wtorek, 31 stycznia 2017

SEKRETY RODZINNE - "ROBOLE" SĄ NIEZADOWOLENI!


 31 stycznia 2017 r.
 
Afisze propagandowe w latach pięćdziesiątych.

Tego wieczora Romanowicz przyszedł do domu po północy. Otworzył drzwi własnym kluczem i wszedł do sypialni. Zaczął się rozbierać, rzucając mundur, koszulę i krawat na krzesło, potem kopnął to krzesło i wszystko spadło na podłogę. Uniosłam głowę z poduszki.
- No, raczyłaś się obudzić! - warknął. - Dlaczego nie przygotowałaś mi nic do zjedzenia?
- Kolację masz w lodówce. Woda na herbatę jest gorąca.
- Od czego mam żonę? Rusz się do cholery i podaj mi kolację! - wrzasnął, kopiąc mundur pod tapczan. - Kurwa, człowiek przychodzi ledwo żywy z pracy, a ta krowa się wyleguje!
Był w nastroju, którego zawsze się bałam. Jego oczy świeciły jakimś niesamowitym blaskiem, a zwężone źrenice śledziły każdy mój ruch. Zdawałam sobie sprawę, że w takim humorze jest bardzo niebezpieczny. Bez słowa wstałam, podniosłam jego mundur i resztę rzeczy, składając je porządnie na krześle. Przyrządziłam mu kolację, zrobiłam herbatę i chciałam odejść do sypialni, ale kazał mi usiąść.
Afisz propagandowy,  jak wyżej.
- Przychodzą do domu, a ty nawet nie spytasz, dlaczego jestem zdenerwowany. Nic ciebie to nie obchodzi! Co to za żona?
Jego zarzuty były absurdalne.
- Zechciej sobie przypomnieć, - zauważyłam zimno. - że surowo zakazałeś mi o cokolwiek pytać. Milczę, więc czego jeszcze chcesz ode mnie?
- Nie gadasz, bo ci się nie chce. - mruknął ze złością. - Żebyś wiedziała, jak ciężko muszę teraz pracować. Skurwysyny, robole, ustrój im się nie podoba!
- Komu się ustrój nie podoba? - odezwałam się zdumiona jego słowami.
- Przecież ci mówię: robolom! Przyjeżdżają do Warszawy zawracać dupę ministrom. Powiadają, że partia nie chce ich wysłuchać. Podobno w zakładach za mało im płacą, a w sklepach nie ma mięsa i głodują. Durnie, zapomnieli, jak się żyło w kapitalizmie? Bez pracy i bez chleba, w kurnych chatach i zagrzybionych suterenach!
- Robotnicy skarżą się do ministrów na głód i na obojętność partii? Nie do wiary! - wprost nie mieściło mi się w głowie to co usłyszałam. - Przecież robotnicy, to najważniejsza podpora partii. Przodująca klasa robotnicza, jak głosi wasza propaganda.
- No właśnie. Nie do wiary, ale to niestety fakt. Socjalizm przewrócił tym sukinsynom w głowie. A my w Informacji musimy się męczyć, żeby dowiedzieć się, kto za tym stoi! To pieprzone Radio Wolna Europa robi im wodę z mózgów, a oni w to wierzą. Najchętniej przejechałbym się po nich czołgami!

- Wtedy zrobiłbyś przyjemność Radiu Wolna Europa. Mieliby o czym gadać przez pół roku. Za to im płacą. - zauważyłam zjadliwie. - Moim zdaniem, żeby zamknąć gęby tym robolom, jak się o nich wyrażasz, trzeba podwyższyć im zarobki i rzucić do sklepów lepsze zaopatrzenie. Naturalnie do czasu, aż przestaną narzekać. Najedzeni, nie będą myśleć o polityce i zawracać dupy ministrom.
Mąż spojrzał na mnie podejrzliwie, ale nie wyczuł brzmiącej w moim głosie ironii.
- A wiesz, ty wcale nie jesteś taka głupia, jak wyglądasz. - stwierdził z pewnym podziwem.
- Jestem ci bardzo wdzięczna za uznanie. - skinęłam mu głową z przesadnym szacunkiem. - Ale nie rozumiem, dlaczego robotnicy z warszawskich zakładów uskarżają się na głód? Przecież sklepy są wcale nieźle zaopatrzone.
- To robole z Poznania domagają się podwyżki pensji, premii i mięsa w sklepach. A my musimy dojść, kim są ich prowodyrzy, żeby póki czas ich unieszkodliwić.

- Poznań? - wydałam okrzyk zdumienia. - O jaki zakład chodzi? Chyba nie o Cegielskiego?
- Jakiego Cegielskiego? - mąż uniósł wysoko brwi.
- No Hipolita.... Ach nie, teraz są to Zakłady imienia Stalina! - powiedziałam, przypominając sobie dowcip poznańskiego taksówkarza. „Stalin ziewa!”
- Właśnie oni. Krew mnie zalewa, że przez takich skurwysynów nie możemy wyjechać na kilka dni nad morze. Chciałem ci zrobić niespodziankę i zabrać do Sopotu. Ale przez tych bydlaków, szef wstrzymał mi urlop.
- To miło, że myślałeś o mnie. - wyraziłam zdawkowe podziękowanie, ze strachem wyobrażając sobie, jaki los czeka tych nieszczęsnych robotników, gdy zabierze się za nich bezpieka, kontrwywiad i informacja wojskowa. - A kto jest twoim szefem? - spytałam niebacznie.
- Iza!...- mruknął ostrzegawczo, a potem machnął ręką. - A niech tam. I tak ich wszystkich poznasz, jak zaczniemy bywać na zabawach. Naszym szefem jest Karol Bąkowski, równy chłop. Niedługo nasz wydział urządza piknik w Kampinosie. Popłyniemy statkiem. A 22 lipca wielki bal w Ministerstwie Obrony Narodowej. Kup sobie ładną suknię. Chcę, żebyś wyglądała elegancko.
 - To musisz mi dać na to pieniądze, kochanie! - powiedziałam ze słodkim uśmiechem. - Bazar Różyckiego to drogie miejsce zakupów.
Roześmiał się, pokazując białe zęby, o które bardzo dbał.
- Dostaniesz pieniądze. Masz jeszcze okres?
- Niestety tak.
- Co tak długo? Kobiety mają okres tylko trzy dni! Będzie musiał ciebie zbadać nasz lekarz wojskowy. Jadłaś kolację?
- Aha.
- Kłamiesz! Nie jesz i chudniesz. Zrobisz się brzydka, a ja nie znoszę tych chudych szczap. Wyglądają jak wieszaki na suknie. Koniecznie musisz więcej jeść. Na razie masz tu tysiąc złotych, a jak ci zabraknie, to mi powiedz. - sięgnął do kieszeni, wyjął portfel i wręczył mi kilka banknotów.
To było dużo pieniędzy, bo przeciętna pensja w tym czasie wynosiła nieco ponad tysiąc złotych miesięcznie. Ministrowie zarabiali po osiem lub dziewięć tysięcy złotych. Oczywiście oficjalnie!
- Szkoda, że dziś masz okres. Chcę cię nauczyć kilku rzeczy. Powinnaś wiedzieć, jak zadowolić męża i sprawić mi przyjemność. Głupio cię wychowali. Będziesz całkiem dobra, jak jeszcze nauczysz się tego i owego. I tak już mówię kolegom, że moja Iza daje, jak żadna inna nie dawała!
- Oszalałeś? Jak można o tak intymnych sprawach rozmawiać z kolegami? - poczułam, że robię się czerwona jak burak ze wstydu.
- Nie przejmuj się. Mężczyźni zawsze opowiadają o tym między sobą. Ja na przykład wiem, że żona mego kolegi z branży, tak się w nocy wydziera, kiedy on jej dogadza, że dzieci przybiegają zobaczyć, czy tata nie bije mamy.
- A może on naprawdę ją bije?
Romanowicz zaczął się głośno śmiać.
- On ją? Iza, ona ma prawie metr osiemdziesiąt, a on jest twojego wzrostu! Po prostu kurdupel!
- Nie śmiej się z niskich ludzi. - powiedziałam z obrażoną miną. - Wiesz, jest takie przysłowie: ”Małych ludzi Pan Bóg stworzył, a duże osły same porosły”.
- To znaczy, że ja jestem osłem, tak? - spytał wstając i prostując się na całą wysokość.
- To tylko takie przysłowie. - odpowiedziałam z niewinną miną.
Po raz pierwszy od dnia ślubu rozmawialiśmy z sobą niemal normalnie.
Pomyślałam, że może powinnam udawać, że jestem swobodna i wesoła. Położyliśmy się w lepszych humorach, a on nawet objął mnie i westchnął, że dziś nic z seksu nie będzie. Zaraz potem powiedział coś, co mną po prostu wstrząsnęło.
- Powinnaś się starać, żebym był z ciebie w nocy zadowolony. Będąc w dobrym nastroju, jestem cierpliwy, a ci dranie, których przesłuchuję, z pewnością będą wdzięczni, nie wiedząc nawet komu to zawdzięczają. - przytulił się do mnie i cmoknął mnie w usta.
- Mówisz tak tajemniczo, że niewiele z tego rozumiem. Kto ma być mi wdzięczny i za co?
- No przecież ci mówię; podejrzani, jakich przesłuchuję. Kiedy jestem w dobrym humorze, cierpliwie wysłuchuję ich kłamstw i wykrętów. Bo z reguły oni nigdy o niczym nie wiedzą i zawsze są niewinni.
- A kiedy jesteś w złym humorze? - wyszeptałam, unosząc się na łokciu i zaglądając mu w oczy.
- No, wtedy bywam czasem niemiły. - odpowiedział krótko.
- Jak to mam rozumieć? Bijesz ich?
- Ach, zaraz bijesz! Czasem trzeba dać komuś klapsa, żeby wiedział kto tu rządzi. To wszystko.
- Przesłuchiwanym kobietom też dajesz klapsa? - indagowałam, coraz bardziej przerażona.
- Kochanie, mówię ci, że teraz wiele zależy od ciebie. - celowo nie odpowiedział na moje pytanie.
Już nie musiał. Zrozumiałam, że na przesłuchaniach bije więźniów. 
GZI słynął z brutalności, mając oficerów śledczych prawdziwych katów i morderców. Nie różnili się niczym od niemieckich funkcjonariuszy gestapo. A nawet ich metody były o wielu skuteczniejsze od tortur gestapowców. Potem dowiedziałam się, że w czasie tortur w gestapo, wielu torturowanych ludzi milczało. Tymczasem NKWD wypracowało takie metody śledztwa, iż aresztowani z reguły załamywali się i sypali. A GZI odziedziczyło metody śledztwa po NKWD i działającego w jej strukturach straszliwego Smiersz-u . Specjalnych Metod Wykrywania Szpiegów. Oddział Kontrwywiadu w wojskach NKWD.
Mój mąż był sadystą. Znęcał się nad aresztowanymi, być może miał na sumieniu ludzkie życie. Zaczęłam dygotać jak w febrze, uświadamiając sobie tę okropną prawdę. Wtuliłam się w poduszki, starając się całą siłą woli opanować drżenie. Wiedziałam, że nie wolno mi zdradzić się ze swymi myślami, bo i mnie może spotkać coś złego. Musiałam udawać, że mąż mi się podoba, że go kocham.
Jezu, ratuj! Jak ja wytrzymam to piekło, które sama sobie stworzyłam? Oddając się mu, muszę pamiętać, że powinien być ze mnie zadowolony, bo wtedy nie będzie się mścił na przesłuchiwanych! Stłumiłam w sobie gniew i strach, odwróciłam się i pocałowałam go w policzek.
- Dobranoc, niech ci się przyśni coś miłego. - odezwałam się słodko.
- Będę śnił o tobie. - odwzajemnił się komplementem.
Zaraz potem zapadł w zdrowy, mocny sen. Ja nie spałam prawie do rana, zmagając się z coraz czarniejszymi myślami.
 Często telefonowałam do rodziców, bo strasznie za nimi tęskniłam. Telefon był służbowy i nic za rozmowy nie płaciliśmy. Podobnie jak za czynsz, prąd i gaz. Oczywiście nigdy nie powiedziałam rodzicom o mojej rozpaczliwej sytuacji, ubierając codzienne życie małżeńskie w piękne słówka, z których ani jedno nie było prawdziwe. Mamusia wierzyła mi bezkrytycznie i cieszyła się moim „szczęściem”, ale ojciec już taki naiwny nie był i kilka razy zadał mi kłopotliwe pytanie, na które z trudem zdołałam odpowiedzieć. Te rozmowy z domem były jedynym promykiem słońca w ponurej rzeczywistości.
Tego dnia spotkała mnie radosna niespodzianka, bo zadzwoniła Ala, moja kochana Alinka. Mama dała jej numer telefonu. Opowiedziała, że ma już pozytywną odpowiedź z Uniwersytetu i dostanie się na medycynę, o czym marzyła od dziecka, krojąc lalki nożem i robiąc im operacje ślepej kiszki.
- Iza, powiedz mi, tak bez lania wody, jesteś szczęśliwa?Mąż jest dobry dla ciebie? Warto było tak się śpieszyć ze ślubem?
Przez dłuższą chwilę milczałam, nie mogąc wydusić z siebie słowa. Komu, jak komu, ale jej zawsze mówiłam wszystko. Nie miałyśmy przed sobą tajemnic. Nie mogłam powiedzieć jej prawdy, ale kłamać nie chciałam. Naprawdę nie wiedziałam, co mam powiedzieć. Moje milczenie się przeciągało i Ala zrozumiała to, co pragnęłam ukryć.
- Tak, jestem bardzo szczęśliwa. - bąknęłam w końcu nieszczerze.
- Wyobrażam sobie, kochanie. - zaszczebiotała Ala. - Wiesz, Witek często wspomina tę naszą ostatnią rozmowę, wtedy w lokalu. Byłaś wówczas strasznie uparta i nie chciałaś wcale go słuchać. Ale odnoszę wrażenie, że to on miał rację, a nie ty!
Zrozumiała! Przecież wtedy, w czasie zabawy na moich zaręczynach, jej brat ostrzegał mnie przez Romanowiczem. Bał się jednak powiedzieć o nim coś więcej. Boże, gdybym wówczas wiedziała!....
 - Tak. Nie miałam racji i zupełnie niepotrzebnie się upierałam. Byłam głupia.
- Muszę ci powiedzieć, że widziałam Zbyszka. - Ala szybko zmieniła temat. - Przyjechał z Gdyni, już w mundurze marynarskim. Cholercia, ale to ładny chłopak! Sama bym na niego zagięła parol, gdyby nie to, że jest beznadziejnie zakochany w innej. Mówił, że często o niej myśli. Wyobraź sobie, że nosi przy sobie jej zdjęcie! Chciałby mieć numer jej telefonu.
Spryciara! Mówiła o mnie, jak o jakiejś innej osobie. Moje kochane Alczysko!
- Lepiej, że go nie ma. - powiedziałam ostrzegawczo. - Znając Zbyszka, wyobrażam sobie jak by ją zanudzał długimi rozmowami. Cóż, zawsze miał zły gust i źle trafił ze swoimi uczuciami. Zasługuje na kogoś lepszego, od tej głupiej gęsi. Jakbyś go widziała, pozdrów go od starej kumpelki.
- Jasne że pozdrowię. Szkoda chłopaka. Opowiedz, jak tam żyjesz w stolicy? Byłaś już gdzieś na potańcówce?
Zaczęłam jej opowiadać o Warszawie, szczęśliwa, że choć jedna osoba wie, iż popełniłam fatalny błąd wychodząc za Romanowicza. Przegadałyśmy chyba z pół godziny, wracając wspomnieniami do lat dzieciństwa i szkoły. Okazało się, że nie tylko ja tęsknię za naszą starą budą i belframi. Cieszyłam się jak dziecko, że usłyszałam głos z przeszłości, tak bardzo przeze mnie kochanej teraz, kiedy już nie miałam odwrotu.
Ale za błędy trzeba płacić i ja również zapłaciłam tego wieczora, kiedy mąż wrócił do domu.
- Co to za dziewucha dzwoniła do ciebie przed południem? - krzyknął jeszcze w przedpokoju.
Zrobiłam wielkie oczy.
- Skąd wiesz, że ktoś dzwonił do mnie? - zapytałam zdumiona.
- To już moja rzecz! Odpowiadaj, kto do ciebie dzwonił!
- To była moja przyjaciółka ze szkoły.
- Do jasnej cholery, dlaczego dałaś jej numer mego telefonu?
- Mamusia jej dała. Czy to jakaś tajemnica?
- Ty idiotko! Czy ja pracuję w przedszkolu? Jak mój dowódca się dowie, że jakieś dziwki wydzwaniają do ciebie i rozmawiasz z mego służbowego telefonu, to wezwie mnie do siebie i postawi na baczność, rozumiesz? Natychmiast dzwoń do domu i powiedz twojej głupiej mamusi, żeby nie ważyła się dawać nikomu naszego numeru, jasne? Zapamiętaj to sobie raz na zawsze!

Bez słowa wykonałam jego polecenie. Mamę zdziwił mój telefon o tak późnej porze i moja prośba, ale jej nie komentowała. Romanowicz był taki zły, że przestał się do mnie odzywać i w milczeniu zjadł kolację. Te jego nagłe zmiany humoru doprowadzały mnie do rozpaczy, bo nigdy nie wiedziałam, jak mam się zachować, żeby go nie drażnić. Byłam zbyt młoda, niedoświadczona i za krótko po ślubie, obce mi były kokieteria i zalotność młodych mężatek. Nienawidziłam mego męża i bardzo się go bałam, tym więcej, gdy dowiedziałam się o jego brutalnych metodach przesłuchiwania więźniów.

Nie odzywając się do mnie, poszedł spać. Ja jeszcze jakiś czas siedziałam w kuchni, czytając książkę Tyrmanda. Mimo, iż mieszkanie było przestronne, nie miałam w nim swojego kąta i z konieczności przebywałam w kuchni, chociaż tego nigdy nie lubiłam. Tak bardzo brakowało mi mojego różowego pokoju, wygodnego tapczana, dwóch miękkich foteli przy okrągłym stoliku, ze stojącą lampą przysłoniętą abażurem. W tym moim nowym domu czułam się obco.
W środku nocy obudził nas terkot telefonu. Stał na stoliczku nocnym męża i dzwonił jak szalony. On obudził się i jeszcze wpół przytomny sięgnął po słuchawkę.
- Romanowicz! Tak towarzyszu pułkowniku, zaraz będę. Rozumiem, to oczywiste.
Odłożył słuchawkę i zerwał się z tapczana, sięgając z pośpiechem do szafy, po wiszący tam mundur.
- Iza, wstań. Zapakuj mi bieliznę na zmianę i ze dwie koszule. Zrób kilka kanapek na drogę, i kawy do termosu. Szybko, dziewczyno, zaraz przyjedzie po mnie samochód.
- Co się stało? Gdzieś wyjeżdżasz? - z trudem przecierałam oczy, pełna jeszcze sennych marzeń.
- Tyle razy mówiłem ci, żebyś mnie nigdy o nic nie pytała. Jak będę chciał, sam ci powiem. - upomniał mnie już z łazienki, puszczając prysznic. - Może mnie nie być dzień lub dwa. Żołnierz będzie ci przynosił obiady z kasyna.
- Dobrze.
- Mam nadzieję, że jak wrócę, już nie będziesz miała okresu. W końcu jestem mężczyzną i chcę użyć mojej żony. - oznajmił, wychodząc z łazienki wpół nagi, z kroplami wody na czarnym owłosieniu piersi.
Jego widok kojarzył mi się z gorylem! Zwróciłam uwagę na ten jego charakterystyczny zwrot „użyć mojej żony”! Jakbym była krzesłem lub odkurzaczem, a nie człowiekiem. Nie chciałam być „używana”, tylko kochana przez dobrego, uczciwego człowieka.
 Przygotowałam mu kanapki z szynką i zaparzyłam do termosu mocnej kawy. Za ten czas, on ubrał się i otworzył szufladę biurka wyciągając stamtąd pistolet służbowy. To biurko miało bardzo skomplikowany zamek, jakiego by z pewnością nie otworzył nawet doświadczony włamywacz. Klucz do biurka mąż nosił zawsze przy sobie, a kładąc się spać, wkładał go do szufladki swego nocnego stolika. Noc była chłodna, więc włożył płaszcz na ciepłej podpince, jaki wtedy nosili oficerowie. Wziął z pawlacza czapkę i spojrzał na mnie.
- Cześć, mała. - rzekł i podszedłszy do mnie, unosząc mi głowę do góry. - No, pocałuj męża! - rozkazał.
Posłusznie wspięłam się na palcach, żeby dosięgnąć jego ust. Chwycił mnie za włosy i tak silnie przycisnął moją głowę do siebie, że aż zatrzeszczały mi kości w karku. To nie był pocałunek kochającego męża, ale coś wynaturzonego, okrutnego i bolesnnego. Ohyda!
Nie wiedziałam co się dzieje, ale przeczuwałam, że coś bardzo złego. c.d.n.