niedziela, 22 stycznia 2017

SEKRETY RODZINNE - UROKI KOBIECOŚCI.


22 stycznia 2017 r.


Na dużej przerwie, kiedy stałam w korytarzu przy oknie, z podręcznikiem w dłoni, wkuwając równania matematyczne, podszedł do mnie Zbyszek. Przystanął obok i oparł się o parapet okna.
- Iza. - rzekł półgłosem. - Naprawdę chcesz wyjść za tego majora? Dziewczyno, jakby się uparł, to mógłby zostać twoim ojcem!
- Musiałby młodo zacząć! - wygięłam pogardliwie wargi. - Zbyszek, powiedz mi, co ciebie to obchodzi?
- Nie chodzi o mnie, tylko o ciebie. Nawet dobrze nie znasz tego człowieka. Może być dobry, ale może być i zły. Jak sobie wtedy poradzisz, z dala od rodziców, w dużym obcym mieście? Poczekaj, nie spiesz się. - zamilkł na moment, a potem szepnął: - Moja mama myślała, że może się kiedyś pobierzemy, jak skończę Szkołę Marynarki Wojennej. Będę oficerem marynarki i inżynierem. Podobają ci się marynarze? Kto wie, może potem przejdę do żeglugi wielkiej i będę przywoził żonie piękne ciuchy zagraniczne.
Zagryzłam wargi. Wiedziałam, że jego mama bardzo mnie lubiła i czasem żartowała, że widzi we mnie swoją przyszłą synową.
- Namiętnie lubię marynarzy, szczególnie jak pływają w wannie! Zbyszek, proszę ciebie, tak po przyjacielsku, zostaw mnie w spokoju. Podjęłam decyzję i już jej nie zmienię. Czy nie rozumiesz, że można kogoś pokochać, nie po sztubacku, ale poważnie, na całe życie?
- Rozumiem. Zapominasz, że ja mam dziewiętnaście lat i już nie jestem sztubakiem. Cóż, wkrótce rozjedziemy się po Polsce i nie będę wiedział, co się z tobą dzieje. Dam ci numer telefonu mojej uczelni. Zadzwonisz, jakby ci się źle układało?
- Dobrze. - powiedziałam ulegle, choć byłam przekonana, że do takiej ewentualności nie dojdzie. - Ale dlaczego sądzisz, że mogę źle trafić?
- Alina wspominała, że jej brat zna tego majora. Jego się wszyscy tu boją. Nie jest lubiany.
- Ach, ta Ala! Zbyszek, za kilka lat sam zostaniesz oficerem i jeżeli okażesz się służbistą, to także nikt za tobą nie będzie przepadał.
- Jeśli tak myślisz... Trudno, więcej na ten temat nie będziemy rozmawiać.
- To bardzo rozsądnie. Po maturze rozstaniemy się i nie musimy na koniec być wrogami, prawda? No, dawaj łapę. Będzie klawo, uwierz mi. Ja życzę ci najpiękniejszej panny, jaką spotkasz w Gdyni.
Ta nasza młodość, po nocach mi się śni.
Uśmiechnął się kątem ust i uścisnął mi rękę. Zanim weszliśmy do klasy, na końcu korytarza ukazał się nasz kochany szef ZMP. Zobaczył mnie i przyśpieszył kroku.
- No i jak, koleżanko, przemyśleliście moją propozycję? - zagadnął, przystając przy nas. Spojrzał na Zbyszka wyczekująco, spodziewając się, że odejdzie, ale się zawiódł, bo chłopak stał oparty o parapet okna i nie ruszał się z miejsca.
- Wkrótce wychodzę za mąż, kolego przewodniczący. Zaraz po maturze. - powiedziałam z obłudną miną. - Ale nie rezygnuję ze studiów, więc stanowczą decyzje podejmę wstępując na uniwersytet.
- Hm, tak, ale myślałem... - ZMP-owiec spojrzał na mnie zatroskany. - Wiecie, koleżanko, będę musiał tłumaczyć się za was w Komitecie.
Zrobiłam naprawdę wielkie oczy, a Zbyszek aż otworzył usta ze zdumienia.
- Za mnie? - wykrzyknęłam. - Dlaczego?
- No widzicie, koleżanko. Wychodzicie za mąż za oficera, więc musicie być uświadomiona klasowo i politycznie. Nasza organizacja zrzesza dobrych, prawych ideologicznie Polaków i Polki. Wasz przyszły mąż cieszyłby się z tego.
No nie, to już przechodziło ludzkie pojęcie! Co temu cholernemu pierdole do mego małżeństwa? I dlaczego miał się za mnie tłumaczyć w Komitecie?
- Wyjaśnijcie mi w końcu, kolego przewodniczący, dlaczego Komitet miałby się interesować tym, czy ja wstąpię do ZMP, czy nie? - zaatakowałam go wprost.
- Bo wasz narzeczony rozmawiał o tym z sekretarzem. Znają się obaj. Sekretarz zobowiązał mnie, żebym was uświadomił i zapisał do organizacji.
Defiluje ZMP w organizacyjnych mundurach i czerwonych krawatach.
Zbyszek zmrużył oczy i spojrzał na mnie przeciągle.
- No to ładnie. - mruknął pod nosem.
A mnie o mało szlag nie trafił z wściekłości i upokorzenia. Czy Toni zwariował? Co mu strzeliło do głowy, żeby rozmawiać o mnie z sekretarzem Komitetu PZPR? Jak ja wyglądam w oczach Zbyszka i klasy?
- Musiało zajść jakieś nieporozumienie. - powiedziałam przez zaciśnięte zęby. - Jeszcze dziś osobiście pomówię na ten temat z panem Romanowiczem. Nie musicie się tym przejmować, kolego przewodniczący. - oświadczyłam zimno i skinąwszy mu głową poszłam do klasy.
Zbyszek szedł za mną i cicho pogwizdywał piosenkę ZMP-owską.
My, ZMP, My, ZMP
Reakcji nie boimy się.
Choć nas zwą komsomolcami,
Nie poddamy się!
Reakcji się nikt nie boi,
Nie, o nie, nie!
 - Przestań, do cholery! - warknęłam, nie odwracając głowy. Poczułam, że się rumienię, bardziej ze złości niż ze wstydu.
- Winszuję znajomości. Nie wiedziałem, że jesteś aż tak ustosunkowana. Nawet sam towarzysz sekretarz martwi się o ciebie! - powiedział zjadliwym tonem.
- Zamknij się, dobrze? Jezus Maria! - jęknęłam z głębi serca. - Dajcie mi wszyscy spokój. Zbyszek, to nie jest tak, jak myślisz. Ja nic o tym nie wiedziałam. - próbowałam się tłumaczyć.
- Nie przejmuj się, moja droga, tym drobnym incydentem. Twój ukochany na pewno właściwie pokieruje twoim wykształceniem ideologicznym. Nie będziesz miała trudności z dostaniem się na studia. Gdzież by, z takim wpływowym mężulkiem? - wzruszył ramionami i wyminąwszy mnie, pierwszy wszedł do klasy.
Miałam u niego przechlapane. I dziwna rzecz. Przez dłuższy czas nie lubiłam Zbyszka, drażnił mnie i doprowadzał do białej gorączki, choć zdawałam sobie sprawę, iż zależy mu na mnie. Ale teraz, kiedy już za kilka tygodni mieliśmy się rozstać, być może na zawsze, zrobiło mi się bardzo nieprzyjemnie. Chciałam, żeby dalej mnie adorował, nawet z daleka i nagle dostrzegłam jego niebanalną urodę, której dotąd jakbym nie zauważała.
Westchnęłam i z ciężkim sercem weszłam do klasy. Usiadłam w ławce obok Aliny i spojrzałam na nią z wyrzutem. Nie powinna, bez mojej wiedzy, opowiadać o moim przyszłym mężu niestworzonych rzeczy. Podobno boją się go. No to co? Ja na przykład, wcale się Toniego nie bałam. Ja go kochałam! 
Na lekcji całą uwagę poświęciłam wyłącznie matematykowi, który postanowił dziś zamęczyć nas arcytrudnymi zadaniami. Odniosłam niebywały sukces, bo rozwiązując zadanie przy tablicy, dostałam trójkę z plusem! Usiadłam w ławce z podniesioną dumnie głową. No dziewczyno, będą z ciebie ludzie! Jeżeli Masakra – tak słodko nazywaliśmy profesora przedmiotów ścisłych, w odróżnieniu od bardziej przyswajalnej nazwy Pomidora, gdyż często czerwienił się z pasji. Jeżeli więc on uznał, iż zasłużyłam na niezły stopień, to przy maturze chyba mnie nie zetnie, bo przecież widzi że się staram. Kątem oka zerkałam na Zbyszka, zastanawiając się, czy opowie o mnie reszcie klasy. Ale siedział ze spuszczoną głową i coś szkicował ołówkiem w brulionie. Może jednak nie powie?....
Na przerwie zatrzymałam Alinę i oznajmiłam dosyć podniesionym tonem, żeby nie zajmowała się moim narzeczonym. Oczekiwałam kłótni, ale Ala popatrzyła na mnie i nagle pocałowała mnie w policzek.
- Kochanie, przemyśl to raz jeszcze. Proszę, zastanów się. Jest tylu fajnych chłopców, choćby Zbyszek, czy mój brat. Podobasz się mężczyznom i możesz wybierać. Ja się boję o ciebie!
- Ale dlaczego się boisz, do diabła? Co twój brat widzi złego w majorze Romanowiczu, że rozpuszcza o nim niesprawdzone plotki? Jest surowy, boją się go? To jest wojsko, nie przedszkole.
- Iza, rzecz w tym, że on mi tylko powiedział to jedno. A kiedy jeszcze próbowałam coś od niego wyciągnąć, zamilkł, chociaż normalnie gęba mu się nie zamyka. I to właśnie mnie niepokoi. On coś wie, ale nie chce mi powiedzieć. Tak jakby się bał!
- Alka, znamy się od dzieciństwa. Razem darłyśmy majtki, zjeżdżając na pupie z nasypu. Kocham ciebie jak siostrę, ale błagam, nie zajmuj się moim narzeczonym. Ja sama zapytam go dziś o kilka rzeczy, więc musisz mi zaufać. Nie można ludzi przycinać według ustalonego szablonu. Każdy człowiek jest inny i dopóki nie popełni jakiegoś przestępstwa, należy mu wierzyć. Ja narzeczonemu ufam i mam nadzieję, że się na nim nie zawiodę w przyszłości.
- Daj ci Boże. - powiedziała Alina poważnie, a mnie nagle zebrało się na płacz i oparłszy głowę na jej ramieniu, zaczęłam rzewnie chlipać.
- Hej, dziewczęta płaczą, będzie deszcz! - wrzasnął Stefan. - Iza, przestań, bo ja wybieram się dzisiaj na randkę. Mam usiąść z panną na mokrej trawie?
- Idź do cholery. - powiedziałam łagodnie i wytarłam nos.
Do domu przyszłam zła jak osa. Zaraz po obiedzie usiadłam przy biurku i odrabiając lekcje, czekałam z niecierpliwością na telefon od Toniego. Ojciec był w pracy, a mama przygotowywała w kuchni ciasto na kruchy placek z owocami, który tradycyjnie musiał być do kawy w niedzielę.
Toni zadzwonił po godzinie. Kiedy telefon nagle zaterkotał, podskoczyłam na krześle.
- Iza? - usłyszałam jego niski głos. - No i co, kochanie? Jak tam twoja podróż? Rodzina zjedzie gremialnie na nasz ślub? - zarzucił mnie z miejsca pytaniami.
- Miło mi ciebie słyszeć. - powiedziałam celowo chłodnym tonem. - Mylisz się, moja rodzina nie będzie obecna na naszym ślubie.
W telefonie zapanowała nagła cisza, a potem usłyszałam zmieniony głos Toniego:
Dziewczęta tamtych lat. Na afiszu wodewil "Porwanie Sabinek".
- Ze względu na mnie, prawda?
- Nie. Po prostu mają w tym czasie inne obowiązki. Babcia jest niezdrowa, a ciocia Wanda nie może zostawić jej samej. Ciocia Dora w maju będzie w sanatorium, a rodzina mamy nie przyjedzie, bo nie bierzemy ślubu kościelnego. To dewoci! Bardzo mi przykro, ale może to i lepiej. Zaoszczędzimy więcej pieniędzy.
- Iza, nie rób ze mnie durnia! - głos Toniego przestał być miły i zabrzmiał ostro. - Ja od początku zdawałem sobie sprawę, że twoja rodzina mnie nie zaakceptuje, ze względu na moje robotnicze pochodzenie. Dla byłych jaśnie panów jestem tylko chamem, który chce się wżenić do zamkniętego klanu. Ale ich czasy skończyły się bezpowrotnie i powinni się nareszcie z tym pogodzić. Trudno, nie zamierzam się nimi przejmować. A ty postąpisz, jak uważasz. Możesz się jeszcze wycofać, nie będę miał pretensji do ciebie.
- Tak łatwo chcesz ze mnie zrezygnować? - spytałam urażona. - Nie obchodzi cię, co ja o tym myślę?
- Jeżeli myślisz tak jak oni, to niestety będziemy musieli się rozstać!
- Nie, do wszystkich diabłów! - krzyknęłam do telefonu. - Nie myślę tak jak oni. Chcę wyjść za ciebie, choćby cała rodzina miała się mnie wyrzec. Już mi na nich nie zależy. Najważniejsza dla mnie jest twoja miłość i nasza wspólna przyszłość.
- Wiesz, że ciebie kocham. - mruknął, nieco łagodniejąc. - Przyjadę w przyszłym tygodniu pozałatwiać wszystkie sprawy urzędowe. Mam ochotę mocno cię wycałować. Mam też ochotę na wiele innych rzeczy, ale pewnie nie pozwolisz?
Prychnęłam śmiechem.
- Kto wie? Jak ładnie poprosisz?...
- No, no, chyba doroślejesz, moja śliczna. Zacznę odliczać dni do mego przyjazdu.
- Pięknie. A kiedy już przyjedziesz, kochany Antosiu, porozmawiaj sobie z sekretarzem Komitetu i poproś go, żeby przestał dręczyć naszego szefa ZMP, bo ten nie daje mi spokoju. Mam na głowie maturę i ślub, nie mam czasu zajmować się jeszcze ideologią.
- A skąd ty wiesz o sekretarzu? - zdumiał się Toni.
- Nasz przewodniczący błagał mnie niemal na kolanach, żebym wstąpiła do organizacji, bo sekretarz uwziął się na niego. Byłabym ci bardzo wdzięczna, jakbyś uwolnił mnie od tego pierdoły!
Dziewczęta tamtych lat. Barbara Kwiatkowska-Lass. Żona Polańskiego.
W telefonie usłyszałam wybuch śmiechu Toniego. Śmiał się tak serdecznie, że sama musiałam się uśmiechnąć, chociaż byłam na niego zła.
- Kochanie, Beluniu, teraz to naprawdę mi zaimponowałaś. Panna dobrze wychowana nie używa takich wyrażeń. Co ci się stało?
- Cóż, dorośleję, jak raczyłeś zauważyć. Tak go między sobą nazywamy. Facet kocha się z belferką od rosyjskiego, w dodatku na biurku, z braku kanapy.
Toni nie przestawał się śmiać.
- Kochane dzieciaczki, pewnie ich podglądacie, co? Widzę, że wcale nie jesteś taka niewinna, jak wyglądasz. Postaram się to wykorzystać przy najbliższej okazji.
- Nie obiecuj sobie za wiele. Będziemy mieli czas na wszystko po ślubie. - oznajmiłam z udaną surowością.
- Aha, już wychodzi z ciebie dobrze wychowana jaśnie panienka! Będę musiał wiele nad tobą popracować. Oj, będziesz biedna po ślubie!
- Wcale się nie boję. - zachichotałam.
Rozmowa w tym tonie trwała jeszcze z pół godziny i rozstaliśmy się w najlepszej zgodzie. Kochał mnie, tego byłam zupełnie pewna. Zaczęłam z niecierpliwością oczekiwać jego przyjazdu.
Oprócz nauki chodziłam z mamą po sklepach, kupując materiały na sukienki i na kostium. Mama znalazła piękną wełnę bielską w kolorze kremowym, z tego miałam mieć uszyty kostium ślubny. Na szczęście, po długim okresie, w którym trudno było kupić coś naprawdę ładnego, rozwinął się przemysł tekstylny, produkując kolorowe kretony, znakomite materiały wełniane, a nawet jedwabie. 
Moda lat pięćdziesiątych.
 Mama postanowiła, że kilka sukienek będzie miało szerokie spódnice, kloszowe lub plisowane, a trzy bardziej eleganckie, krawcowa uszyje mi do figury, obcisłe i wąskie. Krawcową miałyśmy świetną, przed wojną pracowała w Warszawie w Domu Mody Hersego, gdzie ubierały się gwiazdy filmowe, damy z arystokracji i dyplomacji. Potrafiła tak zręcznie skroić nawet skromny materiał, że wychodziła z tego wykwintna kreacja. Mama uważała, że wyjeżdżając do Warszawy, powinnam mieć odpowiednie stroje, żeby nie wydać się osobą z prowincji.
Powiem szczerze, że wolałabym zostać w moim mieście i mieszkać blisko rodziców, a nawet z rodzicami. Cóż, byłam jedynaczką i cała ich miłość skupiała się na mnie. Czasami z lękiem myślałam o życiu w wielkiej metropolii, zupełnie mi nieznanej, między obcymi ludźmi, których także nie znałam. Mój spokojny świat pozostanie daleko, a ja odejdę stąd na zawsze. Jaka szkoda, że człowiek musi dorastać i iść swoją drogą. 
Taka była moda lat pięćdziesiątych.
 Oczywiście, kochałam narzeczonego i cieszyłam się, że będziemy razem, ale niekiedy późnym wieczorem, gdy leżałam w moim pokoju, przychodził strach i czaił się po kątach, wyciągając do mnie długie szpony i zatapiając je w sercu. Żegnałam się i szeptem odmawiałam „Pod Twoją obronę”, lecz to niewiele pomagało.
Toni telefonował codziennie, rozmawiając nie tylko ze mną, lecz przede wszystkim z rodzicami, omawiając z nimi szczegóły ceremonii naszego ślubu. Ja się do tego nie mieszałam, znosząc męki codziennych przymiarek u krawcowej, czego po prostu nienawidziłam! Biedna mama krążyła koło mnie, jak kwoka dokoła jedynego kurczęcia, codziennie przynosząc z miasta, a to nowe ręczniki kąpielowe, a to piękną kolorową poduszkę na tapczan, czy jakieś inne rzeczy potrzebne młodej parze. Wprawdzie Toni zapewniał mamę, że w mieszkaniu ma wszystko co potrzeba, łącznie z nowymi szczoteczkami do zębów, ale przezorna mama uważała, że porządnych rzeczy nigdy nie jest za wiele.
W pobliskim kiosku kupowałam „Życie Warszawy”, żeby być na bieżąco z wydarzeniami w stolicy, a także „Przekrój”, wydawany wprawdzie w Krakowie, ale lubiłam ten tygodnik. Był inteligentnie redagowany i miał znakomite artykuły Jerzego Waldorfa, oraz świetne rysunki pana Lengrena. Uwielbiałam jego „Profesora Filutka” W „ Przekroju” była także strona poświęcona modzie, którą pilnie studiowałam.
Ale nade wszystko kułam! Doszło do tego, że straciłam apetyt i zaczęłam gwałtownie chudnąć, bowiem całymi nocami siedziałam przy biurku, wbijając sobie w mózgownicę przeróżne mądrości, które absolutnie w późniejszym życiu codziennym nie będą mi potrzebne. Mama wstawała z łóżka i zaparzała mi prawdziwą kawę, lub mocną herbatę, namawiając mnie do jedzenia, ale z reguły odmawiałam, co bardzo mamę martwiło. Czasami zbieraliśmy się w kilka osób w mieszkaniu kolegi, lub koleżanki i razem się uczyliśmy, solidarnie sobie pomagając. Raz byłam z Alą u Zbyszka. Jego mama gościnnie poczęstowała nas pieczoną wiejską białą kiełbasą. Zjadłam dużą porcję, a potem przez całą noc rzygałam i piłam miętę oraz krople Inoziemcowa. Łakomstwo nie popłaca.
Nosiłyśmy suknie "krynolinki" na sztywnych halkach oraz szpilki.
Toni przyjechał pod koniec kwietnia, kiedy byłam już u kresu sił i wytrzymałości nerwowej. Tego roku pogoda była, jak na zamówienie, przecudna. Rozkwitały już kwiaty kasztanowców pod oknami naszego domu, a w parku po stawie pływały białe łabędzie. Mama nakupiła na targu mnóstwo tulipanów do wazonów i sadziła w skrzynkach za oknem kolorowe aksamitne bratki.
Zobaczywszy mnie, bladą i wychudzoną, Toni najpierw się zmartwił, a kiedy mama uświadomiła go, że całymi nocami nie śpię, puknął mnie palcem w łepetynę i zabrał na długi spacer do pobliskiego lasu. Tam po raz pierwszy doszło między nami do gorętszych pieszczot. Byliśmy narzeczonymi więc uznał, że nadszedł czas abym dowiedziała się czegoś więcej o życiu.
Siedzieliśmy na dużym pniu zwalonego przez wichurę drzewa. Toni całował mnie tego dnia z wyjątkową żarliwością, aż brakowało mi powietrza i kręciło się w głowie. Nie byłam obojętna na jego miłosne uściski i siłę, z jaką przywarł do mnie całym, mocnym ciałem. Ale gdy położył mi rękę na udzie, natychmiast oprzytomniałam i próbowałam ją zdjąć.
- Jeżeli mnie kochasz, to pozwól. - szepnął. - To przecież nic złego. Chcę, żeby ci było przyjemnie.
Za bardzo mu nie wierzyłam, ale dla świętego spokoju nie protestowałam, kiedy jego dłoń powędrowała w górę mego uda, biegle radząc sobie z moją sukienką, halką i majtkami. Czułam, że robię się czerwona ze wstydu i na wszelki wypadek zamknęłam oczy. Omal głośno nie krzyknęłam, kiedy jego palce zaczęły mnie pieścić w takim miejscu, o którym nie wspominało się w rozmowach. Czynił to tak długo, że po raz pierwszy w życiu doprowadził mnie do spazmu najwyższej rozkoszy. Jęknęłam, lecąc mu przez ręce.
Och, to było!.. Zdumiała mnie własna reakcja. Zarzuciłam mu obie ręce na szyję i obsypałam jego twarz pocałunkami, dziękując za sprawioną rozkosz. Chociaż był bardzo podniecony, nie posunął się dalej. Było mi tak dobrze, że prawdopodobnie zgodziłabym się na wszystko. Lecz on nie skorzystał z tego, pocałował mnie jeszcze kilka razy i wstał, pomagając mi stanąć na nogi, które trzęsły się pode mną jakby były z galarety.
- Jesteś słodka. - szepnął mi do ucha. - Obiecałem, że będzie ci przyjemnie i chyba dotrzymałem słowa, co?
 Zarumieniona, ukryłam twarz na jego piersi. O, jak to cudownie być kobietą! - myślałam uznając, że to naprawdę jedna z największych przyjemności w życiu. Nie miałam wyrzutów sumienia, że popełniłam grzech. Jak ktoś mógł nazwać grzechem tą cudowną pieszczotę?
- Nie ukrywam, ze miałbym ochotę na coś więcej, ale na to mamy czas po ślubie, prawda?- powiedział Toni, pochylając się i całując mnie w usta.
- Naturalnie. - przyznałam, może odrobinę nieszczerze. - Mamy przed sobą całe życie.
 Podobny obraz
No, jeżeli na tym polega małżeństwo, to ja chcę jak najprędzej wyjść za mąż! Wyobraziłam sobie, co mnie czeka w noc poślubną i poczułam, że robi mi się gorąco. Wracaliśmy do domu przytuleni do siebie, trzymając się za ręce, już bardzo bliscy sobie.
Romanowicz sprawił, że w Urzędzie Stanu Cywilnego nie robiono nam żadnych trudności i zgodzono się na termin ślubu, jaki im podał. Za sprawą interwencji Toniego, miałam już dowód osobisty, który powinnam dostać dopiero w sierpniu. On jednak wiele może, no, no!
Razem byliśmy na zabawie tanecznej w kasynie wojskowym, a Toni zrobił mi awanturę za to, że tańczyłam też z innymi oficerami i flirtowałam z nimi. Był zazdrosny o mnie. Jednakże, chociaż kilka razy byliśmy zupełnie sami w domu, bo rodzice poszli do kina, Toni nigdy więcej nie powtórzył tej intymnej pieszczoty, która tak mną wstrząsnęła. Mama spytała mnie raz, czy doszło między nami do zbliżenia? Odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że nie. Uwierzyła mi, bo przed mamą nie miałam żadnych tajemnic. Gdybym oddała się narzeczonemu, starałaby się mi pomóc, lecz nigdy by mnie nie potępiła.
Zaraz po wyjeździe Toniego zabrałam się ponownie do nauki, ale książkowe mądrości jakoś ciężko wchodziły mi do głowy. Kiedy tylko przymknęłam oczy, czułam na ustach jego pocałunki, a w moim ciele pieszczotę jego palców. Byłam już niemal dojrzałą kobietą. Oczywiście w swoim mniemaniu! Musiałam się jednak zmienić, bo w obecności chłopców zachowywałam się swobodniej, a nawet kokieteryjnie, czego przedtem nigdy nie robiłam. Kilku kolegów zaproponowało mi randkę, lecz ich propozycję przyjęłam wybuchem śmiechu. Gdzie im do Toniego!
Przewodniczący ZMP zapewnił mnie, że na świadectwie maturalnym będę miała bardzo dobry stopień z zachowania. Odetchnęłam! Bez tego stopnia nie mogłabym być dopuszczona do matury, ani na studia. Wyobraziłam sobie, co by to bydlę napisało, gdyby nie obawiało się towarzysza sekretarza! Dyrekcja szkoły oczekiwała informacji z Kuratorium o tegorocznym terminie matur. W ubiegłym roku uczniowie przystępowali do matury 6 czerwca. To by mi nie pasowało, bo Toni nalegał, żeby ślub odbył się pod koniec maja. Nie mogłabym przecież brać ślubu i zdawać maturę – absurd!
Uśmialiśmy się w klasie z Adama, syna dyrektora wielkiego zakładu przemysłowego. Pewnego dnia przyszedł do klasy ubrany kompletnie cudacznie. W obszernej marynarce w dużą kratę, z mocno watowanymi ramionami, w wąziutkich spodniach”piszczałkach”, oraz butach na grubej gumowej podeszwie. Miał różową jedwabną koszulę, a na szerokim krawacie, namalowaną babkę w bikini. Spod krótkich spodni wyglądały kolorowe skarpetki. Czysta małpa z kraina szczęśliwości!
Zły i dobry młody Polak. Bikiniarz i ZMP-owiec z portretem Bieruta.
Oglądaliśmy go ze wszystkich stron, śmiejąc się i dowcipkując. Wtedy to po raz pierwszy zobaczyliśmy tak zwanego „bikiniarza”. Taki strój niewolniczo naśladował ubiory młodzieży amerykańskiej i był raczej źle widziany przez władze. Podobno wyrażał protest młodych przeciwko szarej rzeczywistości, lecz moim zdaniem był wyrazem snobizmu. Takie ciuchy były cholernie kosztowne i mógł je kupić jedynie ktoś zasobny w dużą kasę. Bikiniarze niewolniczo wielbili Amerykę, muzykę jazzową i starali się swoim ekstrawaganckim wyglądem, przeciwstawić się ascetycznym strojom organizacji młodzieżowych i uczącej się młodzieży. Nam z miejsca ten ubiór podpadł. Naszym zdaniem był obcy i zbyt wyzywający. Nie lubiliśmy się wyróżniać i do szkoły chodziliśmy skromnie ubrani.
- Adam, coś się tak wystroił? - pierwszy zaczepił go Stefan.
- A co, podoba ci się?
- Uhm. A te porteczki takie wąskie.... Boisz, żeby ci coś z nich nie wyleciało?
- Nie bądź głupi, to taka moda. Wiesz, ile taka marynarka kosztuje? A buty? Mój stary kupił to na Bazarze Różyckiego w Warszawie, bo w państwowym sklepie tego nie dostaniesz! - Adam dumnie wypiął pierś i spojrzał na nas z wyższością. - Widzisz tego kociaka? - wskazał na roznegliżowaną babkę na krawacie. - Kosztowała tatę tyle, że starczyłoby na kilkudniowe żarcie!
- Widać, że przez ten zakup nie mieliście co włożyć do garnka, bo wyglądasz jakoś blado. - skomentowała złośliwie jego wypowiedź Alina. - Patrzcie dziewczęta, on ma fryzurę á la Gèrard Philipe. A ta dziewoja na twoim krawacie, to pewnie Gina Lollobrigida, co? Biust ma podobny.
Klasa ryknęła śmiechem, a Adam się nadął.
- Ech, prostaki, nie wiecie jak wygląda zachodnia kultura.
Gina Lollobrygida w filmie"Dzwonnik z Notre Dame"
Zbyszek wstał z ławki i podszedł do niego.
- Ty, bracie, nie wyzywaj nas od prostaków, bo jak dam w mordę, to ci te porteczki opadną. Gdybyś nie był durnym snobem, nie obnosiłbyś się z takimi kretyńskimi ciuchami po szkole. Jak to dyro zobaczy, wyleje cię z klasy na zbity pysk, rozumiesz? A nasz kochany kolega przewodniczący, zwoła egzekutywę i po koleżeńsku wybije ci te zachodnie ciągotki ze łba. Na dwóch ramionach płaszcz nosisz? Tu ZMP, a poza szkołą śni ci się Ameryka? Rano „Katiusza”, a wieczorem jazz? Myślisz ośle, że tam bezrobotni ludzie nie umierają z głodu na ulicach? W ustroju kapitalistycznym nie ma miejsca na sentymenty. Tam rządzi pieniądz i jest wyścig szczurów! Ty nie miałbyś co robić w USA , bo masz dwie lewe ręce. Widziałem jak pracowałeś na czynie społecznym. Inni harowali, aż im się z tyłków kurzyło, a ty się obijałeś. Jeżeli raz jeszcze pokażesz się nam w tych szatkach, dostaniesz w mordę, chłopcy pomogą mi rozebrać cię do rosołu i w gatkach pomaszerujesz z płaczem do taty, jasne?
Lekcja była ostra i Adam więcej nie przyszedł do szkoły po bikiniarsku. Taki ubiór widziałam potem dopiero w Warszawie. Postawa Zbyszka bardzo mi zaimponowała. Ten chłopak naprawdę był fajny!  c.d.n.