poniedziałek, 27 lutego 2017

SEKRETY RODZINNE.- KIM JEST "WIESŁAW"?


27 lutego 2017 r.
"KORDIAN"  rok 1956. Tadeusz Łomnicki, i Kurnakowicz w roli Konstatntego. 
Teatr Narodowy.                     
  Weszłam powoli na schody i otworzyłam drzwi mieszkania. Nieraz wolałabym nocować na dworze, byle tylko być z dala od mego szanownego małżonka. Weszłam do sypialni i zaczęłam się rozbierać. Romanowicz wszedł za mną i nie odzywając się do mnie, zdejmował garnitur, wieszając go pedantycznie na ramiączku w szafie. Rozwiązując krawat i zdejmując koszulę, posłał mi przeciągłe spojrzenie.
- Iza, zrób mi gorącej herbaty! - rozkazał.
    Z westchnieniem poszłam do kuchni i postawiłam czajnik z wodą na gazie. Byłam ciekawa, kim był ten „Wiesław”, o którym rozmawiali z Władkiem. Kiedy woda się zagotowała, zrobiłam herbatę jemu i sobie i zawołałam go do kuchni.
- Kto to jest „Wiesław”? - zagadnęłam, podsuwając mu cukiernicę.
   Bez słowa wsypał do szklanki trzy łyżeczki cukru i starannie zamieszał herbatę.
- Nie interesuj się tym, dobrze? - mruknął ostrzegawczo.
- A to dlaczego? - wybuchnęłam ze złością. - Jestem twoją żona, nie jakąś dziwką, którą przyprowadzałeś dla rozrywki! Mam prawo wiedzieć o czym rozmawiacie. Władek wszystko mówi Ewie.
- Skąd wiesz? Nawet z żonami nie wolno nam mówić o wszystkim.
- Z pewnością jej mówi, bo ją kocha. - oznajmiłam, patrząc na niego z wyzwaniem.
- A ja ciebie nie kocham? - uśmiechnął się krzywo.
- O, jeżeli rozbicie głowy, policzkowanie i wydzieranie włosów razem ze skórą, mam rozumieć jako wyraz miłości, to rzeczywiście namiętnie mnie kochasz!
    Zaśmiał się krótko i skończył pić herbatę.
- No, tak bardzo ciebie nie skrzywdziłem. Jesteś zdrowa i cała. A nawet ładnie dziś wyglądałaś. Co myślisz o Bielajewie? - spytał, wstając z krzesła i wkładając szklankę do zlewu. 
   Nie patrzył na mnie, ale byłam pewna, że bacznie mnie obserwuje.
- Wydaje mi się zamknięty w sobie. Zresztą nie znam go, więc trudno mi coś na ten temat powiedzieć.
- Nie znasz go? Ciekawe…. Aha, chciałaś wiedzieć, kto to jest Wiesław. - nagle zmienił temat. - No więc mogę ci powiedzieć, że to taki polski komunista. Nazywa się Wiesław Gomułka. Od tej cholernej awantury poznańskiej w KC PZPR nastąpił rozłam. 
Władysław Gomułka.
    Kłócą się między sobą jak psy o kość. Z jednej strony „natolińczycy” z drugiej „puławianie”. Po śmierci Stalina, a potem Bieruta, zrobił się tam u góry taki bajzel, że trudno się zorientować, kto jest z kim, a kto przeciw. Gomułka siedział w pierdlu, ale niedawno wyszedł i już zamierza brać się za politykę. 19 października ma się odbyć VIII Plenum KC PZPR, i może być ciekawie, gdy skoczą sobie do gardła. Kto wie, czy znowu nie zacznie się rozróba, tym razem od góry. Ochab niewiele już może, bo większość partii go nie akceptuje. Ten kogo poprze Plenum, wygra i zostanie I Sekretarzem.
- No, ale to się chyba nie odbije na waszej pracy? - rzuciłam przez ramię udając, że ścieram stół.
- Niewykluczone. - westchnął i przeciągnął ramiona, aż trzasnęły kości. - Tyle razy ci mówiłem, żebyś nigdy nie pytała mnie o moją pracę. No, dosyć tej polityki, chodź spać, kotku.
    Złapał mnie wpół i pociągnął do sypialni.
   Tego dnia nie było ładnej pogody, więc siedziałam przy oknie, patrząc przez szybę na gałęzie drzewa ociekające wilgocią. Nie chciało mi się czytać książki, ani oglądać telewizora. Nic mi się nie chciało, bo byłam zmęczona po źle przespanej nocy. Romanowicz jakby chciał zemścić się na mnie, zachowywał się szczególnie brutalnie. Wolałam o tym nie myśleć. Pani Danusia jeszcze nie wróciła z Kaliningradu. Chętnie bym gdzieś pojechała, ale wiedziałam, że on mnie nie puści.
    Telefony do rodziców stały się dla mnie udręką. Nie mogłam im powiedzieć prawdy o sobie, a kłamstwa już nie chciały mi przejść przez gardło. Brzydziłam się sobą. Widocznie rodzice domyślili się, że ich telefony sprawiają mi ból, bo dzwonili coraz rzadziej i rozmawiali krótko. Boże, gdyby wiedzieli jak strasznie cierpiałam…. 
   Około południa przestało padać, wobec tego zdecydowałam się wyjść do miasta. Nie miałam jesiennego płaszcza, więc ubrałam kostium, a pod spód sweter z golfem. Zatrzasnęłam za sobą drzwi i szybko zbiegłam po schodach.
    
Jak dobrze było iść cichą ulicą, pomiędzy willami w ogrodach. Drzewa w sadach już traciły zieleń i coraz więcej było na nich żółtych liści. Na rabatach kwitły ostatnie jesienne kwiaty, kolorowe astry i róże. Szybko minęła ta wiosna i lato. Nawet się nie spostrzegłam, a już był początek października i przyszła jesień. Dzień będzie coraz krótszy i coraz dłuższa noc. Opadną liście i niedługo nadejdzie Wszystkich Świętych. Lubiłam to święto. Nie wiem dlaczego, ale zawsze wydawało mi się, że listopad stwarza większe poczucie przytulności i bezpieczeństwa w domu.
    Nasze mieszkanie było pedantycznie wysprzątane przez Mamę po lecie, szyby umyte, chodniki i dywany wytrzepane z letniego pyłu, a podłogi wyfroterowane. Na oknach wisiały wyprane koronkowe firanki. Pranie ich było prawdziwym koszmarem, bo należało rozpinać je na specjalnych ramach, żeby wyschły i nie straciły formy. Zawsze zapewniałam Mamę, że firanki są jeszcze bardzo czyste i nie trzeba ich wcale prać. Mama uwielbiała czystość, ja się w nią nie wrodziłam. Sprzątałam, kiedy miałam taką fantazję.
    Zresztą w moim mieszkaniu nie czułam się nigdy przytulnie, a tym bardziej bezpiecznie – to nie był mój dom. W Święto Zmarłych szliśmy z rodzicami zawsze na cmentarze. Nasi bliscy spoczywali daleko, ale zapalaliśmy znicz na jakimś obcym, zaniedbanym grobie, lub na cmentarzu radzieckim, gdzie leżeli także Polacy. W tym roku pójdę na Powązki, o ile Romanowicz mi pozwoli.
    Spacerowym krokiem doszłam do przystanku autobusowego i przez chwilę czekałam na autobus. Był jak zwykle przepełniony i trzeba się do niego wciskać na siłę, obrywając przy tym guziki.. Postanowiłam jechać do Centralnego Domu Towarowego, żeby zorientować się w cenie płaszczy jesienno-zimowych. Do Warszawy przywiozłam tylko letnie stroje przekonana, że jesienią wrócę do domu i przywiozę resztę mojej garderoby. Ale na to się nie zanosiło. Musiałam nosić letnie ubiory, uzupełniając je swetrami.
   
   Ponownie zaskoczył mnie ogrom Domu i bogaty asortyment towarów. Dla rozrywki jeździłam windą po piętrach, zaglądając do kolejnych stoisk. Owszem, były płaszcze, nawet bardzo eleganckie z futrzanymi kołnierzami, ale ich cena o wiele przekraczała moje możliwości. Miałam mało pieniędzy, a nie chciałam prosić o nie Romanowicza. W dziale odzieży skórzanej aż westchnęłam, oglądając piękne futra. Przymierzyłam nawet futro z lisów, w sam raz na moją miarę. Sprzedawczyni usłużnie ofiarowała się odłożyć je dla mnie. Uśmiechnęłam się z goryczą. Gdyby mój cholerny mąż nie przegrał w karty otrzymanych od rodziców i babci pieniędzy, stać by mnie było, żeby kupić to futro! Teraz mogę je sobie co najwyżej pooglądać.
    Ewa z pewnością ma ładne futro, bo Władek miał dla niej szeroką kieszeń i nie żałował pieniędzy na stroje żony. Zamiast płaszcza kupiłam sobie szminkę do ust i dwie chusteczki do nosa.
    
   Zła jak osa wyszłam z Domu Towarowego i pojechałam do Ogrodu Saskiego. Usiadłam na ławce nad stawem i zapatrzyłam się w lśniącą taflę wody. Zamyślona, nie zwracałam uwagi na przechodzących obok ludzi. Byli dla mnie obcy, nic dla nich nie znaczyłam. Zastanawiałam się, co porabia Zbyszek i jak mu się wiedzie w Szkole Marynarskiej? Mama raz napomknęła, że próbował dostać mój numer telefonu, ale nie uległa i mu nie dała. Bogu dzięki, bo Romanowicz urządziłby mi piekielną awanturę połączoną z rękoczynami.
    Przyjemnie było siedzieć w pięknym parku i nie myśleć, że za chwilę powinnam wrócić do domu. Stwierdziłam z niepokojem, że boję się domu. W ogóle, ostatnio zaczynam się bać wszystkiego i miewam ataki nerwicy lękowej. Wystarczy, że coś stuknie głośniej lub ktoś krzyknie, a ja już skaczę na metr w górę. Cięgle mam wrażenie, że coś złego się wydarzy i często miewam depresję. To są skutki dłuższego przebywania z moim ślubnym małżonkiem.
    Koło ławki przeszła kobieta w średnim wieku. Wyglądała dziwacznie. Miała na głowie czarny, zniszczony kapelusz, przybrany sztucznymi kwiatami i gołębimi piórami. Ubrała jakąś długą podartą sukienczynę i również zniszczony żakiet. Na gołych nogach ohydne buciary o dwa numery za duże. Jej zachowanie i uśmiech, a nade wszystko błędne oczy, podpowiedziały mi, że to obłąkana. W Warszawie, po potwornych latach wojny, wielu ludzi straciło rozum.
    Pamiętam, jak Babcia opowiadała mi, że niegdyś, w czasie jej młodości, chodziła po Poznaniu kobieta, którą powszechnie nazywano: ”Serce Maryni”. Pochodziła z zamożnej inteligenckiej rodziny i była do szaleństwa zakochana w swoim narzeczonym. Facet nie zasługiwał na jej miłość, bo niemal w przeddzień ślubu, porzucił ją i prędko ożenił się z córką jakiegoś dygnitarza. Biedna Marynia z rozpaczy dostała pomieszania zmysłów i uciekła z domu. Żyła na ulicy z datków, bo nigdy nie żebrała. Babcia wspominała, że miała wspaniałe włosy sięgające niemal do kolan. Często siadywała na schodach kościoła, w którym miała wziąć ślub, a kiedy próbowano ją stamtąd wyprosić, płakała i mówiła, że czeka na narzeczonego, który za chwilę przyjedzie, aby ją zaślubić. Zapamiętałam sobie to babcine opowiadanie i patrząc na tę biedną kobietę, przechodzącą koło mojej ławki pomyślałam, że to może także ofiara jakiegoś zawodu miłosnego.
Warszawa Ogród Saski.
    Zerwał się chłodny wiatr i uniósł do góry leżące na ziemi, spadłe z drzew pożółkłe liście. Już jesień… Poczułam na plecach chłód, bo mój kostium był cienki, i prędko podniosłam się z ławki, w obawie przed przeziębieniem. Romanowicz z pewnością by się mną nie przejmował i nie zrobiłby mi nawet szklanki herbaty. Swołocz! Bardzo niechętnie wróciłam do domu, ale tu czekała mnie miła niespodzianka. Nareszcie przyjechała pani Danusia! Byłam taka uszczęśliwiona, że rzuciłam się jej na szyję i serdecznie ją ucałowałam. Uściskała mnie i obejrzała uważnie.
- Dziecko, co ten drań z tobą zrobił? - wykrzyknęła z oburzeniem. - Przecież prawie połowy ciebie nie ma. Głodzi cię, czy co? I włosy ścięłaś!
- Nie mam apetytu, a od włosów bolała mnie głowa. Tak się cieszę, że pani wróciła. Brakowało mi pani.
- Ja także mile ciebie wspominałam. No, chodź do mnie, upiekłam dobry placek ze śliwkami.
    Z radością przyjęłam zaproszenie i weszłam za nią do mieszkania. Jak zwykle było pedantycznie wysprzątane. W powietrzu unosił się zapach świeżego ciasta i świeżo zaparzonej kawy. Lubiłam ten dom, był w przeciwieństwie do mego mieszkania ciepły i przytulny.
- Długo przebywała pani w Kaliningradzie. - zauważyłam siadając i zdejmując żakiet, bo w pokoju było gorąco.
- At, gdzie w Kaliningradzie. Pojechałam do Moskwy, bo moja córka Krysia tam studiuje. Przyjechał także syn z Leningradu, a mąż dostał urlop i pożyliśmy całą rodziną, jak za dawnych czasów. Moje dzieci już do Polski nie chcą wracać, podoba się im w Związku Radzieckim. Ale ja ci szczerze powiem, córeczko, że nie chciałabym tam żyć. W Polsce jest lepiej i nie ma tu takiego nadzoru jak tam, w Rosji. Człowiek musi się liczyć z każdym słowem w obawie, że ktoś go podsłucha i doniesie gdzie trzeba. Stalina kiedyś się bali, a teraz na niego wygadują niestworzone rzeczy. Może i był mordercą, ale dla Rosji zrobił wiele. Mimo wszystko ludzie go kochali, albo się go bali. No, mniejsza z tym. Coś słyszałam, że i tutaj zaczyna się źle dziać. Prawda to? Mąż powiedział kiedyś, że Polacy się doigrają, jak zaczną podskakiwać. Rosja nie będzie tolerować nieposłuszeństwa.
- Nie wiem, pani Danusiu. Ale wydaje mi się, że wkrótce zajdą jakieś istotne zmiany. - westchnęłam, biorąc drugi kawałek pysznego placka. - Boję się, żeby nie doszło do nowych zamieszek, bo wtedy znowu poleje się krew, jak w Poznaniu.
- Oj, nie daj Boże! A jak ty, dziecko, sobie radzisz z tym starym kurwiarzem? - zagadnęła, nalewając mi z dzbanka do filiżanki mocną, aromatyczną kawę.
    Powiedziałam jej o moich perłach przegranych w karty. Pożaliłam się, że nie pozwala mi jechać do domu. Pani Danusia patrzyła na mnie ze współczuciem.
- Cóż niego za człowiek. - rzekła, nie kryjąc oburzenia. - Dostał taką młodą, dobrą dziewczynę i zamiast ją uszanować, jak się żonę szanuje, on ciebie zadręcza. Wiedziałam, że nałogowo gra w karty, ale wolałam ci o tym nie wspominać, żebyś nie miała więcej zmartwień. Ten człowiek nie zasługuje na uczciwą kobietę. Tak bardzo chciałabym ci pomóc, ale nie wiem jak.
- Sama pani obecność jest dla mnie wsparciem. - odparłam serdecznie. - On się jednak trochę z panią liczy.
    Pani Bartnikowa zamilkła i przez chwilę piłyśmy kawę. Na jej twarzy pojawił się ponury grymas. Podniosła spuszczone oczy i spojrzała na mnie przenikliwie.
- Słuchaj, dziecko. A ten Bielajew nie pokazał się gdzieś w pobliżu?
    Zarumieniłam się mocno.
- Widziałam go wczoraj. Był w Brystolu z jakimś generałem. Raz poprosił mnie do tańca, a potem powiedział mężowi żeby do niego zadzwonił, to umówią się na męskie spotkanie.
    Pani Danusia wysoko uniosła brwi.
- Oho! To nie wróży nic dobrego. - mruknęła. - On z pewnością nie znosi twojego męża i dałabym głowę, że wytnie mu paskudny kawał. Bielajewa wszyscy się boją, bo on wiele może. Bardzo wiele!
- Ale dlaczego, pani Danusiu? Przecież on nawet Romanowicza dobrze nie zna. - zauważyłam zdziwiona i przestraszona.
- Nie wiesz dlaczego? Iza, ty doskonale rozumiesz o co mu chodzi.
    Miała rację. Wiedziałam, ale to wcale nie stanowiło dla mnie pociechy, lecz nowy powód do zmartwienia i niepokoju. Jeżeli Bielajew wyrządzi mężowi jakąś krzywdę, to jego zemsta rykoszetem uderzy we mnie. Romanowicz nie był głupi i domyślał się, że podobam się pułkownikowi. Potrząsnęłam głową i przygnębiona sięgnęłam po następny kawałek ciasta.
- Tak bym chciała wrócić do domu. - powiedziałam znękana i bliska płaczu.
- Jestem przekonana, że niedługo wrócisz. W końcu Romanowicz nie jest wszechwładny. Oj, żebym tak spotkała gdzieś marszałka, wspomniałabym mu o tobie.
- Pani Danusiu, Rokossowski ma na głowie tyle spraw, że nie będzie zajmował się moimi małżeńskimi kłopotami.
- Dziecko, w końcu tu chodzi o oficera MON-u, a nie o jakiegoś furmana. No, zobaczymy. Poszłabyś ze mną dziś do teatru?
- Do jakiego i co grają? - natychmiast zapomniałam o moich zmartwieniach, bo uwielbiałam teatr.
Warszawa. Teatr Wielki  Opera Narodowa.
 - Do Teatru Narodowego. Dają „Kordiana” Słowackiego, pierwszy raz od wielu lat. Rolę Wielkiego Księcia gra Kurnakowicz!
- O, pani Danusiu, oczywiście. Z największą przyjemnością. Nigdy nie byłam w żadnym warszawskim teatrze, a bardzo lubię dobre przedstawienia. Romanowicz woli iść do lokalu na zabawę, ale nie do teatru. - z radości zjadłam następny kawałek placka. Bardzo mi smakował. Pani Bartnikowa podsunęła mi bliżej półmisek.
- Skurwysyn! Jak zacznie znowu szaleć, zawołaj mnie. Ja mu dam, miotłę na nim połamię! 
   Pani Danusia miała tak wojowniczą minę, że mimo woli roześmiałam się i poczułam, że mam wiernego sprzymierzeńca.  c.d.n.