piątek, 20 stycznia 2017

SEKRETY RODZINNE. - Z DESZCZU POD RYNNĘ.


 20 stycznia 2017 r.

Podróż do Poznania tak mnie wyczerpała, że przyjechałam ledwie żywa. Tym razem pociąg był zapchany do niemożliwości jakąś większą wycieczką i przez pół drogi stałam w korytarzu. Przeklinałam mój idiotyczny pomysł proszenia osobiście rodziny na ślub. Mogłam to zrobić telefonicznie lub listownie. Nie zamierzałam pozostać w Poznaniu długo i sprawdziłam, że pociąg powrotny mam wieczorem o 21-wszej. Wyszłam z dworca zmiętoszona na ciele i na duchu. Dzień był wyjątkowo brzydki i ponury, prawdziwie marcowy. Padał deszcz ze śniegiem i wiał silny północny wiatr. Ulice śliskie były od wilgoci, a przed dworcem nie było ani jednej taksówki, bo wszystkie rozjechały się z pasażerami poprzedzającego nas pociągu z Gdyni.
Stałam przed dworcem, przestępując z nogi na nogę i przezywając się w duchu od kretynek. Wiedziałam przecież, że rodzina mamy jest jeszcze bardziej konserwatywna od familii ojca i zdawałam sobie sprawę, że czekają mnie tam podobne przykrości. Nie doczekawszy się taksówki, ruszyłam pieszo w stronę domu ciotki Joanny. Na szczęście nie niosłam ciężkiego bagażu, bo prócz torby podróżnej z piżamą, pastą i szczoteczką do zębów oraz grzebieniem, niewiele więcej z sobą miałam. Kroczyłam mokrą ulicą, a deszcz zwilżał moje włosy. Na nogach miałam pantofelki na wysokich obcasach, w których dopiero niedawno nauczyłam się chodzić. Idąc po nierównym chodniku, wykręcałam sobie nogi, grożące złamaniem kostki.
Poznań. ul. Dąbrowskiego  - Jana Henryka!
Nareszcie na Dąbrowskiego, (Boże broń, nie Jarosława, tylko Jana Henryka! jak z naciskiem podkreślali poznaniacy,) trafiłam na wracającą z kursu taksówkę. Z westchnieniem ulgi wsiadłam do wozu, odgarniając z twarzy mokre kosmyki włosów. Podałam adres i pojechaliśmy. Stary kierowca wysłużonego Forda, odwrócił lekko głowę i spytał:
- A panienka to skąd?
- Ze Śląska. Ale jestem poznanianką, z dziada pradziada.
Zanim zdążył odpowiedzieć, usłyszeliśmy jakiś długi dźwięk, jakby syrenę.
- Co to takiego? - zadałam pytanie, nadsłuchując.
Taksówkarz uśmiechnął się chytrze.
- To panienka nie wie? Stalin ziewa!
Zauważywszy moją zdumioną minę, wyjaśnił.
- To syrena z Zakładów imienia Józefa Stalina.
- Stalina? Przecież takiego zakładu w Poznaniu nie było. - zawołałam zaskoczona.
-Przecie to Cegielski! - wykrzyknął kierowca z oburzeniem. - Naszego Cegielskiego nazwali Stalinem i tyle.
Słynne Zakłady Cegielskiego przemianowane na im. Stalina.
  - Cieszcie się, że Poznań nie został Stalinogrodem, bo jeden już mamy! - wycedziłam przez zęby, myśląc z oburzeniem, o przemianowaniu poczciwych polskich Katowic, na ruski Stalinogród. 
Zmiana nazwy miasta nastąpiła po śmierci „słoneczka narodów”, na rozkaz Moskwy. Ale Ślązacy nigdy nie pogodzili się z tą nazwą, choć dzieci urodzone w latach 1953 – 56 miały wpis do metryki – urodzony w Stalinogrodzie! Poznania także nie ominął wątpliwy zaszczyt i słynne, wspaniałe Zakłady Cegielskiego, nazwane zostały imieniem Stalina.
Ciotka Joanna mieszkała w stylowej secesyjnej kamienicy, zajmując na trzecim piętrze trzypokojowe mieszkanie. Z balkonu był ładny widok, a jedyną niedogodnością stało się bliskie sąsiedztwo ulicy Kochanowskiego, gdzie znajdował się budzący grozę gmach Urzędu Bezpieczeństwa. Po kamiennych schodach wdrapałam się na trzecie piętro. Miałam wprawę w wchodzeniu po schodach, bo mieszkaliśmy na czwartym piętrze. Po krótkim wahaniu, zadzwoniłam do drzwi. Ciotka Joanna była wysoką blondynką, o bladej cerze, niebieskich oczach i bardzo wąskich, małych ustach. Pomimo wieku zachowała wspaniałe włosy, zawsze starannie ułożone w skomplikowaną fryzurę. Miała po dziadku wybitnie nordycką urodę. Po śmierci babci i dziadzia mieszkała sama, pracując jeszcze na pół etatu w jakimś urzędzie.
Otworzyła mi, mocno zdumiona moim widokiem.
- Izabela? - nigdy nie spieszczała mego imienia.
- Przepraszam, ciociu, że nie uprzedziłam telefonicznie, ale wpadłam tylko na kilka godzin. - powiedziałam, wchodząc do przedpokoju, długiego i mrocznego.
- Ależ dlaczego tylko na kilka godzin? - dopytywała się ciotka, chłodno całując mój policzek. 
 
ul. Kochanowskiego. Dawna siedziba U.B.
Nie należałam do jej ulubienic, bo ciotka bezkrytycznie uwielbiała moją kuzynkę, starszą ode mnie o kilka lat. Irena była już od roku mężatką. Wolała wyjść za mąż niż się uczyć, gdyż inteligencja nigdy nie była jej mocną stroną. Nie zamierzałam bawić się z ciotką w subtelności i nawet nie przekroczywszy progu pokoju, powiedziałam:
- Przyjechałam zaprosić ciocię na mój ślub, który odbędzie się pod koniec maja lub z początkiem czerwca, jak zdam maturę.
Ciotka nie wydawała się zdumiona moim oświadczeniem. Najwidoczniej mama wcześniej dzwoniła do niej i powiedziała, że przyjadę. Może to i lepiej.
- To bardzo miło z twojej strony, moje dziecko. Zdejm płaszcz, bo jesteś przemoczona i wejdź do pokoju. Zrobię ci śniadanie.
W pokoju umeblowanym ładnymi stylowymi meblami, na małym stoliku stał nowy telewizor. Widocznie ciotka interesowała się nowinkami technicznymi. Ze wzruszeniem spojrzałam na duże fotografie babci i dziadzia, wiszące na ścianie. Babcia zmarła na gruźlicę rozpadową, a biedny dziadzio nie mógł przeboleć jej śmierci. Codziennie chodził na cmentarz i siedział godzinami przy jej grobie. Pisał do nas:”Czuję na sobie lodowaty oddech anioła śmierci i słyszę poszum jego czarnych skrzydeł”. Nie minął rok, a dziadzio podążył w ślad za babcią, umierając na raka, który błyskawicznie go zaatakował.
Byłam jego ulubioną wnuczką i sama tak go kochałam, że będąc dzieckiem, na widok idącego dziadka, machnęłam łapką i rozbiłam szybę! Babcia umierała w strasznych męczarniach, bo miała zdrowe serce przy rozpadających się płucach. Po śmierci, pozostawiła po sobie wielki niepokój. Podobno pojawiła się w noc po zgonie, bo widziały ją ciotki, które zjechały na pogrzeb, dziadzio, a nawet sąsiadka z niższego piętra. Widziała ją również moja mama i z wrażenia zemdlała. Ja przez długie lata bałam się babci, dopóki nie dorosłam.
Ciocia Joanna nie przejawiała nadmiernej ciekawości i nie pytała o nic, czekając aż sama zacznę mówić. Pochwaliła się, że w Poznaniu sprzedają jajka bez zarodków! a w Palmiarni są nowe wspaniałe rośliny. Nie zamierzałam prowadzić z ciotką dyskusji o palmach i spytałam wprost, czy będzie na moim ślubie? W odpowiedzi usłyszałam krótkie i kategoryczne: - Nie!
Poznań Palmiarnia.
- Dlaczego, ciociu? - spytałam z grzeczności, chociaż z góry znałam odpowiedź.
- Bierzecie ślub cywilny, wbrew przykazaniom boskim. Uczestnicząc w takiej ceremonii, popełniłabym ciężki grzech. Ja nie rozumiem, jak twoi rodzice mogli zgodzić się na to, żebyś poślubiła człowieka niewierzącego? Przecież przy takim grzeszniku szatan może cię łatwo opętać!
- Cóż, widocznie już mnie opętał, bo biorę ślub cywilny. - wzruszyłam niegrzecznie ramionami. - Niechże ciocia zrozumie. Mój narzeczony jest oficerem, a wojskowym nie wolno brać udziału w ceremoniach religijnych. Czytałam Stary i Nowy Testament, ale nigdzie nie wyczytałam, żeby Pan Bóg zabraniał cywilnych ślubów.
- To się rozumie samo przez się! - upierała się ciotka, zgarniając z mleka w kubku kożuch i wyrzucając go do zlewu. Śniadanie jadłyśmy w kuchni, jakby dla podkreślenia mojej mało ważnej wizyty. - Ślub cywilny nic u Boga nie znaczy i będziesz żyła z tym człowiekiem w grzechu śmiertelnym, pamiętaj! - ciotka pogroziła mi palcem.
Jezu Chryste, jej dewocja okazała się bardziej denerwująca niż konserwatyzm rodziny ojca. Istny bastion ciemnoty. Przykro mi to pisać, ale ciotka Joanna była zdeklarowaną dewotką, tym zacieklejszą, że została starą panną. Opowiadała mi mama, że ciotka uparła się, iż wstąpi do klasztoru, co nie przeszkadzało jej spotykać się z mężczyznami. Ale gdy jeden z nich ośmielił się pocałować ją w usta po francusku, dostała histerii. Pluła i wymiotowała, jakby połknęła truciznę. Przyszła z randki do domu i zrobiła rodzicom głośną awanturę oświadczając, że musi zmyć z siebie ten okropny grzech, życiem w klasztornej czystości. Dziadek był człowiekiem wierzącym, ale nie przesadnie i jakoś w tę klasztorną czystość powątpiewał.
Powiedział ciotce, że nie ma zamiaru swoimi pieniędzmi wspierać i tak bogaty klasztor, gdyż do zakonu należało przyjść z posagiem i całą wyprawą. Wszystkiego po dwanaście sztuk, oprócz naturalnie zakonnych habitów, kwefów i tak dalej. To niestety kosztowało ciężką forsę, którą pobożna dziewica musiała wnieść do zgromadzenia zakonnego. Ciotka do końca życia tego dziadkowi nie wybaczyła, a wszystkim dokoła zatruwała życie pobożnymi naukami, które w jej przekonaniu, powinny nas sprowadzić na drogę cnoty. Niestety, była dosyć ograniczona i nie potrafiła dobrze argumentować, przez co jej ględzenie mogło człowieka doprowadzić do szału.

Przez pół godziny słuchałam cierpliwie o szatanie i jego zasadzkach życiowych, nawet nie próbując z ciotką dyskutować, bo to było bezcelowe. Rozbolała mnie głowa i chciało mi się spać, bowiem w nocy, w pociągu, kiwałam się tylko na stojąco, co chwilę budzona, gdyż zepchnięto mnie w kąt w pobliże toalety. Nie, raczej nie musiałam tu przyjeżdżać. Jednak z grzeczności spytałam jeszcze, czy reszta rodziny również postanowiła nie uczestniczyć na moim ślubie? Ciotka skinęła głową.
- Tak. Wszyscy wybieraliśmy się przyjechać do was, gdy twoja matka zawiadomiła nas, ze wychodzisz za mąż. Lecz gdy wczoraj zadzwoniła i powiedziała, że to będzie ślub cywilny, bo wychodzisz za oficera, to znaczy komunistycznego żołdaka, doszliśmy do przekonania, że dla prawdziwego katolika, jest to diabelska pokusa i zdecydowaliśmy, że nie pojedziemy! Wy nic nie wiecie, ale to szatan was kusi, a Pan Bóg wystawia was na próbę! Musisz się wyspowiadać, bo masz już grzech śmiertelny!
Akurat, nie miałam wątpliwości, to ona zdecydowała, że nie pojadą, a reszta rodziny owczym pędem poszła za jej przykładem. Ciotka rządziła wszystkimi, jak wódz armią. Miała sporo pieniędzy, więc kochani krewni woleli się jej nie sprzeciwiać, w nadziei na spadek.
- Bardzo mi przykro. - powiedziałam obojętnie. - Ciocia dostrzega diabelska pokusę na moim ślubie. A na weselu Ireny, ciocia nie widziała, że była ona w piątym miesiącu ciąży? Widocznie także uległa szatańskim podszeptom! - nie powstrzymałam się od złośliwości.
Ciotka tak się zaperzyła, że o mało nie stłukła talerzyka z kanapkami.
- Izabela, co ty opowiadasz! - wykrzyknęła ze złością. - Irena była u spowiedzi i ksiądz dał jej rozgrzeszenie. Ślubowała mężowi w kościele. Tam szatan nie ma dostępu.
- Była u spowiedzi przed kochaniem się z narzeczonym, czy już jak zaszła w ciążę? - zagadnęłam niewinnie. - Nie wiem, gdzie szatan ma dostęp, ponieważ jeszcze z nim nie rozmawiałam na ten temat. Ale mam nadzieję, że na moim ślubie nie będzie, bo by się znudził. Ja na szczęście nie muszę liczyć dni do wesela, bo nic mnie nie goni!
Ciotka prychnęła i machnęła ręką na znak, że uważa dyskusję za zakończoną. Ja również miałam dosyć tej rozmowy.
- Czy ciocia pozwoli, żebym parę godzin wypoczęła przed podróżą? Wieczorem mam pociąg.
- Ależ oczywiście. - zreflektowała się ciotka, obdarzając mnie imitacją uśmiechu. - Zaraz pościelę ci łóżko. Prześpij się parę godzin. A do cioci Stefanii nie zaglądniesz? Wypadałoby złożyć wizytę wujowi Lechowi i ciotce Krystynie.
- Niestety, ciociu, mój czas jest ograniczony. Miałam nadzieję, że wszystkich spotkam u ciebie. Przecież wiedzieliście, że przyjadę. Muszę wracać, bo przede mną egzaminy maturalne, a potem ślub i wyjazd do Warszawy.
- Nie żal ci pozostawiać rodziców samych? Mają tylko ciebie. - zauważyła ciotka łagodniejąc.
- Będą mnie często odwiedzać, a ja także przyjadę do domu. - powiedziałam z uśmiechem, nie wiedząc, że obiecuję za dużo.
Ciotka pościeliła mi łóżko w niewielkim pokoju, gdzie niegdyś sama sypiała i wyszła do miasta po zakupy. Położyłam się, ale zasnąć nie mogłam, bo głowa bolała mnie coraz bardziej i nachodziły mnie przykre, złe myśli. „Dlaczego oni wszyscy tak się na mnie uwzięli?” - dumałam, przewracając się z boku na bok, w szeleszczącej, mocno krochmalonej pościeli. Nie znali przecież wcale Toniego i nie chcieli zrozumieć, że jest wartościowym człowiekiem i dobrym Polakiem. Był w partyzantce i został ranny. Ach, co za ludzie! Z pasją wysłałam kochanych krewnych do wszystkich diabłów i wstałam z łóżka.
Przeszłam do dużego pokoju i włączyłam telewizor. Na czarno-białym ekranie coś zamigotało i z mgły wynurzyła się nagle uśmiechnięta twarz pana Suzina, który zapowiedział jakiś program krajoznawczy. Przez chwilę gapiłam się na widoki Tatr w śniegu i coś jeszcze, ale nie wiem co, bo zdrzemnęłam się na fotelu.
Pan Jan Suzin w okienku telewizora.
 Kiedy otwarłam oczy, ciotka właśnie wyłączała telewizor.
- Dlaczego nie śpisz w łóżku? - zadała mi pytanie.
- Za bardzo bolała mnie głowa. Ale już nie jestem śpiąca, tylko chce mi się pić.
-Zrób sobie herbatę, niedługo będzie obiad. Dlaczego zdecydowałaś się zrezygnować ze studiów?

- Wcale nie zrezygnowałam, tylko zacznę studia już jako mężatka w Warszawie. Żonie oficera będzie łatwiej zyskać dodatkowe punkty. Ale o tym pomyślę już po ślubie, bo przede mną jeszcze matura.
Na obiad była zupa grochowa, a na drugie ryba. Byłam głodna i zjadłam posiłek z apetytem. Łudziłam się nadzieją, że ktoś z rodziny przyjdzie, żeby mnie powitać. Ale nikt się nie pojawił. Zacięłam się. Nie to nie, mam was w nosie! Przez resztę dnia rozmawiałam z ciotką o niczym, przeskakując z tematu na temat. Miałam do niej żal, że ani razu nie próbowała dowiedzieć się czegoś o moim przyszłym mężu. Nie pokazałam jej nawet fotografii Toniego. Z westchnieniem ulgi doczekałam godziny dwudziestej i zaczęłam żegnać się z ciotką. Wręczyła mi na drogę papierową torebkę z kanapkami i mój termos napełniła gorącą herbatą. Na pożegnanie pocałowała mnie w policzek.
- Do widzenia, Izabelo. Pozdrów rodziców od całej rodziny.
Skinęłam głową i szybko zbiegłam po schodach, wsiadając do zamówionej telefonicznie taksówki,
Uf! Do niewidzenia! Warto było przyjeżdżać? Jedyne, czego żałowałam, to tego, iż nie miałam już czasu na spacer po ulicy, gdzie dawniej stał dom, w którym urodziła się i wychowała mama. Na dworcu był duży ruch, do pociągu miałam jeszcze niemal godzinę czasu. Weszłam do restauracji i kazałam podać sobie kawę. Zaspana kelnerka przyniosła mi w szklance jakąś ciemną ciecz, nazwaną w rachunku kawą. Była niesmaczna lecz gorąca, więc ją wypiłam.
Pociąg był niestety zapchany i z trudem znalazłam miejsce stojące przy oknie w korytarzu. Wiało przez całą drogę, jak z lodowni, i do domu przyjechałam z bolącym gardłem. Była trzecia w nocy, gdy nareszcie wysiadłam na naszej stacji i wyszłam z dworca na ulicę. Po chwili szybkiego marszu przez aleję pod kasztanami, zobaczyłam nasz dom. 
Poczułam, że mam łzy pod powiekami, bo w oknie na czwartym piętrze świeciło się światło! Rodzice czekali na mnie! Pędziłam po schodach, jakby mnie diabli gonili i zaraz wpadłam w ramiona mamy. Ojciec też nie spał i przywitał mnie niezwykle ciepło, nazywając swoim małym pikusiem. 
Moi ukochani! - pomyślałam z czułością. Boże, jak dobrze jest w domu! - stwierdziłam, lądując po krótkim przywitaniu z rodzicami pod ukochana kołdrą. Zgasiłam światło i zaraz zapadłam w sen, zapominając o dręczących mnie troskach.
Nazajutrz, przy śniadaniu, opowiedziałam rodzicom o niepowodzeniach, jakie mnie spotkały. Ojciec, który od początku nastawiony był sceptycznie do mej podróży, wzruszył ramionami i rzekł:
- Mówiłem, nie jedź! Ale ty, jak zwykle, się uparłaś. A mówiąc między nami, to rodzinę mamy wyjątkowo udaną. Moja nie wyszła jeszcze z czasów szlacheckich sejmików i sejmowego veto! A rodzinka naszej mamy, siedzi cała w kruchcie kościelnej. Oni jeszcze nie wiedzą w jakiej epoce żyją, ale przebudzenie będzie bardzo gorzkie.
Ojciec oczywiście miał rację, lecz dostrzegłam, że mamie jest przykro.
- Mamciu, dlaczego dzwoniłaś do ciotki Joanny? - odezwałam się, przełykając ostatni kęs bułki z masłem i z rybnym pasztetem.
- Myślałam, córeczko, że ciotka milej ciebie powita. - tłumaczyła się mama odwracając się, żebym nie widziała łez w jej oczach. Ale ja to widziałam i się wściekłam.
- O, bardzo mile mnie przyjęła. - powiedziałam z sarkazmem. - Oświadczyła, że słucham podszeptów szatana, więc ona nie przyjedzie na ślub, bo nie chce ciężko zgrzeszyć. O mnie się nie martwi, bo ja już jestem w jej oczach stracona, zamierzając żyć z mężczyzną bez ślubu kościelnego, w śmiertelnym grzechu! Mój przyszły mąż jest diablim pociotkiem i komunistycznym żołdakiem. Nic gorszego już wymyślić nie mogła, ale zdołała podburzyć całą rodzinę, żeby zaproszenia nie przyjęli. Wyrodziłaś się, matulu z tej familii, jesteś po prostu za dobra i za mądra.
- Wariatka. Cnota jej na mózg uderzyła! - mruknął z pogardą ojciec. - A nie powiedziała: „ Wy nic nie wiecie!”.....?
- Oczywiście, właśnie to powiedziała, że „wy nic nie wiecie, a Pan Bóg wystawia was na próbę”. Tatusiu, twoja rodzina nie była lepsza. Babcia wygłosiła mi godzinną perorę o tym, jak dzielnie moi przodkowie walczyli w powstaniach, a tymczasem ja sprzeniewierzam się rodzinnym tradycjom, wychodząc za bolszewika! Siedziałam jak na szpilkach, bo nie mogłam im wszystkim powiedzieć tego, co chciałam.
- A co chciałaś, pikuniu, im powiedzieć? - spytał prowokująco tata, przymrużając jedno oko.
- Chciałam im powiedzieć, pocałujcie mnie w dupę! Zrobię to, co mi się podoba! - krzyknęłam z furią, waląc pięścią w stół.
- Moja krew! - oznajmił ojciec i z powagą pocałował mnie w czoło. Potem się roześmiał. - Ja nadal nie akceptuję twego nagłego małżeństwa i nie żywię sympatii do twojego przyszłego męża. Ale cieszę się, że nie wzięłaś sobie do serca tych idiotycznych powodów, dla których nasza rodzina nie będzie obecna na twoim ślubie. Właśnie tym dowiodłaś, że jesteś nieodrodnym potomkiem z krwi naszej familii. Obejdziemy się bez nich. No, idź do szkoły i staraj się nie podpaść profesorom przed maturą!
Mama była wyraźnie zasmucona.
- Przykro mi, kochanie, że rodzina jest taka zacietrzewiona i ciemna! - powiedziała, chyba pierwszy raz używając tego lekceważącego wyrazu. - Miałam lepsze mniemanie o moich siostrach i braciach. Ale nie będziemy się nimi przejmować, prawda? Wczoraj dzwonił pan Romanowicz i pytał, kiedy wrócisz. Pewnie dziś znowu się odezwie.
Po raz któryś z rzędu zauważyłam, że rodzice nigdy nie mówią o Tonim po imieniu, lecz zawsze oficjalnie po nazwisku. Było mi przykro. Trochę bałam się tego telefonu i jego pytań.
Takie były kiedyś Studniówki.
 Klasa przyjęła mnie wielkim wrzaskiem:
- Niech żyje panna młoda! Wszyscy idziemy na twój ślub. Postawisz szampana?
- Pewnie. Zaraz po maturze przyniosę szampana i wypijemy z profesorami. - obiecałam.
- Co? Mamy pić z belframi? - sprzeciwił się jeden z kolegów. - Chcesz nam zepsuć przyjemność?
- To już nie będą nasi profesorowie, tylko dobrzy znajomi. - uśmiechnęłam się, obrzucając ich uważnym spojrzeniem.
Byli tacy weseli, roześmiani i młodzieńczy. Wkrótce wszystko się zmieni, nadejdzie dzień matury i już chyba nigdy w tym samym gronie nie spotkamy się w przyszłości.
Codzienność w PRL-u

Zbyszek wyjedzie do Gdyni kształcić się w Wyższej Szkole Marynarki Wojennej. Złożył już podanie, a komandor Leszczyński rozpatrzył je pozytywnie. 
Znalezione obrazy dla zapytania Pokaż fotosy z filmu "Do widzenia, do jutra"
Bylismy wtedy tacy młodzi i pełni nadziei.
Alinka zacznie studia w Akademii Medycznej w Poznaniu. Zochna chce zostać aktorką i jeżeli tylko ją przyjmą, pojedzie do Łodzi. Romek jest znakomitym fizykiem i pójdzie na studia na Politechnikę. Ja wyjadę z mężem do Warszawy, a potem może gdzieś do egzotycznych krain na Dalekim Wschodzie. Być może ktoś z nas ciężko zachoruje lub umrze. Przyszłość przed nami była nieznana, nieprzewidziana, może zupełnie inna niż ta, jaką chcielibyśmy ją widzieć. Ale chwila obecna należała jeszcze do nas, nikt nie mógł jej nam odebrać. c.d.n.