wtorek, 21 lutego 2017

SEKRETY RODZINNE - PERŁY!

21 lutego 2017 r.


Nie czekałam na Romanowicza długo. Po kwadransie usłyszałam dzwonek w przedpokoju i poszłam otworzyć. Wszedł, nie witając się ze mną i rzucając z rozmachem teczkę na fotel w sypialni. Spostrzegłam, że był w złym humorze, lecz mimo to zdecydowałam się stanowczo z nim pomówić. Kiedy odwrócił się w moją stronę, zobaczyłam, że był bardzo blady, a jego oczy połyskiwały złowrogo spomiędzy czarnych rzęs. Rzucił czapkę na tapczan i huknął drzwiami od łazienki. Jego zachowanie nie wróżyło nic dobrego.
- Słuchaj. - rozpoczęłam odważnie rozmowę. - Dlaczego nie mogę połączyć się telefonicznie z domem? Rodzice także nie mogą dodzwonić się do mnie.
Z łazienki dochodził tylko szum prysznica i nic więcej.
- Może mi to wyjaśnisz? Mam prawo rozmawiać z rodzicami, a oni ze mną. To ty kazałeś zablokować telefon, żebym nie kontaktowała się z domem, tak?
Drzwi do łazienki otwarły się gwałtownie i Romanowicz wszedł do sypialni. Dalej był blady jak kreda, miał zaciśnięte szczęki i niebezpieczne błyski w oczach.
- Gówno mnie to obchodzi. - warknął. - Iza, gdzie masz perły?
Osłupiałam ze zdumienia. Dlaczego przyszły mu na myśl moje perły?
- Po co ci moje perły?
- Odpowiadaj, do kurwy nędzy! Gdzie je schowałaś?
- Przestań interesować się moją biżuterią. Niewiele już mi zostało? - wzruszyłam ramionami. Stałam oparta o ścianę, niemal na odległość wyciągniętej ręki, skora do odskoku, gdyby chciał mnie uderzyć.
- Iza, nie przeciągaj struny. Daj mi perły.
- Nie dam! - krzyknęłam, uniesiona gniewem. - To są moje perły i nie dostaniesz ich do ręki. Po co ci one?
- Nie twoja rzecz. Iza, pytam po raz ostatni. Gdzie ukryłaś te pieprzone perły? W kasetce ich nie ma.
- Szukałeś? Myślałeś, że nie pamiętam, co stało się z moim pierścionkiem, łańcuszkiem i broszką? Pereł nie dostaniesz!
Nie przewidziałam jego błyskawicznego ataku. Dopadł mnie i chwycił całą garścią z tyłu głowy za włosy. Poczułam straszny ból i krzyknęłam.
- Puść mnie, ty draniu! To boli!
- Gdzie schowałaś perły? - syknął przez zaciśnięte zęby. - Mów, bo wyrwę ci wszystkie włosy z głowy, słyszysz?
Owinął sobie moje warkocze wokół dłoni i szarpnął z całej siły, a mnie nagle gwiazdy stanęły w oczach. Czułam, że wyrwał mi duży kosmyk włosów razem ze skórą, bo krew zaczęła sączyć się z głowy spływając po policzku.. Milczałam.
 - Iza, zabiję ciebie, jeżeli mi nie powiesz, gdzie ukryłaś perły!
Zacisnęłam powieki i nie odpowiedziałam
- Ty przeklęta dziwko! - uderzył mnie otwartą dłonią w twarz. - Słuchaj suko, nie doprowadzaj mnie do ostateczności, rozumiesz? Chcę mieć te twoje pierdolone perły!
Gdy nie odpowiedziałam, uderzył mnie ponownie w twarz i zaczął szarpać za włosy, bijąc moją głową o ścianę. Chciałam się wyrwać z jego rąk, ale był bardzo silny i nic nie mogłam zrobić, żeby się uwolnić. Ból wyrywanych włosów stał się po prostu nie do zniesienia. Miałam wrażenie, że razem z włosami wyrwie mi głowę z szyi. Patrzyłam z bliska w jego oczy aż białe z dzikiej wściekłości. Mógł mnie zabić. 
   Perły nie były warte, żeby za nie ryzykować utratę życia.
-  Puść! - jęknęłam. - Dam ci perły.   
   Natychmiast mnie uwolnił i podszedł za mną do szafy. Spomiędzy mojej osobistej bielizny wyjęłam puzderko i otworzywszy je, rzuciłam mu sznur pereł w twarz.
- Masz, ty, bydlaku! Ty cholerny ubecki sadysto, niech cię szlag trafi! Udław się nimi! - krzyknęłam z furią i wybuchnęłam głośnym płaczem.
    Perły osunęły się po jego twarzy i upadły na dywan. Bez słowa schylił się, podniósł je, wziął czapkę i teczkę, a po chwili usłyszałam trzask zamykanych drzwi. Upadłam na podłogę, bijąc w nią pięściami i zanosząc się od płaczu. Głowa pękała mi z bólu, a po czole i policzku dalej spływał strumyk krwi. 
   Tej nocy Romanowicz nie wrócił do domu. Leżałam na tapczanie nie śpiąc. Zażywałam tabletki, bo ból się wzmagał i szumiało mi w uszach. Nadsłuchiwałam czy nie zajeżdża samochód. Ale nic się nie wydarzyło i usnęłam dopiero nad ranem. Wstałam dosyć późno, jeszcze cała obolała po wczorajszym biciu. Wykąpałam się, ubrałam, zrobiłam mocny makijaż, żeby zakryć sińce, i uraczywszy się dwoma tabletkami przeciwbólowymi oraz kieliszkiem koniaku, wyszłam z domu. Wsiadłam do zapchanego autobusu i pojechałam do mego fryzjera. Na szczęście był wolny, bo rano niewiele pań się czesało. Poprosiłam, żeby ściął mi włosy i zrobił trwałą. Początkowo nie chciał wprost uwierzyć, że pragnę pozbyć się warkoczy.
- Nie szkoda pani takich pięknych włosów? - upewnił się, biorąc nożyczki. - Może się pani namyśli?
- Nie. Proszę je ściąć!

Po krótkim czasie moje warkocze spadły na podłogę, a na głowie miałam rurki do trwałej ondulacji. Piekło jak cholera, szczególnie tam, gdzie miałam głębokie ranki na skórze. Westchnęłam uszczęśliwiona, gdy po zdjęciu całej maszynerii, fryzjer umył mi głowę i nakręciwszy włosy na wałki, wsadził mnie pod huczącą suszarkę. Celowo postanowiłam nie patrzyć na siebie, dopóki fryzjer mnie nie uczesze. Kiedy potem spojrzałam w lustro, prawie siebie nie poznałam. Byłam zupełnie inną osobą, bardziej dorosłą i atrakcyjną. Modna była w tym czasie fryzura, tak zwana „amerykanka”. Krótkie loczki koliście otaczały głowę. Fryzurka okazała bardzo twarzowa i było mi w niej ładnie. No, teraz ten zboczeniec nie będzie mógł okręcać sobie wokół dłoni mego warkocza, i wyrywać mi włosów z głowy.
To  była fryzura "amerykanka" w stylu Marylin Monroe.
   Nie chciałam jeszcze wracać do domu, bo już zdążyłam go znienawidzić. Miałam w torebce trochę pieniędzy, więc wybrałam się na Powązki, odwiedzić kwaterę naszych chłopców i dziewcząt z baonu Zośki” i „Parasola”. Zachwyciłam się tym cmentarzem, bo jestem dziwną osobą, lubiącą miejsca wiecznego spoczynku. Wzruszyły mnie do łez rzędy jednakowych grobów z krzyżami z białej brzozy. 

Zapaliłam znicze na kilku grobach, wzięłam kamyk z mogił „Zośki”, „Rudego” i Alka, moich ulubionych bohaterów z czasów wojny. Na szczęście Romanowicz nie wiedział, że moi kuzyni byli ich bliskimi przyjaciółmi i towarzyszami broni. Pomodliłam się przy grobach braci Romockich "Andrzeja Morro" i "Bonawentury",bardzo mi bliskich z książki "Zośka i Parasol"A. Kamińskiego.

Oglądając tablice nagrobne zauważyłam, w jak młodym byli wszyscy wieku. Niewielu z nich przekroczyło dwadzieścia lat. Pomyślałam, że zbył hojnie szafowano ich życiem. Poszłam na grób mego ulubionego poety, Krzysztofa Baczyńskiego i zastanawiałam się ze zgrozą, jak lekkomyślnie pozbawialiśmy się sami największych talentów. W każdym kolejnym nieudanym powstaniu ginęli ludzie, których za wszelką cenę powinniśmy chronić.
Groby braci Romockich. Andrzeja i Jana.
Mieliby teraz czterdzieści lat, z pewnością byliby mądrymi, wspaniałymi ludźmi, wnoszącymi w życie narodu wiele cennych zalet. Wiedzę zdobytą na tajnych uniwersytetach i prawdziwy, czysty patriotyzm. Lecz z drugiej strony, czy obecny reżim pozwoliłby im na przeżycie? Wszyscy niemal pochodzili z rodzin inteligenckich, o szlacheckich, a nawet arystokratycznych korzeniach. Takie pochodzenie w tej epoce, było postrzegane jako przestępstwo. Władza robotniczo-chłopska nienawidziła ludzi wychowanych w innej Polsce, którzy nie daliby się zwieść ideologicznym bredniom, stawiając opór reżimowi. Wielu chłopców i dziewcząt z AK, zostało bestialsko zamordowanych w katowniach UB i Informacji Wojskowej. 
   Boże, w jednym grobie spoczywał jedenastoletni żołnierz!!!

   Długo przechadzałam się po cmentarzu, podziwiając niektóre stare nagrobki podobne do luksusowych willi, przepiękne posągi i mądre epitafia. Lubiłam cmentarze, w czasie okupacji chodziliśmy tam na spacery, bo przechadzka po ulicach mogła zakończyć się tragicznie. 
Kwatera batalionu "Zośka"
   Rozważałam z lękiem, jak zachowa się Romanowicz, powróciwszy do domu? Boże, tak bardzo pragnęłam, żeby nie pojawił się już nigdy. Niech go ktoś zastrzeli, niech wpadnie pod samochód, albo dostanie zawału! Tylu porządnych ludzi nagle żegna się z tym światem, a taki potwór żyje i krzywdzi innych.
    Z radością przywdziałabym po nim żałobę i odtańczyła skoczną pogrzebową poleczkę! Bałam się go, wyobrażając sobie z rozpaczą, że związałam się z nim na lata, bo on mi rozwodu, przynajmniej na razie, nie da, a uciec od niego nie mogę. W jakiś anormalny sposób nie chciał mnie od siebie uwolnić. Może teraz, kiedy nie mam już żadnej biżuterii, puści mnie do domu? Cień nadziei wstąpił w moje serce.
    Wyszłam z cmentarza i po drodze, kupiłam w dużym sklepie garmażeryjnym, pierogi z jagodami. Odsmażę je na kolację na maśle i podam ze śmietaną. Dawno już nie jadłam pierogów z owocami, chyba jeszcze w ubiegłym roku u mamy. Wróciłam do mieszkania i w przedpokoju rzuciłam okiem do lustra, podziwiając swoją nową twarz. Fryzura diametralnie mnie odmieniła. 
   Już nie byłam nastolatką z warkoczami, lecz dorosłą kobietą. Romanowicz wrócił z pracy dosyć wcześnie i jak gdyby nigdy nic, pogwizdując sobie, wszedł do przedpokoju, powiesił płaszcz i zajrzał do kuchni.
- Cześć, kotku. - odezwał się takim tonem, jakbyśmy rozstali się w najlepszej zgodzie.
    Nie odpowiedziałam, przewracając widelcem smażące się na patelni pierogi.

- Wszystko w porządku? - klepnął mnie w pośladek i uszczypnął.
    Poderwałam się, zła jak osa.
- Niech cię cholera! - syknęłam. - Na mózg ci padło, że w ten sposób witasz się ze mną?
- A co? Miałem przyjść z kwiatami? O co się znowu dąsasz?
    Nie, on chyba był obłąkany! Ale nie zdążyłam jeszcze wygarnąć mu prawdy w oczy, kiedy złapał mnie za ramiona i odwrócił ku sobie.
- Iza, ścięłaś włosy? Dlaczego nie spytałaś mnie o zgodę? Pokaż no się.... - obrzucił mnie uważnym spojrzeniem i gwizdnął. - No, no! A wiesz, że fajnie ci w tej fryzurze. Podobasz mi się.
    Gwałtownym ruchem wyrwałam się z jego rąk.
- Ty cholerny sukinsynu. - wrzasnęłam zaciskając pięści. - Ścięłam warkocze, żeby pozbawić cię okazji do wyrwania mi ich z głowy! Masz starczą demencję, że nie pamiętasz, jak mnie potraktowałeś? Myślisz, że bicie kobiety doda ci męskości? Przegrałeś moje perły, przepuściłeś mnóstwo pieniędzy na te swoje pieprzone karty. Ty podły draniu! Nienawidzę cię i nie zbliżaj się do mnie, bo wezmę nóż i wpakuję ci go w bebechy!
    Jeżeli spodziewałam się, że wybuchnie gniewem, lub przejmie się moimi groźbami, to grubo się myliłam. Romanowicz wybuchnął śmiechem i choć się z całej siły opierałam, objął mnie mocno, całując w usta.
- To była twoja wina, kotku. - powiedział pogodnie. - Prosiłem ciebie o perły, a tyś się stawiała. Nie jestem przyzwyczajony do oporu i trochę mnie poniosło. No, ale nie tak bardzo, że zaraz musisz robić z tego tragedię. Przecież nic ci się nie stało. Wyglądasz kwitnąco. Podobasz mi się teraz nawet więcej, niż z długimi włosami. Co masz dziś na kolację? Zgłodniałem.
    Opadły mi ręce. Z tym człowiekiem nie można było rozmawiać, bo on nie rozumiał moich oskarżeń. Jak sam powiedział, nie był przyzwyczajony do oporu.
- Posłuchaj. - odezwałam się już spokojnym głosem. - Zabrałeś moje perły i nic więcej nie zostało mi z biżuterii. Zabraniasz mi rozmawiać z rodzicami i blokujesz telefon, bo nie chcesz, żebym się z nimi kontaktowała. Wobec tego, pozwól mi wrócić do domu i znajdź sobie jakąś inną kobietę, zasobną w gotówkę. Ja ci nie pomogę, kiedy znowu przegrasz w karty duże pieniądze.
    Machnął ręką, o długich mocnych palcach, którą się niegdyś zachwycałam. Potem przekonałam się, że ta ręka potrafi mocno i skutecznie bić. Przypomniałam sobie uderzenia jego dłoni w moją twarz…. Romanowicz popatrzył na mnie z politowaniem.
- Iza, przestań gadać głupoty. Jesteś moją żoną i to, że nie posiadasz już biżuterii, nie ma znaczenia. Zresztą mylisz się mówiąc, że nic więcej nie masz!..... - uśmiechnął się tak dziwnie, że ciarki przebiegły mi po plecach. - Nie pojedziesz do domu, kotku. Z kim kochałbym się w nocy? Widzisz, jak elegancko się wyrażam? No, podaj kolację, coś smakowicie pachnie z tej patelni.
    Nie miałam już siły, żeby z nim dyskutować, bo i tak nie zrozumiałby. Człowiek pozbawiony moralności, nie przejawia skruchy za swoje czyny. Po prostu uważa, że nic nie zaszło i ktoś ma nieuzasadnione pretensje. On cierpiał na schizofrenię!
   Bez słowa nałożyłam mu na talerz pierogi, polałam śmietaną i posypałam cukrem pudrem z wanilią. Chętnie podałabym mu truciznę, ale nie miałam jej pod ręką. Kolacja bardzo mu smakowała i pochwalił mnie. Kiedy poszedł się kąpać, wzięłam poduszkę, gruby pled i w drugim pokoju pościeliłam sobie na kanapie. Na wszelki wypadek drzwi zamknęłam na klucz! Kiedy zaczął pukać, a potem walić pięścią, domagając się żebym otworzyła, powiedziałam spokojnie:
- Nie kompromituj się, bo pani Danusia usłyszy, że dostałeś od żony odprawę!
- Iza, otwórz, bo wywalę drzwi! - zagroził.
- Zrób to, a ja wychylę się przez okno i zacznę wzywać milicję! - oświadczyłam, kładąc się na kanapie i owijając pledem.
    Słyszałam, jak mnie przeklina, ale widać uznał, że byłam do tego zdolna. Kopnął w drzwi i poszedł do sypialni. Znalazłam na niego sposób. Całą noc spałam spokojnie i rano wstałam rześka, jak skowronek. Spojrzałam na zegarek, była dopiero szósta! Romanowicz jechał do pracy o ósmej, więc miałam czas, kiedy on spał, skorzystać z łazienki i wziąć prysznic, bo dzień wstał dosyć gorący i parny, jak na wrzesień.
Na paluszkach wyszłam z pokoju i skierowałam się do łazienki. Byłam pewna, że Romanowicz śpi, bo sen zawsze miał bardzo twardy. Weszłam pod prysznic i z rozkoszą zaczęłam się myć przekonana, że w razie czego uda mi się zwiać do pokoju i znowu się zamknąć.
Cholera, drzwi do łazienki nie miały klucza i w momencie gdy kończyłam ablucje, wparował tam mój ukochany małżonek! Chwycił mnie taką, jaka byłam, nagą, mokrusieńką i zaniósł do sypialni. Wrzeszczałam i tłukłam go pięściami po głowie, ale nic nie wskórałam. Cisnął mnie na tapczan i zrobił swoje, celowo boleśnie. Byłam taka wściekła, że kilka razy mocno go ugryzłam, ale to bynajmniej go nie zniechęciło, wręcz przeciwnie. Skończywszy, wstał i zaczął się ubierać. Ja leżałam wciśnięta mocno w tapczan i trzęsłam się ze złości. Podszedł do mnie i poczochrał mnie po włosach.
- Jesteś wstrętnym kłamczuchem. - powiedział, uśmiechając się złośliwie. - Bartnikowa jeszcze nie wróciła z Kaliningradu. Zapamiętaj sobie kotku, że mężowi nie odmawia się przyjemności, kiedy wraca po ciężkiej pracy. Klucz od pokoju likwiduję, żebyś znowu nie zamknęła się przede mną. Ostrzegam cię, Iza, jeszcze raz wytniesz mi podobny numer, a dostaniesz ode mnie takie lanie, że przez tydzień nie usiądziesz na pupie, jasne? A teraz racz wstać i zrób mi śniadanie.
- Nie chcę! - warknęłam przez zaciśnięte zęby.
   Wzruszył ramionami, podszedł do tapczana i chwyciwszy prześcieradło, ściągnął mnie razem z całą pościelą na podłogę. Rąbnęłam z wysoka tłukąc się boleśnie, bo tego się nie spodziewałam. W porównaniu z nim, byłam bez szans. Zrezygnowana wstałam i owinąwszy się prześcieradłem, podreptałam do kuchni. Czułam się do głębi duszy upokorzona i zniewolona. A niech go szlag trafi!
 - Kotku, przyjdę dziś wcześniej do domu. Nie rób kolacji. Ubierz się ładnie, bo pójdziemy do kawiarni. - powiedział, smarując bułkę masłem i pasztetem.
- Nigdzie z tobą nie pójdę, świnio!
- Iza, jesteś dziś nieznośna. Pójdziemy do Cafė Bristol. Zostaniemy na dansingu, więc włóż na siebie coś ładnego. Zadzwoń do Ewy, niech się wybierze razem z nami. No, nie rób miny cierpiętnicy. Ostatecznie nie robię ci przecież krzywdy, a że lubię kochać się z tobą, to nie grzech. Zwróć uwagę, jak wytwornie się wyrażam. Przy tobie z każdym dniem nabieram kultury.
   Skończył jeść śniadanie i wstał od stołu, idąc do sypialni. Po drodze zdarł ze mnie prześcieradło i roześmiał się, widząc moją furię. Zamknęłam się w łazience i siedziałam w niej do czasu, aż w przedpokoju trzasnęły drzwi. Poszedł sobie! c.d.n.