poniedziałek, 9 stycznia 2017

SEKRETY RODZINNE.Pierwsza randka.




  9 stycznia 2017 r.
- Czy tata śpi? - spytałam, oglądając sie niespokojnie na drzwi do sypialni rodziców.
- Śpi. Masz szczęście, bo ojciec inaczej by z tobą porozmawiał. - rzekła mama, udając złość.
Ale ja wiedziałam, że się nie położy, dopóki mnie dokładnie nie wyspowiada. Jak zwykle, nie myliłam się. Mama wepchnęła mnie do kuchni, zapaliła na kuchence gaz i postawiła czajnik z wodą.
 - Zrobię ci gorącą herbatę, a ty opowiadaj. Jak tam było na tym dansingu? Dużo tańczyłaś?
- Ani razu nie siedziałam i tańczyłam z najprzystojniejszym oficerem. Z moim majorem. Tobie też by się spodobał. Wysoki brunet, zabójczo przystojny. Ma na imię Toni i będzie tu tylko kilka dni, delegowany z Warszawy. - opowiadałam, zachłystując się z emocji. 
Chciałam jednym tchem opowiedzieć mamie wszystko, bo nigdy nie miałam przed nią żadnych tajemnic. Zresztą to byłoby bezcelowe, bo moja rodzicielka miała w oczach rentgen; natychmiast mnie prześwietlała i wykrywała kłamstwo. Mama usiadła na krześle, wskazała mi miejsce obok siebie i nalała do kubków mnie i sobie herbaty.
- Posłuchaj, żabuniu. - spojrzała na mnie z miłością. - Ja wiem, że mundury zawsze robiły na tobie wrażenie. Pamiętasz, jak w czasie okupacji, tak się zachwyciłaś jakimś oficerem SS, że chciałaś pobiec za nim i musiałam na ulicy sprawić ci lanie? A miałaś dopiero cztery latka!
- Owszem, pamiętam, był cholernie przystojny. - westchnęłam rozmarzona.
- To był SS-man! Ale mniejsza z tym. Chcę ci zadać jedno pytanie i żądam szczerej odpowiedzi. Czy ten pan major nie jest przypadkiem żonaty? Nie chcę żebyś cierpiała, doznając zawodu. Jesteś jeszcze bardzo młoda i poznasz w swoim czasie jakiegoś chłopca, który ci się spodoba.
Siedziałam nieruchomo z otwartymi ustami i wpatrywałam się w mamę baranim wzrokiem. Nawet mi do głowy nie przyszło, żeby go o to spytać. Żonaty? Nie, to przecież niemożliwe1 Nie mogłam sobie wyobrazić, żeby w domu czekało na niego jakieś wstrętne babsko. Uświadomiłam to sobie w mgnieniu oka i poczułam, że robi mi się niedobrze. Jezu, a jeżeli on naprawdę jest żonaty, a może nawet ma dzieci?..… Tak urodziwi mężczyźni nie bywają wolni.
- Spytałaś go o to? - indagowała dalej mama. - Mogłaś podpytać jego kolegów. Jeżeli jest żonaty, powiedzieli by ci o tym. Córeńko, to jeszcze nie koniec świata.- rzekła czule, widząc moją zrozpaczoną minę.
- Dla mnie koniec. - oznajmiłam ponuro. - Jestem w nim zakochana! Anka jutro spotka się z takim młodym kapitanem. Jego spytam, bo on zna Toniego.
- Pierwsze kotki za płotki! -uśmiechnęła się mama. - Jeszcze nie raz się zakochasz. Zresztą może nie jest tak źle. Kiedy macie się spotkać?
- Jutro po południu. Zadzwoni, jak skończy prace. Zaprosił mnie do kawiarni.
Mama zapaliła papierosa i wolno puszczała ustami niewielkie kółka dymu. Widziałam, że była zatroskana.
- Cóż, zastanowię się, czy pozwolić ci iść do kawiarni. Może źle zrobiliśmy, zgadzając się na ten dansing. Ale jeżeli już pójdziesz, to uważaj co ci powie. Mam nadzieję, że nie będziesz mu się narzucać i zachowasz się jak na młodą damę przystało. Obawiam się, żeby w kawiarni nie było jakiegoś nauczyciela. Masz przed sobą maturę! Jutro opowiesz mi dokładnie o wszystkim, a teraz spać, bo rano ciebie nie dobudzę.
Mama miała świętą rację, bo ze wstawaniem zawsze były kłopoty. Uwielbiałam długo spać i ciężko mi było wygramolić się z łóżka. Ale tej nocy źle spałam i rano wstałam bez awantur i rzucania budzikiem o ścianę. Przyszłam do kuchni ziewając szeroko i zrobiłam sobie prawdziwej kawy, kupionej spod lady. Sąsiadka pracowała w sklepie masarskim, a za ładny schab, można było dostać wszystko, bo dobrzy ludziska wspomagali się w biedzie.
Nie jadłam śniadania, miałam mdłości i poszłam do szkoły piekielnie skacowana. Ojciec miał popołudniową zmianę w zakładzie i jeszcze wypoczywał. Wolałam się z nim teraz nie widzieć, dopóki mama go nie udobrucha. Szłam ulicą wolno, powłócząc nogami, jak schorowana staruszka. Koleżankom kiwałam smętnie głową, a na koleżeńskie – Ciao bella! - pokazałam Zbyszkowi język.
W klasie siedziałam wpatrzona w sufit, niewiele słysząc z wykładów. Cały czas dręczyła mnie myśl, czy Toni jest żonaty, lub nie? Nie był już taki młody, teraz to sobie uświadomiłam, a mężczyzna w tym wieku zwykle posiada rodzinę. O Boże, a to wpadłam. Żeby mi się jeszcze tak strasznie nie podobał! Ale podobał mi się przeogromnie i byłam w nim zakochana po uszy!
- Iza, co ja mówiłam? - usłyszałam nagle nad głową głos historyczki. Stała tak nade mną już od jakiegoś czasu, lekko uderzając dłonią o pulpit ławki. - Powtórz, proszę, jaki był temat lekcji? - poprosiła uprzejmie.
Oniemiałam. Historia była moim ukochanym przedmiotem i nigdy nie miałam z nią najmniejszego kłopotu. Historyczka bardzo mnie lubiła i razem z polonistką oraz geografem, walczyła jak lwica o moje stopnie na świadectwie, które usiłował zepsuć mi matematyk, bo przedmioty ścisłe, oprócz może chemii organicznej, nie chciały mi wleźć do mózgownicy. Ale teraz naprawdę nie wiedziałam o czym była mowa, bo cały czas myślałam o Tonim. Rozglądnęłam się po klasie. Niestety, nikt nie mógł mi pomóc, bo nauczycielka stała przy mnie, obserwując moją rzadką minę.
- No więc może nam łaskawie powiesz, o czym mówiłam na lekcji? - historyczka powtórzyła pytanie.
Cholera, cholera, wpadka i to na krótko przed maturalnym sprawdzianem! Postanowiłam, że zagram z nią va bank! Wstałam, spojrzałam jej prosto w oczy i oznajmiłam głośno:
- Przepraszam. Byłam bardzo zamyślona i nie słyszałam wykładu. Dzisiaj naprawdę źle się czuję i boli mnie głowa.. Niech mi pani wybaczy.
Mieliśmy dobrych nauczycieli, takich z powołania. Historyczka skinęła głową i zagadnęła, nie bez cienia złośliwości:
- A o czym tak rozmyślałaś?
- Mam zmartwienie. - westchnęłam rozdzierająco. - Postaram się wykład odpisać od kogoś.
- No właśnie widzę, że jesteś nieswoja. Kiedy była bitwa pod Poitiers?
- W 1356 roku. - odpowiedziałam bez zająknienia. - Poległ w niej 14-letni król Francji Jan Dobry.
- A pod Azincourt? - padło następne pytanie.
- W roku 1415. Zginęło 10 tysięcy francuskich rycerzy, a król Anglii Henryk V stał się panem Francji. Szekspir o tym pisaaaał! - jęknęłam rozdzierająco.
- Hm, widzę, że twoja mózgownica pracuje prawidłowo. - mruknęła historyczka odchodząc od mojej ławki. - Wobec tego przepiszesz mi ten fragment, o bitwie pod Verdun. Na jutro! Z twoim komentarzem!
- Jeeezu, wolę dwóję! - wybuchnęłam z rozpaczą.
- Spokojnie, dostaniesz i dwóję, jeżeli do jutra nie przepiszesz! - obiecała nasza pani, a ponieważ zabrzmiał dzwonek, wzięła z katedry książki i wyszła z klasy.
Koledzy i koleżanki patrzyli na mnie ze współczuciem. Ten dzień był dla mnie w szkole naprawdę feralny. Matematyk zadał mi cholernie trudne zadanie z trygonometrii i patrzył z bezlitosnym uśmiechem, jak przeżywam tortury, gryzmoląc coś na tablicy.
- Moja droga.- zauważył z niejakim zdziwieniem. - Uświadom mnie, proszę, jakim cudem doszłaś aż do jedenastej klasy? Z twoimi wiadomościami powinnaś siedzieć w piątej podstawowej. Przykro mi, ale dwója! Idź na miejsce.
Na tym jeszcze nie koniec pecha. Następną lekcją był polak. Pani od polskiego, jak ją nazywaliśmy, dumna z moich wypracowań, niespodziewanie spytała mnie o jakąś kwestię z „Dżumy” Camusa. Czytałam to nudziarstwo przed laty i niewiele z tego pamiętałam. Coś wydukałam i chciałam usiąść, lecz pani kazała mi scharakteryzować w kilku słowach przesłanie z ”Króla Ducha” Słowackiego. Jasny gwint! Nawet do tego wierszydła nie zaglądałam i nie miałam pojęcia o czym Słowacki tam pisał. Stałam i patrzyłam gapiowato w okno, za którym gałęzie drzewa poruszały się w powiewach silnego wiatru. Pani z polaka westchnęła z rezygnacją.
- Radzę ci przeczytać ten utwór. - powiedziała poczciwie. - Przepytam cię wkrótce. Masz na razie tróję.
Świat się kończy! Z historii mam przechlapane, z matmy dwóję, a z polaka dostateczne. Ja, dostateczne z polskiego! W tej chwili nienawidziłam wszystkich pisarzy i poetów. Po jaką cholerę zawracają nam głowy swoją durną pisaniną? Nie mogliby się wziąć do jakiejś uczciwej roboty, zamiast obdarzać świat swoimi wypocinami? Ze szkoły wyszłam rozgoryczona i pełna żółci. Koleżanki próbowały wyciągnąć mnie na zwierzenia, zapraszając nawet na ciastko z kremem, ale nie uległam i w posępnym nastroju powróciłam do domu.
Gdyby się jeszcze okazało, że Toni jest żonaty, to chyba bym umarła ze zmartwienia.
Pierwsze słowa jakie usłyszałam od mamy były:
- A w co się wieczorem ubierzesz?
W jednej chwili zapomniałam o szkolnych zmartwieniach i z rozpaczy przeszłam do szalonej radości. Mam spotkanie z Tonim! Dziś idę na pierwszą w życiu dorosłą randkę, więc co mi tam dwója z matmy i dostateczne z polaka! Mam randkę z panem majorem i koniec!
Taty nie musiałam się obawiać, bo po południu będzie w pracy. Mama na szczęście nie uświadomiła go, o której w nocy wróciłam, a tata śpi twardo i nic nie słyszał. Cisnęłam teczkę z książkami pod wieszak i rzuciłam się w moim pokoju do szafy, wywlekając wiszące tam ciuchy. Właściwie wybór miałam niewielki, bo byłam uczennicą i jako taka, ubierałam się standardowo – od święta biała bluzka i plisowana spódnica, na codzień granatowy fartuszek z popeliny. W jesieni i w zimie jakiś sweterek, ot i wszystko. Pończochy obowiązkowo dziecinne, broń Panie Boże, cienkie.

Tak się ubierałyśmy w latach piećdziesiątych.
Uczennicom nie wolno było się stroić, bo w szkole obowiązywała dyscyplina i reżim jak w wojsku. Nie zamierzałam pokazywać się panu majorowi w tej samej sukni co wczoraj i stałam przy szafie z żałosną miną, trzymając w ręku wieszak z białą bluzką.
- W tej bluzeczce chcesz iść wieczorem do kawiarni? - mama wysoko uniosła brwi, wskazując wyciągnięty ciuch. Na jej serdecznym palcu błysnęły tęczowe ognie brylantu, w pierścionku otrzymanym na zaręczyny od taty.
- A w czym mam iść? Przecież nic lepszego nie mam. - skrzywiłam się, obejrzawszy z niesmakiem skromną bluzeczkę.
- Poczekaj, coś wymyślimy. - powiedziała mama, otwierając swoją połowę szafy. - A co powiesz na to? - spytała, zdejmując z wieszaka śliczny ciemnoczerwony sweterek przybrany białą angorą. - Będzie pasował do mojej czarnej spódnicy.
Pisnęłam cienko i rzuciłam się mamie na szyję, obcałowując ją gwałtownie. Sweterek był boski! A spódniczka wąska i modnie uszyta. Mama miała figurę modelki i wszystkie babska zazdrościły jej tego posądzając, że nosi gorset. Głupie babusy!
Natychmiast stanęłam przed lustrem, ubierając pośpiesznie sweterek i spódniczkę. Pasowały jak ulał! Tylko te włosy.... Marzyłam o krótkiej fryzurce i trwałej ondulacji, ale dopóki chodziłam do szkoły, były to marzenia ściętej głowy. Postanowiłam poprosić mamę, żeby mi splotła francuski warkocz. Obiad jadłam jednym zębem, kompletnie bez apetytu, chociaż była moja ulubiona zupa pomidorowa z makaronem rurkami, na drugie kopytka oraz zrazy zawijane. Postanowiłam się nie przejadać, żeby nie mieć brzucha. Och, musiałam się Toniemu podobać.
Tego dnia doświadczyłam na sobie, że telefon może być narzędziem tortur. Jak tylko powycierałam naczynia z obiadu, zaraz zasiadłam w pokoju przy biurku, wpatrując się w czarny aparat, jak sroka w gnat i czekając na telefon. Dał na siebie czekać! Przeżywałam męki, wyobrażając sobie, że nie zadzwoni i nie przyjdzie na spotkanie. Że nigdy więcej go nie zobaczę, bo wróci do Warszawy, zapomniawszy zupełnie o moim istnieniu. Powróci do żony i kilkorga zasmarkanych, wrzeszczących gówniarzy. Rozpacz w ciapki!
Miałam ochotę wybuchnąć płaczem, ale wstydziłam się mamy, której tak entuzjastycznie o nim opowiadałam. Dopiero po siedemnastej, kiedy już właściwie utraciłam wszelką nadzieję, rozległ się dzwonek telefonu tak nagle, że podskoczyłam na krześle.
- Słucham. - wycedziłam, wystudiowanym tonem znudzonej gwiazdy filmowej.
- Panna Iza? - usłyszałam w słuchawce jego niski głos i w mojej duszy rozśpiewały się anielskie chóry. - Przepraszam, ale niestety wcześniej nie mogłem się urwać. Czy nasze spotkanie jest aktualne? Nie pogniewała się pani na mnie, że tak późno dzwonię?
- Naturalnie, że nie. Przecież wiem, iż w wojsku obowiązuje rozkaz. - zaświergotałam do słuchawki słodziutko. - Może zechce pan przyjść po mnie, dobrze? Będę pana przewodnikiem, bo pan nie zna miasta.
- W takim razie zamelduję się za godzinę pod pani oknem. - rzekł i odwiesił słuchawkę.
Mama asystująca przy tej rozmowie, uśmiechnęła się do mnie i poklepała mnie po rozpalonym policzku. Martwiła się wraz ze mną, tak samo niecierpliwie oczekując na telefon. Mama była najwierniejszym moim przyjacielem i sojusznikiem, nie miałam przed nią tajemnic - na razie!
Nigdy tak długo się nie szczotkowałam włosów, aż stały się błyszczące i jedwabiste. Mama splotła mi skomplikowany francuski warkocz. Ładnie mi w było w tej fryzurce, bo podkreślała mój owal twarzy, wysokie czoło i cienki rasowy nosek, z którego byłam bardzo dumna. Sama sobie w duchu prawiłam komplementy, ale prawda była taka, że gębę miałam okrągłą i jeszcze bardzo dziecinną. Czerwony sweterek z małym golfem uwydatnił figurę i biust. Piersi miałam małe, ale nigdy nie chciałam mieć większych, bo chłopcy śmiali się z cycatych bab, nazywając je chodzącymi mleczarniami, albo karmiącymi mamkami! Koszmar!
W czasie ubierania, mama pouczała mnie, co mam mówić, a jakich tematów unikać. Słuchałam jej z wdzięcznością, bo choć robiłam miny dorosłej osoby, nadal byłam cielęciną. Na pół godziny przed osiemnastą stałam w sypialni rodziców, gdzie okna wychodziły na ulicę i rozpłaszczając nos o szybę, wpatrywałam się w mrok ulicy, rozświetlony zamglonymi promieniami lamp ulicznych.
Pogoda była paskudna, mżył drobny deszczyk i nad miastem wisiała wilgotna zasłona mgły. W parkowej alei pod oknem, wielkie kasztany wyglądały widmowo, wyciągając ku niebu czarne konary, jak na filmach grozy. Zastanawiałam się gorączkowo, czy nie lepiej wyjść do sieni i stamtąd obserwować ulicę. Obawiałam się, że mogę we mgle nie dostrzec majora. W ogóle opanowała mnie gorączka i nerwowo przestępowałam z nogi na nogę, niecierpliwie wyczekując godziny osiemnastej.
Mama stała za moimi plecami, opowiadając mi o swoim pierwszym spotkaniu z ojcem. Słyszałam to już wiele razy, ale zawsze chętnie wyobrażałam sobie tatę, elegancko wystrojonego w wyjściowy mundur i błyszczące wysokie buty oficerki, zamawiane u najlepszego poznańskiego szewca. Kosztowały więcej, niż robotnik zarobił w ciągu miesiąca ciężkiej pracy. Ojciec od zawsze był elegantem. Mama wyglądała prześlicznie w białej sukni i sandałkach, z białą opaską na włosach. Tak się przedstawiali na przedwojennym zdjęciu. Rozglądałam się pilnie, ale nie zwróciłam uwagi na podjeżdżają pod dom taksówkę. Dopiero mama trąciła mnie i powiedziała:
- Patrz. Z auta wychodzi jakiś oficer. Czy to nie twój major?
- Tak, to on! - wrzasnęłam i ucałowałam mamę, pędząc do przedpokoju po płaszcz. W biegu zawiązałam szalik i zbiegając galopem po schodach zapinałam płaszcz.
- Iza, ale tylko do dziewiątej, bo musisz być w domu, zanim ojciec wróci z pracy. - zawołała za mną mama.
- Dobrze. Kocham cię! - odkrzyknęłam niemal już w bramie. W ostatniej chwili opamiętałam się, wychodząc na ulicę bez pośpiechu.
Mój wyczekiwany wielbiciel powitał mnie uśmiechem i ucałował podaną sobie dłoń. Och, jak to miło być kobietą. - pomyślałam. Wyszłam na skraj chodnika, bo wiedziałam, że zza firanki mama nas obserwuje i chciałam, żeby obejrzała sobie Toniego.
- Cieszę się, że ponownie panią widzę. - powiedział, otwierając przede mną drzwiczki auta. - Dokąd mamy jechać?
Podałam kierowcy adres modnej kawiarni, do której rzadko zaglądali nauczyciele, bo była droga. Ale za to miała pyszne ciasta i kremy. W aucie prawie nie rozmawialiśmy, rzucając jedynie krótkie uwagi o mijanych ulicach.


Kawiarnia miała piękny ciemnopurpurowy wystrój, na stolikach stały kwiaty i świece. Mocno przyćmione światła kinkietów stwarzały nastrój intymny i zmysłowy. Wybraliśmy stolik przy dużym oknie, przysłoniętym purpurową aksamitną kotarą. Z radia dolatywała przyciszona muzyka i śpiewała Marta Mirska o jesiennych kasztanach.. Bardzo lubiłam tę kawiarnię, bo bywałam tu z rodzicami w niedzielne popołudnia. Poprosiłam o pół czarnej, ale Toni zaśmiał się, patrząc na mnie przekornie.
- A może mleczko? O ile pamiętam, wczoraj bardzo smakowało pani wino, prawda? Pozwoli pani, że sam złożę zamówienie. - zanim zdążyłam zaprotestować, przywołał kelnerkę i kazał podać kawę, butelkę dobrego wina, ciasta i krem sułtański, tylko dla mnie, bo on słodyczy nie lubił.
Byłam trochę skrępowana tym intymnym sam na sam, bo nigdy jeszcze nie umawiałam się z dorosłym mężczyzną, a musiałam zadać mu kilka osobistych pytań. Westchnęłam, nie wiedząc jak mam zabrać się do rzeczy.
- Wydaje mi się, że humor pani nie dopisuje. - powiedział, obserwując mnie uważnie. - Czy mówiłem już, że wygląda pani prześlicznie? Jeszcze ładniej niż wczoraj. Ma pani wspaniałe włosy i pięknie pani w tej fryzurce.
Zarumieniłam się mocno i podziękowałam za komplement skinieniem głowy. W tym momencie kelnerka przyniosła zamówione ciasta, kawę, krem i wino. Z wprawą odkorkowała butelkę, a Toni osobiście napełnił mój kieliszek rubinowym alkoholem. Nie wahałam się i pociągnęłam długi łyk – na kuraż! Przyszło mi na myśl, że jak tak dalej pójdzie, stanę się w młodzieńczym wieku nałogową alkoholiczką.
 - Przepraszam pana. Czuję się trochę nieswojo, bo nie bywam w kawiarniach wieczorami. To zabronione, a ja jestem przed maturą. Gdyby przypadkiem znajdował się tutaj jakiś nauczyciel, miałabym jutro mnóstwo przykrości u dyrektora. Dziś złapałam dwóję z matmy, dostateczne z polskiego i sprawdzian z historii. To są skutki wczorajszej libacji. - wyznałam szczerze.
Major wybuchnął śmiechem. Wyciągnął rękę i położył ją na mojej dłoni, lekko ją ściskając. Miał ciepłą rękę i mocne długie palce.
- Jest pani czarującą i inteligentną dziewczyną i wierzę, że da pani sobie radę ze wszystkimi kłopotani. Proszę teraz zapomnieć o szkole i tej nieszczęsnej dwójce z matmy. Niech mi pani o sobie opowie.
- Dobrze. Ale najpierw chcę pana o coś zapytać. Mam nadzieję na szczerą odpowiedź. Czy jest pan żonaty? Proszę mi wybaczyć, ale z żonatym mężczyzną nie mogłabym się spotykać. - odezwałam się zdecydowanym tonem, patrząc mu prosto w oczy. Boże, skąd ja nabrałam tyle odwagi? To chyba po tym winie.
- Nie, nie jestem. - odparł i wyciągnąwszy z portfela dowód, pokazał mi go. Szybko rzuciłam okiem i głęboko odetchnęłam. K a w a l e r! Och, dzięki Bogu! Nazywał się Antoni Romanowicz. Dostrzegłam na dacie urodzenia, że był ode mnie starszy aż o siedemnaście lat! Jakim cudem tak długo zachował się w stanie kawalerskim przy swojej urodzie? Oto było pytanie! Teraz już byłam zupełnie spokojna i pewna siebie. Możemy się spotykać!
- No, zadowolona? - ponownie uścisnął moją rękę. - Jestem wolny i nie mam rodziny. Moi rodzice zmarli na długo przed wojną. Ja wychowywałem się u stryja. Był robotnikiem w hucie. Przed wojną w miastach była bieda i bezrobocie, a moja rodzina należała do najuboższych. Od dziecka musiałem ciężko pracować za marne grosze, pomagając stryjowi w hucie.
- A w czasie wojny? - spytałam przekonana, że zaraz usłyszę, iż walczył w AK. Należał przecież do pokolenia Kolumbów.
- Byłem w partyzantce. - rzekł krótko. - Potem wstąpiłem do I Armii i szedłem na Berlin. Przed forsowaniem Odry byłem kontuzjowany i koniec wojny zastał mnie w szpitalu. Zostałem zawodowym żołnierzem, a po ukończeniu Wyższej Szkoły Oficerskiej, służę w jednostce warszawskiej.
- A dlaczego pan się nie ożenił? - musiałam, no musiałam zadać mu to pytanie.
- Chciałem, ale jakoś nie trafiłem dotąd na swój ideał kobiety. Może teraz będę miał więcej szczęścia. - spojrzał na mnie przeciągle, a ja znowu się zarumieniłam. - Jak dotąd zachowujemy się przesadnie oficjalnie. Może wypijemy bruderszaft, panno Izo? - zaproponował nagle.
Krem sułtański
 Właściwie nie miałam nic przeciwko temu, choć mama z pewnością powiedziałaby, że to raczej za wcześnie. No, ale mama nie znała Toniego i nie widziała jak na mnie patrzył swoimi szarymi oczami. Skinęłam głową i wypiłam łyk wina z jego kieliszka, podając mu swój. Pochylił się i bardzo lekko pocałował mnie w kącik ust.
Myślałam, że padnę trupem! Nigdy jeszcze nie całowałam się z chłopcami, chociaż wielokrotnie mi to proponowali. Ale pocałunek dojrzałego mężczyzny jest zupełnie inny, mimo że był lekki i jakby pozbawiony zmysłowości. Krew uderzyła mi do głowy i czułam, że robię się czerwona jak burak. Cholera, czy ja nigdy nie przestanę być cielęciną?
- No, a teraz, kiedy już jesteśmy po bruderszafcie, opowiedz mi coś o sobie. - spytał. - Co lubisz, a czego nie znosisz. Skąd pochodzisz i kim są twoi rodzice?
- Uwielbiam muzykę poważną i sztuki piękne. Kocham historię, którą zamierzam studiować. Mój dziadek studiował malarstwo w Akademii Krakowskiej, jednak malarzem nie został. Ale wszystkie jego dzieci odziedziczyły po nim talent do rysunków.
- Ty także?
- Naturalnie. Dziadek dawał mi pierwsze lekcje rysunku, a ojciec nauczył malować akwarelą. Kocham wszystko co piękne; architekturę, piękno przyrody, dobre książki. Bardzo lubię zwierzęta, a zwłaszcza konie! Po prostu je uwielbiam!
- O, widzę, że trafiłem na romantyczkę. - powiedział Toni, a w jego głosie dosłyszałam jakby cień ironii.
- A co w tym złego? - obruszyłam się. - Wielcy pisarze musieli być romantykami, bo inaczej nie umieliby przekazać nam swoich uczuć.
- A kim są twoi rodzice? - spytał, ignorując moje oburzenie.
- Tata był przed wojną zawodowym wojskowym. Teraz pracuje w górnictwie. Mama studiowała w Wyższej Szkole Handlowej, ale nie pracuje i prowadzi dom. Ja, jak wiesz, jestem jeszcze uczennicą, a po maturze chcę studiować historię i politologię.
- No, masz bardzo ambitne plany. - powiedział, a na jego czole dostrzegłam niewielką zmarszczkę, pomiędzy czarnymi brwiami. - Po politologii możesz zostać nawet dyplomatą.
- Nie żartuj. Wszystko zależy od tego, czy mnie przyjmą na studia. Może zabraknąć mi punktów. Mam pochodzenie inteligenckie, a nawet więcej, bo ze strony dziadków ziemiańskie.
Nie wiem dlaczego, ale odniosłam wrażenie, że majorowi nie podobały się moje zwierzenia. Przygryzł usta i przez chwilę siedział w milczeniu.
- To znaczy, że różnimy się klasowo, jaśnie panienko. - powiedział tonem, który miał być żartobliwy, ale nie był. Nie spodobał mi się ten jego zwrot: „różnimy się klasowo”, zawsze wyśmiewany w mojej rodzinie.
- Takie powiedzenie odpowiednie było w latach czterdziestych, ale nie teraz. Mam nadzieję, że XX Zjazd KPZR1 w Moskwie, zmieni te niemądre przesądy. - powiedziałam wesoło, podstawiając kieliszek, by nalał mi wina. Było znakomite i dzięki niemu wyzbyłam się skrępowania.
XX Zjazd KPZR. Przemawia Nikita Chruszczow.
- Zobaczymy z czym przyjedzie z Moskwy towarzysz Bierut. - napomknął i zapytawszy czy można, zapalił papierosa. Lubiłam patrzeć na niego, kiedy palił. Jego usta traciły wtedy tę niemal ascetyczną surowość i łagodniały, gdy wypuszczał kłąb dymu.
Szczerze powiedziawszy, nasze spotkanie niewiele przypominało randkę dwojga młodych, podobających się sobie ludzi. Ani on, ani ja nie sililiśmy się na flirt, i poza jednym króciutkim pocałunkiem przy bruderszafcie, zachowywaliśmy się jak para dobrych znajomych. Ale on był o wiele lat starszy ode mnie, a ja także nie należałam do tych głupio roztrzepanych dziewcząt, którym z oczu wyglądała chętka na przespanie się z pierwszym lepszym facetem. Pan Romanowicz naprawdę bardzo mi się podobał. Wolałabym jednak, żeby zachowywał się nieco bardziej po męsku, starając się trochę mnie uwodzić.
- Będę jeszcze w tym mieście trzy dni. - odezwał się. - Czy dasz się namówić na dansing tylko we dwoje, bez przyzwoitki? Są tu jakieś lokale oprócz tego, w którym się poznaliśmy?
- Owszem. Jest bardzo dobra restauracja nad stawem. Mają dobrą orkiestrę i duży parkiet. A kiedy chciałbyś iść na ten dansing?
- Jutro jest piątek, będę zajęty do późnych godzin, to może w sobotę wieczorem, dobrze? Rodzice ci pozwolą? Powiedz im, że będziesz pilnie strzeżona. Masz dobrych rodziców?
- Nie wyobrażam sobie lepszych. Mama jest wspaniałą przyjaciółką i mówiłam jej o tobie. A tata jest najważniejszym mężczyzną w moim życiu. Jestem jedynaczką i rodzice bardzo mnie kochają, co nie znaczy, żeby mnie zanadto rozpieszczali.
- Ojciec musi być nadzwyczajnym człowiekiem, jeżeli tak bardzo go kochasz. Mam nadzieję, że gdy ponownie przyjadę do waszego miasta, zapoznasz mnie z rodzicami. Pokaż no rękę! - sięgnął po moją prawą dłoń i długo przypatrywał się wyżebranemu niemal na klęczkach od mamy, jej pierścionkowi. - No, no, uczennica nosi na palcu brylantów i rubinów!
Wydarłam mu rękę bardzo zawstydzona, żałując po fakcie. że pożyczyłam pierścionek.
- Nie noszę go na co dzień. - tłumaczyłam się zażenowana. - Mamy zwyczaj w rodzinie, że na towarzyskie spotkania ubiera się biżuterię.
- To widocznie wojna tak bardzo was nie zrujnowała, co? Ludzie pracy nie posiadają biżuterii. - uniósł lewą brew i spojrzał na mnie spod oka.
- Nie interesują mnie w tej chwili ludzie pracy! - byłam już poirytowana i ściągnęłam brwi, okazując niezadowolenie - To jest nasza rodzinna pamiątka i mam prawo ją nosić.
 - Kochanie, nie złość się na mnie. - roześmiał się i pocałował mnie w policzek. - To była tylko niewinna uwaga. Przepraszam. Tak srogo się na mnie popatrzyłaś...
- Mogę nie patrzyć. - mruknęłam. jeszcze nadąsana.
- Nie, patrz. Nawet mi nie powiedziałaś, czy ci się podobam.
- To nie wypada pytać tak wprost . - szepnęłam zażenowana, znowu się rumieniąc.
- Beluniu, rumieniec? W dzisiejszych czasach? A kiedy mam spytać? Za rok?
Nienawidziłam, kiedy ktoś nazywał mnie Belunią. Czasami mama tak do mnie mówiła, ale gdy on to powiedział, moje imię wydało mi się piękne.
- Nie za rok, ale przynajmniej nie dziś. No dobrze, jakbyś wyglądał odrażająco, nie umawiałabym się z tobą.
- Niewielka pociecha, ale dobre i to. - żartował. - Ubrałaś się tak ślicznie, widocznie chciałaś mi się podobać.
- Młode dziewczęta lubią się stroić.
- I tylko dlatego ubrałaś ten sweterek, który podkreśla figurę? Kłamczucha!
- Ach, plotę głupstwa. - starałam się wykręcać i ponownie się zaczerwieniłam. Oślica!
- Jest ci w nim bardzo do twarzy. Kochanie, jak ty to robisz, że umiesz się rumienić? Współczesne kobiety zapomniały już, że rumieniec istnieje.
- Współczuję, że spotykał pan tylko takie kobiety, które już nie czują zażenowania, lub wstydu.
- W dzisiejszych czasach wszędzie można je spotkać. Długo uważałem, że dorosły mężczyzna nie powinien bawić się w sentymenty. Że przez to jest silny i niezależny. Dlatego w moim mieszkaniu jest pusto. Bo drugi człowiek zawsze niesie z sobą problemy, czy się go kocha, czy nienawidzi. Drugi człowiek często bywa zagrożeniem.
Zrobiło mi się zimno. O czym on mówi? Boi się ludzi? Dlaczego?
- Czy ktoś wyrządził ci krzywdę? - zagadnęłam nieśmiało.
Potrząsnął głową i odniosłam wrażenie jakby pożałował, że powiedział za dużo.
- Oczywiście, że nie. Tak tylko mówiłem. Dlaczego nie jesz kremu? Nie smakuje?
- Bardzo dobry, ale niedługo będę musiała już iść. Dochodzi ósma trzydzieści, a ja powinnam być w domu o dziewiątej. Muszę jeszcze odrobić lekcje.
- Biedactwo.- użalił się nade mną. - Zaraz odwiozę ciebie do domu. Ale w sobotę spotkamy się na pewno? Obiecujesz?
- Słowo harcerki! - uśmiechnęłam się, zjadając ostatnią łyżeczkę kremu.
- Doskonale, zadzwonię do ciebie.
 W szatni pośpiesznie ubrałam przy jego pomocy płaszcz, okręcając szyję szalikiem. Toni zamówił taksówkę i przez chwilę staliśmy obok siebie w milczeniu, przypatrując się sobie wzajemnie. Podobał mi się w wojskowej czapce, bo zawsze lubiłam mundury. Romanowicz był bardzo zadbany i elegancki. Skórzane rękawiczki i buty były drogie. Pachniał dobrą wodą kolońską i był pedantycznie ogolony. Widać dbał o siebie. Widząc, że mu się przypatruję, posłał mi lekko kpiący uśmiech i znowu pocałował mnie w policzek. Ach, byłam w siódmym niebie. Nareszcie zajechała taksówka i Toni pomógł mi wejść do auta.

Powietrze było jeszcze bardziej mgliste i padał drobny deszcz, ściekając po szybach samochodu. Stanowczo za szybko dojechaliśmy do domu. Było mi tak przyjemnie siedzieć w ciemnym aucie, czując przy sobie ciepło jego ciała. Westchnęłam, wysiadając z wozu. Toni podprowadził mnie pod bramę i bardzo oficjalnie ucałował moją rękę. Spojrzał na mnie i łobuzersko przymrużył jedno oko.
- Pewnie obserwuje nas twoja mama i sąsiedzi, dlatego muszę zachowywać się jak dżentelmen. - szepnął mi do ucha. - Do widzenia, moja śliczna dziewczyno.
Powoli odwróciłam się i skierowałam do bramy.
- O, jakie masz zgrabne nogi! - zawołał za mną półgłosem. - Chyba zawróciłaś mi w głowie, jaśnie panienko.
Prychnęłam śmiechem i wpadłam do bramy. Prędko wbiegłam na czwarte piętro i zasapana nacisnęłam guzik dzwonka. Otworzyła mi mama, tajemniczo uśmiechnięta.
- No i jak było? - spytała od progu.
Rzuciłam płaszcz na podłogę i wywijając szalikiem jak sztandarem, krzyknęłam:
- Mamo, mamusiu, mateczko! Jestem taka szczęśliwa!  c.d.n.

1XX Zjazd Komunistycznej Partii Zw. Radzieckiego odbył się w lutym 1956 r. i rozpoczął okres destalinizacji. Nikita Chruszczow wygłosił referat o kulcie jednostki. Zjazd uznał Ławrentyja Berię za wroga rewolucji.