sobota, 7 stycznia 2017

SEKRETY RODZINNE. - POWIEŚĆ.

 Elżbieta Gizela Erban
7 stycznia 2017 r.
   Kochani moi Czytelnicy. Zaczynam publikację mojej nowej powieści. Zaznaczam, to nie jest moja biografia, ale fakty są autentyczne. Powieść będzie się ukazywała na blogu co drugi dzień. Mam kłopoty z ilustracjami, gdyż internet nie posiada fotografii, jakie są mi potrzebne. Trudno, będę ilustrowała zdjęciami kwiatów każdy nowy rozdział.   Pozdrawiam.               

                             ------------------------------------------------------------------

                                                    R o z d z i a ł   I.

Stałam przed lustrem i patrzyłam na siebie z niesmakiem. Miałam usta umalowane pomadką, skradzioną z torebki mamy i warkocze ułożone na karku w elegancki węzeł. Na nogach pantofelki na wysokich obcasach. Także pożyczone od mamy, która zgodziła się dać mi je tylko na jeden wieczór. Pomimo wielu starań, wyglądałam na to, czym byłam. Na naiwną smarkulę, gapiącą się na siebie z cielęcą miną. Miałam siedemnaście lat, a o świecie wiedziałam tyle, ile wyczytałam w książkach Rodziewiczówny, to znaczy nic. Właściwie bez guwernantki nie powinnam wychodzić sama na ulicę. Ale na moje nieszczęście, w Polsce Ludowej guwernantek już nie było, a ja nie byłam panienką z dworu, lecz zwykłą dziewczyną, wychowywaną jednak w takim stylu, jakbyśmy nadal mieli majątek na kresach i guwernantkę.
Tego wieczora po raz pierwszy w życiu miałam pójść na dansing. Naturalnie nie sama, tylko z przyzwoitką, naszą młodą sąsiadką Anką. Półgodzinnym szczebiotem potrafiła przekonać mamę, że w końcu powinna pozwolić mi wyjść wieczorem z domu i nieco się zabawić! Będąc uczennicą jedenastej klasy, nie bywałam w nocnych lokalach, bo uczniom nie wolno było chodzić na dansingi, a nawet samym do kawiarni. Ostatnią moją zabawą była szkolna studniówka, pod czujnym okiem belfrów, pilnujących naszej cnoty, jak diabeł grzesznej duszy. Na studniówce obowiązywała dziewczęta biała bluzeczka, ciemna plisowana spódniczka i półbuciki na płaskim obcasie. Jedynym napojem wyskokowym jaki piliśmy, była cytrynowa lemoniada!
Suknie i okrycia z lat pięćdziesiątych.
Stałam więc przed dużym lustrem w sypialni, które odbijało całą moją figurę, w nowej granatowej sukience, uszytej w pośpiechu przez krawcową na tę właśnie okazję. Suknia była modna, o szerokiej spódnicy i obcisłym staniku, z kołnierzem stójką. Ale na nieszczęście, wyglądałam w niej zbyt młodo i to mi się wcale nie podobało! Westchnęłam i zrobiłam do lustra kokieteryjną minę, przeginając się zmysłowo. Nie wyszło, wyglądałam idiotycznie! Skrzypnęły drzwi i do pokoju weszła mama, obrzucając mnie badawczym spojrzeniem. Wiedziałam, że nic nie ujdzie jej uwadze. Miała bystrość najlepszego agenta CIA, a raczej KGB, bo o amerykańskim wywiadzie mieliśmy wówczas bardzo mgliste pojęcie!
- Nie powinnaś malować sobie ust. - usłyszałam. - Jesteś na to za młoda.
- Och mamo, ja tylko dziś... - usiłowałam się tłumaczyć, ale mama wyjęła z szufladki stolika nocnego chusteczkę i stanowczym ruchem starannie wytarła mi wargi.
-Wyglądasz bardzo ładnie. - powiedziała. - Właściwie powinnaś pójść z kimś rozsądniejszym od Anki, ale trudno. Nie pij wina i nie tańcz z nietrzeźwym mężczyzną. Pamiętaj, że jesteś jeszcze uczennicą. Może jednak nie powinnam się zgodzić na ten dansing.
- Pamietam, mamo. - powiedziałam potulnie, lecz w duchu już się buntowałam. Właśnie, że napiję się wina i będę tańczyć, z kim mi się spodoba!
Mama uśmiechnęła się kącikiem ust. Byłam pewna, że doskonale wie o czym myślę. Miałam taką niemądrą gębę, że wszystko można było z niej wyczytać, zaś mama znała mnie od pieluch.
 Za oknem zapadła szara lutowa noc. Prószył śnieg z deszczem, a ulice lśniły od wilgoci. Z pokoju ojca słyszałam ściszone radio. Pewnie tata słuchał polskiej audycji z radia BBC, bo Wolnej Europy nie lubił, nazywając ich audycje, ku mej radości,”jękami pogrzebaczy wojennych”, i wyśpiewywał drwiąco pod adresem radia RWE: „Starość nie radość, każdy mi to przyzna, najpierw dolary, a potem ojczyzna”.
Odeszłam od lustra i poszłam pożegnać się z nim przed wyjściem.
Ojciec siedział w głębokim fotelu, przy stojącej lampie z nastrojowym, czerwonym abażurem. Miał głową przechyloną na ramię w stronę radia, bo z biegiem lat, pogarszał mu się nieco słuch. Pochyliłam się i pocałowałam go w łysinkę. Poczułam zapach wody kolońskiej. Tata bardzo lubił się perfumować i dbał o swój wygląd, niczym podstarzała elegantka.
- Już idziesz? Pokaż się. - polecił. - No, ujdzie. Suknia trochę za długa, powinnaś pokazywać nogi, bo masz zgrabne, po mamie.
- I po tobie, tupciu. - powiedziałam serdecznie. Ojciec rzeczywiście miał nogi baletmistrza opery Bolszoj. 
Rozległ się terkot dzwonka, więc poszłam otworzyć drzwi. Na progu stała Anka, w brązowym płaszczu i niebieskim berecie na zaondulowanych włosach. Miała mocny makijaż i oczy wydłużone czarną kreską.
- Gotowa? - zawołała wesoło. - To idziemy.
- Pojedziecie taksówką! - zawołał ojciec z pokoju. - Iza, zadzwoń po auto. Aha, masz być w domu o dziesiątej.
Podeszłam do biurka i podniosłam słuchawkę telefonu. Przez chwilę nikt się nie zgłaszał, dopiero po dłuższym czasie rozległ się czyjś zachrypnięty baryton. Podałam adres i pocałowałam w policzek mamę, która weszła do pokoju.
  - Nie wracaj późno. - usłyszałam, zbiegając już ze schodów. - Tylko do dziesiątej!
Pod bramą stała taksówka. Wsiadłyśmy, a Anka podała nazwę lokalu. Auto pomknęło mokrą od deszczu ulicą. Na jezdni odbijały się kolorowe światła neonów wystaw sklepowych i latarni ulicznych. Wyjęłam z torebki lusterko, ukradzioną mamie szminkę i w półmroku umalowałam ponownie usta. Przed lokalem stało już kilka samochodów. Dałam Ance pieniądze, aby uregulowała niewielką należność, potem wysiadłyśmy z auta. Z bijącym sercem wchodziłam po kilku schodkach do recepcji lokalu. Miałyśmy zarezerwowany stolik, więc w szatni oddałyśmy płaszcze i prowadzone przez męża szatniarki, weszłyśmy do sali.
Lokal był bardzo przyjemny. Po obu stronach długiej sali, stały okrągłe stoliki ze szklanymi blatami, a przy nich wygodne fotele. Umieszczone nisko na ścianach kolorowe kinkiety siały stłumione światła, w których kobiety wyglądały korzystnie, jak zwykle w półmroku. Nasz stolik stał przy dużym oknie przysłoniętym białą gęstą firanką. Parkiet do tańca i miejsce dla orkiestry było na końcu sali, przy drzwiach do baru. Rozejrzałam się niepewnie, czując na sobie spojrzenia siedzących przy stolikach gości. Byłam tu obca, a bywalcy lokalu znali się choćby z widzenia. Orkiestra jeszcze nie grała ale bar był już otwarty i pełen mężczyzn, siedzących na wysokich barowych stołkach. Barman z wprawą żonglera, mieszał koktajle i podsuwał gościom kieliszki z alkoholem oraz zakąski. Podziwiałam jego zręczność i szybkość, z jaką obsługiwał swoich klientów.
 - No, jak ci się tu podoba? - spytała Anka, obserwując mnie uważnie.
Zauważyłam, że ubrała bardzo obcisły czerwony sweterek, uwydatniający jej dosyć obfity biust. Spódniczkę miała krótką. O wiele krótszą, niż zezwalała na to moda. Kiedy swobodnie założyła nogę na nogę, widać jej było uda. Patrząc na mnie, wyjęła z torebki papierośnicę i wyciągnęła ją w moją stronę.
- Przecież wiesz, że nie palę. - bąknęłam, czując wielką ochotę sięgnięcia po papierosa, żeby dodać sobie powagi. W lokalu niemal wszystkie siedzące kobiety paliły. - Owszem, ładnie tutaj. Ciekawe, jaki mają zespół muzyczny?
- Niezły. Popatrz, ilu dziś wojskowych w lokalu.
Wszedłszy na salę spostrzegłam, że większość stolików zajęta była przez oficerów z tutejszej jednostki. Koło ich stolików kręciło się kilku kelnerów, ustawiając półmiski z przystawkami i butelki gruzińskiego koniaku. Wojskowi byli już pod dobrą datą, bo śmiali się i opowiadali sobie pieprzne kawały tak głośno, że słyszałam niemal każde słowo. Poczułam, że się rumienię i zawstydzona spuściłam oczy. 
Pożałowałam nagle, że dałam się Ance namówić. Ogarnął mnie paniczny strach na samą myśl, co będzie, gdy zobaczy mnie w nocnym lokalu jakiś belfer! O, wtedy sprawa oprze się o dyrektora, a ja mam w tym roku przed sobą maturę! Nasz dyro jest surowy i ma żelazne zasady moralne, których przestrzega nieubłaganie.
 Nie wiedziałam, jak powinnam się zachować, kiedy zagra orkiestra. Byłam przekonana, że nikt nie poprosi mnie do tańca. Zresztą chyba nie potrafiłabym się już zapewne poruszać na parkiecie. W dzieciństwie, mama, znakomita tancerka, uczyła mnie wszystkich modnych tańców. Ale potem jakoś przestałam się tym interesować, zajęta nauką i książkami. Kochałam czytać, a rodzice znając moją pasję, kupowali mi całe stosy książek, które w owym czasie były bardzo tanie. Zrobiłam się molem książkowym, całymi dniami tkwiąc nosem w lekturze. Zdecydowanie odrzucałam koleżeńskie propozycje randek i nie w głowie były mi flirty, jak moim koleżankom z klasy. Słusznie miałam w szkole opinię dziwadła. Jednak gdy zachodziła taka potrzeba, potrafiłam być ostra. Klasa mnie lubiła za podrzucane im wypracowania z polaka i podpowiadanie na lekcjach historii. Koleżanki również, za cierpliwe wysłuchiwanie ich zwierzeń miłosnych.
Obawiałam się, że nawet świadectwo maturalne nie zrobi ze mnie osoby dojrzałej, bo ciągle jeszcze byłam naiwną smarkulą i rozpieszczoną jedynaczką. Rodzicie zdecydowali, że dopiero za dwa lata rozpocznę studia. O ile się naturalnie na nie dostanę, ponieważ w tym czasie, młodzi ludzie ze środowisk inteligenckich, mieli ogromne trudności z dostępem na uniwersytety. Brakowało nam punktów  za pochodzenie. Polska Ludowa postanowiła stworzyć sobie własną inteligencję, z dzieci małorolnych chłopów i klasy robotniczej. Dla nas tam miejsca nie było!
W sali robiło się coraz głośniej, wchodzili nowi goście i od stolików rozlegały się wyzywające śmiechy kobiet. Podszedł kelner. Anka zamówiła kawę, tatara, dwa kieliszki czerwonego wina i pieczywo. Dyskretnie spojrzałam na zegarek. Była dopiero siódma, zaraz zacznie się dansing, a ja już byłam zmęczona hałasem i zdenerwowana wypatrywaniem jakiegoś nauczyciela.
 - Iza, na litość boską, przestań się ciągle rozglądać takim wystraszonym wzrokiem. Czego się boisz? - odezwała się Anka, obserwując mnie spod oka.
- Dobrze ci mówić. Ty nie chodzisz już do szkoły, tylko pracujesz. - mruknęłam ponuro. - Jakby tu wparował Pomidor, byłoby mi ciepło. Jutro u dyra na dywaniku!
- Nie bądź głupia. Belfry tu nie chodzą. Co najwyżej do kawiarni, na kawkę z mleczkiem i ciasteczko - Anka starała się podnieść mnie na duchu. - Słuchaj, Iza. - powiedziała nagle ściszając głos. - Jak ci się podoba ten oficer, przy tamtym stoliku koło kolumny?
- Jaki oficer? - spytałam, miętosząc w palcach papierową serwetkę.
- No, ten brunet, co siedzi do nas bokiem. Widzisz, patrzy w naszą stronę. O cholera, przystojny, no nie? - Anka zagryzła dolną wargę i jeszcze wyżej założyła nogę na nogę, posyłając oficerowi kokieteryjne spojrzenie spod rzęs.
Zdecydowałam się zerknąć w jego stronę. Naprawdę był bardzo przystojny. Wysoki, dobrze zbudowany brunet, o smagłej cerze, widocznie spalonej wiatrem. Widać dużo przebywał na powietrzu i słońcu. Miał grube czarne brwi, w oprawie gęstych rzęs błyszczały oczy, o ciekawej, nieokreślonej barwie: ni to szare, ni zielone. Lekko wysunięty podbródek z dołeczkiem pośrodku, wskazywał na mocny charakter. 
Siedział z trzema kolegami w pobliżu naszego stolika i paląc papierosa, rozglądał się po sali. Jego prawa dłoń spoczywała na szklanym blacie stolika, a długie, mocne palce wystukiwały jakiś rytm. Zauważyłam, że zaczął się nam przypatrywać, więc szybko spuściłam oczy, gapiąc się niemądrze w chodnik pod nogami. Poczułam, że znowu się rumienię. Im więcej chciałam opanować zmieszanie, tym mocniej się czerwieniłam.
Psiakrew, oferma!.... W duchu przeklinałam moją nieśmiałość, bo w rzeczywistości, w towarzystwie znanych mi osób, wcale nie byłam taką ciapą. Umiałam się upierać przy swoim zdaniu, a nawet odpyskować. Ale w nocnym lokalu, sama o tej porze, byłam pierwszy raz w życiu i naprawdę nie wiedziałam, jak mam się zachować, kiedy przypatruje mi się obcy mężczyzna. W dodatku taki przystojny! Anka wyraźnie zagięła na niego parol, bo nieznacznie, pod stolikiem, podciągnęła wyżej spódnicę i co chwilę prowokująco zerkała na niego kątem oka. Flirciara! Nagle poczułam do niej niechęć.
- Zobaczysz, jak tylko orkiestra zacznie grać, on przyjdzie i poprosi mnie do tańca. - oznajmiła Anka z przekonaniem. - Ale facet! Jeszcze go tutaj nie widziałam, pewnie przyjechał skądś do jednostki. Chyba jakiś wyższy oficer. Iza, jaką on ma rangę?
- Major. - odparłam, widząc na jego naramiennikach dwie belki i gwiazdkę. Anka wiedziała, że znam się na wojskowych dystynkcjach, bo mój ojciec był niegdyś oficerem i wychowałam się w wojskowym środowisku.
-To ważniak! - osądziła Anka, sapnąwszy z satysfakcją. - Widzisz, jak babki gapią się na niego?
Rzeczywiście. Kobiety siedzące przy innych stolikach, posyłały mu zachęcające spojrzenia, i wyciągając z torebek pomadki, na gwałt malowały usta. Ja czułam się fatalnie, jakbym siedziała roznegliżowana. Na podium dla orkiestry zrobił się ruch. Muzycy wychodzili z baru, niosąc instrumenty i siadali wkoło pianina.
- Och, żeby tylko zagrali tango! - wyszeptała Anka podnieconym szeptem. - Założę się, że on mnie pierwszą poprosi!
Nie zamierzałam się z nią sprzeczać, bo ona mogła się podobać. Miała ładną cerę, duże zmysłowe usta i jędrne piersi, które uwydatniał obcisły sweterek. Pewna siebie, w przeciwieństwie do mnie, umiała zainteresować mężczyzn swoją osobą. Ja tego nie potrafiłam. Byłam na siebie wściekła i zazdrościłam jej tej pewności, jaką daje kobiecie poczucie, iż jest atrakcyjna i ma powodzenie. Orkiestra przez chwilę stroiła instrumenty, a potem rozległy się wolne, posuwiste tony walca-bostona. Anka uniosła brwi i wysunęła dolną wargę. Nie umiała dobrze tańczyć bostona i miała nadzieję, że zagrają tango, w którym można przytulić się do partnera.
- O, idzie! - pisnęła nagle cieniutko, poczerwieniawszy z emocji. - Do nas! A nie mówiłam, że mnie poprosi?
Opuściłam głowę i spod rzęs obserwowałam, jak major wstał z fotela i wolnym krokiem szedł w naszą stronę, odprowadzany zawiedzionym wzrokiem innych kobiet.
- Czy mogę panią prosić? - usłyszałam jego niski głos i oczekiwałam, że Anka zaraz podniesie się z miejsca. Ale tak się nie stało. Siedziała, nie odpowiadając na zaproszenie.
- Zechce pani ze mną zatańczyć? - usłyszałam i poczułam, że Anka kopie mnie pod stolikiem.
- Iza, pan major ciebie prosi! - powiedziała przez zęby.
Osłupiałam ze zdumienia. Mnie?... Spojrzałam na oficera pochylonego w moją stronę.
- Przepraszam pana, ale ja nie umiem tańczyć. - wyszeptałam, zawstydzona swoim zachowaniem.
- To nic trudnego. Poprowadzę panią. - nie ustępował. Uśmiechnął się, pokazując białe zęby i wyciągnął do mnie rękę pomagając mi wstać z fotela.
 Potknęłam się, idąc na parkiet i serio myślałam, że poplączą mi się nogi i gruchnę jak długa na dywan. W przelocie dostrzegłam zmienioną z zawodu i zazdrości twarz Anki i obróciłam się w stronę partnera. Jego mocne ramię objęło mnie w talii. Położyłam mu nieśmiało dłoń na ramieniu i pozwoliłam się prowadzić. Widocznie jednak tańca i jazdy na rowerze nigdy się nie zapomina, bo natychmiast odnalazłam rytm walca i dostosowałam krok do kroku partnera. Przez jakiś czas tańczyliśmy w zupełnym milczeniu, a ja nie podnosiłam oczu, wpatrując się uparcie w baretki na jego mundurze.
- Ma pani na imię Iza? Izabela to piękne imię, odpowiednie dla pani. - powiedział półgłosem, pochylając się nade mną. Był wysoki, czubek mojej głowy dotykał zaledwie jego podbródka. - Ma pani śliczne włosy.
Nareszcie zdecydowałam się spojrzeć na niego. Jednak oczy miał szare, nie zielone, jak sądziłam poprzednio. Pachniał dobrą wodą kolońską i prowadził mnie po parkiecie, nie próbując przytulać do siebie.
- Bardzo pan uprzejmy. - powiedziałam powściągliwie, choć jego słowa sprawiły mi przyjemność.
- To nie komplement, lecz stwierdzenie faktu. Pani włosy w naszych czasach muszą budzić zachwyt. Takie warkocze są rzadkością i może pani być z nich dumna. 
 - Najchętniej bym się ich pozbyła. - zaśmiałam się, już zupełnie swobodnie. - Nie ma pan pojęcia, ile wymagają starania. Zresztą wyglądam w nich jak stara panna.
- Nigdy pani starą panną nie będzie. Proszę spojrzeć, jak panowie zazdroszczą mi partnerki. Z góry zamawiam sobie u pani następny taniec. A może przesiądą się panie do naszego stolika?- zaproponował.
- Dziękuję za zaproszenie, ale pozostaniemy na swoim miejscu. - odparłam stanowczo. Nie zamierzałam zanadto spoufalać się z nim, ale zdawałam sobie sprawę, że Anka będzie wściekła. 
 - Szkoda. -westchnął. - Ale ja i tak będę pierwszym, który zaprosi panią do tańca. 
 Orkiestra przestała grać, a major odprowadził mnie do stolika i elegancko ucałował moją dłoń. Anka patrzyła na mnie nawet nie kryjąc zawiści.
- No, jak było? Dobrze tańczy? - rzuciła od niechcenia, udając obojętność. - O czym rozmawialiście? 
Postanowiłam dać jej nauczkę.
- Zaprosił nas do swego stolika, ale odmówiłam. - powiedziałam obojętnie. 
Anka aż zbladła ze złości.
- Zgłupiałaś? - wybuchnęła, podskakując na fotelu. - Dlaczego nie chciałaś się przesiąść?
- Bo to nie wypada, Aniu. - wycedziłam uprzejmie. - Co innego, jakbyśmy przyszły w ich towarzystwie. Do stolika prosi się fordanserki, a nie przyzwoite dziewczęta. - pouczyłam ją mentorskim tonem. Widziałam, że trzęsie się ze złości, ale wcale się tym nie przejmowałam. Dziwne, taniec z nieznajomym oficerem dodał mi pewności siebie.
- Masz poglądy z dziewiętnastego wieku! - prychnęła z pasją. - Tacy fajni faceci tam siedzą. I co najważniejsze, nic by nas zabawa nie kosztowała, bo oni za wszystko zapłacą. 
- O, jeżeli chcesz, to możesz zaraz się przesiąść. Ja nie ruszę się z miejsca. - odpowiedziałam wiedząc, że to mnie zaproszono, a ją tylko z grzeczności, w moim towarzystwie. Anka rozumiała to doskonale i dlatego była na mnie taka zła. Sama z pewnością błyskawicznie znalazłaby się przy drugim stoliku.
Nie wiem, czy zaczęły we mnie buzować hormony i obudziła się kobieta, dosyć, że usiadłam z nogą ukośnie, elegancko, założoną na nogę, tak jak uczyła mnie tego mama. Miałam ochotę zapalić papierosa, ale nigdy jeszcze tego nie robiłam i bałam się kompromitacji. Za to pewnym ruchem sięgnęłam po kieliszek z winem i pociągnęłam długi łyk. Lokal nagle zrobił się przytulnym i przyjemnym miejscem, a siedzący w nim goście bardzo sympatyczni. Nawet Anka z kwaśną miną. Posłałam jej ciepły uśmiech.
- A wiesz, Aniu, nawet bardzo tu miło. Nie spodziewałam się tego. 
- On ci się podoba? - spytała nagle, patrząc na mnie badawczo. - Bo jesteś jakaś inna. 
- O kim mówisz? - udałam głupią. - Jest tu więcej panów. 
- Nie udawaj, że nie wiesz, kogo mam na myśli! - prychnęła z irytacją. - Bo ty wyraźnie wpadłaś mu w oko. Ale nie ciesz się za bardzo. To widać doświadczony mężczyzna, a ty jesteś naiwna gęś i możesz się mocno sparzyć.
- Może i jestem naiwna, ale nie głupia! - odpaliłam ostro. - Przepraszam, Aniu, bo właśnie zaczynają grać i pan major idzie po mnie! - zakończyłam z anielskim uśmiechem, wstając z fotela.
Było głośno, tłoczno i cudownie, kiedy poruszałam się w jego ramionach. Tym razem taniec był szybszy, ale prędko złapałam rytm i nawet o tym nie myśląc stawiałam prawidłowe kroki. Zaczął mnie wypytywać co robię, gdzie mieszkam i – żartem – czy mam już chłopca. 
Ponieważ nigdy nie rozmawiałam z dorosłym mężczyzną o takich sprawach, gdyż znajomi ojca traktowali mnie jak dzieciaka, odpowiadałam szczerze, że jestem przed maturą i jako jedynaczka mieszkam z rodzicami. Dodałam, że na razie flirty mi nie w głowie, i że po raz pierwszy znajduję się w nocnym lokalu.
Śmiał się, pokazując ładne zęby. Powiedział, że na kilka dni przyjechał do jednostki, a na stałe mieszka w Warszawie! Przedstawił mi się, ale w tym hałasie nie dosłyszałam jego nazwiska, tylko imię Antoni. Tańczył bardzo dobrze, pomimo wysokiego wzrostu poruszał się lekko, prowadząc mnie pewnie po parkiecie. Nie przytulał się i nie dmuchał mi w ucho, jak moi szkolni koledzy na studniówce, czego wprost nienawidziłam. 
 Skończyło się na tym, że po tańcu wszyscy oficerowie przesiedli się do naszego stolika i zrobiło się bardzo wesoło. Anka była w siódmym niebie i wychodziła wprost ze skóry, żeby zwrócić na siebie uwagę majora, choć jego znajomi, dwóch kapitanów i jeden major, także byli przystojni i sympatyczni. Ale mój partner nie zwracał na nią uwagi, a nawet kilka razy złośliwie Ance przygadał. Przyznaję ze skruchą, że wcale jej nie żałowałam. Ostatecznie to był mój partner i nie wypadało mi go odbijać. Ciekawe, że w ten pierwszy wieczór z dala od domu i rodziców, nauczyłam się więcej, niż przez całe dotychczasowe życie.
Na stoliku znalazły się pikantne przystawki, węgorze, koniak, a dla nas jeszcze ciasta i kremy. Anka uznawszy, że z moim majorem jej nie wyjdzie, tańczyła z jego kolegami, flirtując na potęgę. Jeden z oficerów zaczął zachwycać się moimi włosami. Ale Toni, bo tak już go w myślach nazywałam, pochylił się i szepnął mu coś do ucha. Oficer natychmiast spoważniał i odtąd już starał się rozmawiać ze mną innym tonem.
Miałam w jednostce wielu znajomych, bo brat mojej przyjaciółki był komandosem. Bardzo lubiłam jego kolegów, wspaniałych, wesołych chłopców, z którymi można było konie kraść. Ci oficerowie byli starsi i wcale ich nie znałam. Zauważyłam, że wobec mojego majora zachowywali się bardzo powściągliwie, bacząc na każde słowo. Niekiedy posyłali mi przeciągłe spojrzenia, ale żaden nie próbował ze mną flirtować, a kiedy któryś z nich prosił mnie do tańca, widziałam, że Toni był niezadowolony i dosyć wyraźnie to okazywał. Dawał kolegom do zrozumienia, że jestem jego partnerką i basta!
Dansing był coraz bardziej hałaśliwy. Kelnerzy przeciskali się pomiędzy stolikami, unosząc w górę wielkie tace, lub zbierając zamówienia. W niecałą godzinę zupełnie zapomniałam, że jestem pierwszy raz w nocnym lokalu, prowadząc swobodną rozmowę i popijając wino.
 -Tu jest cudownie! - powiedziałam, rozglądając się po sali. Kilku oficerów radzieckich siedzących przy barze, piło wódkę i głośno śpiewało jakieś czastuszki. - Nigdy nie bywałam w takim lokalu, ale bardzo mi się tu podoba. - wyznałam głośno. Nie wiadomo dlaczego kręciło mi się w głowie. Pozwoliłam młodemu kapitanowi nalać sobie następny kieliszek wina, a potem drugi koniaku.
- Panno Izo, niech pani coś zje. - rzekł Toni, podsuwając mi węgorza. - Nie wolno pić alkoholu na pusty żołądek, a pani ledwie skubnęła tego tatara. Rysiu, nie dolewaj już pani.
- Smakuje mi ten koniak. - przyznałam się otwarcie, unosząc kieliszek i opróżniając go.
- Właśnie to widzę, ale koniak na pusty żołądek idzie do głowy. Powinna pani zjeść coś gorącego. Zamówimy kolację.
- Ach, jacy panowie są mili! - rozanieliła się Anka .- Dla mnie kluseczki francuskie z sosem węgierskim! A ty, Izo?
- Ja dziękuję, nie jestem głodna. - powiedziałam, pozwalając żeby jasnowłosy kapitan nalał mi do kieliszka wina. Było chyba z jakimiś korzeniami, bo miało piękny bukiet i ciemnoczerwony kolor. - Panie majorze, to już ostatni! - uprzedziłam jego komentarz.
- Major widocznie się obawia, że będzie musiał odnieść panią do domu. - zaśmiał się drugi oficer. - Nie przyjechaliśmy samochodem.
- Wykluczone! - uśmiechnęłam się, przymrużywszy oczy. - To by było zbyt żenujące. Poza tym, wcale nie chcę jechać samochodem. Wolę się przespacerować. - odchyliłam się do tyłu na fotelu i machnęłam kieliszkiem. - Uwielbiam spacery! - odstawiłam kieliszek i skosztowałam kremu czekoladowego. - Mniam, dobry. - mruknęłam z pełnymi ustami.
- Musi pani zjeść kolację. - oświadczył Toni apodyktycznym tonem, przywołując kelnera. - Zróbcie dla nas mocnej kawy. - rozkazał. - Rysiu, nie dolewaj już pani wina, ani koniaku! - wyciągnął rękę i wyjął mi z palców kieliszek, po który ponownie sięgnęłam, popijając nim krem. Szybko odsunął butelkę, po którą sięgał kolega. - Na dziś koniec z alkoholem. Przed wyjściem poprosimy jeszcze panie do baru, na kieliszek koktajlu.
Musiał mieć mocny autorytet u kolegów, bo żaden nie zaprotestował, chociaż widziałam, że nie byli zachwyceni jego decyzją. Niekiedy odnosiłam wrażenie, jakby się go obawiali. Ale to mi się chyba tylko tak zdawało, bo byłam już ululana! Po kolacji jeszcze tańczyliśmy. Pamiętam, że byłam w szampańskim humorze i uwodziłam kolegów Tonia, celowo go denerwując.

Pierwszy raz w życiu siedziałam na wysokim barowym stołku i prawdę powiedziawszy, trochę się na nim kiwałam. Toni doszedł do wniosku, że pora iść. Panowie uregulowali słony rachunek, a mój partner zostawił kelnerowi suty napiwek, co mi się bardzo spodobało. Kiedy zeszłam ze stołka, musiałam chwycić się baru, bo chwiałam się nieco na nogach, ale było mi wesoło i śmiałam się z żartów oficerów.
Wyszliśmy z lokalu gdzieś koło północy. Owiało nas zimne powietrze, przesycone wilgocią. Już nie padało, lecz ciężkie chmury wisiały nad miastem, grożąc ulewą i przesłaniając niebo. Major ujął mnie mocno pod rękę i prowadził po wyboistym chodniku, ciągnącym się wzdłuż cichej uliczki. Dwóch oficerów pożegnało się i poszło do jednostki, tylko jasnowłosy kapitan odprowadzał Ankę. Szli przed nami, coś sobie opowiadając i śmiejąc się głośno.
- Mam nadzieję, że da mi pani numer telefonu. - odezwał się Toni, podtrzymując mnie za łokieć. 
Byłam zadowolona, że idziemy piechotą, bo jakby tak major przypadkiem przyjechał motorem, musiałby mnie chyba sznurkiem przywiązać do siodełka. Trochę kręciło mi się w głowie i miałam dziwnie miękkie kolana. Ciekawe z czego?
- Chce pan do mnie zadzwonić? - udałam zdziwienie.
- Oczywiście, już jutro. Umówimy się do kawiarni, dobrze? Po południu będę wolny od zajęć.
- No, nie wiem, czy będę mogła. - powiedziałam niepewnie. - Jeszcze jestem uczennicą. Poza tym, moi rodzice są nieco konserwatywni i mogą się na to nie zgodzić.
- Musi pani zachowywać się bardziej stanowczo. Ostatecznie nie robi pani nic złego. O, proszę uważać na krawężnik. Zuch dziewczyna! - jego uwaga ustrzegła mnie od wylądowania nosem w rynsztoku.

Doszliśmy na koniec pod mój dom. Podałam mu numer telefonu i umówiliśmy się nazajutrz na osiemnastą. Pan major elegancko pocałował mnie w rękę, zasalutował i odszedł. Anka, która mieszkała w tym samym domu na drugim piętrze, jeszcze przekomarzała się ze swoim kapitanem. Na koniec dała mu buziaka i weszłyśmy do bramy.
- No i jak? Nie żałujesz, że namówiłam cię na zabawę? - spytała, wchodząc wolno po schodach. 
Potknęłam się i chwyciłam za poręcz, bo kręciło mi się w głowie.
- Jasne, że nie żałuję, było fantastycznie! - zawołałam. - Umówiłaś się z tym kapitanem?
- Pewnie. Ładny chłopak i dobrze całuje. A dlaczego pan major ciebie nie pocałował? - spytała złośliwie. - Słyszałam, że podałaś mu numer telefonu. Myślisz, że zadzwoni, taki ważniak?
Zmiażdżyłam ją wzrokiem i ponownie potknęłam się o stopień. Była zazdrosna o mojego majora! Postanowiłam, że zrobię wszystko, żeby się z nim ponownie spotkać. Chcę go widzieć jutro, pojutrze i.… Tak mocno się potknęłam, że o mały włos nie uderzyłam czołem o schody. Boże, jestem pijana! - uświadomiłam sobie ze zgrozą.
- Zadzwoni. Możesz się ze mną założyć. - powiedziałam pewnym tonem, mijając ją i idąc coraz wyżej, na nasze czwarte piętro. - Dobranoc. Śnij o swoim kapitanie! - zaśpiewałam głośno i przyłożywszy palec do guzika dzwonka, mocno go przycisnęłam.
Drzwi otworzyła mama. Stała na progu w barwnym szlafroczku i nocnej koszuli, wymownym ruchem palca stukając w tarczę zegarka na ręku. Minę miała bardzo surową, ale ja znałam dobrze swoją rodzicielkę i dostrzegłam w jej oczach błysk ciekawości.
-Wiesz, która godzina? - spytała słodko.
- Pewnie po północy! - odrzekłam beztrosko, zdejmując płaszcz i wieszając go na wieszaku w przedpokoju, bo był wilgotny Zdjęłam mamine pantofelki na obcasie i schowałam do skrytki. Mama obserwowała moje niepewne ruchy przenikliwym wzrokiem.
- Jest po d r u g i e j! - zaakcentowała ostatnie słowo. - Iza, jutro idziesz do szkoły!
Cisnęłam szalik na dywanik i rzuciłam się mamie na szyję.
- Mamciu, do diabła ze szkołą. Jutro idę na randkę! Idę na spotkanie z moim panem majorem. Najśliczniejszym, jakiego widziały moje oczy!
- Jezus Maria Józefie święty! - zawołała mama, zatykając sobie dłonią nos. - Ty jesteś pijana! Piłaś wino?
- Piłam wino, koniak i koktajle! Owszem, trochę się zalałam, ale nie bardzo. Mamo, jestem zakochana!  C.d.n.