wtorek, 10 stycznia 2017

SEKRETY RODZINNY - NA DANSINGU.


ROZDZIAŁ II                       

Siedziałam do trzeciej w nocy odrabiając lekcje. Te cholerne belfry wcale nie mają sumienia! Spałam zaledwie kilka godzin i rano byłam zdechła, zupełnie do niczego. Wyglądałam tak fatalnie, że nawet matematyk użalił się nade mną i nie zawołał do tablicy.                                                                                                    Koleżanki mi współczuły myśląc, że mam okres, a ja nie  zaprzeczałam.            Zaraz po polaku, do szewskiej pasji doprowadził mnie Zbyszek, kolega z klasy. Kiedyś kilkakrotnie proponował mi spotkanie, ale ja wiedząc, że dziewczęta na niego lecą, na złość odrzuciłam jego awanse i teraz mścił się na mnie przy byle okazji.  Musiał mnie wczoraj widzieć z Romanowiczem, bo na przerwie, kiedy staliśmy na  korytarzu, powiedział głośno:                                                   -Wiecie, nasza Iza spotyka się ze swoim dziadkiem!                                         Mało mnie szlag nie trafiłze złości. Miałam ochotę porachować mu zęby, ale tylko uśmiechnęłam się z wyższością i znacząco puknęłam się palcem w czoło. Zresztą nikt specjalnie nie zwrócił uwagi na jego słowa, więc odetchnęłam. Swoją drogą powinnam więcej uważać, bo gdyby to doszło do dyrektora!....
Gdzie te prywatki?
Jeszcze tego samego dnia odwiedziła mnie Anka i próbowała dowiedzieć się czegoś o Tonim. Nabrałam wody w usta i nie powiedziałam jej nic o naszym spotkaniu i sobotnim dansingu. Z pewnością chciałaby się do nas przyłączyć. Jeszcze czego!
Dansing, no właśnie, z tym był problem. Jak mam przekonać rodziców żeby pozwolili mi iść z Tonim do nocnego lokalu? Mniejsza o mamę, trochę by pomarudziła, ale w końcu z pewnością wyraziłaby zgodę. Ale tata? O, z tatą sprawa nie była prosta. Po pierwsze wcale o Tonim nie wiedział, bo matula nic mu nie powiedziała, prócz tego, że na zabawie miałam powodzenie i tańczyłam z oficerami. Trochę się krzywił utyskując, że jednak jestem jeszcze za młoda na wieczorne zabawy, ale w końcu machnął ręką i zapomniał o sprawie. Musiałam mu niestety o niej przypomnieć, opowiadając o majorze Romanowiczu.
Najpierw zabrałam się za mamę i szczerze opowiedziałam jej o propozycji Toniego. Długo nic nie mówiła, tylko westchnęła i potrząsnęła głową.
- Sama nie wiem, córuniu. - powiedziała po chwili. - Nie znam tego człowieka i właściwie nie powinnam się zgodzić. Jesteś przed samą maturą i nie zaprzątaj sobie głowy randkami. Ale on ci się bardzo podoba?
- Ojej, mamo, żebyś ty go widziała! Wszystkie babki mi zazdrościły. Nie jest żonaty, bo nie trafił na właściwą kobietę. Spytaj Ankę, wprost na niego leciała. Zresztą Toni powiedział, żebyście byli spokojni, bo będzie nade mną czuwał.
- Już ja to widzę. Nie miałabym nic przeciwko temu, żebyś spotykała się z jakimś chłopcem w twoim wieku. Ale to dorosły mężczyzna, a ty jesteś jeszcze taka dziecinna, łatwowierna i szczera. Boję się, żebyś nie popełniła głupstwa.
- Mamo, już je popełniłam, bo chyba się w nim zakochałam.
Mama nie mogła powstrzymać śmiechu. Poklepała mnie po policzku i ponownie westchnęła.
- Kochanie, tak ci się tylko wydaje. Prawdziwą miłość poznasz, kiedy staniesz się dorosłą kobietą. Teraz to tylko młodzieńcze zauroczenie. Wierz mi, przejdzie ci jak katar, kiedy on wyjedzie.
- Nie przejdzie, mamo. On mi powiedział, że będzie dzwonił. Widocznie chce utrzymać ze mną kontakt. Wydaje mi się, że to coś poważnego i dla mnie i dla niego.
- Po dwóch spotkaniach? Dziecko, co ty opowiadasz! - mama wzruszyła ramionami.
- Sama mówiłaś, że zakochałaś się w tacie zaraz, tego samego dnia, kiedy go zobaczyłaś. Miałaś także siedemnaście lat. Aha!
Mama ściągnęła usta, żeby ukryć uśmiech.
- Widocznie nie powinnam za dużo mówić. Dałam ci zły przykład. - w głosie mamy dosłyszałam nutę lekkiej irytacji.
- Nieprawda! To było cudowne. Mamuniu, ja ciebie tak kocham! Pozwól mi iść na ten dansing w sobotę. Dobrze? Nakręć tatę, żeby się zgodził. Przecież to nic złego, sama lubiłaś chodzić na tańce.
 Mama wyraźnie zaczęła mięknąć. Uwielbiała taniec i wystarczyło żeby zagrała muzyka, a natychmiast zaczynała pląsać po pokoju.
- Hm, no nie wiem, zobaczymy. - powiedziała z wahaniem. - Pomówię z ojcem.
Na razie więcej nie nalegałam, niemal przekonana, że mama urobi tatę po swojemu.
W sobotę mieliśmy w szkole zawsze mniej lekcji i nauczyciele byli na luzie. Po lekcjach wyszłam ze szkoły sama, korzystając z pięknej, niemal wiosennej pogody. Zastanawiałam się, czy mamie uda się przekonać tatę, żeby pozwolił mi iść na zabawę? Moje zamyślenie przerwał Zbyszek, doganiając mnie na zakręcie.
-Cześć, bella! - przystanął, zagradzając mi drogę.
-Odwal się. - próbowałam go wyminąć, ale to mi się nie udało.
- Nie bądź taka niedotykalska. - skrzywił się złośliwie. - Ciekawe, co powiedziałby dyro, jakby się przypadkiem dowiedział, że wieczorem siedzisz w kawiarni ze starym ramolem, który mógłby być twoim ojcem, a może nawet dziadkiem?
Dreszcz przebiegł mi po plecach, bo on rzeczywiście mógł na mnie donieść. Mścił się na mnie. Był najprzystojniejszym chłopcem w szkole i koleżanki nie rozumiały, jak mogłam wzgardzić jego zalotami. Naturalnie, w tamtych czasach młodzież spotykała się zupełnie niewinnie, przy szklance lemoniady i ciastku. Jakiś spacer, kilka ukradkowych, niezręcznych pocałunków i to wszystko. O bliższych kontaktach nie było mowy i żaden szanujący się chłopak nie zaproponowałby dziewczynie seksu wiedząc, że dostanie w gębę, a powiadomieni rodzice jeszcze mu dołożą pasem! Dziewczęta się ceniły. Zresztą wiele z nas było jeszcze nie uświadomionych seksualnie, bo w rodzinach ten temat był tabu. Wiedziałam, że ze Zbyszkiem nie wygram bezsilną złością i postanowiłam odpłacić mu również szantażem.
- Jak chcesz, możesz na mnie donieść. - powiedziałam ze stoickim spokojem. - Za karę obniżą mi stopnie i mogę oblać przy maturze. Ale wyobraź sobie, że wtedy dyro się dowie, kto wrzucił palącego się peta do kosza z papierami w szatni! Pożar był pierwsza klasa, straż pożarna musiała gasić palące się wieszaki!
Zbyszkowi zrzedła mina. Jego intensywnie błękitne oczy nagle pociemniały.
- Iza, przecież wiesz, że nie doniosę. - powiedział zupełnie innym tonem. - Nie spotykaj się z tym oficerem. On jest dla ciebie za stary. Jak lubisz mundury, możemy nawet po maturze utrzymywać kontakt. Przecież ja idę do Oficerskiej Szkoły Marynarki Wojennej, zapomniałaś?
- A dlaczego nie do szkoły cyrkowej? - spytałam.
- Po co? - zdziwił się naiwnie, otwierając szeroko oczy.
- Bo właśnie potrzebują tam małpy! - odparłam i podnosząc wysoko głowę odeszłam z godnością, nie oglądając się za siebie. Zbyszek stał jeszcze chwilę, a potem odwróci się gwałtownie i zniknął za rogiem ulicy.
Jakoś głupio się poczułam, bo przez moment zrobiło mi się przykro. Jednak natychmiast o wszystkim zapomniałam, bo zbliżałam się do domu. O rany, ale się bałam.... Wchodziłam po schodach powoli, jak na szafot, chociaż normalnie wbiegałam na czwarte piętro skokami. Skromnie stanęłam pod drzwiami i nieśmiało dryndnęłam. Otworzył mi tata, we własnej osobie! Oho, musiało mamie źle pójść i teraz skrupi się na mnie. - pomyślałam z popłochem. Ale robiąc dobrą minę, posłałam tacie czuły uśmiech, na który nie odpowiedział.
- Co tak późno? - zagadnął surowo. - Może po drodze wpadłaś do kawiarni z panem majorem?
Oj źle, bardzo źle! Miałam tak pokorną minę, że nawet kat by się wzruszył, ale na tacie nie zrobiła żadnego wrażenia. Znał mnie zbyt dobrze.
- Idę prosto ze szkoły, tatuńciu. Przecież wiem, że mama czeka z obiadem. - tłumaczyłam się, zdejmując w przedpokoju płaszcz i buciki.
Ojciec nie odpowiadając, wszedł do jadalni. Posłusznie potruchtałam za nim. Mama siedziała już przy stole i z wazy nalewała sobie zupę. Spojrzała na mnie spod oka.
- Ręce umyłaś? - odezwała się chłodno. - Idź, umyj ręce i siadaj. Zupa stygnie.
Ze ściśniętym gardłem łykałam pyszny rosół z cieniutkim, domowym makaronem, dziełem mamy, który tak lubiłam. Ale dziś byłam bardzo zdenerwowana i oczekiwałam w napięciu na decyzję ojca. Na drugie danie był sztukamięs z sosem chrzanowym, ziemniaki purèe oraz sałatka z marchewki, porów i jabłka. Po kompocie wstałam i pomogłam mamie wynieść talerze do kuchni. Spojrzałam na nią pytająco, ale potrząsnęła tylko głową.
- Idź, sama pomów z ojcem. - poradziła mi mama. - Zanieś mu kawę, może go udobruchasz.
Nasypałam do filiżanki dwie kopiate łyżeczki kawy, zalewając ją wolno wrzątkiem i postawiłam na spodeczku, a potem z cukiernicą i łyżeczką umieściłam na tacy. Zaniosłam kawę do pokoju i postawiłam na stoliczku przed fotelem, na którym siedział ojciec, czytając niemiecką gazetę. Mówił perfekt po niemiecku, lecz żeby nie zapomnieć języka, kupował dostępną w kiosku „Berliner Zeitung”. Kiedy postawiłam tacę, oderwał oczy od gazety i spojrzał na mnie.
- Siadaj. - ruchem głowy wskazał mi sąsiedni fotel.
Klapnęłam bez słowa, wpatrując się w tatę błagalnie.
- Mama mówiła mi, że spotykasz się z jakimś oficerem i chcesz iść z nim na dansing. - odezwał się ojciec, biorąc w dwa palce uszko filiżanki. Pociągnął z lubością nosem, czując mocny aromat kawy. Wsypał trzy łyżeczki cukru i zamieszał. - Ja się na to nie zgadzam, jasne?
Gwałtownie nabrałam w płuca powietrza i jęknęłam.
- Tupciu!....
- Izabela, powiedziałem, że się nie zgadzam! - powtórzył ojciec ostrzejszym tonem.
Cały pokój zawirował mi w oczach, a bordowe zasłony na oknach nagle zrobiły się czarne. Do diabła, gorzej być nie mogło. Kiedy tata nazywał mnie po imieniu, to znaczyło, że jest na mnie bardzo zły. W naszym domu wszyscy mieliśmy pieszczotliwe nazwy. Mama była Pieseczkiem, bo wygimnastykowana jak baletnica, potrafiła zakładać nogę na szyję i piszczeć, jak mały szczeniaczek. Ojciec był Tupciem, albo Tuptusiem, bo rano tuptał przydeptanymi papuciami, idąc do łazienki. Ja byłam Pikusiem, lub Pikunią. Teraz tata nazywał mnie oficjalnie Izabelą i to był najgorszy prognostyk.
- Ale dlaczego, tatusiu? - dopytywałam się łzawym głosem. - Przecież to nic złego. Moje koleżanki chodzą z chłopcami na potańcówki. - trochę skłamałam, bo dziewczęta nie chodziły na dansingi, tylko na domowe prywatki urządzane przez rodziców.
- Chodzą z chłopcami. - podkreślił z naciskiem ojciec. - A ty spotykasz się z dorosłym mężczyzną. Ile on ma lat?
- E, chyba z dwadzieścia pięć! - odpowiedziałam bez namysłu.
Tata powoli odwrócił ku mnie głowę.
- Ma dwadzieścia pięć lat i jest majorem? - prychnął drwiąco. - Widzę, że moja córka poznała Napoleona Bonaparte. Musiał co roku awansować!
- Tak tylko powiedziałam, bo nie wiem.
- Ale ja wiem, że mężczyzna w jego wieku, nie powinien interesować się siedemnastoletnią uczennicą i zapraszać ją na nocne tańce.
- Mama też miała siedemnaście lat, kiedy się poznaliście. - wyciągnęłam ograny argument.
- Owszem, ale ja miałem dwadzieścia kilka lat i byłem podchorążym po szkole oficerskiej. Nie próbuj mnie przekonywać, bo już powiedziałem, co o tym myślę. Jak zdasz maturę, będziesz chodziła na dansingi i spotykała się z oficerami, ale teraz jeszcze nie!

Chlipnęłam przez nos i ostentacyjnym ruchem wyciągnęłam chusteczkę, wycierając nią oczy. Ojciec miał miękkie serce i nie lubił kiedy płakałam. Ale teraz popijał kawę, nieczuły na moje żałosne pochlipywanie.
- Tatusiu, pozwól tylko ten jeden raz. On już na drugi dzień wyjeżdża i więcej się nie spotkamy. - prosiłam wiedząc, że słowa nie dotrzymam. Tata też o tym wiedział.
- Powiedziałem nie, i więcej się z panem majorem nie zobaczysz. Koniec dyskusji!- uciął widząc, że chcę go jeszcze przekonywać.
- Macie średniowieczne poglądy! - krzyknęłam łamiącym się głosem i zerwałam się z fotela.
Nie oglądając się, z głośnym płaczem wypadłam z pokoju i popędziłam do siebie. Z rozmachem rzuciłam się na tapczan, bijąc pięściami w kolorowe poduszki. Psiakrew, cholera, nie zobaczę nigdy więcej Toniego! Dlaczego moi rodzice są tacy konserwatywni, jak w dziewiętnastym wieku? Przecież nie stracę cnoty umawiając się w mężczyzną na dansing! Ostatecznie nigdy nie prosiłam ich o zgodę na jakąś potańcówkę u koleżanek, bo wolałam dobrą książkę od hałaśliwej prywatki. Zalewałam się łzami rozpaczy, becząc głośno jak rzewna koza!
Do pokoju wsunęła się mama, patrząc na mnie ze szczerym współczuciem.
- No, żabuniu, nie płacz. Ojciec chce dla ciebie jak najlepiej. To naprawdę nie uchodzi, żeby panienka w twoim wieku bywała na publicznych zabawach.
Podniosłam z poduszki czerwoną, zalaną łzami twarz i posłałam mamie złe spojrzenie.
- A na czym ma bywać? Na pogrzebach? Och, zostaw mnie mamo! Wy wcale mnie nie rozumiecie. Nikt w tym domu mnie nie rozumie! - krzyczałam, waląc pięścią w tapczan aż sprężyny jęczały. - On jutro wyjedzie, a ja go więcej nie zobaczę. Jak możecie być tak okrutni? Czy nigdy się nie kochaliście? Mamo, dlaczego nie przemówisz ojcu do rozumu? Ciebie posłucha.
- Obawiam się, że nie. Wybiera się na wywiadówkę, a to nie będzie przyjemna rozmowa, po ostatnich twoich dokonaniach. - mama, jak zwykle, mówiła rozsądnie.
- Poprawię stopnie, przyrzekam!. Ale pozwólcie mi dziś pójść na tę zabawę. - na wszelki wypadek głośno wytarłam nos. - Och, jestem taka nieszczęśliwa... Chciałabym umrzeć!
Mama była niezdecydowana. Pragnęła mi pomóc, lecz zamierzała być również lojalna wobec ojca. Stała na progu z dłonią na klamce i patrzyła na mnie. Wiedziałam, że zawsze serce ją bolało, kiedy ja płaczę i teraz także jest wzruszona.
- No spróbuję. - rzekła z westchnienie. - Zrobię to dla ciebie, ale naprawdę nie jestem pewna, czy robię dobrze. Ojciec ma rację. Ten oficer nie powinien namawiać młodziutkiej dziewczyny na wieczorne spotkania. To o nim najlepiej nie świadczy.
Prychnęłam jak rozzłoszczona kotka, niezadowolona z krytyki mamy pod adresem Toniego. Ale chcąc ją sobie zjednać, przybrałam bardzo żałosną minę i kilka razy głośno załkałam. Mama kiwnęła mi głową i wyszła. Z rozpaczy włączyłam radio i mruczałam arię z operetki „Kraina uśmiechu”: razem ze śpiewającym ją panem Kazimierzem Pustelakiem: „Twoim jest serce me!”
Operetka Lehara"Kraina uśmiechu".
Naturalnie myślałam przy tym o Tonim.
Po jakimś czasie, kiedy czekałam w napięciu na decyzję rodziców, mama uchyliła drzwi i powiedziała z uśmiechem:
- No, idź podziękować ojcu.
Wydałam okrzyk radości i jak szalona popędziłam do drugiego pokoju. Tata siedział w swoim fotelu i udawał, że na mnie nie patrzy. Rzuciłam się do niego całując go po łysinie.
- Naprawdę pozwalasz? Mogę iść? - upewniłam się. - Och, tuptuniu, jesteś boski! Obiecuję, że nie zrobię wam wstydu i wrócę do domu o jedenastej, ani minuty później. Możesz mi zaufać, nie popełnię żadnego głupstwa. Po prostu chcę się zabawić. Mam tyle nauki i jestem już zmęczona tym kuciem. - szczebiotałam, obskakując ojca niczym rozbawiony szczeniak. Zanim ojciec zdołał coś powiedzieć, już popędziłam do mamy.
- Mamuniu, Pieseczku, powiedz, w co ja mam się ubrać? Przecież nie wezmę tego sweterka, co wczoraj do kawiarni.
- Jeżeli ojciec ci pozwolił, to musisz być ubrana wieczorowo. Hm, ta moja czarna koronkowa bluzeczka chyba będzie na ciebie dobra. Do tego możesz wziąć moją dłuższą spódnicę.
Słuchając mamy podskakiwałam z podniecenia, jak pajac na gumce. Bluzka z grubej, kosztownej czarnej koronki z kryształowymi guziczkami, była wspaniałym ciuchem, którego pozazdroszczą mi wszystkie babki. I niemal długa spódnica! Po prostu szałowo! Ale do tego muszę mieć pantofelki na wysokim obcasie. A na szyi ten delikatny złoty łańcuszek mamy.
Wyliczałam to wszystko głośno, z namaszczeniem, wyobrażając sobie, jakie wrażenie zrobię na Tonim. Moja mama jest wspaniała. Dała mi swoje nylony z czarnym szewkiem, mimo iż uczennicom nie wolno było nosić cienkich pończoch. Chociaż o to wcale nie prosiłam, pożyczyła mi swoje futro, bo noc zapowiadała się mroźna, a mój szkolny płaszcz nie był zbyt elegancki. Poradziła też, żebym poleżała z pół godziny na tapczanie z okładem z esencji herbacianej na oczach, bo były zaczerwienione z płaczu jak u królika. Sama mnie uczesała, układając warkocze w płaski węzeł nisko na karku. Marzyłam o ścięciu włosów, ale o tym mogłam pomyśleć dopiero po maturze.
Ponieważ szłam wieczorem, mama osobiście leciutko mnie upudrowała i podkreśliła kontury moich warg szminką. Wyglądałam bardzo dorośle. Stałam przed lustrem wpatrując się w siebie z podziwem. Niby ja, ale jakby nie ta sama. Zniknęła gdzieś uczennica i tafla lustra odbijała figurę młodej damy w czerni, nieco tajemniczej.
Ojciec także popatrzył na mnie jakoś dziwnie i rzekł do mamy:
- Wiesz, Lusiu, ona mi się dzisiaj wcale nie podoba. Jakaś taka inna, jakby za chuda, czy co?
- Wygląda pięknie. Mój Boże, nasza dziewczynka jest już niemal dorosłą kobietą. Czy to nie dziwne? Może wkrótce będę ją ubierać do ślubu. - wyszeptała mama ze wzruszeniem.
- Co ty opowiadasz, Lusieńko, w jej wieku do ślubu? Na to bym się nigdy nie zgodził. - ojciec był już naprawdę zły, więc prędko odeszłam od lustra i zaczęłam opowiadać o spotkaniu ze Zbyszkiem i próbie szantażu. Ojciec dawniej go lubił, ale teraz był wyraźnie zgorszony jego zachowaniem.
- Jeżeli raz jeszcze do ciebie podejdzie, zadzwonię do jego ojca i powiem mu parę słów o zachowaniu synka!
Mowę ojca przerwał dzwonek telefonu. Biegłam do biurka tak szybko, że potknęłam się o dywan i o mały figiel nie wylądowałam na podłodze.
- Uważaj! - usłyszałam za sobą głos ojca, ale właśnie dopadłam telefonu i podniosłam słuchawkę.
- Halo! - wykrzyknęłam zadyszana.
- Gotowa? - głos Toniego brzmi tak aksamitnie. - Mogę przyjechać po ciebie?
- Tak. Już schodzę po schodach. - odpowiedziałam, pełna młodzieńczego entuzjazmu.
Ucałowałam mamę i tatę, zapięłam futro i prędko zeszłam po schodach, ale nie aż tak prędko, żeby nie usłyszała mnie Anka. Otwarła drzwi swojej kawalerki i patrzyła na mnie niedowierzająco.
- Iza? Ale się wystroiłaś! - powiedziała, obrzucając mnie przeciągłym, krytycznym, prawdziwie kobiecym spojrzeniem. - Masz spotkanie z panem majorem? Nic mi nie mówiłaś.
- Nie, z papieżem! - zaśmiałam się, mijając ją.
- A wiesz, Leszek, no, ten kapitan mówił, że twojego majora to się wszyscy boją.
- Ja się nie boję. Chyba nie wygląda strasznie, prawda, Aniu? Przecież ci się podobał. - posłałam jej złośliwy uśmieszek i zbiegłam prędko po schodach, bo pod dom już zajeżdżała taksówka.
Romanowicz wysiadł i pocałował mnie w rękę, pomagając wejść do wozu. W samochodzie aż duszno było od zapachu wielkiego bukietu róż, jaki mi wręczył.


Zachłysnęłam się ich wonią, przyciskając kwiaty do piersi.
- Ach, jakie cudne! - dotknęłam ustami chłodnych płatków. - To dla mnie kupiłeś tyle róż?
- Przepraszam, a co twoim zdaniem miałem ci kupić? Miotłę?
- No nie, ale w dzisiejszych czasach panowie kupują jeden, dwa kwiatki.
- Widocznie kobiety, dla których kupują te kwiaty, są niewiele warte. Moja dziewczyna powinna mieć wszystko, co najlepsze.
Znajomy kierowca taksówki odwrócił głowę i popatrzył na mnie.
- Słusznie, panie majorze! - oznajmił z uznaniem.
- Słyszysz? - zaśmiał się Toni i mocno uścisnął moją rękę.
Och, taka byłam szczęśliwa Nigdy w życiu nikt nie ofiarował mi takiego bukietu. Musiał sporo kosztować, była przecież zima. Sądząc jednak z szerokiego gestu Toniego wnioskuję, że musiał dobrze zarabiać w tej Warszawie. Dojechaliśmy do restauracji.
Był to przedwojenny piękny budynek w stylu belwederu. Fronton wsparty na dwóch kolumnach, na piętrze taras z widokiem na duży staw, po którym latem pływają łabędzie. Teraz domek łabędzi był pusty, bo ptaki zabrano, po stawie pływały tylko szare kaczki. Weszliśmy do dużej sali pełnej już ludzi, jak to przy sobocie. Tym razem nie mieliśmy zarezerwowanego stolika, ale Toni przywołał kelnera, wciskając mu do ręki banknot. Stolik momentalnie się znalazł. Kelner prędko nakrył go serwetą, podał kartę potraw. Poprosiłam go o jakiś wazon z wodą i wstawiłam do niego mój bukiet róż.
Od innych stolików kobiety patrzyły na kwiaty z zazdrością. Przypuszczam, że nie tylko kwiatów mi zazdrościły. Odwróciłam głowę i rozglądnęłam się po sali. Patrzą na niego, siedzące i tańczące, nawet kelnerki w białych krochmalonych fartuszkach, krążą coraz bliżej naszego stolika. Rumienię z dumy, bo to mój partner i wybrał sobie mnie, a nie jakiegoś wypindrzonego kociaka z dekoltem po pępek i z końskim ogonem!
Moja czarna bluzeczka robi wrażenie, bo zaraz widać, że to prawdziwa kosztowna koronka, nie tandetne barachło za grosze. Toni podsunął mi krzesło, usiadłam i złożyłam dłonie gestem, jakiego uczyły mnie babki i mama. Pomyślałam z wdzięcznością o tych długich i bardzo nudnych dla mnie wykładach o tym, jak młoda panna powinna się zachowywać.
Zjawił się kelner i Toni zamówił kolację. Dla mnie smażonego pstrąga z frytkami i sałatką, a dla siebie jakieś danie mięsne i do tego wiśniak na rumie. Ostatnio robię się koneserką wina i wódek, a wiśniak bardzo mi smakuje. Zanim kelner podał potrawy, orkiestra zaczęła grać bardzo popularny wtedy „Petit fleur.” Jakiś młody mężczyzna podszedł i prosił mnie do tańca. Toni tak mocno zacisnął szczęki, że widziałam jego napięte mięśnie. Był zły, po prostu wściekły na intruza.
- Ta pani jest w moim towarzystwie i tańczyć będzie tylko ze mną!- oświadczył zimno.
Powstał i złożył mi ukłon. Zanim się zorientowałam, już byłam na parkiecie i tańczyłam w jego ciasnym, twardym objęciu, tak wtulona w niego, jak tylko to możliwe w tańcu. Toni tańczył dobrze, lekko pomimo swego wzrostu, z dużym wyczuciem rytmu.
Tak się bawiono w PRL-u.
 - Znakomicie tańczysz. - zauważyłam.
- Tak? Wszystkie panie mi to mówią.
- W takim razie żałuję, że ja to powiedziałam. - spróbowałam się od niego odsunąć, ale za mocno mnie trzymał. Pochylił głowę i poczułam na szyi jego ciepły oddech.
- Bardzo bym chciał, żebyś była o mnie zazdrosna. - szepnął mi do ucha. Muskał ustami mój policzek, a ja potykałam się z wrażenia i musiał mnie podtrzymać.
Gdyby wiedział! O Boże, byłam o niego szalenie zazdrosna i każdej kobiecie patrzącej na niego zalotnie, najchętniej wydrapałabym oczy! Jego uścisk był tak silny, że trudno mi było złapać oddech.
- Proszę cię, to boli. - szepnęłam.
- Przepraszam. Jesteś taka śliczna, że pragnę mieć ciebie przy sobie jak najbliżej. - zwolnił nieco uścisk, ale i tak trzymał mnie całą przy sobie.
Przy każdym kroku czułam jego twarde uda ocierające się o moje nogi i było mi jakoś dziwnie dobrze. Patrzyłam z dołu na jego podbródek gładko wygolony, ale ciemny od widocznego pod skórą zarostu. Przymknęłam powieki i chciwie wdychałam jego zapach. Nieznany mi dotąd zapach obcego mężczyzny.
Kiedy orkiestra przestała grać, wróciliśmy do stolika. Zamówione potrawy stały już na stole. Toni nalał mi do kieliszka wiśniaku.
- Masz w szkole jakąś sympatię? - spytał patrząc na mnie spod oka.
- Nie, mam inne zainteresowania. Już ci mówiłam.
- Należysz do ZMP?
- No wiesz? Przewodniczący uznał, że jestem wroga klasowo i nawet obniżono mi przez niego stopnie z zachowania. Mogę mieć poważne kłopoty przy maturze - wyznałam szczerze. Toni był zdumiony.
- Ależ Izo, powinnaś mu wytłumaczyć, że nie odpowiadasz za winy twoich przodków, obszarników. Koniecznie powinnaś należeć do młodzieżowej organizacji. To wskaże ci kierunek ideologiczny i pomoże do startu na studia. A tam liczą się punkty za pochodzenie i aktywność społeczną. W końcu przewodniczący musi pozwolić ci na samokrytykę. Szkoda, że wyjeżdżam, bo sam bym z nim pomówił.
Dawne zabawy w latach sześćdziesiątych.

Patrzyłam na niego szeroko otwartymi oczami tak niebotycznie zdumiona, że na moment zapomniałam języka w gębie.
- Ale dlaczego tak ci na tym zależy? - odezwałam się w końcu. - Nie mam zamiaru wygłaszać samokrytyki, a sam przewodniczący to dureń, któremu władza przewróciła w głowie. Nie znoszę takich typów. Moi przodkowie nie byli żadnymi obszarnikami. Walczyli o niepodległość Polski, a w powstaniach, tracili majątki i życie. Mam się ich zaprzeć?
- Sama mówisz, że tracili majątki, więc byli jednak obszarnikami. A dlatego zależy mi żebyś należała do ZMP, bo to ułatwi ci w przyszłości życie. Chodzi mi tylko o twoje dobro, kochanie. - tłumaczył z niemal ojcowską czułością.
- Nie mam zamiaru się poniżać! - powiedziałam ostro. - Zdam maturę i złożę dokumenty na uniwersytecie. Przyjmą mnie, to dobrze, a nie przyjmą, to pójdę do pracy i zacznę studiować zaocznie.
- Źle robisz, ale jeszcze na ten temat porozmawiamy. Widzę, że moja dziewczyna nie jest uświadomiona klasowo. - uśmiechnął się do mnie, pokazując białe zęby. - O, słyszysz, grają fokstrota. Chodź, zatańczymy.
To był szybki taniec i tym razem Toni mnie nie przytulał. Kiedy ponownie usiedliśmy przy stoliku, rzekł:
- Będę do ciebie dzwonił, dobrze? Rodzice nie krzywili się, że idziesz na dansing?
- Nie byli zachwyceni, ale w końcu się zgodzili. - powiedziałam powściągliwie.
- Mają jeszcze przedwojenne poglądy, ale z czasem je zmienią. Twój ojciec był zawodowym oficerem, prawda? Sanacyjne wojsko, polska elita! Twoi dziadkowie mieli majątek ziemski koło Lwowa? A ojciec twojej mamy był oficerem sanacyjnej policji i żołnierzem AK?
Zdębiałam! Skąd o tym wiedział? Nie chwaliłam się nikomu, że dziadek był oficerem policji. W tym czasie postrzegano to jako przestępstwo i biedny dziadzio był okrutnie sekowany. On, taki wspaniały patriota, po wojnie nie mógł znaleźć pracy i stał z wagą na ulicy. Och, jakże bolało mnie serce na myśl o tym jego upokorzeniu.
- Widzę, że jesteś dobrze poinformowany o moim rodowodzie. - powiedziałam z przekąsem. - Nie pytam, skąd o tym wiesz.
- Nie pytaj. Oficer Ludowego Wojska Polskiego, musi wiedzieć z jakiego gniazda wywodzi się jego dziewczyna. - powiedział to niby żartem, ale wcale nie żartował. - To ideologiczna konieczność. - zerknął raz i drugi na złoty łańcuszek, jaki miałam na szyi. Na samym jego środku iskrzyła się gwiazdka – maleńki diamencik siał tęczowe ognie.
- O, widzisz! Dziewczyny z proletariatu nie noszą pierścionków z brylantem i złotych łańcuszków z drogim kamieniem.
- Jeżeli moje pochodzenie klasowe ci nie odpowiada, nie musimy się więcej spotykać. - oświadczyłam lodowatym tonem, choć serce kurczyło mi się z żalu.
W moim domu słowo „ideologia” oznaczało głupotę. Śmialiśmy się z różnych typów partyjniaków, nazywając ich „ideolo”, to znaczyło idiota. Temat naszej rozmowy stawał się dla mnie coraz bardziej niemiły. Toni zorientował się, że jestem zdenerwowana i momentalnie zmienił zachowanie.
- Dziewczyno. - roześmiał się głośno. - Chyba sama w to nie wierzysz. Oczywiście, że będziemy się spotykać tak często, jak tylko się da. Przepraszam, kochanie, więcej nie będę cię dręczył. Jutro wyjeżdżam i pragnę się tobą nacieszyć.
Cała reszta wieczoru minęła nam na wesołej rozmowie, śmiechu i tańcach. Toni potrafił być bardzo miłym rozmówcą. Opowiadał mi, o swoich podróżach do Związku Radzieckiego. Zwiedził nawet Syberię i miał tam mnóstwo przyjaciół. Powiedziałam mu, że obiecałam rodzicom wrócić do domu o jedenastej. Skrzywił się, ale nie protestował. Z żalem wychodziłam z dansingu, kiedy zabawa rozkręcała się dopiero w najlepsze. c.d.n.