemu, ale Witold zachował się zupełnie inaczej. 
Nagle spoważniał i spojrzał na mnie ze zdumieniem.
- Mam rozumieć, że wychodzisz za majora Romanowicza? - odezwał się półgłosem.
 - Tak. A dlaczego pytasz? Skąd znasz jego nazwisko?
- No wiesz.... - przeciągnął sylabę. - Czasem widuję go w jednostce. Dawno się poznaliście? Nigdy o nim nie wspominałaś.
- Wiciu, znamy się bardzo krótko. A nie wspominałam, bo rodzice mieli sporo zastrzeżeń odnośnie naszego ślubu, więc nie było nic pewnego. Wybaczcie, że nie proszę was do stolika, ale sama nawet nie znam tych oficerów, których mój narzeczony zaprosił.
- Nie rób sobie kłopotu z naszego powodu. Zresztą i tak musimy zaraz wyjść – oznajmił Witek stanowczo, rzuciwszy siostrze porozumiewawcze spojrzenie. - Mam nadzieję, że dokładnie przemyślałaś swoją decyzję. To człowiek starszy i z pewnością niewiele o nim wiesz.
Polscy komandosi to piękni chłopcy.
 Zmierzyłam go złym wzrokiem. Akurat dziś musiał z tym wyjeżdżać! Ale że Witka bardzo lubiłam, bo był dobrym chłopcem i bardzo twarzowo wyglądał w mundurze komandosa i berecie nasuniętym zawadiacko na oko, więc mu wybaczyłam niestosowną uwagę. Alina spojrzała badawczo na brata i także spoważniała.
- Izuniu, może jeszcze się zastanowisz? Ostatecznie masz dopiero siedemnaście lat. - szepnęła nieśmiało. - Wyjedziesz i zostawisz rodziców samych? Oni przecież mają tylko ciebie. Nie żal ci będzie naszej bandy i miasta?
- Przecież po maturze wszyscy się rozjedziemy. - powiedziałam, wzruszając ramionami. - Ty także opuszczasz swoich staruszków i będziesz studiować medycynę w Poznaniu. Witek może każdej chwili dostać przeniesienie na drugi koniec Polski. Jak widzisz, jesteśmy już jednak dorośli i odchodzimy od swoich korzeni.
- Zrobisz, jak zechcesz. - rzekł Witek. - Ale ja ci radzę, przemyśl to wszystko raz jeszcze. Naprawdę, dobrze ci radzę! - powtórzył z naciskiem. - No, daj buziaka. - ujął moją twarz w obie dłonie i pocałował mnie w usta. To nie był pocałunek kumpla! Poczułam, że krew uderzyła mi do głowy. Cholera, w dzień zaręczyn!
Tak się bawiono w PRL-u.
Alinka i Witek zaraz wyszli z lokalu, a my bawiliśmy się jeszcze do trzeciej w nocy. Starszy pułkownik odwiózł rodziców swoim autem do domu, a my z Tonim, poszliśmy piechotą przez uśpione, ciche miasto, co kilka kroków przystając, żeby się pocałować. Pod bramę przyszliśmy przed świtem, a droga wydawała nam się za krótka. Toni miał przyjechać ponownie za dwa tygodnie, żeby załatwić sprawę naszego ślubu w Urzędzie Stanu Cywilnego, zaprosić swoich świadków (tych samych oficerów, którzy byli na naszych zaręczynach) i pozałatwiać jeszcze jakieś sprawy w związku z moimi przenosinami do Warszawy. Wtedy należało się wszędzie meldować, w przeciwnym razie milicja zajmowała się nieszczęśnikiem.
Żegnaliśmy się z Tonim z pół godziny, bo wiedziałam, że rano wraca do Warszawy. Wycałowana i wyściskana, nareszcie oderwałam się od niego i weszłam do domu. Poczułam się jakoś dziwnie. Po raz pierwszy pomyślałam sobie, że nazajutrz nie pójdę do szkoły, tylko wsiądę do pociągu i pojadę na drugi koniec Polski, zaprosić rodzinę na mój ślub. Jeszcze nigdy w życiu nie jechałam tak daleko sama i dopiero teraz przyszło mi do głowy, że naprawdę już jestem dorosła i sama odpowiadam za swoje czyny.
 Otworzyłam drzwi własnym kluczem i na palcach weszłam do przedpokoju. Rodzice już spali, bo światło w sypialni było zgaszone i dochodziło stamtąd lekkie pochrapywanie taty. Westchnęłam na myśl, że niedługo będę musiała ich pożegnać i pojechać z niemal obcym mężczyzną, którego wybrałam sobie na męża. Na samą myśl o rozstaniu poczułam bolesne ściśnięcie serca. Jakże mi żal będzie opuścić mój różowy pokój, w którym przeżyłam tyle dobrych dni. Zostawię miękki tapczan, ukochaną kołdrę, która zawsze tak cieplutko mnie otulała, moje meble, - wszystko, co stwarzało tę niepowtarzalną rodzinną atmosferę. Ciepłą, kojącą i dającą poczucie bezpieczeństwa. Wyjadę do nieznanego wielkiego miasta i zacznę nowe życie w obcym mieszkaniu, które od tej chwili będzie moje i z nieznanym mi dobrze mężczyzną, który zostanie moim mężem.
Stanę się kobietą za sprawą nocy poślubnej. Oj, o tym wcale nie chciałam myśleć, jednak wbrew sobie myślałam i to często. Naturalnie wiedziałam, że gdy dziewczyna pierwszy raz oddaje się mężczyźnie, to trochę boli, ale potem już jest coraz przyjemniej. Mój narzeczony bardzo mi się podobał i nie miałam nic przeciwko oddaniu się mu fizycznie. To mogło być ogromnie ekscytujące przeżycie. Naturalnie w noc poślubną, ani dnia wcześniej! 
Nauki mamy nie poszły w las, bo zawsze mnie ostrzegała przed pochopnym rozpoczęciem współżycia seksualnego. Zresztą w tych czasach młode dziewczęta zachowywały się skromnie, gdyż chłopcy łatwych panien nie szanowali.
Zasnęłam niemal o świcie i z trudem otworzyłam oczy, kiedy mama weszła do pokoju i mnie obudziła. Przypomniałam sobie, że dziś jadę na drugi koniec Polski, żeby zawiadomić babcię, matkę ojca, i zaprosić ją i obie ciocie, siostry taty, na mój ślub. Miałam pociąg o 13,40, ale musiałam się spakować, biorąc z sobą jedynie najpotrzebniejsze rzeczy. Jechałam dosłownie na jeden dzień, bo czekała mnie jeszcze podróż do rodziny mamy, w tym samym celu. Byłam strasznie podniecona i zdenerwowana czekającą mnie samotną podróżą. Nie chciało mi się jeść, ale mama wmusiła we mnie najpierw śniadanie, a potem wczesny obiad. 
 Pakując mi do torby podróżnej kanapki, popłakiwała po kryjomu. Doskonale zdawałam sobie sprawę, że rodzice są przeciwni mojemu małżeństwu. Zgadzają się na to wbrew woli, z miłości do mnie i przerażeni moją groźbą, że jeśli nie wyrażą zgody na nasze małżeństwo, to wyjadę do Warszawy i będę żyć z Tonim bez ślubu! Szczerze mówiąc, nigdy bym się na to nie odważyła, ale grozić zawsze można.... 
To było podłe z mojej strony, ale wtedy umiałam myśleć tylko o sobie, nie zastanawiając się nad tym, co czują i co przeżywają kochający mnie rodzice. Widząc popłakującą mamę, podeszłam do niej i mocno ją objęłam, przytulając policzek do jej ramienia.
- No, już dobrze, Pieseczku. Niedługo wrócę, to przecież tylko kilka dni. - próbowałam ją pocieszać. - Bądź spokojna, jestem już dużą dziewczynką.
- Wkrótce opuścisz nas na zawsze. - mama pociągnęła nosem i zapakowała mi ostatnią kanapkę z domowym pasztetem. - Córeńko, uważaj na siebie. Tak bardzo boję się, że coś może ci się stać. Nie tylko w podróży.... Pan Romanowicz jest atrakcyjnym mężczyzną, ale przecież nie wiesz o nim za wiele i nie sprawdzisz go, bo nie mieszka w pobliżu. Aha, uważaj co mówisz do babci. Ona jest bardzo konserwatywna i nie rozumie dzisiejszych czasów. Pokaż jej fotografię Toniego. Może jej się spodoba.
- Obawiam się więcej cioci Joanny, bo jak ona już zacznie swoje kazanie!.... - mruknęłam, tknięta złym przeczuciem.
- Może  nie będzie tak źle.- szepneła mama, ale bez przekonania, znając dobrze charakter swej siostry.
Dworzec kolejowy był blisko naszego domu, ale rodzice mnie odprowadzili, a tata kupił mi bilet I klasy. Było już po sezonie zimowym i wagon był prawie pusty. Stanęłam przy oknie, patrząc na rodziców żegnających mnie na peronie. Kiedy pociąg ruszył, śledziłam wzrokiem ich malejące sylwetki. Naraz przyszło mi do głowy, że za parę tygodni opuszczę ich na zawsze i serce przeszył mi niemal fizyczny ból. Nawet miłość narzeczonego nie potrafi mi zrekompensować braku obecności ukochanych "staruszków" w moim życiu.

Usiadłam na miękkiej kanapce, obserwując przez okno mijany krajobraz, jeszcze dobrze mi znany ze spacerów i wycieczek. Potem pociąg przyśpieszył biegu i wjechaliśmy w gęste lasy otaczające nasze miasto zielonym pierścieniem. Podróż była nudna. Umilałam sobie drogę czytając książkę i gazety, bo w przedziale prawie nikt prócz mnie nie siedział. Dopiero od Krakowa poczułam się jak w domu. Krajobraz zmienił się diametralnie, inne były mijane wsie, inne pola, a przede wszystkim ucieszył mnie widok ulubionych rosochatych wierzb stojących przy drogach, do których zawsze tęskniłam. Z daleka wyglądały niby rozczochrane stare wiedźmy i przypominały mi dzieciństwo spędzone na wsi. Te wierzby i niektóre domy wiejskie kryte jeszcze słomianą strzechą, były nierozerwalnie związane z pejzażem Małopolski, zapamiętanym z dawnych lat.
Wczesnym rankiem przyjechałam do rodzinnego miasta mego taty, gdzie spędziłam dzieciństwo i mieszkałam przez lata wojny, aż do wyzwolenia. Dużo się w nim zmieniło od czasu naszego wyjazdu, jednak przed dworcem, jak dawniej, stały oprócz taksówek konne dorożki. Oczywiście wsiadłam do dorożki i podawszy adres, rozglądałam się po budzącym się dopiero mieście. Było wiele nowych ulic, niedawno wybudowane dzielnice, ale w pobliżu naszego domu nic się nie zmieniło. 

Niewielkie wille stały w gęstwinie ogrodowych drzew. Na niektórych klombach zaczynały rozkwitać pierwsze wiosenne kwiaty, śnieżyczki i krokusy. Złociły się już nieśmiało krzewy forsycji. Pośpiesznie wysiadłam z dorożki i zapłaciwszy należność, wolno ruszyłam w kierunku domu, który przez całe dzieciństwo był moim domem. Otwarłam skrzypiącą furtkę i weszłam w długą alejkę prowadzącą do willi. Grządki były jeszcze nie skopane, widocznie ciocie nie miały czasu, by zająć się ogrodem. Wdychałam głęboko czyste, chłodne powietrze, płynące od pobliskiej rzeki. Mojej ukochanej rzeki z lat dziecinnych.
Po kilku schodkach doszłam do drzwi wejściowych. Były otwarte, widocznie ktoś rankiem wyszedł z domu. Weszłam do holu i rozejrzałam się. Nic się nie zmieniło. Pod oknem stało to samo stare krzesło biedermeierowskie, kryte wyblakłym niebieskim aksamitem, na które wspinałam się w zimie, żeby wyjrzeć do ogrodu i zobaczyć, czy spadł pierwszy śnieg. Obok krzesła stał stolik na jednej rzeźbionej nodze. Latem zawsze ustawiano na nim wazon z bukietem ogrodowych róż lub lilii. 
Z holu pierwsze drzwi po lewej, prowadziły do dużej kuchni, za nią był niewielki pokoik dla służącej. Za drugimi drzwiami po prawej, była jadalnia z ciemnymi, ciężkimi dębowymi meblami. Za jadalnią, w amfiladzie, przez szeroko otwarte oszklone drzwi, wchodziło się do dużego salonu z fortepianem. Dwa wielkie tak zwane „weneckie” okna sprawiały, że pokój był jasny pomimo ciemno-złotych tapet. Dalej był gabinet nieżyjącego już dziadzia i oszklony taras. Babcia miała swój salonik od strony rzeki. Przyjmowała w nim kawą i ciasteczkami starsze siostry i znajome panie, przychodzące w niedzielę z wizytą. Wszystkie sypialnie i pokoje gościnne były na piętrze.
W czasie wojny w domu mieszkało dwanaście osób, a czasami nawet więcej, ale teraz dom był już za duży dla samej babci i cioci Wandy, więc część pokoi wynajmowano studentom z Politechniki. Stałam przez dłuższą chwilę, rozglądając się po holu i wdychając ten specyficzny zapach domu: starych obić na ścianach, zwietrzałych perfum i kuchni. Na środku holu szerokie schody kryte wytartym dywanem prowadziły na piętro. Nieśmiało zapukałam do kuchennych drzwi. Otworzyła mi ciocia Wanda, najmłodsza siostra ojca i na mój widok wydała okrzyk zdumienia.
- Jezus Maria, Iza, sama przyjechałaś? A gdzie rodzice?
- Rodzice są w domu. Przyjechałam sama, bo ciocia pewnie nie zauważyła, że jestem już dorosła. - powiedziałam ze śmiechem, całując ją w policzek.
Ciocia miała na sobie kwiecisty szlafrok, widocznie niedawno wstała z łóżka. Obrzuciła mnie uważnym spojrzeniem.
- Dorosła? Hm, no może. Czy rodzicie wiedzą, że się malujesz? - spytała, oddając mi pocałunek. - Dziecko, nie używaj tak wcześnie szminki, potem będziesz miała blade usta.
Oho, już jestem w domu! Jak ja to dobrze znałam. Mała Izia powinna słuchać babci, cioci i w ogóle dorosłych, bo jest głupiutka i niewiele wie. Dreszcz mnie przeszył na myśl przed tym, co mnie dopiero czeka. Babcia już nie spała i siedziała w swoim pokoju w głębokim fotelu, słuchając z zajęciem radia.
- Wandziu, kto pukał? - spytała, wkładając okulary, mimo ze miała sokoli wzrok.
- Iza przyjechała.
Tak się ubierałyśmy w tamtych czasach.
 Ciocia weszła przede mną do pokoju, a ja podbiegłam do babci, całując jej ręce. Nic się nie zmieniła, bo zawsze dbała o siebie. Jej włosy miały idealnie srebrny kolor, a czarny szlafrok był pedantycznie zapięty i ściągnięty w talii szerokim pasem. Babcia powitała mnie niemal tak samo, jak poprzednio ciocia.
- Izunia? Czy coś się u was stało? - wykrzyknęła, podnosząc się z fotela.
- Nie, wszystko w porządku. Opowiem babci po co przyjechałam, ale muszę trochę odsapnąć. Od wczoraj jestem w drodze.
- Biedne dziecko, pewnie jesteś głodna. Wandziu, ona musi coś zjeść i się przespać. Mój Boże, jakże ty wyrosłaś! - patrzyła na mnie, obejmując mnie ramieniem. Pomimo sędziwego wieku pełna była energii. - Rodzice zdrowi? Dlaczego puścili ciebie samą? - zasypywała mnie pytaniami, głaszcząc po głowie. - Blada jesteś. Mam nadzieję, że nie używasz pudru, ale widzę, że usta szminkujesz! Na to jesteś jeszcze chyba za młoda.
Roześmiałam się, całując ponownie jej pomarszczony i wiotki policzek.
- Ależ babuniu, mam prawie osiemnaście lat, w maju zdaję maturę i idę na studia. Jestem już dorosła. Żyjemy w dwudziestym wieku i dziewczęta teraz się malują. Ja tylko w podróży uszminkowałam usta, w domu tego nie robię. - tłumaczyłam się gęsto.
- Rozumiem. Ale teraz zetrzyj wargi, moje dziecko, bo to jakoś nieładnie. Wandziu, trzeba jej przygotować pokój do spania. Najlepiej ten, w którym dawniej sypiała. Potem poślemy Rysię do cioci Dory z wiadomością, że przyjechałaś. Rysia, czyli pani Ryszarda Łomianko, jest naszą dochodzącą gosposią, bo na stałą już nas nie stać. Mam po dziadku niewielką emeryturę i z konieczności wynajmujemy część pokoi studentom. - wyjaśniła babcia, widząc moje zdziwione spojrzenie. - Rano Rysia poszła po zakupy, ale zaraz przyjdzie i zrobi ci śniadanie. Musisz chwilę poczekać, aż ciocia zapali pod piecem i zagrzeje wodę na herbatę. Powiedz nam, moje dziecko, co się stało, że przyjechałaś sama taki kawał drogi, na kilka tygodni przed maturą?
- Babciu, opowiem wszystko ze szczegółami, ale najpierw muszę czegoś się napić, bo zaschło mi w gardle. W Krakowie miałam przesiadkę i piłam w bufecie lurę zwaną szumnie kawą.
Babcia skinęła głową i prowadząc mnie, weszła na piętro i otworzyła drzwi do pokoju niegdyś przeze mnie zajmowanego.
- Po śniadaniu zaraz się położysz. A kiedy po południu przyjdzie ciocia Dora z wujem, opowiesz nam, co u was słychać. Jaką miałaś podróż, pociągi nie były przepełnione? Siedziałaś?
- Jest po sezonie i pociągi niemal puste. Przez dłuższy czas byłam sama w przedziale i mogłam się nawet trochę przespać. - opowiadałam, jednocześnie układając w komodzie swoje rzeczy.
Babcia słuchała uważnie, nie spuszczając ze mnie wzroku. To przenikliwe spojrzenie zaczęło mnie denerwować. Upuściłam na lśniącą podłogę piżamę i schyliłam się prędko, żeby ją podnieść i włożyć do szuflady.
Babcia podeszła do mnie i położyła mi rękę na ramieniu.
- To coś ważnego, prawda, moje dziecko? - spytała półgłosem.
- Tak, babciu. To bardzo ważne.... dla mnie.
- W takim razie czekam z niecierpliwością, aż nam powiesz o co chodzi. O, Rysia przyszła. Ta kobieta zawsze trzaska drzwiami i nie mogę jej tego oduczyć. Chodź, zaraz poda ci śniadanie. Wolisz mannę na mleku, czy jajecznicę?
- Cokolwiek, babciu. Przede wszystkim chce mi się pić.
Zeszłyśmy na parter. W kuchni już buzował pod piecem ogień, a na płycie kuchennej gwizdał emaliowany czajnik z gotującą się wodą. Przy stole krzątała się mała, korpulentna kobieta w białym fartuszku. Babcia podeszła do kredensu i wyjęła klosz z drobnymi ciasteczkami.
- Zjedz tymczasem trochę ciastek, zanim będzie śniadanie. Rysiu, to moja wnuczka, panna Izabela. - babcia przedstawiła mnie kobiecie, która po staroświecku dygnęła. - Śniadanie proszę podać w jadalni. A na obiad zrób coś lepszego, bo dziecko musi się wzmocnić po podróży.
W jadalni stała już na stole szklanka z gorącą herbatą, cukiernica i miseczka z konfiturami z morwy. Odsunęłam ciężkie rzeźbione krzesło i usiadłam za okrągłym dużym stołem, przykrytym koronkową serwetą. Nad stołem wisiał piękny kryształowy żyrandol, lecz zauważyłam, że kilka żarówek było wykręconych – dla oszczędności prądu. Na dębowych kredensach i na kominku nie było już srebrnych świeczników. Brakowało kilku obrazów znanych malarzy. 
Część została sprzedana w czasie okupacji, a kilka ukradli funkcjonariusze UB, kiedy przyszli aresztować ciotkę Wandę, oskarżoną o to, że w czasie wojny była łączniczką w Armii Krajowej i za obraźliwe, ich zdaniem, uwagi o „słoneczku narodów”. 
Przy sposobności podarli nasze drzewo genealogiczne, podeptali stare fotografie pradziada w mundurze powstańca z roku 1863 i portret prababki w stroju balowym.  Złośliwie zniszczyli wiele innych pamiątek rodzinnych z dawnych wieków. Pokradli nawet srebrne ramki do fotografii, żeby się „burżuje” nimi nie cieszyli. Babcia ocaliła niewielką część biżuterii, wpychając ją do majtek! – szczęściem nogawki były ściągnięte gumkami!
Zjadłam jajecznicę na wędzonce, kromkę chleba i wypiłam aż trzy szklanki herbaty. Babcia i ciocia Wanda patrzyły na mnie ze szczerym współczuciem i zaraz po śniadaniu zagoniły mnie do łóżka. Zasnęłam, zaledwie przyłożywszy głowę do poduszki. Obudziłam się, kiedy już za oknem szarzało. Musiało być po trzeciej. Mój pokój prawie się nie zmienił. Okna zdobiły te same perkalowe firanki w niebieskie różyczki. Nad łóżkiem wisiał stale ten sam obraz Antoniego Kamińskiego, przedstawiający dziecko gaszące świecę. W dzieciństwie, zasypiając, zawsze patrzyłam na zamyśloną buzię dziecka, bardzo plastyczną na ciemnym tle. Obraz był kosztowny, bo dziewiętnastowieczny malarz stał się od pewnego czasu bardzo modny za granicą.
Zdecydowałam się wreszcie zejść na dół i wyjaśnić z czym przyjechałam, bo zdawałam sobie sprawę, że babcia aż się pali z ciekawości. Ubrałam nową sukienkę, bardzo dorosłą, bo obcisłą i podkreślającą figurę. Zaplotłam włosy we francuski warkocz. Pomimo usłyszanych uwag, podkreśliłam lekko wargi szminką. Dla udowodnienia, że jestem już dorosła, włożyłam pantofelki na wysokim obcasie. Mama kupiła mi je przed podróżą, jako prezent przedmaturalny. Wystrojona zeszłam do salonu, bo wiedziałam, że zasiadła tam cała rodzina, czekając na moje obudzenie.  c.d.n.