poniedziałek, 27 lutego 2017

SEKRETY RODZINNE.- KIM JEST "WIESŁAW"?


27 lutego 2017 r.
"KORDIAN"  rok 1956. Tadeusz Łomnicki, i Kurnakowicz w roli Konstatntego. 
Teatr Narodowy.                     
  Weszłam powoli na schody i otworzyłam drzwi mieszkania. Nieraz wolałabym nocować na dworze, byle tylko być z dala od mego szanownego małżonka. Weszłam do sypialni i zaczęłam się rozbierać. Romanowicz wszedł za mną i nie odzywając się do mnie, zdejmował garnitur, wieszając go pedantycznie na ramiączku w szafie. Rozwiązując krawat i zdejmując koszulę, posłał mi przeciągłe spojrzenie.
- Iza, zrób mi gorącej herbaty! - rozkazał.
    Z westchnieniem poszłam do kuchni i postawiłam czajnik z wodą na gazie. Byłam ciekawa, kim był ten „Wiesław”, o którym rozmawiali z Władkiem. Kiedy woda się zagotowała, zrobiłam herbatę jemu i sobie i zawołałam go do kuchni.
- Kto to jest „Wiesław”? - zagadnęłam, podsuwając mu cukiernicę.
   Bez słowa wsypał do szklanki trzy łyżeczki cukru i starannie zamieszał herbatę.
- Nie interesuj się tym, dobrze? - mruknął ostrzegawczo.
- A to dlaczego? - wybuchnęłam ze złością. - Jestem twoją żona, nie jakąś dziwką, którą przyprowadzałeś dla rozrywki! Mam prawo wiedzieć o czym rozmawiacie. Władek wszystko mówi Ewie.
- Skąd wiesz? Nawet z żonami nie wolno nam mówić o wszystkim.
- Z pewnością jej mówi, bo ją kocha. - oznajmiłam, patrząc na niego z wyzwaniem.
- A ja ciebie nie kocham? - uśmiechnął się krzywo.
- O, jeżeli rozbicie głowy, policzkowanie i wydzieranie włosów razem ze skórą, mam rozumieć jako wyraz miłości, to rzeczywiście namiętnie mnie kochasz!
    Zaśmiał się krótko i skończył pić herbatę.
- No, tak bardzo ciebie nie skrzywdziłem. Jesteś zdrowa i cała. A nawet ładnie dziś wyglądałaś. Co myślisz o Bielajewie? - spytał, wstając z krzesła i wkładając szklankę do zlewu. 
   Nie patrzył na mnie, ale byłam pewna, że bacznie mnie obserwuje.
- Wydaje mi się zamknięty w sobie. Zresztą nie znam go, więc trudno mi coś na ten temat powiedzieć.
- Nie znasz go? Ciekawe…. Aha, chciałaś wiedzieć, kto to jest Wiesław. - nagle zmienił temat. - No więc mogę ci powiedzieć, że to taki polski komunista. Nazywa się Wiesław Gomułka. Od tej cholernej awantury poznańskiej w KC PZPR nastąpił rozłam. 
Władysław Gomułka.
    Kłócą się między sobą jak psy o kość. Z jednej strony „natolińczycy” z drugiej „puławianie”. Po śmierci Stalina, a potem Bieruta, zrobił się tam u góry taki bajzel, że trudno się zorientować, kto jest z kim, a kto przeciw. Gomułka siedział w pierdlu, ale niedawno wyszedł i już zamierza brać się za politykę. 19 października ma się odbyć VIII Plenum KC PZPR, i może być ciekawie, gdy skoczą sobie do gardła. Kto wie, czy znowu nie zacznie się rozróba, tym razem od góry. Ochab niewiele już może, bo większość partii go nie akceptuje. Ten kogo poprze Plenum, wygra i zostanie I Sekretarzem.
- No, ale to się chyba nie odbije na waszej pracy? - rzuciłam przez ramię udając, że ścieram stół.
- Niewykluczone. - westchnął i przeciągnął ramiona, aż trzasnęły kości. - Tyle razy ci mówiłem, żebyś nigdy nie pytała mnie o moją pracę. No, dosyć tej polityki, chodź spać, kotku.
    Złapał mnie wpół i pociągnął do sypialni.
   Tego dnia nie było ładnej pogody, więc siedziałam przy oknie, patrząc przez szybę na gałęzie drzewa ociekające wilgocią. Nie chciało mi się czytać książki, ani oglądać telewizora. Nic mi się nie chciało, bo byłam zmęczona po źle przespanej nocy. Romanowicz jakby chciał zemścić się na mnie, zachowywał się szczególnie brutalnie. Wolałam o tym nie myśleć. Pani Danusia jeszcze nie wróciła z Kaliningradu. Chętnie bym gdzieś pojechała, ale wiedziałam, że on mnie nie puści.
    Telefony do rodziców stały się dla mnie udręką. Nie mogłam im powiedzieć prawdy o sobie, a kłamstwa już nie chciały mi przejść przez gardło. Brzydziłam się sobą. Widocznie rodzice domyślili się, że ich telefony sprawiają mi ból, bo dzwonili coraz rzadziej i rozmawiali krótko. Boże, gdyby wiedzieli jak strasznie cierpiałam…. 
   Około południa przestało padać, wobec tego zdecydowałam się wyjść do miasta. Nie miałam jesiennego płaszcza, więc ubrałam kostium, a pod spód sweter z golfem. Zatrzasnęłam za sobą drzwi i szybko zbiegłam po schodach.
    
Jak dobrze było iść cichą ulicą, pomiędzy willami w ogrodach. Drzewa w sadach już traciły zieleń i coraz więcej było na nich żółtych liści. Na rabatach kwitły ostatnie jesienne kwiaty, kolorowe astry i róże. Szybko minęła ta wiosna i lato. Nawet się nie spostrzegłam, a już był początek października i przyszła jesień. Dzień będzie coraz krótszy i coraz dłuższa noc. Opadną liście i niedługo nadejdzie Wszystkich Świętych. Lubiłam to święto. Nie wiem dlaczego, ale zawsze wydawało mi się, że listopad stwarza większe poczucie przytulności i bezpieczeństwa w domu.
    Nasze mieszkanie było pedantycznie wysprzątane przez Mamę po lecie, szyby umyte, chodniki i dywany wytrzepane z letniego pyłu, a podłogi wyfroterowane. Na oknach wisiały wyprane koronkowe firanki. Pranie ich było prawdziwym koszmarem, bo należało rozpinać je na specjalnych ramach, żeby wyschły i nie straciły formy. Zawsze zapewniałam Mamę, że firanki są jeszcze bardzo czyste i nie trzeba ich wcale prać. Mama uwielbiała czystość, ja się w nią nie wrodziłam. Sprzątałam, kiedy miałam taką fantazję.
    Zresztą w moim mieszkaniu nie czułam się nigdy przytulnie, a tym bardziej bezpiecznie – to nie był mój dom. W Święto Zmarłych szliśmy z rodzicami zawsze na cmentarze. Nasi bliscy spoczywali daleko, ale zapalaliśmy znicz na jakimś obcym, zaniedbanym grobie, lub na cmentarzu radzieckim, gdzie leżeli także Polacy. W tym roku pójdę na Powązki, o ile Romanowicz mi pozwoli.
    Spacerowym krokiem doszłam do przystanku autobusowego i przez chwilę czekałam na autobus. Był jak zwykle przepełniony i trzeba się do niego wciskać na siłę, obrywając przy tym guziki.. Postanowiłam jechać do Centralnego Domu Towarowego, żeby zorientować się w cenie płaszczy jesienno-zimowych. Do Warszawy przywiozłam tylko letnie stroje przekonana, że jesienią wrócę do domu i przywiozę resztę mojej garderoby. Ale na to się nie zanosiło. Musiałam nosić letnie ubiory, uzupełniając je swetrami.
   
   Ponownie zaskoczył mnie ogrom Domu i bogaty asortyment towarów. Dla rozrywki jeździłam windą po piętrach, zaglądając do kolejnych stoisk. Owszem, były płaszcze, nawet bardzo eleganckie z futrzanymi kołnierzami, ale ich cena o wiele przekraczała moje możliwości. Miałam mało pieniędzy, a nie chciałam prosić o nie Romanowicza. W dziale odzieży skórzanej aż westchnęłam, oglądając piękne futra. Przymierzyłam nawet futro z lisów, w sam raz na moją miarę. Sprzedawczyni usłużnie ofiarowała się odłożyć je dla mnie. Uśmiechnęłam się z goryczą. Gdyby mój cholerny mąż nie przegrał w karty otrzymanych od rodziców i babci pieniędzy, stać by mnie było, żeby kupić to futro! Teraz mogę je sobie co najwyżej pooglądać.
    Ewa z pewnością ma ładne futro, bo Władek miał dla niej szeroką kieszeń i nie żałował pieniędzy na stroje żony. Zamiast płaszcza kupiłam sobie szminkę do ust i dwie chusteczki do nosa.
    
   Zła jak osa wyszłam z Domu Towarowego i pojechałam do Ogrodu Saskiego. Usiadłam na ławce nad stawem i zapatrzyłam się w lśniącą taflę wody. Zamyślona, nie zwracałam uwagi na przechodzących obok ludzi. Byli dla mnie obcy, nic dla nich nie znaczyłam. Zastanawiałam się, co porabia Zbyszek i jak mu się wiedzie w Szkole Marynarskiej? Mama raz napomknęła, że próbował dostać mój numer telefonu, ale nie uległa i mu nie dała. Bogu dzięki, bo Romanowicz urządziłby mi piekielną awanturę połączoną z rękoczynami.
    Przyjemnie było siedzieć w pięknym parku i nie myśleć, że za chwilę powinnam wrócić do domu. Stwierdziłam z niepokojem, że boję się domu. W ogóle, ostatnio zaczynam się bać wszystkiego i miewam ataki nerwicy lękowej. Wystarczy, że coś stuknie głośniej lub ktoś krzyknie, a ja już skaczę na metr w górę. Cięgle mam wrażenie, że coś złego się wydarzy i często miewam depresję. To są skutki dłuższego przebywania z moim ślubnym małżonkiem.
    Koło ławki przeszła kobieta w średnim wieku. Wyglądała dziwacznie. Miała na głowie czarny, zniszczony kapelusz, przybrany sztucznymi kwiatami i gołębimi piórami. Ubrała jakąś długą podartą sukienczynę i również zniszczony żakiet. Na gołych nogach ohydne buciary o dwa numery za duże. Jej zachowanie i uśmiech, a nade wszystko błędne oczy, podpowiedziały mi, że to obłąkana. W Warszawie, po potwornych latach wojny, wielu ludzi straciło rozum.
    Pamiętam, jak Babcia opowiadała mi, że niegdyś, w czasie jej młodości, chodziła po Poznaniu kobieta, którą powszechnie nazywano: ”Serce Maryni”. Pochodziła z zamożnej inteligenckiej rodziny i była do szaleństwa zakochana w swoim narzeczonym. Facet nie zasługiwał na jej miłość, bo niemal w przeddzień ślubu, porzucił ją i prędko ożenił się z córką jakiegoś dygnitarza. Biedna Marynia z rozpaczy dostała pomieszania zmysłów i uciekła z domu. Żyła na ulicy z datków, bo nigdy nie żebrała. Babcia wspominała, że miała wspaniałe włosy sięgające niemal do kolan. Często siadywała na schodach kościoła, w którym miała wziąć ślub, a kiedy próbowano ją stamtąd wyprosić, płakała i mówiła, że czeka na narzeczonego, który za chwilę przyjedzie, aby ją zaślubić. Zapamiętałam sobie to babcine opowiadanie i patrząc na tę biedną kobietę, przechodzącą koło mojej ławki pomyślałam, że to może także ofiara jakiegoś zawodu miłosnego.
Warszawa Ogród Saski.
    Zerwał się chłodny wiatr i uniósł do góry leżące na ziemi, spadłe z drzew pożółkłe liście. Już jesień… Poczułam na plecach chłód, bo mój kostium był cienki, i prędko podniosłam się z ławki, w obawie przed przeziębieniem. Romanowicz z pewnością by się mną nie przejmował i nie zrobiłby mi nawet szklanki herbaty. Swołocz! Bardzo niechętnie wróciłam do domu, ale tu czekała mnie miła niespodzianka. Nareszcie przyjechała pani Danusia! Byłam taka uszczęśliwiona, że rzuciłam się jej na szyję i serdecznie ją ucałowałam. Uściskała mnie i obejrzała uważnie.
- Dziecko, co ten drań z tobą zrobił? - wykrzyknęła z oburzeniem. - Przecież prawie połowy ciebie nie ma. Głodzi cię, czy co? I włosy ścięłaś!
- Nie mam apetytu, a od włosów bolała mnie głowa. Tak się cieszę, że pani wróciła. Brakowało mi pani.
- Ja także mile ciebie wspominałam. No, chodź do mnie, upiekłam dobry placek ze śliwkami.
    Z radością przyjęłam zaproszenie i weszłam za nią do mieszkania. Jak zwykle było pedantycznie wysprzątane. W powietrzu unosił się zapach świeżego ciasta i świeżo zaparzonej kawy. Lubiłam ten dom, był w przeciwieństwie do mego mieszkania ciepły i przytulny.
- Długo przebywała pani w Kaliningradzie. - zauważyłam siadając i zdejmując żakiet, bo w pokoju było gorąco.
- At, gdzie w Kaliningradzie. Pojechałam do Moskwy, bo moja córka Krysia tam studiuje. Przyjechał także syn z Leningradu, a mąż dostał urlop i pożyliśmy całą rodziną, jak za dawnych czasów. Moje dzieci już do Polski nie chcą wracać, podoba się im w Związku Radzieckim. Ale ja ci szczerze powiem, córeczko, że nie chciałabym tam żyć. W Polsce jest lepiej i nie ma tu takiego nadzoru jak tam, w Rosji. Człowiek musi się liczyć z każdym słowem w obawie, że ktoś go podsłucha i doniesie gdzie trzeba. Stalina kiedyś się bali, a teraz na niego wygadują niestworzone rzeczy. Może i był mordercą, ale dla Rosji zrobił wiele. Mimo wszystko ludzie go kochali, albo się go bali. No, mniejsza z tym. Coś słyszałam, że i tutaj zaczyna się źle dziać. Prawda to? Mąż powiedział kiedyś, że Polacy się doigrają, jak zaczną podskakiwać. Rosja nie będzie tolerować nieposłuszeństwa.
- Nie wiem, pani Danusiu. Ale wydaje mi się, że wkrótce zajdą jakieś istotne zmiany. - westchnęłam, biorąc drugi kawałek pysznego placka. - Boję się, żeby nie doszło do nowych zamieszek, bo wtedy znowu poleje się krew, jak w Poznaniu.
- Oj, nie daj Boże! A jak ty, dziecko, sobie radzisz z tym starym kurwiarzem? - zagadnęła, nalewając mi z dzbanka do filiżanki mocną, aromatyczną kawę.
    Powiedziałam jej o moich perłach przegranych w karty. Pożaliłam się, że nie pozwala mi jechać do domu. Pani Danusia patrzyła na mnie ze współczuciem.
- Cóż niego za człowiek. - rzekła, nie kryjąc oburzenia. - Dostał taką młodą, dobrą dziewczynę i zamiast ją uszanować, jak się żonę szanuje, on ciebie zadręcza. Wiedziałam, że nałogowo gra w karty, ale wolałam ci o tym nie wspominać, żebyś nie miała więcej zmartwień. Ten człowiek nie zasługuje na uczciwą kobietę. Tak bardzo chciałabym ci pomóc, ale nie wiem jak.
- Sama pani obecność jest dla mnie wsparciem. - odparłam serdecznie. - On się jednak trochę z panią liczy.
    Pani Bartnikowa zamilkła i przez chwilę piłyśmy kawę. Na jej twarzy pojawił się ponury grymas. Podniosła spuszczone oczy i spojrzała na mnie przenikliwie.
- Słuchaj, dziecko. A ten Bielajew nie pokazał się gdzieś w pobliżu?
    Zarumieniłam się mocno.
- Widziałam go wczoraj. Był w Brystolu z jakimś generałem. Raz poprosił mnie do tańca, a potem powiedział mężowi żeby do niego zadzwonił, to umówią się na męskie spotkanie.
    Pani Danusia wysoko uniosła brwi.
- Oho! To nie wróży nic dobrego. - mruknęła. - On z pewnością nie znosi twojego męża i dałabym głowę, że wytnie mu paskudny kawał. Bielajewa wszyscy się boją, bo on wiele może. Bardzo wiele!
- Ale dlaczego, pani Danusiu? Przecież on nawet Romanowicza dobrze nie zna. - zauważyłam zdziwiona i przestraszona.
- Nie wiesz dlaczego? Iza, ty doskonale rozumiesz o co mu chodzi.
    Miała rację. Wiedziałam, ale to wcale nie stanowiło dla mnie pociechy, lecz nowy powód do zmartwienia i niepokoju. Jeżeli Bielajew wyrządzi mężowi jakąś krzywdę, to jego zemsta rykoszetem uderzy we mnie. Romanowicz nie był głupi i domyślał się, że podobam się pułkownikowi. Potrząsnęłam głową i przygnębiona sięgnęłam po następny kawałek ciasta.
- Tak bym chciała wrócić do domu. - powiedziałam znękana i bliska płaczu.
- Jestem przekonana, że niedługo wrócisz. W końcu Romanowicz nie jest wszechwładny. Oj, żebym tak spotkała gdzieś marszałka, wspomniałabym mu o tobie.
- Pani Danusiu, Rokossowski ma na głowie tyle spraw, że nie będzie zajmował się moimi małżeńskimi kłopotami.
- Dziecko, w końcu tu chodzi o oficera MON-u, a nie o jakiegoś furmana. No, zobaczymy. Poszłabyś ze mną dziś do teatru?
- Do jakiego i co grają? - natychmiast zapomniałam o moich zmartwieniach, bo uwielbiałam teatr.
Warszawa. Teatr Wielki  Opera Narodowa.
 - Do Teatru Narodowego. Dają „Kordiana” Słowackiego, pierwszy raz od wielu lat. Rolę Wielkiego Księcia gra Kurnakowicz!
- O, pani Danusiu, oczywiście. Z największą przyjemnością. Nigdy nie byłam w żadnym warszawskim teatrze, a bardzo lubię dobre przedstawienia. Romanowicz woli iść do lokalu na zabawę, ale nie do teatru. - z radości zjadłam następny kawałek placka. Bardzo mi smakował. Pani Bartnikowa podsunęła mi bliżej półmisek.
- Skurwysyn! Jak zacznie znowu szaleć, zawołaj mnie. Ja mu dam, miotłę na nim połamię! 
   Pani Danusia miała tak wojowniczą minę, że mimo woli roześmiałam się i poczułam, że mam wiernego sprzymierzeńca.  c.d.n.

piątek, 24 lutego 2017

SEKRETY RODZINNE - DANSING W BRiSTOLU.


24 lutego 2017 r.

   W pobliżu odkryłam niewielką bibliotekę publiczną, o ciekawym księgozbiorze. Wybrałam się tam zaraz rano i przytargałam do mieszkania stos książek, które zapewnią mi dobrą lekturę w coraz dłuższe wieczory, gdy siedziałam w domu sama. Czasem włączałam telewizor, jak był jakiś interesujący program, lub film. Przestałam pisać na maszynie, bo mój luby małżonek zamknął ją w biurku na klucz, pouczywszy mnie przedtem uprzejmie, że każdy klawisz maszyny jest zarejestrowany w milicji i Urzędzie Bezpieczeństwa na wypadek, gdyby komuś wpadł do głowy niemądry pomysł, pisania ulotek przeciwko władzy ludowej!Zadzwoniłam do Ewy i umówiłyśmy się na wieczór.
    Zrobiłam sobie kawę i zasiadłam w fotelu, zabierając się do czytania najnowszej wydanej u nas, amerykańskiej powieści Steinbecka „Grona gniewu”. Czytałam ją do obiadu, przyniesionego z kasyna przez żołnierza. Te obiady były naprawdę smaczne i urozmaicone, ale ja od dawna już nie miałam apetytu i moja figura zaczynała przypominać współczesne modelki na wybiegu. A tak naprawdę, to przypominała kij od miotły! Romanowicz złościł się, bo nie znosił chudych kobiet, ale atmosfera w domu nie zachęcała mnie do obżerania się przysmakami i obrastania sadełkiem.
"Grona gniewu" - film na podstawie książki Steinbecka..
   Ostatnio nerwy odmawiały mi posłuszeństwa. Przy najlżejszym stuknięciu podskakiwałam i zaczynałam cała drżeć. Często miałam zawroty i bóle głowy. Podejrzewałam, że był to skutek walenia moją głową o ścianę, Musiałam doznać wstrząsu mózgu. Prześladowały mnie ataki lęku, a nocą koszmarne sny. Zaistniała sytuacja po prostu wykańczała mnie nerwowo i fizycznie. Najgorsze było to, że nie widziałam dla siebie ratunku. 
   Bo niby wszystko na pozór było w porządku. Byłam młodą mężatką, miałam przystojnego męża, ładne mieszkanie, względnie dobre warunki finansowe. Chodziłam do kina, do kawiarni i na zabawy, miałam co jeść i w co się ubrać. Mąż kupował mi ładne ciuchy, dbał o mój wygląd. Czego więcej kobieta może pragnąć?
Czego? Wolności!! Jestem niewolnicą w tym mieszkaniu, a nie jego panią. Robię tylko to, czego żąda ode mnie mój znienawidzony mąż-dręczyciel. Jeżeli próbuję mu się opierać, okrutnie mnie karze. Muszę wszystko, co przeżywam, starannie ukrywać przed rodzicami. Jestem zdana sama na siebie i nie mam nikogo, kto mógłby mi pomóc. Nie wolno mi jechać do domu, o czym marzę dniem i nocą.
    Mąż mnie bije i wykorzystuje seksualnie. Bo to, co robi ze mną, nie przypomina współżycia młodych małżonków. Przegrał w karty pieniądze dane mi przez rodziców i babcię. Stracił moją biżuterię. Dla niego jestem tylko zabawką, którą w końcu zepsuje, bo długo takiego życia nie wytrzymam. Czasami bywam tak zdesperowana, że myślę o samobójstwie. Ale jestem jeszcze młoda i pragnę żyć! Chcę wrócić do domu, do rodziców! Kiedy kładę się do łóżka, myślę: - Mamo, mamusiu....Tatku!
    Tego dnia Romanowicz rzeczywiście wrócił wcześniej i zaraz zainteresował się moją toaletą. Otworzył szafę i zajrzał do niej.
- Co chcesz na siebie włożyć? - odezwał się, odwracając ku mnie głowę.
- Nie wiem. Może wór pokutny. - odparłam obojętnie, bo nie miałam ochoty nigdzie wychodzić. Wieczór zrobił się mglisty, zaczął siąpić drobny deszcz i pogoda nie zachęcała do wyjścia z domu. Zresztą nie miałam nastroju do zabawy.
- Iza, nie denerwuj mnie! - zawołał, a w jego oczach dostrzegłam błysk gniewu. - Idziemy do Bristolu! Pokaż mi suknię! Dlaczego nie byłaś u fryzjera i nie masz makijażu? Do cholery, co za dziwadło z ciebie. Inna by się ucieszyła, że nie idę sam na kurwy, ale zabieram żonę na zabawę, a ta głupia dziewucha jeszcze się dąsa. Nie każ mi przywoływać cię do porządku, bo będziesz miała podbite oko! No, rusz się! - wrzasnął na mnie - Do Ewy dzwoniłaś?
Znalezione obrazy dla zapytania Zdjęcie. Lata pięćdziesiąte. kobieta w czerwonej sukni. Moda polska.    Rezygnując z oporu, w milczeniu skinęłam głową i wyjęłam z szafy kilka sukienek, prezentując je mężowi. Muszę przyznać, że miał wyrobiony gust i natychmiast wskazał tę sukienkę, która mu się podobała. Przywiozłam ją z domu. Uszyta była z grubego ciemno-czerwonego jedwabiu, bardzo obcisła, bez rękawów, mająca tylko wąską obróżkę na szyi, na której cała suknia się trzymała, głęboko odsłaniając plecy. Była nieco krótsza, niż wymagała tego moda i sięgała zaledwie do kolan. Jedyną ozdobą, był kwiat z białego jedwabiu, przypięty na piersi.
   Romanowicz skinął głową.
- Ta będzie dobra. Teraz się prędko uczesz i zrób ostry makijaż, żebyś przy sztucznym świetle nie wyglądała jak zmora. Pośpiesz się, bo zaraz wezwę taksówkę.
    Poszedł się ogolić i zamiast munduru, włożył ciemno-stalowe cywilne ubranie, białą koszulę i srebrzysty krawat. Po cywilnemu wyglądał jeszcze lepiej niż po wojskowemu. Był naprawdę bardzo przystojny. Ale na mnie jego uroda już nie robiła żadnego wrażenia. Za dobrze go znałam.
- Weź coś na szyję. - rzekł, oglądając mnie od czubka głowy, po białe szpilki na bardzo wysokim obcasie.
- Oddaj mi moje perły.
- Kiedyś kupię ci perły. - obiecał, uśmiechając się kącikiem ust.
-  W kramiku? Tam pereł nie dostaniesz. Nic innego nie mam. - oznajmiłam ze złością, narzucając na ramiona długi, biały angorowy szal z frędzlami. Dzień był chłodny, ale ja nie miałam cieplejszego płaszcza.
   Takie szale, w lecie nylonowe lub gazowe, narzucane na ramiona lub na głowę, były wówczas szalenie modne.
- Mogłaś sobie kupić coś z Jablonexu. - mruknął, sięgając po cywilny płaszcz.
   Parsknęłam drwiącym śmiechem. 
  Koraliki z Jablonexu, zamiast moich prawdziwych pereł! Miałam ochotę złapać patelnię i walnąć go parę razy po głowie. Prychnęłam pogardliwie i wyszliśmy z domu do taksówki. Pojechaliśmy do centrum miasta, bo Hotel Bristol, najbardziej luksusowy hotel w Polsce, znajduje się na Krakowskim Przedmieściu.
Hotel Bristol.
Od dnia otwarcia w 1901 r, cieszył się miłością warszawiaków. Tu spotykała się przed wojną elita beztroskiej, rozbawionej stolicy. W czasie wojny, Hotel zajmowali Niemcy, a po wojnie mieszkali w nim znani politycy, zagraniczne gwiazdy filmu i estrady oraz snobujące się, nowe mieszczaństwo odbudowującego się miasta. 
Marszałek Piłsudski w Hotelu Bristol.
W kawiarni miejsca należało rezerwować, ale nie wątpiłam, że dla oficerów Informacji Wojskowej MON-u, z pewnością stoliki się znajdą. Ewa z mężem już czekali na nas w recepcji Bristolu. Ewa miała na sobie błękitną suknię z Mody Polskiej, z bardzo szeroką spódnicą, a na nogach szpilki na „metrowym” obcasie. Ucałowała mnie na powitania, a Władek cmoknął mnie w rękę.
Przedwojenny Bal Mody.
Weszliśmy do Cafė Bristol, pięknej kawiarni z wnętrzem w stylu Art Nouveau. Kelner zaprowadził nas do stolika przy wielkim oknie. W powietrzu unosiła się woń dobrej kawy, francuskich perfum i wanilii. Tu można było zjeść naprawdę wykwintne sałatki i przepyszne ciasta. A sama kawa, to było niebo w ustach! Panowie zamówili dla siebie sznycel cielęcy z jakąś wymyślną sałatką, bo obaj nie jedli obiadu, a ja i Ewa wzięłyśmy łososia w majonezie z jarzynami i korniszonami, a potem na deser gorącą czekoladę i lody. Ewa spod oka obserwowała moją suknię. 
Sylwester w Hotelu Bristol. Rok 1938. Bawi się elita W-wy.
   Skończywszy jeść łososia, nie wytrzymała i szepnęła:
- Psiakrew, Iza, skąd ty znowu wytrzasnęłaś taką kieckę? W Paryżu kupiłaś?
- Gdzież tam! Przywiozłam ją z domu. Uszyła mi tę suknię pani, o której ci wspominałam. Przed wojną pracowała u Hersego. W najwytworniejszym salonie mody w Warszawie.
- Klasa! Twój mężulek także fajnie wygląda.... - pochyliła się do mego ucha. - Chętnie bym go poderwała. Co ty na to?
- Ewuniu, z góry masz moje rozgrzeszenie i błogosławieństwo. - odszepnęłam z uśmiechem.
- Nie wierzę! Każda żona tak tylko mówi, a potem dostaje szału i spuszcza flirciarze manto.
- Ja mówię zupełnie poważnie. Wcale nie jestem zazdrosna o męża i nigdy nie będę. Po prostu zupełnie nie zależy mi na nim, bo go nie kocham.
Kawiarnia Hotelu Bristol.
   Ewa spojrzała na mnie z niedowierzaniem i potrząsnęła głową.
- Nie rozumiem. Jesteście dopiero kilka miesięcy po ślubie. To po co za niego wyszłaś? –
- Bo wtedy go kochałam.
- Jakby major był moim mężem, strzegłabym go jak oka w głowie.
- Podziękuj Bogu, że nim nie jest i trzymaj się lepiej swojego Władzia.
Romanowicz przestał jeść i popatrzył w naszą stronę podejrzliwie.
- A wy, co tak szepczecie?
- Obmawiamy was, drodzy panowie. - odrzekła Ewa, posyłając mu szelmowski uśmiech. - No, skończcie wreszcie się obżerać i chodźmy stąd, bo mam ochotę potańczyć.
Hatel Bristol  - restauracja.

Przeszliśmy do sali dansingowej, mijając po drodze Błękitną Salę, gdzie przed wojną odbywały się wielkie bale i wspaniałe Sylwestry. Stolik był zarezerwowany i usiedliśmy w chwili, kiedy zaczęła grać dobra orkiestra jazzowa. Władek uznał, że wypada poprosić mnie do tańca, a Romanowicz skłonił się Ewie.
Mój partner nie był dobrym tancerzem i chociaż lubiłam tańczyć, szybko poczułam zmęczenie. Za to Ewa była w swoim żywiole, W objęciach mego męża, poruszała się ze zmysłową gracją, tuląc się do niego, i jednocześnie robiąc do mnie oko ponad jego ramieniem. Małpiszon!... Bardzo ją lubiłam i nie miałam wcale do niej pretensji o to, że uwodzi Romanowicza. Bałam się tylko, żeby nie przedobrzyła, bo on nie znał się na żartach i mógł dziewczynę potraktować jak zwykłą kurwę, gwałcąc ją gdzieś w ciemnym kącie. Po tańcu panowie zamówili alkohole, ponieważ Polacy bez wódki nie potrafią dobrze się bawić.
Hetel Bristol  - westibul.
   Ewa pochyliła się do mnie i powiedziała ściszonym głosem:
- Proponowałam majorowi spotkanie, ale tylko zaśmiał się i odmówił. Powiedział, że ma żonę! On ciebie chyba kocha!
- Ewka, nigdy nie wierz w to, co mówi Romanowicz. Widocznie miał w tym jakiś swój ukryty cel. Proszę cię, strzeż się go. On nie jest wzorem cnót męskich.
Cafe Bristol.
   Ewa potrząsnęła głową, ale nie wydawała się przekonana.
Drugi taniec tańczyłam z mężem. Byłam bardzo ciekawa, czy powie mi coś o Ewie, ale milczał jak zaklęty. W przerwach między tańcami, panowie rozmawiali półgłosem o swoich sprawach służbowych. Wtedy nie orientowałam się jeszcze w politycznych niuansach i niekiedy nie rozumiałam, o czym i o kim rozmawiają. Podsłuchałam, że wymieniali kilka razy jakiegoś „Wiesława”, ale nie wiedziałam, kto to może być. Z podsłuchanych poszczególnych wyrazów doszłam do wniosku, że w Komitecie Centralnym PZPR następuje rozłam i dochodzą tam do głosu ludzie, którzy poprzednio nie cieszyli się uznaniem najwyższych władz partii. 
Przedwojenne bale maskowe w Hotelu Bristol.
   Władek, który często wyjeżdżał za granicę, wspomniał także o niepokojach na Węgrzech, ale wtedy również nie wiedziałam o co chodzi. Postanowiłam podpytać wieczorem męża, jednak nie byłam pewna, czy mi coś na ten temat powie.
Romanowicz z Władkiem, postanowili iść do baru na koktajl, zostałyśmy przy stoliku same. Ja byłam po raz pierwszy w tym wytwornym lokalu, ale Ewa czuła się tu jak w domu, bo często bywała z mężem na dansingach. Siedziała z nogą wysoko założoną na nogę, i rozglądała się po sali, wtajemniczając mnie w nazwiska i stanowiska osobistości siedzących na sali. Ja nie znałam nikogo. Miała cholernie dobrą pamięć wzrokową, bo nagle drgnęła i pochyliła się w moją stronę.
- Iza, patrz! Przy tamtym stoliku w pobliżu orkiestry... Widzisz?
- O co chodzi? - spytałam, zdumiona jej zachowaniem.
- Nie widzisz? Tamten gość, co siedzi przy generale.... - tu wymieniła jakieś nieznane nazwisko. - No, przecież to ten sam facet, który był wtedy w kawiarni na tarasie. Kłaniał ci się. Psiakrew, ja go znam z widzenia, ale nie pamiętam skąd! Założę się, że to też jakiś oficer. Iza, widzisz, on się patrzy w naszą stronę!...
Bal artystów filmowych. Kondar Tom, Zizi Halama i Zula Pogorzelska.
   Udając, że poprawiam fryzurę, uniosłam rękę i zasłoniwszy twarz, spojrzałam nieznacznie we wskazanym przez Ewę kierunku. Nagle zrobiło mi się zimno, jakby mnie owiał lodowaty wiatr. Obok tłustego mężczyzny w cywilnym ubraniu, spostrzegłam Bielajewa! Naprawdę patrzył w naszą stronę, niedbale paląc papierosa.
Bałam się, ogromnie się bałam, oczywiście nie pułkownika, lecz reakcji mego męża. Miałam w pamięci jego spojrzenie, wówczas na wycieczce, gdy Bielajew klęcząc, zapinał mi pasek sandałka. Boże, że też musiałam dziś znowu na niego trafić. Modliłam się, żeby wyszedł, zanim Romanowicz powróci z baru. Ale nic na to nie wskazywało. Musiałam zblednąć, bo Ewa patrzyła na mnie z niepokojem.
Przedwojenny bal elity polskiej
- Co się stało, kochanie? Znasz tego faceta? Prawda, przecież ci się wtedy kłaniał.
- Ewuniu, mówiłam ci, że widziałam go tylko raz, na zabawie i to wszystko.
- Oj, chyba jednak nie wszystko. - mruknęła.
Żałowałam, że nie palę papierosów, bo mogłabym zająć czymś ręce. Mąż i Władek wrócili już pod dobrą datą, podśpiewując i leciutko chwiejąc się na nogach. Miałam nadzieję, że nietrzeźwy Romanowicz nie zauważy pułkownika, ale się pomyliłam. On miał wzrok jastrzębia. Zresztą nie musiał go dostrzeć, bo kiedy tylko zagrała orkiestra, Bielajew wstał i podszedł do naszego stolika. Obaj mężczyźni poderwali się na jego widok, niemal stając na baczność. Bielajew także był po cywilnemu, w ciemnym ubraniu i pod krawatem. Uśmiechnął się do męża i rzekł z silnym rosyjskim akcentem:
 Przedwojenny bal w Hotelu Bristol.
- Pozwolicie, towarzyszu, że zatańczę z waszą żoną?
Romanowicz skłonił się.
- Oczywiście, towarzyszu pułkowniku.
Bielajew skrzywił się z niezadowoleniem.
- Teraz jesteśmy po cywilnemu. To lokal, nie koszary. - pouczył go chłodno.
Romanowicz przygryzł wargę, ale nadal nie przestawał się uśmiechać. Skinął na mnie, nakazując mi gestem, żebym wstała i tańczyła. Poczułam się, jakbym była na targu niewolników. Celowo przez chwilę zwlekałam, ale widząc jego groźne spojrzenie, wolałam nie ryzykować. Orkiestra grała jakieś rzewne tango, nie pamiętam już jakie, bo z wrażenia straciłam zdolność artykulacji i milczałam jak zaklęta, poruszając się w takt muzyki. Bielajew tańczył spokojnie, nie próbując przyciskać mnie do siebie, ani dmuchać mi w ucho. Zachowywał się obojętnie, lecz kiedy uniosłam głowę, spostrzegłam, że nie spuszcza ze mnie wzroku.
- Żal takich pięknych włosów. - powiedział półgłosem. - Czemu... Jak po polsku się mówi... - zrobił palcami gest przypominający nożyczki.
- Ścięłam włosy? Za dużo kłopotu, zresztą bolała mnie głowa. - skłamałam gładko. - Gorzej wyglądam? - spytałam z mimowolną kokieterią.
- Niet. - powiedział krótko i na tym skończyła się nasza konwersacja. Do końca nie odzywaliśmy się już do siebie. Kiedy orkiestra zamilkła, odprowadził mnie do stolika i ucałował moją dłoń. Skinął głową Ewie, która wpatrywała się w niego cielęcym wzrokiem i odszedł. Spojrzałam na męża, patrzył za nim z jakimś dziwnym wyrazem twarzy. Bałam się z każdą chwilą coraz więcej.
Władek nie był zbyt rozgarnięty, bo zaśmiał się i rzekł znacząco:
- No, no! Pani Iza zawojowała pułkownika, a był nie do zdobycia. Pamiętasz, Tosiek, nawet my podsyłaliśmy mu kurewki, ale je wypędzał.
Romanowicz popatrzył na niego takim wzrokiem, że dreszcz przeleciał mi po plecach i szepnął:
- Zamknij się, idioto!
Skarcony Władek natychmiast zamilkł, ale za to Ewa postanowiła skorzystać z sytuacji.
- Panie majorze. Proszę mi powiedzieć, co to za tajemnicze indywiduum, ten ruski? - zaszczebiotała zalotnie.
- Nie ma w tym żadnej tajemnicy. Po prostu radziecki oficer. To wszystko.
- Pan go dobrze zna? - nie ustępowała Ewa.
- Nie. - powiedział mąż przez zaciśnięte zęby.
Był już zły i zaczęłam się obawiać, że po powrocie do domu, wyładuje wściekłość na mnie.
Ewa miała na tyle taktu i rozumu, że nie przeciągała struny i także zamilkła. Nastrój przy stoliku zaczął przypominać rodzinny grobowiec. Orkiestra zagrała jakiś południowo-amerykański kawałek, Ewa i Władek poszli tańczyć. Mnie Romanowicz do tańca nie poprosił. Siedział w ponurym milczeniu i dolewał sobie co chwilę do kieliszka koniaku. Udawał, że mnie nie dostrzega. Postanowiłam zagrać va banque.
- Na mnie jesteś zły? - spytałam, pochylając się w jego stronę. - Przecież sam kazałeś mi z nim zatańczyć. O co ci chodzi?
Powoli uniósł głowę i posłał mi dwuznaczny uśmiech.
- Na ciebie? Ależ ja wcale nie jestem zły. Wprost przeciwnie; myślę, że wszystko dobrze się układa.
- Nie rozumiem. Co się dobrze układa? - zdumiona uniosłam brwi.
- Wszystko, kotku. - rzucił okiem na zegarek. - Chyba już pójdziemy, bo robi się późno. Ewa z Władkiem, jak chcą mogą zostać.
Zazwyczaj bawił się do końca, bo lubił tańczyć. Nie miałam złudzeń, że po powrocie do domu odkuje się na mnie. Odruchowo spojrzałam w stronę, gdzie siedział Bielajew. Pułkownik był odwrócony do nas plecami i rozmawiał z ożywieniem z grubym generałem. Wydawał się już wcale nie być nami zainteresowany.
Bal sylwestrowy w latach pięćdziesiątych.
   Ale dostrzegłam, że na wysokości jego głowy, wisi duże lustro wprawione w ścianę. W tym lustrze odbijały się osoby siedzące przy dalszych stolikach. Także i my! Romanowicz nie pracował w przedszkolu, ale w Informacji. Natychmiast zorientował się w taktyce pułkownika i dlatego postanowił wyjść. Orkiestra skończyła grać i Ewa z mężem usiedli na swoich miejscach.
- Idziemy do domu. - powiedział mąż. - Iza jest zmęczona, a ja muszę jutro być w formie, bo mam mnóstwo ważnych spraw do załatwienia. Władek, idziecie, czy zostajecie?
- Zostaniemy jeszcze trochę, prawda Ewciu? - Władek obrócił się ku żonie, kładąc jej rękę na ramieniu.
- Chyba taaak. - powiedziała z namysłem, posyłając nieznaczne spojrzenie ku stolikowi, przy którym siedział Bielajew.
O diablica! - pomyślałam z podziwem. - Zagięła parol na pułkownika! Bardzo ją lubiłam i nie miałam wcale o to do niej pretensji. No, raczej nie... Co najwyżej mogłam współczuć Władkowi. Wyglądał poczciwie i był w niej zakochany, całym swoim zatłuszczonym sercem. Zresztą miałam dziwna pewność, że z Bielajewem jej się nie uda, podobnie jak z Romanowiczem, tylko z innego powodu.
    Wstałam, narzuciłam na ramiona szal i pocałowawszy Ewę w policzek, rzuciłam jej do ucha:
- Cholerna flirciara! Ale i tak ciebie kocham!
Pożegnałam się z Władkiem i wyszliśmy z sali. W tej samej chwili pułkownik Bielajew zdecydował się opuścić lokal. Spotkaliśmy się w recepcji, gdzie mąż odbierał płaszcz od szatniarza.
- Już wychodzicie? - Bielajew zwrócił się z tym pytaniem do mego męża, jednocześnie patrząc na mnie.
- Tak, żona jest zmęczona. - odrzekł Romanowicz, wiążąc pedantycznie na szyi jedwabny szalik.
- Nu da, a wy, towarzyszu, zadzwońcie do mnie jutro. Umówimy się na jakieś męskie spotkanie, co?

Ta propozycja zaskoczyła Romanowicza. Zatrzymał się w połowie ruchu, patrząc na niego ze zdziwieniem. Ale pułkownik zignorował go, zwracając się bezpośrednio do mnie.
- Pozwolicie, prawda?
- Oczywiście. - skinęłam mu głową i pierwsza ruszyłam do wyjścia. - Dobranoc, panu.
W milczeniu wsiedliśmy do taksówki i dojechaliśmy do domu,  c.d.n.

wtorek, 21 lutego 2017

SEKRETY RODZINNE - PERŁY!

21 lutego 2017 r.


Nie czekałam na Romanowicza długo. Po kwadransie usłyszałam dzwonek w przedpokoju i poszłam otworzyć. Wszedł, nie witając się ze mną i rzucając z rozmachem teczkę na fotel w sypialni. Spostrzegłam, że był w złym humorze, lecz mimo to zdecydowałam się stanowczo z nim pomówić. Kiedy odwrócił się w moją stronę, zobaczyłam, że był bardzo blady, a jego oczy połyskiwały złowrogo spomiędzy czarnych rzęs. Rzucił czapkę na tapczan i huknął drzwiami od łazienki. Jego zachowanie nie wróżyło nic dobrego.
- Słuchaj. - rozpoczęłam odważnie rozmowę. - Dlaczego nie mogę połączyć się telefonicznie z domem? Rodzice także nie mogą dodzwonić się do mnie.
Z łazienki dochodził tylko szum prysznica i nic więcej.
- Może mi to wyjaśnisz? Mam prawo rozmawiać z rodzicami, a oni ze mną. To ty kazałeś zablokować telefon, żebym nie kontaktowała się z domem, tak?
Drzwi do łazienki otwarły się gwałtownie i Romanowicz wszedł do sypialni. Dalej był blady jak kreda, miał zaciśnięte szczęki i niebezpieczne błyski w oczach.
- Gówno mnie to obchodzi. - warknął. - Iza, gdzie masz perły?
Osłupiałam ze zdumienia. Dlaczego przyszły mu na myśl moje perły?
- Po co ci moje perły?
- Odpowiadaj, do kurwy nędzy! Gdzie je schowałaś?
- Przestań interesować się moją biżuterią. Niewiele już mi zostało? - wzruszyłam ramionami. Stałam oparta o ścianę, niemal na odległość wyciągniętej ręki, skora do odskoku, gdyby chciał mnie uderzyć.
- Iza, nie przeciągaj struny. Daj mi perły.
- Nie dam! - krzyknęłam, uniesiona gniewem. - To są moje perły i nie dostaniesz ich do ręki. Po co ci one?
- Nie twoja rzecz. Iza, pytam po raz ostatni. Gdzie ukryłaś te pieprzone perły? W kasetce ich nie ma.
- Szukałeś? Myślałeś, że nie pamiętam, co stało się z moim pierścionkiem, łańcuszkiem i broszką? Pereł nie dostaniesz!
Nie przewidziałam jego błyskawicznego ataku. Dopadł mnie i chwycił całą garścią z tyłu głowy za włosy. Poczułam straszny ból i krzyknęłam.
- Puść mnie, ty draniu! To boli!
- Gdzie schowałaś perły? - syknął przez zaciśnięte zęby. - Mów, bo wyrwę ci wszystkie włosy z głowy, słyszysz?
Owinął sobie moje warkocze wokół dłoni i szarpnął z całej siły, a mnie nagle gwiazdy stanęły w oczach. Czułam, że wyrwał mi duży kosmyk włosów razem ze skórą, bo krew zaczęła sączyć się z głowy spływając po policzku.. Milczałam.
 - Iza, zabiję ciebie, jeżeli mi nie powiesz, gdzie ukryłaś perły!
Zacisnęłam powieki i nie odpowiedziałam
- Ty przeklęta dziwko! - uderzył mnie otwartą dłonią w twarz. - Słuchaj suko, nie doprowadzaj mnie do ostateczności, rozumiesz? Chcę mieć te twoje pierdolone perły!
Gdy nie odpowiedziałam, uderzył mnie ponownie w twarz i zaczął szarpać za włosy, bijąc moją głową o ścianę. Chciałam się wyrwać z jego rąk, ale był bardzo silny i nic nie mogłam zrobić, żeby się uwolnić. Ból wyrywanych włosów stał się po prostu nie do zniesienia. Miałam wrażenie, że razem z włosami wyrwie mi głowę z szyi. Patrzyłam z bliska w jego oczy aż białe z dzikiej wściekłości. Mógł mnie zabić. 
   Perły nie były warte, żeby za nie ryzykować utratę życia.
-  Puść! - jęknęłam. - Dam ci perły.   
   Natychmiast mnie uwolnił i podszedł za mną do szafy. Spomiędzy mojej osobistej bielizny wyjęłam puzderko i otworzywszy je, rzuciłam mu sznur pereł w twarz.
- Masz, ty, bydlaku! Ty cholerny ubecki sadysto, niech cię szlag trafi! Udław się nimi! - krzyknęłam z furią i wybuchnęłam głośnym płaczem.
    Perły osunęły się po jego twarzy i upadły na dywan. Bez słowa schylił się, podniósł je, wziął czapkę i teczkę, a po chwili usłyszałam trzask zamykanych drzwi. Upadłam na podłogę, bijąc w nią pięściami i zanosząc się od płaczu. Głowa pękała mi z bólu, a po czole i policzku dalej spływał strumyk krwi. 
   Tej nocy Romanowicz nie wrócił do domu. Leżałam na tapczanie nie śpiąc. Zażywałam tabletki, bo ból się wzmagał i szumiało mi w uszach. Nadsłuchiwałam czy nie zajeżdża samochód. Ale nic się nie wydarzyło i usnęłam dopiero nad ranem. Wstałam dosyć późno, jeszcze cała obolała po wczorajszym biciu. Wykąpałam się, ubrałam, zrobiłam mocny makijaż, żeby zakryć sińce, i uraczywszy się dwoma tabletkami przeciwbólowymi oraz kieliszkiem koniaku, wyszłam z domu. Wsiadłam do zapchanego autobusu i pojechałam do mego fryzjera. Na szczęście był wolny, bo rano niewiele pań się czesało. Poprosiłam, żeby ściął mi włosy i zrobił trwałą. Początkowo nie chciał wprost uwierzyć, że pragnę pozbyć się warkoczy.
- Nie szkoda pani takich pięknych włosów? - upewnił się, biorąc nożyczki. - Może się pani namyśli?
- Nie. Proszę je ściąć!

Po krótkim czasie moje warkocze spadły na podłogę, a na głowie miałam rurki do trwałej ondulacji. Piekło jak cholera, szczególnie tam, gdzie miałam głębokie ranki na skórze. Westchnęłam uszczęśliwiona, gdy po zdjęciu całej maszynerii, fryzjer umył mi głowę i nakręciwszy włosy na wałki, wsadził mnie pod huczącą suszarkę. Celowo postanowiłam nie patrzyć na siebie, dopóki fryzjer mnie nie uczesze. Kiedy potem spojrzałam w lustro, prawie siebie nie poznałam. Byłam zupełnie inną osobą, bardziej dorosłą i atrakcyjną. Modna była w tym czasie fryzura, tak zwana „amerykanka”. Krótkie loczki koliście otaczały głowę. Fryzurka okazała bardzo twarzowa i było mi w niej ładnie. No, teraz ten zboczeniec nie będzie mógł okręcać sobie wokół dłoni mego warkocza, i wyrywać mi włosów z głowy.
To  była fryzura "amerykanka" w stylu Marylin Monroe.
   Nie chciałam jeszcze wracać do domu, bo już zdążyłam go znienawidzić. Miałam w torebce trochę pieniędzy, więc wybrałam się na Powązki, odwiedzić kwaterę naszych chłopców i dziewcząt z baonu Zośki” i „Parasola”. Zachwyciłam się tym cmentarzem, bo jestem dziwną osobą, lubiącą miejsca wiecznego spoczynku. Wzruszyły mnie do łez rzędy jednakowych grobów z krzyżami z białej brzozy. 

Zapaliłam znicze na kilku grobach, wzięłam kamyk z mogił „Zośki”, „Rudego” i Alka, moich ulubionych bohaterów z czasów wojny. Na szczęście Romanowicz nie wiedział, że moi kuzyni byli ich bliskimi przyjaciółmi i towarzyszami broni. Pomodliłam się przy grobach braci Romockich "Andrzeja Morro" i "Bonawentury",bardzo mi bliskich z książki "Zośka i Parasol"A. Kamińskiego.

Oglądając tablice nagrobne zauważyłam, w jak młodym byli wszyscy wieku. Niewielu z nich przekroczyło dwadzieścia lat. Pomyślałam, że zbył hojnie szafowano ich życiem. Poszłam na grób mego ulubionego poety, Krzysztofa Baczyńskiego i zastanawiałam się ze zgrozą, jak lekkomyślnie pozbawialiśmy się sami największych talentów. W każdym kolejnym nieudanym powstaniu ginęli ludzie, których za wszelką cenę powinniśmy chronić.
Groby braci Romockich. Andrzeja i Jana.
Mieliby teraz czterdzieści lat, z pewnością byliby mądrymi, wspaniałymi ludźmi, wnoszącymi w życie narodu wiele cennych zalet. Wiedzę zdobytą na tajnych uniwersytetach i prawdziwy, czysty patriotyzm. Lecz z drugiej strony, czy obecny reżim pozwoliłby im na przeżycie? Wszyscy niemal pochodzili z rodzin inteligenckich, o szlacheckich, a nawet arystokratycznych korzeniach. Takie pochodzenie w tej epoce, było postrzegane jako przestępstwo. Władza robotniczo-chłopska nienawidziła ludzi wychowanych w innej Polsce, którzy nie daliby się zwieść ideologicznym bredniom, stawiając opór reżimowi. Wielu chłopców i dziewcząt z AK, zostało bestialsko zamordowanych w katowniach UB i Informacji Wojskowej. 
   Boże, w jednym grobie spoczywał jedenastoletni żołnierz!!!

   Długo przechadzałam się po cmentarzu, podziwiając niektóre stare nagrobki podobne do luksusowych willi, przepiękne posągi i mądre epitafia. Lubiłam cmentarze, w czasie okupacji chodziliśmy tam na spacery, bo przechadzka po ulicach mogła zakończyć się tragicznie. 
Kwatera batalionu "Zośka"
   Rozważałam z lękiem, jak zachowa się Romanowicz, powróciwszy do domu? Boże, tak bardzo pragnęłam, żeby nie pojawił się już nigdy. Niech go ktoś zastrzeli, niech wpadnie pod samochód, albo dostanie zawału! Tylu porządnych ludzi nagle żegna się z tym światem, a taki potwór żyje i krzywdzi innych.
    Z radością przywdziałabym po nim żałobę i odtańczyła skoczną pogrzebową poleczkę! Bałam się go, wyobrażając sobie z rozpaczą, że związałam się z nim na lata, bo on mi rozwodu, przynajmniej na razie, nie da, a uciec od niego nie mogę. W jakiś anormalny sposób nie chciał mnie od siebie uwolnić. Może teraz, kiedy nie mam już żadnej biżuterii, puści mnie do domu? Cień nadziei wstąpił w moje serce.
    Wyszłam z cmentarza i po drodze, kupiłam w dużym sklepie garmażeryjnym, pierogi z jagodami. Odsmażę je na kolację na maśle i podam ze śmietaną. Dawno już nie jadłam pierogów z owocami, chyba jeszcze w ubiegłym roku u mamy. Wróciłam do mieszkania i w przedpokoju rzuciłam okiem do lustra, podziwiając swoją nową twarz. Fryzura diametralnie mnie odmieniła. 
   Już nie byłam nastolatką z warkoczami, lecz dorosłą kobietą. Romanowicz wrócił z pracy dosyć wcześnie i jak gdyby nigdy nic, pogwizdując sobie, wszedł do przedpokoju, powiesił płaszcz i zajrzał do kuchni.
- Cześć, kotku. - odezwał się takim tonem, jakbyśmy rozstali się w najlepszej zgodzie.
    Nie odpowiedziałam, przewracając widelcem smażące się na patelni pierogi.

- Wszystko w porządku? - klepnął mnie w pośladek i uszczypnął.
    Poderwałam się, zła jak osa.
- Niech cię cholera! - syknęłam. - Na mózg ci padło, że w ten sposób witasz się ze mną?
- A co? Miałem przyjść z kwiatami? O co się znowu dąsasz?
    Nie, on chyba był obłąkany! Ale nie zdążyłam jeszcze wygarnąć mu prawdy w oczy, kiedy złapał mnie za ramiona i odwrócił ku sobie.
- Iza, ścięłaś włosy? Dlaczego nie spytałaś mnie o zgodę? Pokaż no się.... - obrzucił mnie uważnym spojrzeniem i gwizdnął. - No, no! A wiesz, że fajnie ci w tej fryzurze. Podobasz mi się.
    Gwałtownym ruchem wyrwałam się z jego rąk.
- Ty cholerny sukinsynu. - wrzasnęłam zaciskając pięści. - Ścięłam warkocze, żeby pozbawić cię okazji do wyrwania mi ich z głowy! Masz starczą demencję, że nie pamiętasz, jak mnie potraktowałeś? Myślisz, że bicie kobiety doda ci męskości? Przegrałeś moje perły, przepuściłeś mnóstwo pieniędzy na te swoje pieprzone karty. Ty podły draniu! Nienawidzę cię i nie zbliżaj się do mnie, bo wezmę nóż i wpakuję ci go w bebechy!
    Jeżeli spodziewałam się, że wybuchnie gniewem, lub przejmie się moimi groźbami, to grubo się myliłam. Romanowicz wybuchnął śmiechem i choć się z całej siły opierałam, objął mnie mocno, całując w usta.
- To była twoja wina, kotku. - powiedział pogodnie. - Prosiłem ciebie o perły, a tyś się stawiała. Nie jestem przyzwyczajony do oporu i trochę mnie poniosło. No, ale nie tak bardzo, że zaraz musisz robić z tego tragedię. Przecież nic ci się nie stało. Wyglądasz kwitnąco. Podobasz mi się teraz nawet więcej, niż z długimi włosami. Co masz dziś na kolację? Zgłodniałem.
    Opadły mi ręce. Z tym człowiekiem nie można było rozmawiać, bo on nie rozumiał moich oskarżeń. Jak sam powiedział, nie był przyzwyczajony do oporu.
- Posłuchaj. - odezwałam się już spokojnym głosem. - Zabrałeś moje perły i nic więcej nie zostało mi z biżuterii. Zabraniasz mi rozmawiać z rodzicami i blokujesz telefon, bo nie chcesz, żebym się z nimi kontaktowała. Wobec tego, pozwól mi wrócić do domu i znajdź sobie jakąś inną kobietę, zasobną w gotówkę. Ja ci nie pomogę, kiedy znowu przegrasz w karty duże pieniądze.
    Machnął ręką, o długich mocnych palcach, którą się niegdyś zachwycałam. Potem przekonałam się, że ta ręka potrafi mocno i skutecznie bić. Przypomniałam sobie uderzenia jego dłoni w moją twarz…. Romanowicz popatrzył na mnie z politowaniem.
- Iza, przestań gadać głupoty. Jesteś moją żoną i to, że nie posiadasz już biżuterii, nie ma znaczenia. Zresztą mylisz się mówiąc, że nic więcej nie masz!..... - uśmiechnął się tak dziwnie, że ciarki przebiegły mi po plecach. - Nie pojedziesz do domu, kotku. Z kim kochałbym się w nocy? Widzisz, jak elegancko się wyrażam? No, podaj kolację, coś smakowicie pachnie z tej patelni.
    Nie miałam już siły, żeby z nim dyskutować, bo i tak nie zrozumiałby. Człowiek pozbawiony moralności, nie przejawia skruchy za swoje czyny. Po prostu uważa, że nic nie zaszło i ktoś ma nieuzasadnione pretensje. On cierpiał na schizofrenię!
   Bez słowa nałożyłam mu na talerz pierogi, polałam śmietaną i posypałam cukrem pudrem z wanilią. Chętnie podałabym mu truciznę, ale nie miałam jej pod ręką. Kolacja bardzo mu smakowała i pochwalił mnie. Kiedy poszedł się kąpać, wzięłam poduszkę, gruby pled i w drugim pokoju pościeliłam sobie na kanapie. Na wszelki wypadek drzwi zamknęłam na klucz! Kiedy zaczął pukać, a potem walić pięścią, domagając się żebym otworzyła, powiedziałam spokojnie:
- Nie kompromituj się, bo pani Danusia usłyszy, że dostałeś od żony odprawę!
- Iza, otwórz, bo wywalę drzwi! - zagroził.
- Zrób to, a ja wychylę się przez okno i zacznę wzywać milicję! - oświadczyłam, kładąc się na kanapie i owijając pledem.
    Słyszałam, jak mnie przeklina, ale widać uznał, że byłam do tego zdolna. Kopnął w drzwi i poszedł do sypialni. Znalazłam na niego sposób. Całą noc spałam spokojnie i rano wstałam rześka, jak skowronek. Spojrzałam na zegarek, była dopiero szósta! Romanowicz jechał do pracy o ósmej, więc miałam czas, kiedy on spał, skorzystać z łazienki i wziąć prysznic, bo dzień wstał dosyć gorący i parny, jak na wrzesień.
Na paluszkach wyszłam z pokoju i skierowałam się do łazienki. Byłam pewna, że Romanowicz śpi, bo sen zawsze miał bardzo twardy. Weszłam pod prysznic i z rozkoszą zaczęłam się myć przekonana, że w razie czego uda mi się zwiać do pokoju i znowu się zamknąć.
Cholera, drzwi do łazienki nie miały klucza i w momencie gdy kończyłam ablucje, wparował tam mój ukochany małżonek! Chwycił mnie taką, jaka byłam, nagą, mokrusieńką i zaniósł do sypialni. Wrzeszczałam i tłukłam go pięściami po głowie, ale nic nie wskórałam. Cisnął mnie na tapczan i zrobił swoje, celowo boleśnie. Byłam taka wściekła, że kilka razy mocno go ugryzłam, ale to bynajmniej go nie zniechęciło, wręcz przeciwnie. Skończywszy, wstał i zaczął się ubierać. Ja leżałam wciśnięta mocno w tapczan i trzęsłam się ze złości. Podszedł do mnie i poczochrał mnie po włosach.
- Jesteś wstrętnym kłamczuchem. - powiedział, uśmiechając się złośliwie. - Bartnikowa jeszcze nie wróciła z Kaliningradu. Zapamiętaj sobie kotku, że mężowi nie odmawia się przyjemności, kiedy wraca po ciężkiej pracy. Klucz od pokoju likwiduję, żebyś znowu nie zamknęła się przede mną. Ostrzegam cię, Iza, jeszcze raz wytniesz mi podobny numer, a dostaniesz ode mnie takie lanie, że przez tydzień nie usiądziesz na pupie, jasne? A teraz racz wstać i zrób mi śniadanie.
- Nie chcę! - warknęłam przez zaciśnięte zęby.
   Wzruszył ramionami, podszedł do tapczana i chwyciwszy prześcieradło, ściągnął mnie razem z całą pościelą na podłogę. Rąbnęłam z wysoka tłukąc się boleśnie, bo tego się nie spodziewałam. W porównaniu z nim, byłam bez szans. Zrezygnowana wstałam i owinąwszy się prześcieradłem, podreptałam do kuchni. Czułam się do głębi duszy upokorzona i zniewolona. A niech go szlag trafi!
 - Kotku, przyjdę dziś wcześniej do domu. Nie rób kolacji. Ubierz się ładnie, bo pójdziemy do kawiarni. - powiedział, smarując bułkę masłem i pasztetem.
- Nigdzie z tobą nie pójdę, świnio!
- Iza, jesteś dziś nieznośna. Pójdziemy do Cafė Bristol. Zostaniemy na dansingu, więc włóż na siebie coś ładnego. Zadzwoń do Ewy, niech się wybierze razem z nami. No, nie rób miny cierpiętnicy. Ostatecznie nie robię ci przecież krzywdy, a że lubię kochać się z tobą, to nie grzech. Zwróć uwagę, jak wytwornie się wyrażam. Przy tobie z każdym dniem nabieram kultury.
   Skończył jeść śniadanie i wstał od stołu, idąc do sypialni. Po drodze zdarł ze mnie prześcieradło i roześmiał się, widząc moją furię. Zamknęłam się w łazience i siedziałam w niej do czasu, aż w przedpokoju trzasnęły drzwi. Poszedł sobie! c.d.n.

niedziela, 19 lutego 2017

SEKRETY RODZINNE. ROZMOWA Z OJCEM.


19 lutego 2017 r.
Afisz z kultowego filmu polskiego.
Nigdy nie lubiłam poniedziałku, bo to jest mój dzień feralny. Wystarczy, że w tym dniu się urodziłam, a nie w niedzielę, jak to sobie mama zaplanowała. Właśnie w poniedziałek przytrafiały mi się w życiu wszystkie nieszczęścia. Jak to trafnie przewidziałam, Romanowicz wstał z łóżka lewą nogą i miał parszywy humor. Bolała go głowa, a oczy miał czerwone z pijaństwa i niewyspania. Na kacu poszedł do łazienki i wlazł pod prysznic, bo usłyszałam głośny strumień wody. Jak zwykle wyszedł już ogolony, ale nadal w podłym nastroju.
Zagrzałam mu parówki, podałam wczorajszą sałatkę i śledzie oraz zrobiłam mocną kawę w nadziei, że może przyjdzie trochę do siebie. Nie chodziło mi wcale o niego, lecz o mnie i tych przesłuchiwanych biedaków. Jadł bez apetytu, co mu się rzadko zdarzało i patrzył przed siebie ponuro.
- O czym rozmawiałyście z Ewą? - spytał, przełknąwszy kolejny kęs parówki.
- O niczym, co mogłoby ciebie interesować. Zwykle babskie ploteczki.
- A co ci mówiła o mnie?
- Nic, czego bym o tobie nie wiedziała. Z wyjątkiem twego upodobania do hazardu. Teraz już rozumiem, do czego były ci potrzebne moje pieniądze.
- Głupia cipa! - mruknął, odsuwając od siebie talerz z kanapkami. - Iza, nie ożeniłem się z tobą dla pieniędzy, po prostu miałem ochotę mieć własną dupcię w domu. Ty mi się podobałaś. Nie wierz tej ździrze. Władek dał się jej omotać i całkiem wlazł pod pantofel żonki, bo lubi ściskać jej duże cycki. Ale ty nie próbuj Ewy naśladować! - ostrzegł, wstając od stołu. - Wczoraj przyjęcie się udało, wszystko było bardzo smaczne. Koledzy mówili, że mam fajną żonę. Wygrałem od nich pięćset złotych. Masz, kup sobie coś.

- Dziękuję. Na razie pieniędzy nie potrzebuję. - powiedziałam chłodno, sprzątając ze stołu naczynia. - Zachowaj te pieniądze na wypadek, gdyby ci karta nie szła. Nie będziesz musiał sięgać do mojej kasetki z biżuterią!
- Kotku, jestem twoim mężem i co twoje, to moje, prawda? - stał przy drzwiach, zapinając pas z pistoletem.
- Dobrze, że mi to uświadomiłeś. Teraz śmielej sięgnę do twego portfela, jak zabraknie mi pieniędzy na życie.
- Nie radzę! - oświadczył zimno.
Obdarzył mnie ponurym spojrzeniem, pocałował w szyję i wyszedł. Ale za moment wrócił z powrotem.
- Mam nadzieję, że nie jesteś na mnie zła, bo wczoraj zasnąłem nie dokończywszy sprawy? Dzisiaj się poprawię.
- Naprawdę nie musisz. Znam doskonale twoje możliwości.
    Patrzyłam przez okno, jak wsiadł do auta i pojechał. No, nareszcie!...
Cieszyłam się na spotkanie z Ewą. Czułam się samotna, bo pani Danusia wyjechała na kilka dni, żeby spotkać się z mężem, będącym w Kaliningradzie. Dłuższy czas spędziłam przed lustrem, robiąc staranny makijaż, bo Ewa była młoda i ładna. Ubrałam elegancki letni kostium z różowej, cienkiej wełenki i pantofelki na wysokich obcasach. 
   Dzień był idealny do spacerów po mieście. Nie za gorący, lecz ciepły, a lekki wiatr od Wisły, chłodził twarz. W przydomowych ogródkach, siedziały kobiety w perkalowych sukienkach i w fartuszkach. Obok, na stołach, stały stały misy i talerze z wiśniami lub bobem. Letnie powietrze rozleniwiało.
Warszawski dzień...
    Warszawa, jak zwykle, tętniła życiem. Ulice pełne były przechodniów spieszących gdzieś przed siebie. Trąbiły samochody, rozlegały się dzwonki tramwajów. Dopchałam się do zatłoczonego autobusu i pojechałam do Śródmieścia, jak zwykle podziwiając most Poniatowskiego. Pamiętałam zdjęcia mostu zaraz po zakończeniu wojny. Był taki żałosny, połamany, podziurawiony, tkwiący połową w wartkich nurtach Wisły. Teraz znowu był szeroki i piękny, jakby nie było wojny i powstania. 
    Złapałam się na tym, że zaczynam kochać Warszawę. Może nie tę, jaka jest teraz, ale dawniejszą. Tę sprzed wieków, stolicę wielkiej Rzeczypospolitej i niedawną, za jej wspaniałą bohaterską przeszłość, która pozostawiła widoczne ślady na murach ocalałych z pożogi domów, a nawet drzew, o poranionej pociskami korze.
   
Mocno przyduszona i spocona, wysiadłam na przystanku w pobliżu Centralnego Domu Towarowego. Jak zwykle były tam tłumy kupujących i z trudem dostałam się do windy. Weszłam do kawiarni na taras i zobaczyłam Ewę, siedzącą już przy stoliku i zajadającą lody czekoladowe. Na mój widok podniosła rękę i pokiwała do mnie.
- Ale fajny masz kostium! - powiedziała, gdy usiadłam naprzeciw niej. - Gdzie go kupiłaś?
- Wcale go nie kupowałam. Uszyła mi ten kostium nasza krawcowa.
    Kiedy podeszła kelnerka, zamówiłam krem sułtański i kawę, bo po lodach często chorowałam na anginę.
- Lubisz tańczyć? - spytała Ewa, w błyskawicznym tempie kończąc jeść lody.
- Bardzo lubię.
- To może wybierzemy się razem na jakiś ubaw, co? Mój Władek porusza się na parkiecie jak słoń, ale twój mąż świetnie tańczy. Jak wyciągniemy ich na zabawę, to nie będą grali w karty, a mój Władek nie przegra pieniędzy.
Moda lat pięćdziesiątych.

- Zdaje się, że wczoraj biedak trochę przegrał, bo mąż chwalił się wygraną. - zauważyłam.
- Co za cholerny nałóg! - prychnęła Ewa ze złością. - Już bym wolała żeby pił! Dobrze, że moi rodzice o tym nie wiedzą. Oni by nawet nie zrozumieli o co chodzi. Na wsi nie ma karciarzy, bo na kartach się nie znają. Zresztą tam ludzie ciężko pracują i nie mają czasu na takie idiotyzmy. Szanują każdy grosz i z pewnością nie traciliby pieniędzy w taki głupi sposób. Ty też pochodzisz ze wsi?
- Nie. Jestem z Poznania, a mieszkałam na Śląsku. Ale w czasie okupacji długo przebywałam na wsi i bardzo wieś kocham.
- Powiedz mi, Iza, jak to się stało, że wyszłaś za Romanowicza? - zadała mi niespodziewane pytanie.
- Ja także teraz często zadaję sobie to pytanie.. - zaśmiałam się ironicznie. - Byłam... i jeszcze jestem niemądrą gówniarą. Adoracja starszego mężczyzny ogromnie mi zaimponowała. Byłam naiwna i romantyczna. Po prostu straciłam dla niego głowę, a kiedy zażądał żebyśmy się prędko pobrali, wymusiłam ten ślub na rodzicach. Kompletnie nic o nim nie wiedziałam. Po ślubie mąż prędko wyleczył mnie z naiwności i romantyzmu.
Centralny Dom Towarowy. Na dachu odbywały się pokazy mody.
- Mój tata raczej by mi nogi przetrącił, niż pozwolił wyjść za oficera Informacji. Oni myślą, że to jest to samo, co UB, a ubowców panicznie się boją. Nigdy nie mówiłam rodzicom, gdzie Władek pracuje, bo by mnie chyba przeklęli. Rodzice nie mieli pojęcia, że występowałam w teatrze. Mówiłam im, że dostałam posadę w biurze. Nie wiedzą, że przestałam chodzić do spowiedzi i do kościoła na nabożeństwo. Jak byłam ostatnio na wsi, mama kazała mi iść do spowiedzi, a jak się zaczęłam wykręcać, dostałam po pysku. Ot, widzisz, nasza wieś ciągle jest jeszcze ideowo zacofana!
Nie mówiła tego poważnie, ale z drwiącym uśmieszkiem. Czułam do niej coraz większą sympatię.
- A ty, Iza, chodzisz do kościoła?
- Czasami, ale nie na nabożeństwo, bo mąż by mi nie pozwolił. Po prostu, muszę gdzieś iść i prosić o pomoc. Nieważne, czy ktoś mnie wysłucha, lub nie. Ale choć przez moment łudzę się, że gdzieś tam, ktoś mnie usłyszy i pośpieszy mi z pomocą.
- To on jest aż taki zimny drań? - Ewa patrzyła na mnie z przerażeniem. - Babki za nim szalały, bo on się może bardzo podobać. Cóż, jak ci nie odpowiada, zawsze możesz od niego odejść.
- Bardzo bym chciała, ale niestety nie mogę. - dokończyłam mój krem i spojrzałam na zegarek. - Chodźmy już, Ewuniu, bo muszę jeszcze zrobić zakupy na kolację.
Kawiarnia na tarasie Centralnego Domu Towarowego.
   Wstałam wolno od stolika i odruchowo rozejrzałam się po tarasie. Naraz znieruchomiałam, ujrzawszy w kącie tarasu siedzącego tam pułkownika Bielajewa. Pił kawę i patrzył wprost na mnie. Kiedy dostrzegł, że go zauważyłam, lekko skinął mi głową, bo był w cywilnym ubraniu. Odkłoniłam się i pośpiesznie wyszłam z kawiarni. Ewa miała bystre oko i natychmiast go zauważyła. Zaciekawiona, pociągnęła mnie na rękaw żakietu.
- Iza, co to był za facet, który ci się kłaniał?
- Ach ten, poznałam go na zabawie w kasynie. Nie wiem nawet kto to jest, ani jak się nazywa. - skłamałam.
- Bo ja go też gdzieś już widziałam, ale chyba w mundurze. Tylko gdzie?... - Ewa zastanawiała się głośno, podnosząc w górę oczy.
- Nie wiem, kochanie. Pośpiesz się, bo jak nie zrobię mężowi gorącej kolacji, to mnie będzie gorąco. - zażartowałam, mimo że wcale nie było mi wesoło.
    Romanowicz lubił, kiedy podobałam się mężczyznom. Ale gdyby dowiedział się o Bielajewie, mogłoby mi być naprawdę ciepło, choć nie miałam żadnego wpływu na zachowanie pułkownika. Przecież raz tylko z nim tańczyłam i chwilę rozmawiałam, to wszystko. Nasze spotkania mogły być dziełem przypadku, a jeżeli nie?... Nawet bałam się o tym myśleć. Boże, tak bym chciała wrócić do domu i znowu być beztroską młodą dziewczyną, myślącą o studiach i niewinnym flircie. Wyobrażałam sobie z rozpaczą, że już nigdy w życiu nie zaznam prawdziwej miłości, i nie zaufam mężczyźnie, po moich dramatycznych doświadczeniach.
    To wydarzyło się kilka dni po opisanych wypadkach.
Romanowicz miał wrócić wcześniej na kolację, bo wybieraliśmy się do kawiarni.
Ubrałam się starannie, bo życzył sobie, żebym prezentowała się elegancko, i czekałam na niego, oglądając program telewizyjny. Był jakiś zabawny skecz w wykonaniu znakomitych polskich komików. Naraz poderwałam się, bo telefon ostro zaterkotał. Podeszłam do biurka i podniosłam słuchawkę. Dzwonił ojciec.
- Doprawdy, nie wiem, jak mam to rozumieć! - powiedział podniesionym tonem. - Jeżeli macie zepsuty aparat, to przyślę pieniądze, żebyś kazała go naprawić!
- O czym ty mówisz? - byłam zdumiona słowami ojca i jego tonem. - Mój telefon wcale nie jest zepsuty. To raczej wasz nawala, bo kilka razy dzwoniłam, a sygnał cały czas był zajęty, lub wcale go nie było. Właśnie napisałam do was list w tej sprawie.
W słuchawce zapadła nagła cisza. Ojciec zamilkł.
- Iza, co to znaczy? - spytał po chwili stłumionym głosem. - Ktoś celowo nas rozłącza?
- Nie wiem, tatusiu. - szepnęłam.
Modnie ubrane panie.
   Ale już wiedziałam. To Romanowicz kazał wyłączać nasz telefon, żeby rodzice nie mogli się do mnie dodzwonić. Ja również nie mogłam połączyć się z domem. Mąż nie życzył sobie, żebym utrzymywała kontakt z rodziną. Powtarzał, że stosunki z byłymi „obszarnikami” mogą zaszkodzić jego karierze!
- Musisz mi powiedzieć, w jakiej jednostce służy twój maż. - usłyszałam znowu głos ojca. - To skandal, żebym nie mógł dodzwonić się do własnej córki. Matka bardzo przeżywa rozstanie z tobą. Tym bardziej, że nie może porozmawiać z własnym dzieckiem.
- A gdzie jest mamusia?
- Jest od tygodnia w uzdrowisku. Pisała mi, że stamtąd także nie mogła się do ciebie dodzwonić. Iza, wyjaśnij mi, proszę, co się dzieje? W jakiej jednostce służy twój mąż?
- Tatku, błagam, jeśli mnie kochasz, absolutnie nic w tej sprawie nie rób. - krzyknęłam do słuchawki, trzęsąc się z przerażenia.
- Dlaczego? Do cholery, to sprawka Romanowicza, tak? To on jest tym złym duchem, który ciebie opętał. Podaj mi natychmiast jego jednostkę i nazwisko dowódcy! Muszę upomnieć się o prawo kontaktowania się z moją córką. Chyba, że ty sobie tego nie życzysz?
     Poczułam, że robi mi się słabo ze zdenerwowania. Przecież przez telefon nie mogłam ojcu powiedzieć, kim naprawdę jest mój mąż! Dawniej zamierzałam zadzwonić do rodziców z poczty i powiedzieć im kilka słów o sobie. Ale doszłam do wniosku, że nie wolno mi tego zrobić, bo telefon rodziców także mógł być na podsłuchu. Dla ludzi z profesji Romanowicza, nie było rzeczy niemożliwych. Westchnęłam ciężko, ściskając słuchawkę w spoconej dloni tak mocno, aż zabolały mnie palce.
- Tuptuniu! Proszę ciebie, na wszystkie świętości, bądź cierpliwy. - jęknęłam siadając na krześle, bo nogi załamywały się pode mną.
- On ci zabrania kontaktu z rodzicami?
W lecie wszyscy lubili lody Bambino.
    Nie odpowiedziałam, ale ojciec zrozumiał.
- Dobrze, nic nie zrobię w tej sprawie, ale oboje z matką bardzo się o ciebie niepokoimy.
- Obiecuję, że uczynię wszystko, żebyście zawsze mogli mieć ode mnie wiadomości. Widzisz, tatuniu, tutaj nic nie wygląda tak, jak myślałam. Ale przesadzasz z rolą mego męża. Żaden oficer Wojska Polskiego, nie jest w stanie spowodować blokady telefonów.- żebym rozmawiała z mama, ona by natychmiast właściwie zrozumiała to, co powiedziałam. - Boleję, że z winy mojej głupoty, macie tyle zmartwień, bo to tylko moja wielka wina, tatku. Upór jest złym doradcą, a głupota jeszcze gorszym.
- Szkoda, że doszłaś do tego wniosku po fakcie. - stwierdził twardo ojciec, ale zaraz złagodniał. - Jak się czujesz, córeczko? Jesteś zdrowa, co porabiasz?


Zaczęłam opowiadać o moim życiu, pytając o nasze domowe sprawy. Dowiedziałam się, że przed wyjazdem mamy, była u nas ciocia Wanda z jednodniową wizytą, bo jechała w jakimś interesie do Wrocławia. Chciała do mnie zatelefonować, ale nie mogła się dodzwonić. Babcia także kilka razy próbowała rozmawiać ze mną, bez skutku. Okazało się, że byłam izolowana. Próbowałam w zawoalowanej formie powiedzieć o tym ojcu, ale nie wiem czy mnie zrozumial. Postanowiłam, bez względu na konsekwencje, rozmówić się z Romanowiczem.  c.d.n.