piątek, 24 lutego 2017

SEKRETY RODZINNE - DANSING W BRiSTOLU.


24 lutego 2017 r.

   W pobliżu odkryłam niewielką bibliotekę publiczną, o ciekawym księgozbiorze. Wybrałam się tam zaraz rano i przytargałam do mieszkania stos książek, które zapewnią mi dobrą lekturę w coraz dłuższe wieczory, gdy siedziałam w domu sama. Czasem włączałam telewizor, jak był jakiś interesujący program, lub film. Przestałam pisać na maszynie, bo mój luby małżonek zamknął ją w biurku na klucz, pouczywszy mnie przedtem uprzejmie, że każdy klawisz maszyny jest zarejestrowany w milicji i Urzędzie Bezpieczeństwa na wypadek, gdyby komuś wpadł do głowy niemądry pomysł, pisania ulotek przeciwko władzy ludowej!Zadzwoniłam do Ewy i umówiłyśmy się na wieczór.
    Zrobiłam sobie kawę i zasiadłam w fotelu, zabierając się do czytania najnowszej wydanej u nas, amerykańskiej powieści Steinbecka „Grona gniewu”. Czytałam ją do obiadu, przyniesionego z kasyna przez żołnierza. Te obiady były naprawdę smaczne i urozmaicone, ale ja od dawna już nie miałam apetytu i moja figura zaczynała przypominać współczesne modelki na wybiegu. A tak naprawdę, to przypominała kij od miotły! Romanowicz złościł się, bo nie znosił chudych kobiet, ale atmosfera w domu nie zachęcała mnie do obżerania się przysmakami i obrastania sadełkiem.
"Grona gniewu" - film na podstawie książki Steinbecka..
   Ostatnio nerwy odmawiały mi posłuszeństwa. Przy najlżejszym stuknięciu podskakiwałam i zaczynałam cała drżeć. Często miałam zawroty i bóle głowy. Podejrzewałam, że był to skutek walenia moją głową o ścianę, Musiałam doznać wstrząsu mózgu. Prześladowały mnie ataki lęku, a nocą koszmarne sny. Zaistniała sytuacja po prostu wykańczała mnie nerwowo i fizycznie. Najgorsze było to, że nie widziałam dla siebie ratunku. 
   Bo niby wszystko na pozór było w porządku. Byłam młodą mężatką, miałam przystojnego męża, ładne mieszkanie, względnie dobre warunki finansowe. Chodziłam do kina, do kawiarni i na zabawy, miałam co jeść i w co się ubrać. Mąż kupował mi ładne ciuchy, dbał o mój wygląd. Czego więcej kobieta może pragnąć?
Czego? Wolności!! Jestem niewolnicą w tym mieszkaniu, a nie jego panią. Robię tylko to, czego żąda ode mnie mój znienawidzony mąż-dręczyciel. Jeżeli próbuję mu się opierać, okrutnie mnie karze. Muszę wszystko, co przeżywam, starannie ukrywać przed rodzicami. Jestem zdana sama na siebie i nie mam nikogo, kto mógłby mi pomóc. Nie wolno mi jechać do domu, o czym marzę dniem i nocą.
    Mąż mnie bije i wykorzystuje seksualnie. Bo to, co robi ze mną, nie przypomina współżycia młodych małżonków. Przegrał w karty pieniądze dane mi przez rodziców i babcię. Stracił moją biżuterię. Dla niego jestem tylko zabawką, którą w końcu zepsuje, bo długo takiego życia nie wytrzymam. Czasami bywam tak zdesperowana, że myślę o samobójstwie. Ale jestem jeszcze młoda i pragnę żyć! Chcę wrócić do domu, do rodziców! Kiedy kładę się do łóżka, myślę: - Mamo, mamusiu....Tatku!
    Tego dnia Romanowicz rzeczywiście wrócił wcześniej i zaraz zainteresował się moją toaletą. Otworzył szafę i zajrzał do niej.
- Co chcesz na siebie włożyć? - odezwał się, odwracając ku mnie głowę.
- Nie wiem. Może wór pokutny. - odparłam obojętnie, bo nie miałam ochoty nigdzie wychodzić. Wieczór zrobił się mglisty, zaczął siąpić drobny deszcz i pogoda nie zachęcała do wyjścia z domu. Zresztą nie miałam nastroju do zabawy.
- Iza, nie denerwuj mnie! - zawołał, a w jego oczach dostrzegłam błysk gniewu. - Idziemy do Bristolu! Pokaż mi suknię! Dlaczego nie byłaś u fryzjera i nie masz makijażu? Do cholery, co za dziwadło z ciebie. Inna by się ucieszyła, że nie idę sam na kurwy, ale zabieram żonę na zabawę, a ta głupia dziewucha jeszcze się dąsa. Nie każ mi przywoływać cię do porządku, bo będziesz miała podbite oko! No, rusz się! - wrzasnął na mnie - Do Ewy dzwoniłaś?
Znalezione obrazy dla zapytania Zdjęcie. Lata pięćdziesiąte. kobieta w czerwonej sukni. Moda polska.    Rezygnując z oporu, w milczeniu skinęłam głową i wyjęłam z szafy kilka sukienek, prezentując je mężowi. Muszę przyznać, że miał wyrobiony gust i natychmiast wskazał tę sukienkę, która mu się podobała. Przywiozłam ją z domu. Uszyta była z grubego ciemno-czerwonego jedwabiu, bardzo obcisła, bez rękawów, mająca tylko wąską obróżkę na szyi, na której cała suknia się trzymała, głęboko odsłaniając plecy. Była nieco krótsza, niż wymagała tego moda i sięgała zaledwie do kolan. Jedyną ozdobą, był kwiat z białego jedwabiu, przypięty na piersi.
   Romanowicz skinął głową.
- Ta będzie dobra. Teraz się prędko uczesz i zrób ostry makijaż, żebyś przy sztucznym świetle nie wyglądała jak zmora. Pośpiesz się, bo zaraz wezwę taksówkę.
    Poszedł się ogolić i zamiast munduru, włożył ciemno-stalowe cywilne ubranie, białą koszulę i srebrzysty krawat. Po cywilnemu wyglądał jeszcze lepiej niż po wojskowemu. Był naprawdę bardzo przystojny. Ale na mnie jego uroda już nie robiła żadnego wrażenia. Za dobrze go znałam.
- Weź coś na szyję. - rzekł, oglądając mnie od czubka głowy, po białe szpilki na bardzo wysokim obcasie.
- Oddaj mi moje perły.
- Kiedyś kupię ci perły. - obiecał, uśmiechając się kącikiem ust.
-  W kramiku? Tam pereł nie dostaniesz. Nic innego nie mam. - oznajmiłam ze złością, narzucając na ramiona długi, biały angorowy szal z frędzlami. Dzień był chłodny, ale ja nie miałam cieplejszego płaszcza.
   Takie szale, w lecie nylonowe lub gazowe, narzucane na ramiona lub na głowę, były wówczas szalenie modne.
- Mogłaś sobie kupić coś z Jablonexu. - mruknął, sięgając po cywilny płaszcz.
   Parsknęłam drwiącym śmiechem. 
  Koraliki z Jablonexu, zamiast moich prawdziwych pereł! Miałam ochotę złapać patelnię i walnąć go parę razy po głowie. Prychnęłam pogardliwie i wyszliśmy z domu do taksówki. Pojechaliśmy do centrum miasta, bo Hotel Bristol, najbardziej luksusowy hotel w Polsce, znajduje się na Krakowskim Przedmieściu.
Hotel Bristol.
Od dnia otwarcia w 1901 r, cieszył się miłością warszawiaków. Tu spotykała się przed wojną elita beztroskiej, rozbawionej stolicy. W czasie wojny, Hotel zajmowali Niemcy, a po wojnie mieszkali w nim znani politycy, zagraniczne gwiazdy filmu i estrady oraz snobujące się, nowe mieszczaństwo odbudowującego się miasta. 
Marszałek Piłsudski w Hotelu Bristol.
W kawiarni miejsca należało rezerwować, ale nie wątpiłam, że dla oficerów Informacji Wojskowej MON-u, z pewnością stoliki się znajdą. Ewa z mężem już czekali na nas w recepcji Bristolu. Ewa miała na sobie błękitną suknię z Mody Polskiej, z bardzo szeroką spódnicą, a na nogach szpilki na „metrowym” obcasie. Ucałowała mnie na powitania, a Władek cmoknął mnie w rękę.
Przedwojenny Bal Mody.
Weszliśmy do Cafė Bristol, pięknej kawiarni z wnętrzem w stylu Art Nouveau. Kelner zaprowadził nas do stolika przy wielkim oknie. W powietrzu unosiła się woń dobrej kawy, francuskich perfum i wanilii. Tu można było zjeść naprawdę wykwintne sałatki i przepyszne ciasta. A sama kawa, to było niebo w ustach! Panowie zamówili dla siebie sznycel cielęcy z jakąś wymyślną sałatką, bo obaj nie jedli obiadu, a ja i Ewa wzięłyśmy łososia w majonezie z jarzynami i korniszonami, a potem na deser gorącą czekoladę i lody. Ewa spod oka obserwowała moją suknię. 
Sylwester w Hotelu Bristol. Rok 1938. Bawi się elita W-wy.
   Skończywszy jeść łososia, nie wytrzymała i szepnęła:
- Psiakrew, Iza, skąd ty znowu wytrzasnęłaś taką kieckę? W Paryżu kupiłaś?
- Gdzież tam! Przywiozłam ją z domu. Uszyła mi tę suknię pani, o której ci wspominałam. Przed wojną pracowała u Hersego. W najwytworniejszym salonie mody w Warszawie.
- Klasa! Twój mężulek także fajnie wygląda.... - pochyliła się do mego ucha. - Chętnie bym go poderwała. Co ty na to?
- Ewuniu, z góry masz moje rozgrzeszenie i błogosławieństwo. - odszepnęłam z uśmiechem.
- Nie wierzę! Każda żona tak tylko mówi, a potem dostaje szału i spuszcza flirciarze manto.
- Ja mówię zupełnie poważnie. Wcale nie jestem zazdrosna o męża i nigdy nie będę. Po prostu zupełnie nie zależy mi na nim, bo go nie kocham.
Kawiarnia Hotelu Bristol.
   Ewa spojrzała na mnie z niedowierzaniem i potrząsnęła głową.
- Nie rozumiem. Jesteście dopiero kilka miesięcy po ślubie. To po co za niego wyszłaś? –
- Bo wtedy go kochałam.
- Jakby major był moim mężem, strzegłabym go jak oka w głowie.
- Podziękuj Bogu, że nim nie jest i trzymaj się lepiej swojego Władzia.
Romanowicz przestał jeść i popatrzył w naszą stronę podejrzliwie.
- A wy, co tak szepczecie?
- Obmawiamy was, drodzy panowie. - odrzekła Ewa, posyłając mu szelmowski uśmiech. - No, skończcie wreszcie się obżerać i chodźmy stąd, bo mam ochotę potańczyć.
Hatel Bristol  - restauracja.

Przeszliśmy do sali dansingowej, mijając po drodze Błękitną Salę, gdzie przed wojną odbywały się wielkie bale i wspaniałe Sylwestry. Stolik był zarezerwowany i usiedliśmy w chwili, kiedy zaczęła grać dobra orkiestra jazzowa. Władek uznał, że wypada poprosić mnie do tańca, a Romanowicz skłonił się Ewie.
Mój partner nie był dobrym tancerzem i chociaż lubiłam tańczyć, szybko poczułam zmęczenie. Za to Ewa była w swoim żywiole, W objęciach mego męża, poruszała się ze zmysłową gracją, tuląc się do niego, i jednocześnie robiąc do mnie oko ponad jego ramieniem. Małpiszon!... Bardzo ją lubiłam i nie miałam wcale do niej pretensji o to, że uwodzi Romanowicza. Bałam się tylko, żeby nie przedobrzyła, bo on nie znał się na żartach i mógł dziewczynę potraktować jak zwykłą kurwę, gwałcąc ją gdzieś w ciemnym kącie. Po tańcu panowie zamówili alkohole, ponieważ Polacy bez wódki nie potrafią dobrze się bawić.
Hetel Bristol  - westibul.
   Ewa pochyliła się do mnie i powiedziała ściszonym głosem:
- Proponowałam majorowi spotkanie, ale tylko zaśmiał się i odmówił. Powiedział, że ma żonę! On ciebie chyba kocha!
- Ewka, nigdy nie wierz w to, co mówi Romanowicz. Widocznie miał w tym jakiś swój ukryty cel. Proszę cię, strzeż się go. On nie jest wzorem cnót męskich.
Cafe Bristol.
   Ewa potrząsnęła głową, ale nie wydawała się przekonana.
Drugi taniec tańczyłam z mężem. Byłam bardzo ciekawa, czy powie mi coś o Ewie, ale milczał jak zaklęty. W przerwach między tańcami, panowie rozmawiali półgłosem o swoich sprawach służbowych. Wtedy nie orientowałam się jeszcze w politycznych niuansach i niekiedy nie rozumiałam, o czym i o kim rozmawiają. Podsłuchałam, że wymieniali kilka razy jakiegoś „Wiesława”, ale nie wiedziałam, kto to może być. Z podsłuchanych poszczególnych wyrazów doszłam do wniosku, że w Komitecie Centralnym PZPR następuje rozłam i dochodzą tam do głosu ludzie, którzy poprzednio nie cieszyli się uznaniem najwyższych władz partii. 
Przedwojenne bale maskowe w Hotelu Bristol.
   Władek, który często wyjeżdżał za granicę, wspomniał także o niepokojach na Węgrzech, ale wtedy również nie wiedziałam o co chodzi. Postanowiłam podpytać wieczorem męża, jednak nie byłam pewna, czy mi coś na ten temat powie.
Romanowicz z Władkiem, postanowili iść do baru na koktajl, zostałyśmy przy stoliku same. Ja byłam po raz pierwszy w tym wytwornym lokalu, ale Ewa czuła się tu jak w domu, bo często bywała z mężem na dansingach. Siedziała z nogą wysoko założoną na nogę, i rozglądała się po sali, wtajemniczając mnie w nazwiska i stanowiska osobistości siedzących na sali. Ja nie znałam nikogo. Miała cholernie dobrą pamięć wzrokową, bo nagle drgnęła i pochyliła się w moją stronę.
- Iza, patrz! Przy tamtym stoliku w pobliżu orkiestry... Widzisz?
- O co chodzi? - spytałam, zdumiona jej zachowaniem.
- Nie widzisz? Tamten gość, co siedzi przy generale.... - tu wymieniła jakieś nieznane nazwisko. - No, przecież to ten sam facet, który był wtedy w kawiarni na tarasie. Kłaniał ci się. Psiakrew, ja go znam z widzenia, ale nie pamiętam skąd! Założę się, że to też jakiś oficer. Iza, widzisz, on się patrzy w naszą stronę!...
Bal artystów filmowych. Kondar Tom, Zizi Halama i Zula Pogorzelska.
   Udając, że poprawiam fryzurę, uniosłam rękę i zasłoniwszy twarz, spojrzałam nieznacznie we wskazanym przez Ewę kierunku. Nagle zrobiło mi się zimno, jakby mnie owiał lodowaty wiatr. Obok tłustego mężczyzny w cywilnym ubraniu, spostrzegłam Bielajewa! Naprawdę patrzył w naszą stronę, niedbale paląc papierosa.
Bałam się, ogromnie się bałam, oczywiście nie pułkownika, lecz reakcji mego męża. Miałam w pamięci jego spojrzenie, wówczas na wycieczce, gdy Bielajew klęcząc, zapinał mi pasek sandałka. Boże, że też musiałam dziś znowu na niego trafić. Modliłam się, żeby wyszedł, zanim Romanowicz powróci z baru. Ale nic na to nie wskazywało. Musiałam zblednąć, bo Ewa patrzyła na mnie z niepokojem.
Przedwojenny bal elity polskiej
- Co się stało, kochanie? Znasz tego faceta? Prawda, przecież ci się wtedy kłaniał.
- Ewuniu, mówiłam ci, że widziałam go tylko raz, na zabawie i to wszystko.
- Oj, chyba jednak nie wszystko. - mruknęła.
Żałowałam, że nie palę papierosów, bo mogłabym zająć czymś ręce. Mąż i Władek wrócili już pod dobrą datą, podśpiewując i leciutko chwiejąc się na nogach. Miałam nadzieję, że nietrzeźwy Romanowicz nie zauważy pułkownika, ale się pomyliłam. On miał wzrok jastrzębia. Zresztą nie musiał go dostrzeć, bo kiedy tylko zagrała orkiestra, Bielajew wstał i podszedł do naszego stolika. Obaj mężczyźni poderwali się na jego widok, niemal stając na baczność. Bielajew także był po cywilnemu, w ciemnym ubraniu i pod krawatem. Uśmiechnął się do męża i rzekł z silnym rosyjskim akcentem:
 Przedwojenny bal w Hotelu Bristol.
- Pozwolicie, towarzyszu, że zatańczę z waszą żoną?
Romanowicz skłonił się.
- Oczywiście, towarzyszu pułkowniku.
Bielajew skrzywił się z niezadowoleniem.
- Teraz jesteśmy po cywilnemu. To lokal, nie koszary. - pouczył go chłodno.
Romanowicz przygryzł wargę, ale nadal nie przestawał się uśmiechać. Skinął na mnie, nakazując mi gestem, żebym wstała i tańczyła. Poczułam się, jakbym była na targu niewolników. Celowo przez chwilę zwlekałam, ale widząc jego groźne spojrzenie, wolałam nie ryzykować. Orkiestra grała jakieś rzewne tango, nie pamiętam już jakie, bo z wrażenia straciłam zdolność artykulacji i milczałam jak zaklęta, poruszając się w takt muzyki. Bielajew tańczył spokojnie, nie próbując przyciskać mnie do siebie, ani dmuchać mi w ucho. Zachowywał się obojętnie, lecz kiedy uniosłam głowę, spostrzegłam, że nie spuszcza ze mnie wzroku.
- Żal takich pięknych włosów. - powiedział półgłosem. - Czemu... Jak po polsku się mówi... - zrobił palcami gest przypominający nożyczki.
- Ścięłam włosy? Za dużo kłopotu, zresztą bolała mnie głowa. - skłamałam gładko. - Gorzej wyglądam? - spytałam z mimowolną kokieterią.
- Niet. - powiedział krótko i na tym skończyła się nasza konwersacja. Do końca nie odzywaliśmy się już do siebie. Kiedy orkiestra zamilkła, odprowadził mnie do stolika i ucałował moją dłoń. Skinął głową Ewie, która wpatrywała się w niego cielęcym wzrokiem i odszedł. Spojrzałam na męża, patrzył za nim z jakimś dziwnym wyrazem twarzy. Bałam się z każdą chwilą coraz więcej.
Władek nie był zbyt rozgarnięty, bo zaśmiał się i rzekł znacząco:
- No, no! Pani Iza zawojowała pułkownika, a był nie do zdobycia. Pamiętasz, Tosiek, nawet my podsyłaliśmy mu kurewki, ale je wypędzał.
Romanowicz popatrzył na niego takim wzrokiem, że dreszcz przeleciał mi po plecach i szepnął:
- Zamknij się, idioto!
Skarcony Władek natychmiast zamilkł, ale za to Ewa postanowiła skorzystać z sytuacji.
- Panie majorze. Proszę mi powiedzieć, co to za tajemnicze indywiduum, ten ruski? - zaszczebiotała zalotnie.
- Nie ma w tym żadnej tajemnicy. Po prostu radziecki oficer. To wszystko.
- Pan go dobrze zna? - nie ustępowała Ewa.
- Nie. - powiedział mąż przez zaciśnięte zęby.
Był już zły i zaczęłam się obawiać, że po powrocie do domu, wyładuje wściekłość na mnie.
Ewa miała na tyle taktu i rozumu, że nie przeciągała struny i także zamilkła. Nastrój przy stoliku zaczął przypominać rodzinny grobowiec. Orkiestra zagrała jakiś południowo-amerykański kawałek, Ewa i Władek poszli tańczyć. Mnie Romanowicz do tańca nie poprosił. Siedział w ponurym milczeniu i dolewał sobie co chwilę do kieliszka koniaku. Udawał, że mnie nie dostrzega. Postanowiłam zagrać va banque.
- Na mnie jesteś zły? - spytałam, pochylając się w jego stronę. - Przecież sam kazałeś mi z nim zatańczyć. O co ci chodzi?
Powoli uniósł głowę i posłał mi dwuznaczny uśmiech.
- Na ciebie? Ależ ja wcale nie jestem zły. Wprost przeciwnie; myślę, że wszystko dobrze się układa.
- Nie rozumiem. Co się dobrze układa? - zdumiona uniosłam brwi.
- Wszystko, kotku. - rzucił okiem na zegarek. - Chyba już pójdziemy, bo robi się późno. Ewa z Władkiem, jak chcą mogą zostać.
Zazwyczaj bawił się do końca, bo lubił tańczyć. Nie miałam złudzeń, że po powrocie do domu odkuje się na mnie. Odruchowo spojrzałam w stronę, gdzie siedział Bielajew. Pułkownik był odwrócony do nas plecami i rozmawiał z ożywieniem z grubym generałem. Wydawał się już wcale nie być nami zainteresowany.
Bal sylwestrowy w latach pięćdziesiątych.
   Ale dostrzegłam, że na wysokości jego głowy, wisi duże lustro wprawione w ścianę. W tym lustrze odbijały się osoby siedzące przy dalszych stolikach. Także i my! Romanowicz nie pracował w przedszkolu, ale w Informacji. Natychmiast zorientował się w taktyce pułkownika i dlatego postanowił wyjść. Orkiestra skończyła grać i Ewa z mężem usiedli na swoich miejscach.
- Idziemy do domu. - powiedział mąż. - Iza jest zmęczona, a ja muszę jutro być w formie, bo mam mnóstwo ważnych spraw do załatwienia. Władek, idziecie, czy zostajecie?
- Zostaniemy jeszcze trochę, prawda Ewciu? - Władek obrócił się ku żonie, kładąc jej rękę na ramieniu.
- Chyba taaak. - powiedziała z namysłem, posyłając nieznaczne spojrzenie ku stolikowi, przy którym siedział Bielajew.
O diablica! - pomyślałam z podziwem. - Zagięła parol na pułkownika! Bardzo ją lubiłam i nie miałam wcale o to do niej pretensji. No, raczej nie... Co najwyżej mogłam współczuć Władkowi. Wyglądał poczciwie i był w niej zakochany, całym swoim zatłuszczonym sercem. Zresztą miałam dziwna pewność, że z Bielajewem jej się nie uda, podobnie jak z Romanowiczem, tylko z innego powodu.
    Wstałam, narzuciłam na ramiona szal i pocałowawszy Ewę w policzek, rzuciłam jej do ucha:
- Cholerna flirciara! Ale i tak ciebie kocham!
Pożegnałam się z Władkiem i wyszliśmy z sali. W tej samej chwili pułkownik Bielajew zdecydował się opuścić lokal. Spotkaliśmy się w recepcji, gdzie mąż odbierał płaszcz od szatniarza.
- Już wychodzicie? - Bielajew zwrócił się z tym pytaniem do mego męża, jednocześnie patrząc na mnie.
- Tak, żona jest zmęczona. - odrzekł Romanowicz, wiążąc pedantycznie na szyi jedwabny szalik.
- Nu da, a wy, towarzyszu, zadzwońcie do mnie jutro. Umówimy się na jakieś męskie spotkanie, co?

Ta propozycja zaskoczyła Romanowicza. Zatrzymał się w połowie ruchu, patrząc na niego ze zdziwieniem. Ale pułkownik zignorował go, zwracając się bezpośrednio do mnie.
- Pozwolicie, prawda?
- Oczywiście. - skinęłam mu głową i pierwsza ruszyłam do wyjścia. - Dobranoc, panu.
W milczeniu wsiedliśmy do taksówki i dojechaliśmy do domu,  c.d.n.