niedziela, 15 stycznia 2017

SEKRETY RODZINNE - WIZYTA TONIEGO.


 15 stycznia 2017 r.
 Znalezione obrazy dla zapytania Pokaż zdjęcie żonkili.

Tego dnia w klasie było bardzo wesoło, bo chłopcy opowiadali dowcipy tworzone natychmiast po wiadomości o śmierci Bieruta. Romek przywitał mnie od drzwi.
- Cześć, Iza. Powiedz mi, na co umarł Bierut?
- Jak to na co? Na zawał.
- Nieprawda. Zjadł ciastko z Krem….lem!
Klasa wybuchnęła gromkim śmiechem, a Zbyszek dorzucił swoje trzy grosze.
- Bierut pojechał w futerku, powróci w kuferku!
- Osioł! - rzekłam pogardliwie, przechodząc koło niego.
- No wiesz, nie każdy może być tak inteligentny, jak pewien major! - odciął się ironicznie. - Wraz z wiekiem nabywa się doświadczenia.
Zlękłam się, że powie coś więcej, ale poprzestał na posłaniu mi złośliwego uśmieszku. Miałam ochotę pokazać mu język, albo przyłożyć pięścią w nos! Ostatnią lekcją była historia. Ponieważ nieubłaganie zbliżał się czas matury, nauczyciele robili sprawdziany chcąc wiedzieć, jak wiele zdołaliśmy zapamiętać z danego przedmiotu. Historyczka pytała wyrywkowo, nie zaglądając do dziennika. Ja byłam pewna, że tego dnia nie zostanę wywołana do odpowiedzi. Toteż jak grom z jasnego nieba, spadło na mnie pytanie profesorki:
- Iza. W którym roku Wilhelm I Hohenzollern został królem Prus, a kiedy cesarzem Zjednoczonego Cesarstwa Niemieckiego?
Wstałam i patrzyłam na nią, jak cielę na malowane wrota. Nie zaglądałam ostatnio do książki i po prostu nie wiedziałam. Historyczka spoglądała na mnie wyczekująco, a w klasie zrobiło się cicho. Jeszcze nigdy tak długo nie zwlekałam z odpowiedzią. Byłam znana w całej szkole ze swego zamiłowania do historii i przez klasę nazywana „Długoszem”. Nikt po prostu nie wyobrażał sobie, że mogę czegoś nie wiedzieć. 
Cesarz Wilhelm I Hohenzollern.
Historyczka także była niebotycznie zdumiona, ale miała jeszcze nadzieję, że coś z siebie wyduszę. Ale ja milczałam jak zaklęta, tylko usta zaczęły mi się trząść ze zdenerwowania.
- Siadaj. - profesorka wyjęła pióro i zapisała coś w dzienniku. Już nie pytała nikogo, ale było widać, że jest bardzo przejęta. Jak tylko zaterkotał dzwonek, a wszyscy zaczęli wychodzić z klasy, podeszła do mnie, chwyciła mnie mocno za rękę i pociągnęła.
- Idziemy do dyrektora! - oznajmiła półgłosem.
- Za co, pani profesorko? Przecież nie zrobiłam nic złego. - spraszałam się pokornie, ale historyczka nie odpuściła, ciągnąc mnie za sobą.
W gabinecie było ciemnawo, tylko na wielkim masywnym biurku świeciła się lampa biurowa. Piękne rzeźbione meble i ciemne zasłony na oknach stwarzały nastrój powagi, a rzędy książek w oszklonej bibliotece kazały się domyślać, że to pokój człowieka nauki. I tak było w istocie, bo dyrektor należał do różnych towarzystw naukowych. Pochylony nad papierami podniósł głowę, zaskoczony naszym nagłym wtargnięciem.
- Co się stało, pani Jadwigo? Co ona przeskrobała?
Historyczka puściła moją rękę i podeszła do biurka dyrektora.
- Niech pan dyrektor łaskawie spyta Izę, co się z nią dzieje? Niech pan sobie wyobrazi, że ja dziś musiałam wstawić jej niedostateczny stopień! Mojej najlepszej uczennicy! Iza, byłam z ciebie taka dumna, a ty przed samą maturą sprawiłaś mi zawód, ogromny zawód!
Nie wytrzymałam i rozpłakałam się na cały głos.
- Ja nie chciałam. - łkałam rzewnie, wycierając nos wierzchem dłoni, bo teczka z chustką została w klasie. - Bardzo panią profesorkę przepraszam, nie mam już głowy do nauki i nie będę zdawać matury.
- Co? - teraz dyrektor porwał się z krzesła. - Co ty opowiadasz? Dlaczego nie chcesz zdawać matury?
- Bo wychodzę za mąż!
Teraz z kolei dyrektora i profesorkę zamurowało.
- Czy ja dobrze słyszę? - wycedził dyrektor, mierząc mnie od stóp do głów. - Wybierasz się za mąż? A ile liczysz sobie latek, panienko?
- W sierpniu skończę osiemnaście. - wyszeptałam, spuszczając oczy i rumieniąc się mocno.
- Mylisz się, moje dziecko. Masz siedemnaście lat, a w sierpniu zaczniesz osiemnasty rok. - uściślił dyrektor. - Twoi rodzice zgadzają się na twoje małżeństwo?
- Nie. Ale mój narzeczony nalega, żebyśmy się pobrali. Maturę mogę zdać jako ekstern w Warszawie. - tłumaczyłam, ale widziałam, że to wcale nie trafia im do przekonania.
- Odnoszę wrażenie, że twój narzeczony jest nieodpowiedzialnym egoistą. Zaraz w tej sprawie porozmawiam sobie z twoim ojcem. Przypomnij mi numer telefonu.
- Tatusia nie ma. Wyjechał do Warszawy na pogrzeb towarzysza Bieruta z zakładową delegacją. Rodzice nie życzą sobie mego małżeństwa i mam z tego powodu mnóstwo kłopotów. Ciężko mi w tej sytuacji przykładać się do nauki.
Dyrektor patrzył na mnie surowo, ściągając krzaczaste brwi.
- Dziecko, matura to twoja przyszłość, nie lekceważ tego. Możesz jeszcze wiele razy wyjść za mąż, to się zdarza, ale maturę musisz zdać! Powiesz ojcu, żeby do mnie zaglądnął, jak wróci z Warszawy. Kim jest twój narzeczony?
- Majorem LWP.
- Ile ma lat?
- No... - zająknęłam się. - Jest trochę starszy ode mnie.
- Starszy? Musi być co najmniej o dziesięć lat starszy od ciebie, bo nie wierzę, żeby został oficerem sztabowym w wieku dwudziestu paru lat. Geniuszem Józefem Sułkowskim z pewnością nie jest. Na twoim miejscu mocno bym się zastanowił nad związkiem z tym człowiekiem. To egoista, bo nalega żebyś zrezygnowała z matury, nie dbając o twoją przyszłość!
 
Brygadier Józef Sułkowski, adiutant Napoleona I.

- On nie jest egoistą, tylko obawia się, że może zostać gdzieś daleko wysłany i nie zobaczymy się bardzo długo. - wyjaśniłam, coraz więcej zdenerwowana krytycznymi uwagami o Tonim.
- To byłoby dla ciebie najlepsze rozwiązanie. Jesteś młoda, możesz poczekać. Za ten czas ukończysz studia i znajdziesz dobrą pracę. Usamodzielnisz się, rozumiesz?
Milczałam, coraz bardziej zacinając się w uporze. Och, oni wszyscy byli tacy staroświeccy i nie rozumieli wcale, co to znaczy miłość!
Dyrektor widząc moją minę, pokiwał tylko głową i rzekł:
- Idź, dziecko, do domu. Chcę porozmawiać z twoim ojcem. Na razie jednak zajmij się nauką. Pani Jadwigo, o dzisiejszym wydarzeniu zapomnijmy, dobrze? Iza w najbliższym czasie z pewnością poprawi swoje noty!
Mój Boże, wierzył we mnie! Nie mogłam sprawić mu zawodu, miałam swój honor.
- Poprawię, panie dyrektorze, obiecuję. Dziękuję panu. Przepraszam, pani profesorko. - powiedziałam, podnosząc zwieszoną smętnie głowę. Dygnęłam i śpiesznie wyszłam z gabinetu.
Alina czekała na mnie w garderobie i chciała wiedzieć, co było u dyrektora. Cmoknęłam ją tylko w czubek głowy i milczałam. Czułam, że była zawiedziona moim zachowaniem, bo zazwyczaj nie miałyśmy przed sobą tajemnic.
- Ostatnio bardzo się zmieniłaś. - powiedziała z urazą.
- Za kilka tygodni zrozumiesz mnie. - odparłam tajemniczo i prędko wyszłam ze szkoły, śpiesząc się do domu. - Historyczka dała mi dwóję i poskarżyła się na mnie dyrowi. To wszystko. - powiedziałam jej na pożegnanie.
Zaraz po powrocie i zjedzeniu obiadu, zamknęłam się w swoim pokoju i zaczęłam kuć jak szalona, nie zważając na nasilający się ból głowy. Mama kilka razy zajrzała do pokoju, a widząc, że siedzę nad książkami, cichutko zamykała drzwi. Siedziałam tak do ósmej wieczorem, wzmocniona czarną kawą przyniesioną poczciwie przez mamę, wraz z tabletką przeciwbólową. Zrobiłam sobie krótką przerwę na zjedzenie kolacji i kułam dalej aż do północy. 
Położyłam się spać, nie umywszy nawet zębów i zmęczona jak konisko węglarza, po całodziennej pracy. Tata z Warszawy nie dzwonił, Toni także się nie odzywał. Musiał mieć mnóstwo obowiązków, choć nie wiedziałam czym się zajmuje, bo nigdy na ten temat ze mną nie rozmawiał, a ja nie śmiałam go pytać.
Nazajutrz na lekcji historii, sama zgłosiłam się kilka razy do odpowiedzi. Zaliczyłam dobrą notę z matematyki! Dostałam bardzo dobry stopień z języka polskiego. Tylko ruska krzywiła się na mnie, bo przy czytaniu straszliwie dukałam. Język rosyjski jest melodyjny i piękny. Przyjemnie czytać Tołstoja, czy Jesienina, po rosyjsku, ale żeby nauczyć się poprawnie władać obcym językiem, należy mieć dobrych wykładowców, a my takich nie mieliśmy. 
Nasza ruska myślała raczej o seksie z ZMP-owcem, niż o prezentowaniu nam piękna mowy rosyjskiej. Była to kobieta ograniczona i tylko przynależność do partii i urodzenie w ZSRR, pomogły jej znaleźć miejsce w naszej szkole. Nie była zresztą wcale Rosjanką, lecz Ukrainką, albo Białorusinką. Dyrektor kilkakrotnie zarzucał jej brak kompetencji i zamierzał ją wylać, ale sekretarz PZPR-u nie zgodził się na to.
Następnego dnia odbył się pogrzeb Bieruta i z tego powodu dzień był wolny od pracy! Mieliśmy zebrać się w szkole, aby uczcić naszego zmarłego przywódcę narodu, ale ja nie poszłam, bo czułam się bardzo źle. Bolała mnie głowa i byłam wyczerpana bezustannym wkuwaniem. Od rana w radiu rozlegała się żałobna muzyka, a komentator grobowym głosem sławił cnoty zmarłego. 
Kolejne osoby opowiadały, jakim dobrym człowiekiem był Bierut, ile zrobił dla swojej ukochanej ojczyzny. (której?) Wybrani aktorzy i pisarze sławili jego kulturę! Jakby był katolikiem, z pewnością zaliczono by go w poczet świętych, bo podobno nawet jego duch ukazał się górnikom na szychcie i trwał z nimi przez całą dniówkę. Autentyczny fakt! Hm, prawdopodobnie w tym czasie w piekle był remanent i diabły na chwilę spuściły go z oka. Podśpiewywałam sobie na żałobną nutę, w tempie poloneza:
 - Pojechał dumnie, przyjechał w trumnie. Oj dana!
Wszystko to było takie nudne, śmieszne i nużące, że za zgodą mamy, wyłączyłam radio i nastawiłam sobie na adapterze płytę z koncertem a-mol Griega. Słuchając jego cudownej muzyki, uczyłam się wiedząc, że nazajutrz będzie w szkole następny sprawdzian, a może nawet klasówka.
Ojciec przyjechał z Warszawy przeziębiony i taki zmęczony, że spał przez pół dnia i całą noc, aż podsłuchiwałyśmy z mamą, czy aby nic złego się nie dzieje. Ale na szczęście kamforowa kuracja mamy pomogła i tata wstał zdrowy.        
Opowiadał nam o wspaniałościach ceremonii pogrzebowych, ale najciekawsze zachował na koniec.
- Mieliśmy właśnie składać wieniec na cmentarzu, kiedy podeszła do nas jakaś starsza pani i rzekła: „ Nie składajcie wieńca na grobie mordercy. Ot, tam, pod murem, leżą jego ofiary!” 
Grobowiec Bieruta na Powązkach.
Ojciec wyjął z wieńca najpiękniejszą różę i podał ją kobiecie.
- Niech pani złoży od nas ten kwiat na ich grobie. - powiedział szeptem.
Starsza pani uśmiechnęła się, wzięła różę i odeszła.
- Są jeszcze dobrzy Polacy w tej Warszawie. - zakończył ojciec swoje opowiadanie i zwrócił się do mnie: - Co słychać, pikusiu? Adonis nie dzwonił?
Roześmiałam się, bo ojciec był wyraźnie w dobrym humorze.
- Nie dzwonił. A ty miałeś mi coś ładnego przywieźć z Warszawy. Zapomniałeś?
- Nie zapomniałem, ale na to musisz jeszcze trochę poczekać.
Dopiero za parę dni dowiedziałam się, jaką niespodziankę kupił nam ojciec w Warszawie. Okazał się nim najnowszy telewizor „WISŁA”, wyprodukowany w Polsce. Dwaj monterzy ustawili na dachu wysoką antenę i przedziurawili ścianę, wpuszczając przewód do pokoju. Mieliśmy telewizor – okno na świat! 
Na razie ten świat okazał się zabity deskami, bo był tylko jeden program TVP, ale sensacja była na cały dom. Wszyscy lokatorzy, z Anką na czele, pielgrzymowali do nas, żeby zobaczyć to cudo techniki. Nie posiadałam się z zachwytu.
Telewizor "Wisła"
Ze strachem powiedziałam ojcu, że dyrektor chce z nim pomówić. Ojciec jakiś czas rozmawiał z mamą przy drzwiach zamkniętych.       Poszedł do szkoły i powrócił nieco wyluzowany. Pogłaskał mnie po głowie i po obiedzie powiedział:
- Moje dziecko. Wiedz o tym, że jestem i będę do końca życia przeciwny twojemu małżeństwu z Romanowiczem. To nie jest odpowiedni partner dla mojej córki. Ale zdaję sobie sprawę, że jesteś nim zauroczona i możesz popełnić jakieś piramidalne głupstwo. Więc chcąc nie chcąc, muszę zgodzić się z faktami. Ale najpierw chcę poznać tego człowieka. - westchnął i dokończył ciszej: - Jakby Romanowicz telefonował, powiedz mu, że może przyjechać.
Oniemiałam z radości, a potem rzuciłam się ojcu na szyję.
- Och, tatuniu, dziękuję! Jesteś taki kochany, najlepszy! - niemal płakałam ze szczęścia. Ale ojciec natychmiast mnie ostudził.
- Powiedz mu, że ostatecznie zgodzimy się na wasze małżeństwo, ale pod warunkiem, że najpierw zdasz maturę i złożysz papiery na uniwersytecie. Otrzymasz świadectwo dojrzałości, dostaniesz dowód osobisty i dopiero wtedy zrobisz, co zechcesz.
Zgadzałam się na wszystko uszczęśliwiona, że będę mogła nareszcie zaprosić Toniego do domu. Kiedy w końcu zadzwonił, z entuzjazmem powiedziałam, że rodzice zapraszają go do nas. Nie był zadowolony, gdy dowiedział się, że jednak muszę przedtem zdać maturę.
- Dopiero pod koniec maja możemy się pobrać? Nie wiem, czy akurat w tym czasie dostanę urlop. Liczyłem, że weźmiemy ślub najdalej z początkiem kwietnia. No zobaczymy. Oczywiście przyjadę za parę dni. Podziękuj rodzicom, kochanie. - zakończył rozmowę.
Po tym telefonie wydłużył mi się nos. Oczekiwałam, że Toni się ucieszy i powie mi kilka miłych, ciepłych słów, ale się zawiodłam. Nie był z natury wylewny. W naszym domu rozpoczęły się długie nocne rodaków rozmowy, na temat mojej przyszłości. Mama pragnęła wyprawić mi ślub, zapraszając całą rodzinę. Ojciec optował za bardziej skromniejszym, żebym mogła więcej pieniędzy zabrać do Warszawy. 
Omawiałyśmy z mamą, jak będę ubrana do ślubu i zastanawiałyśmy się, czy ceremonia ma się odbyć w naszym mieście, czy w Warszawie? Ja upierałam się, że koniecznie w naszym mieście. Miałam tu tylu przyjaciół, koleżanki z klasy, profesorów. Ostatnio nawet srogi Pomidor, profesor od fizyki i chemii, zrobił mi miłą niespodziankę i podpowiedział przy klasówce z chemii. To byli dobrzy, kochani ludzie, pedagodzy z powołania.
Toni przyjechał w następnym tygodniu. Załatwił sobie nocleg w hotelu oficerskim i przyszedł do nas wystrojony i wymuskany. Mamie ofiarował duży bukiet róż, ojcu pudełko hawańskich cygar, a mnie ogromną bombonierkę przewiązaną wstążką. Miałam nadzieję, że dostanę od niego zaręczynowy pierścionek, ale jakoś mowy o tym nie było. Trochę mnie zabolało, że obaj panowie, mimo iż mieli w niedalekiej przyszłości zostać zięciem i teściem, zachowywali się wobec siebie bardzo oficjalnie. Ojciec zwracał się do Toniego, per panie majorze, a on tytułował ojca, mówiąc: - Panie kapitanie. 
Obaj jakoś nie przejawiali chęci przejścia na ty. Do mamy Toni zwracał się również oficjalnie. Ponieważ przyjechał tylko na dwa dni, rodzice od razu zaczęli z nim fachową rozmowę na temat mieszkania i warunków bytu.
Warszawa tamtych lat.
 - Czy chce pan, żeby ślub odbył się tutaj, czy w Warszawie?- dopytywała się mama, lubiąca konkretne sytuacje.
- Tutaj. Zresztą Iza chciałaby pewnie wziąć ślub w swoim mieście, prawda? - Toni zwrócił się do mnie, biorąc mnie za rękę i całując ją. - Dziękuję państwu za miłe, gościnne przyjęcie. Cieszę się, że Bela ma takich sympatycznych, życzliwych rodziców. Zdaję sobie sprawę, że dla państwa nasze pośpieszne małżeństwo jest szokiem. Nie mogłem tego wcześniej powiedzieć przez telefon, ale teraz postaram się postawić sprawę jasno. Być może, w niedługim czasie dowództwo wyśle mnie do Korei lub do Indochin. To bardzo możliwe. Wtedy Iza czekałaby na mnie nawet kilka lat. Pracownicy ataszatów wojskowych bywają na tych stanowiskach przez dłuższy okres. Jeżeli weźmiemy ślub w najbliższym czasie, będę mógł zabrać żonę z sobą. Stąd ten pośpiech. Bardzo zależy mi na Izie i nie chcę jej stracić, bo wiem, że w jej wieku łatwo o zmianę decyzji.
Podszedł do ojca i skłonił się mu, a mamie ucałował dłoń.
- Proszę państwa o rękę córki i zaręczam, że Iza będzie ze mną szczęśliwa.
Biedna mama pobladła, a jej oczy napełniły się łzami. Ojciec także wstał i położył obie ręce na ramionach Toniego.
- Mamy nadzieję, że zapewni pan naszej córce prawdziwe, małżeńskie szczęście. - powiedział wzruszony i pierwszy raz uścisnął mego narzeczonego.
Toni podszedł do mnie, objął i mocno pocałował w usta. Z całego serca oddałam mu pocałunek. Teraz już nie musieliśmy się kryć, byłam jego przyszłą żoną. Nie mogłam w to wprost uwierzyć.
- Weźmiemy ślub tutaj. - powiedziałam stanowczo. - Tu się wychowałam i mam wielu przyjaciół, których chciałabym widzieć na naszym ślubie. Mówiłam już o tym z księdzem katechetą. Trochę narzekał, że to za wcześnie, ale w końcu zgodził się udzielić nam ślubu.
Toni zamilkł i jakiś czas siedział w milczeniu, zapalając nerwowo papierosa. Powieki miał spuszczone i nie widziałam wyrazu jego oczu. To jego milczenie tak mnie zdenerwowało, że chrząknęłam, wstałam z fotela i włączyłam telewizor.
- Dlaczego nic nie mówisz? - spytałam takim napastliwym tonem, że mama skarciła mnie spojrzeniem.
- Obawiam się, że nie będziecie państwo zadowoleni, ale ślubu kościelnego nie weźmiemy. Jestem oficerem, a z przekonania ateistą. Możemy wziąć tylko ślub cywilny, a potem zaprosimy świadków do restauracji na uroczysty obiad. Wyższym oficerom nie wolno zawierać małżeństw w kościele.
Biedna mama upuściła z wrażenia filiżankę i kawa poplamiła koronkową serwetkę. Zacisnęłam zęby udając, że nic się na stało. Rany boskie, co sobie nasi znajomi o mnie pomyślą? Komunistka, Boga się nie boi! A nasza rodzina?
- W takim razie, kogo mam zaprosić na ślub? - pytam cicho.
- Jeżeli chcesz, to najbliższą rodzinę. Ja jestem samotny i z mojej strony będą tylko świadkowie, moi koledzy. Mam nadzieję, że rodzina państwa zaakceptuje mój światopogląd. Jestem w wojsku i moi przełożeni mieliby do mnie uzasadnione pretensje, gdybym wziął ślub kościelny.
- To wszystko jest jeszcze do uzgodnienia. - odezwał się ojciec, nie okazując po sobie, jakie wrażenie musiała na nim sprawić wypowiedź Toniego.
Ja w ogóle przestałam się odzywać, wpatrując się z srebrny ekran telewizora. Patrzyłam i nic nie widziałam, a także nie słyszałam, bo wyłączyłam fonię. Mama była bardzo zmartwiona, ale mimo to starała się robić dobrą minę.
- A gdzie zamierzacie mieszkać w Warszawie? - zapytała, zmieniając temat.
W-wa Saska Kępa. Kolonia Łaskiego.
- Ja mam mieszkanie. Dwa pokoje z kuchnią i łazienką. Dostałem przydział w starej willi na Saskiej Kępie. Iza będzie się tam dobrze czuła, bo przy domu jest ogród.
- Dostał pan tak łatwo mieszkanie w stolicy? Przecież tam nawet słynni naukowcy gnieżdżą się w jednej izbie. - zdziwił się ojciec.
Toni lekko ściągnął brwi, lecz odpowiedział uprzejmie.
- Jestem specjalistą wojskowym i może dlatego nie miałem trudności z przydziałem mieszkania. Dopóki mamy zimną wojnę z Zachodem, wojsko ma priorytet we wszystkich sprawach, nawet w lokalowych. - odpowiedział, nie wyjaśniając jednak niczego.
Dalej nie wiedzieliśmy czym się zajmuje. Kiedy ojciec zadał mu to pytanie, Toni uśmiechnął się kącikiem ust.
- Pan kapitan sam był oficerem i z pewnością wie, że o niektórych rzeczach się nie mówi. - rzekł krótko. - Ale – dodał po chwili. - rozumiem, że macie państwo prawo wiedzieć o mnie więcej. Jestem inżynierem i specem od broni rakietowej. To wszystko, co mogę na ten temat powiedzieć.
Siedział dwie godziny, nie licząc obiadu z jakim wystąpiła mama. Była zupa porowa-krem z francuskimi kluseczkami, i kaczka z nadzieniem z wątróbek drobiowych, pieczona w piekarniku. Do tego ziemniaczki, sałata ze śmietaną, rzodkiewkami i ćwiartkami jajek na twardo. Do kaczki było wytrawne wino. Mieliśmy znajomą gospodynię w pobliskiej wsi i stąd znakomite mleko, śmietana, sery oraz drób. 
Na deser mama postawiła klosz z pokrojonym, przepysznym sernikiem wiedeńskim. Takiego już nigdy jeść nie będę. Obiad Toniemu bardzo smakował i zażartował, że warto się ze mną ożenić, bo będę świetną panią domu.
 Mama wybuchnęła śmiechem:
- Na pana miejscu nie liczyłabym na to. - powiedziała, sprzątając przy mojej pomocy nakrycia ze stołu. - Iza potrafi zagotować wodę i to w zasadzie wszystko. O gotowaniu obiadu raczej nie ma zielonego pojęcia. Ona jest naszym jedynym dzieckiem i nie zależało mi na tym, żeby zawracać jej głowę gospodarstwem. Ale z czasem na pewno i ona się nauczy, bo życie jest najlepszym wychowawcą.
Widziałam, że Toni był trochę zawiedziony, ale posłał mi uśmiech i poklepał mnie po plecach.
- Tym się nie martw, kochanie. Będziemy się stołować w kasynie. Albo żołnierz przyniesie nam obiad do domu.
Przy kawie i ciastach, panowie rozmawiali o wszystkim i o niczym. Ojciec, zwykle taki otwarty i znakomity gawędziarz, teraz ani razu nie próbował skierować rozmowy na tematy polityczne. A było o czym mówić, bo Komitet Centralny PZPR został osierocony po śmierci Bieruta, więc w najbliższym czasie ktoś musiał zająć jego miejsce. Toni sam podjął ten temat.
- Ostatnio ponieśliśmy ogromną stratę. - powiedział, zaciągając się dymem z papierosa. Dużo palił. - Zmarł towarzysz Bierut, ale są na szczęście inni, równie wartościowi towarzysze.
- Tak pan uważa? - spytał ojciec ostrożnie. - A kto zostanie następcą towarzysza Bieruta?
- O tym oczywiście zadecyduje Komitet Centralny PZPR, ale według mnie, największą szansę ma towarzysz Edward Ochab. To człowiek wykształcony, krakowianin, absolwent Uniwersytetu Jagiellońskiego. Dobry dowódca, brał udział w bitwie pod Lenino i jest generałem brygady. Towarzysze ze Związku Radzieckiego bardzo go cenią, bo okazał się wiernym przyjacielem. Był nawet przewodniczącym Towarzystwa Przyjaźni Polsko- Radzieckiej.
- Żonaty? - zainteresowała się mama.
- Owszem. Z bardzo miłą panią Rozalią. Ma kilkoro dzieci.
Edward Ochab z żoną Rozalią w czasie wizyty w Etiopii.
Dopiero po latach dowiedzieliśmy się, że pani Rozalia Ochab była Żydówką i nazywała się Rachela Silbiger.
Zapadł już wieczór, kiedy Toni spojrzał na zegar i wstał z fotela.
- Jestem państwu serdecznie zobowiązany na to miłe przyjęcie i wspaniały obiad, za który raz jeszcze całuję ręce pani domu. Czas na mnie, bo w jednostce muszę załatwić kilka spraw. Ale za to jutro zapraszam państwa na kolację. Może pójdziemy do tego samego lokalu, w którym miałem szczęście poznać moją Izę? Zgoda? Zarezerwuję stolik na osiemnastą.
Rodzice wyrazili zgodę, a ja także się ucieszyłam, bo ten lokal tyle mi przypominał. Boże, przecież to było tak niedawno, jeden miesiąc, a już takie zmiany! Odprowadziłam Toniego po schodach aż do samej bramy. Podziękował za to, obsypując mnie tak mocnymi pocałunkami, że w głowie poczułam zawrót.
- Do jutra! - rzucił i wyszedł, a ja wolno wchodziłam po schodach, oddychając ciężko i przystając, żeby jeszcze przez moment rozkoszować się zapamiętanym smakiem jego warg. Kochałam go.
W domu rodzice nie nawiązywali rozmowy, za cichym porozumieniem omijając temat wizyty mego narzeczonego. Mamy sernik był taki syty, że zrezygnowałam z kolacji, kładąc się wcześniej do łóżka. Owinęłam się kołdrą i nastawiłam ulubioną audycję muzyczną z Luksemburga. Przymknęłam oczy, słuchając nastrojowej piosenki śpiewanej przez Franka Sinatrę. Nie chciałam myśleć o przyszłości, o niczym, tylko słuchać i marzyć. Ot, takie głupiutkie dziewczyńskie przyzwyczajenie. Ale zanim zapadłam w drzemkę, usłyszałam skrzyp drzwi i do pokoju weszli rodzice.
Frank Sinatra.
 - Córciu, musimy porozmawiać. - odezwał się ojciec, kiedy podniosłam głowę, patrząc na nich ze zdziwieniem.
Mama przysiadła na brzegu tapczana i mocno przytuliła mnie do siebie.
- On jest naprawdę bardzo przystojny i nie dziwię się, że zawróciłaś sobie nim głowę. - powiedziała. - Ale kochanie, on jest niewierzący. Jak to będzie z tym waszym ślubem? Przecież w białej sukni nie pójdziesz do Urzędu Stanu Cywilnego!
- Trudno, krawcowa uszyje mi kostium. Przecież i tak miałam mieć kostium, prawda?
- Tak, kochanie. Ale co powiedzą na to ludzie? Ksiądz jest zawiadomiony. A rodzina?
 Ojciec wpatruje się w okno, ktorego, przez zapomnienie, nie zasłoniłam storami.
- Musisz zastanowić się, czy potrafisz żyć z człowiekiem, nie wyznającym żadnej wiary i nie przywiązującym wagi do tradycji katolickiej, w jakiej zostałaś wychowana. - powiedział cicho. - A także niestety zdeklarowanym komunistą.
- Tatuś uważa, że ateista musi być zaraz złoczyńcą, niegodnym zaufania? - odezwałam się nieco zaczepnym tonem.
- Nie. Szanuję każdego człowieka bez względu na jego światopogląd. Wiesz przecież, że nie znoszę dewotów. - ojciec westchnął i dorzucił: - Ale ty jesteś naszym jedynym dzieckiem i pragniemy twego szczęścia. Jesteś pewna, że będziesz z nim szczęśliwa? Nie sugeruj się jego urodą, tylko zastanów się nad charakterem. Jest bardzo skryty i naprawdę niewiele o nim wiemy. Jest komunistą i nie możemy wobec niego być otwarci. Nie wyobrażałem sobie, że będę miał zięcia komunistę. Poza tym, zamierza wyjechać z tobą aż do Azji. Nie będziesz tęsknić za nami, za Polską? A twoje studia?
- Sam mówiłeś, że to wszystko jeszcze do omówienia. - przypomniałam, ściszając radio, bo zaczął wrzeszczeć jakiś Murzyn. - Najważniejsza rzecz, to trzeba zaprosić na ślub rodzinę, twoją tatku, i mamusi. Ja sama do nich pojadę, bo nie wypada posyłać oficjalnych zaproszeń. Mam rację? Ach, może to i lepiej, że ślub weźmiemy w Urzędzie. Będzie taniej i więcej pieniędzy wezmę z sobą do Warszawy. Trzeba będzie zamówić dobry obiad w restauracji i kwiaty w kwiaciarni. Ale na to jeszcze czas!
- Boże. - mama wzniosła oczy ku górze. - Już słyszę te plotki. Taki szybki ślub, a może m u s i a ł a wyjść za mąż? A ty, skarbie, jak sobie dasz radę w tej Warszawie?
Roześmiałam się serdecznie.
- Niech się mamusia nie martwi. Jakoś to będzie. Jutro pójdę do dyrektora i wezmę parę dni zwolnienia. Ostatecznie większość przedmiotów mam już zaliczone. Pojadę do babci i do cioci Joanny. Oczywiście muszę im powiedzieć, że ślubu kościelnego nie będzie.
- Ach. - mama zrobiła bardzo wystraszoną minę. - Cieszę się, że to nie ja o tym ich zawiadomię. Taka wiadomość, to jakby kij w mrowisko!
 - Ciekawe, czy major zgadł, kto będzie wybrany na sekretarza. - zastanawiał się ojciec, wychodząc z pokoju. - Swoją drogą, bardzo mnie to niepokoi, że zezwalamy na twój ślub z człowiekiem, o którym tak mało wiemy! Ale to twoja decyzja. Pamiętaj, że ja ustąpiłem tylko dlatego, że nie chciałem ciebie ranić. Możemy tej decyzji bardzo żałować.
 Toni był jednak dobrze poinformowany, bo nazajutrz 19 marca, towarzysz Ochab został pierwszym Sekretarzem KC PZPR, rozpoczynając okres tak zwanej „odwilży”. 
Edward Ochab.
Dyrektor nie czynił trudności i chętnie udzielił mi kilku dni zwolnienia z zajęć szkolnych, które umotywowałam, jako ”ważne sprawy rodzinne”.  c.d.n.