środa, 8 lutego 2017

SEKRETY RODZINNE - PIERŚCIONEK.


8 lutego 2017 r.
 
Bazylika Świętego Krzyża w Warszawie.

Nazajutrz była niedziela i mogłam leżeć dłużej, bo Romanowicz spał jak zabity. Byłam gotowa chodzić nawet codziennie na zabawy pod warunkiem, że mój małżonek urżnie się w trupa! Wspomniałam, że mąż często przychodził z pracy późnym wieczorem, czasami trzeźwy, a nieraz pod gazem. Nie lubił się tłumaczyć i bąkał, że musiał dłużej siedzieć w biurze. Udawałam, że mu wierzę, ale nie byłam aż tak naiwna, żeby dać wiarę, iż w czasie pracy popijał sobie wódeczkę. To był gabinet oficera śledczego, a nie stróżówka dozorcy. Podejrzewałam, że pewnie ma kochankę i spędza wieczory u niej. Nie miałabym nic przeciwko temu, gdyby nie obawa, że może mnie zarazić jakąś chorobą. Kiedy mu o tym powiedziałam, wściekł się na mnie.
- Na głowę upadłaś? Po co mi kochanka, od dupczenia mam żonę!
 Co kilka dni, dokładnie w tym czasie, gdy mąż przebywał w domu, rozlegał się krótki dzwonek do drzwi. Romanowicz sam szedł otworzyć, rozkazawszy mi wejść do sypialni i tam siedzieć, do czasu, aż każe mi wyjść z pokoju. Dla pewności zamykał drzwi sypialni na klucz! Słyszałam cichy męski głos, mówiący coś do męża, a potem drzwi  drugiego pokoju zatrzaskiwały się i zapadała cisza. Tylko ja, moim wyczulonym słuchem, łowiłam długą rozmowę prowadzoną w cztery oczy. 
Po jakimś czasie, tajemniczy przybysz wychodził równie bezszelestnie, jak przyszedł. Romanowicz wypuszczał mnie z sypialni i włączał telewizor, oglądając z zainteresowaniem panią Irenę Dziedzic, prowadzącą jakiś program. Domyślałam się, że to przychodzą tajniacy  męża z raportami. Do jego biura nie szli, żeby się nie dekonspirować. On sam nigdy nic na ten temat nie mówił, a ja nie pytałam, bo wiedziałam, że mogę wywołać nowy atak wściekłości.
Irena Dziedzić w programie TVP.
Pewnego dnia zamierzałam wyjść z domu na spacer i sięgnęłam do kasetki, prezentu mamy z jej pobytu w Zakopanem, gdzie trzymałam biżuterię. Stwierdziłam, że nie ma w niej pierścionka z brylantem i rubinem, prezentu ślubnego od mamy. Nie przypominałam sobie, żebym go zdejmowała z palca do mycia rąk, bo pierścionek wkładałam jedynie wówczas, gdy wychodziłam z domu. 

Na wszelki wypadek przeszukałam całe mieszkanie, ale pierścionka nie znalazłam. Strasznie się zmartwiłam, bo był to zaręczynowy pierścionek mamy, piękna rodzinna pamiątka, no i bardzo kosztowny klejnot. Mama strzegła go jak oka w głowie i pierścionek przetrwał nawet okupacyjny niedostatek, kiedy wysprzedawało się wszystko, żeby kupić  więcej chleba, czy masło. 
Kiedy Romanowicz wrócił wieczorem z pracy, spytałam, czy nie widział mego pierścionka?
- Nie widziałem. Pewnie spadł gdzieś pod kanapę. Zaglądałaś tam?
- Owszem, zaglądałam. Wszędzie szukałam, ale go nie ma.
- Może sprzątaczka ci ukradła. Przycisnę babę!
- Sprzątaczki nie było tu od tygodnia, bo choruje, a pierścionek miałam wczoraj na palcu. - oświadczyłam, coraz więcej zdenerwowana.
- To go szukaj i nie zawracaj mi głowy! - warknął. - Człowiek przychodzi do domu zmęczony jak pies, a ta kretynka nie daje mi spokoju.
- Posłuchaj, to nie jest błahostka. Pierścionek jest z dukatowego złota, z brylantem i rubinem! Ma dużą wartość, zresztą to pamiątka rodzinna.
Posłał mi złe spojrzenie i powiedział przez zaciśnięte zęby.
- Iza, mówię ci, zejdź ze mnie, bo oberwiesz!
- Za co? - krzyknęłam, wyprowadzona z równowagi. - Chcesz mnie uderzyć, bo wspominam o pierścionku? A może ty wiesz, co się z nim stało?   Dałeś go jakiejś swojej kochance?
Nie przewidziałam tego, co się wydarzy. Romanowicz błyskawicznie się odwrócił, zamachnął i z całej siły uderzył mnie w twarz. Straciłam nagle równowagę, poleciałam na ścianę i z rozpędu wyrżnęłam w nią głową. Poczułam straszny ból, a potem ogarnęła mnie ciemność. 
Kiedy otworzyłam oczy, leżałam w sypialni na tapczanie, z mokrym kompresem na czole. Głowa pękała mi z bólu, a w uszach czułam taki szum, jakby koło mnie znajdował się wielki wodospad, albo młyn. Jęknęłam, chwytając się za czoło. Nos miałam czymś zalepiony. Próbowałam go oczyścić, ale okazało się, że jeszcze cieknie z niego krew.

 - Kotku, żyjesz? - usłyszałam głos mego szanownego małżonka. Pochylił się nade mną, zmieniając mi okład na czole. - No, nie udawaj, przecież nic wielkiego ci się nie stało. Musiałaś mnie zdenerwować? Usrać się w pierścionek. Kupię ci nowy, ale na drugi raz nie zawracaj mi głowy duperelami, jak wracam zmęczony z pracy. Będzie dobrze, masz lekki wstrząs mózgu, ale od tego się nie umiera.
Westchnęłam, bo na własnej skórze przekonałam się, jakie metody stosuje mój mąż w czasie przesłuchania. Był potężnym mężczyzną i jego uderzenie miało siłę młota parowego.
- Iza, otwórz oczy. No, nie chciałem zrobić ci krzywdy, ale mnie wkurwiłaś. Mam paskudną pracę i jestem nerwowy. Nie mam żadnej kochanki, już ci mówiłem. Zresztą ja dziwkom nie daję złotej biżuterii. Pierścionek wkrótce się znajdzie i cała awantura jest bezsensowna. No, nie dąsaj się, jutro pójdziemy do kawiarni na lody, chcesz?
On był upiorny! O mały włos mnie nie zabił, bo przecież gdybym uderzyła głową o jakiś kant, już bym nie żyła! Przemawiał do mnie jak do dziecka, któremu dało się klapsa. Pójdziemy na lody!....
 
Warszawskie kawiarnie wieczorem.

- Kotku, nie udawaj, że jesteś konająca.
- Zostaw mnie! Proszę cię, nie dotykaj mnie, bo popełnię samobójstwo. Nie chcę cię znać! - wymamrotałam przez spuchnięte wargi.
- Iza, nie rób z tego tragedii. Raz mi się zdarzyło, więcej tego nie zrobię, obiecuję. Dziś wieczorem dam ci spokój, odpoczywaj sobie. No, wytrzyj nos, bo krew ci cieknie po policzku. Włóż sobie watę do nosa.
Uniosłam się na posłaniu, wpatrując się w niego otępiałym wzrokiem.
- Antek. - po raz pierwszy użyłam jego imienia bez jakiegoś zdrobnienia. - Dlaczego ty jesteś taki zły? Nie masz ani serca, ani sumienia. Jesteś okrutnym sadystą!
 Usiadł koło mnie i pogłaskał mnie po mokrych włosach.
- Głupia jesteś, Iza. W moim zawodzie nie ma ludzi o miękkim sercu.
- To nieprawda. Twoi koledzy bywają z pewnością nie mniej twardzi od ciebie. Ale w domu są dobrymi mężami i troskliwymi ojcami.
- Bredzisz. Nic o nich nie wiesz.
Na skutek wstrząsu mózgu poczułam nagłe nudności. Z trudem podniosłam się z tapczana. Trzymałam się ściany i zataczając się jak pijana, na załamujących się nogach, doszłam do łazienki, gdzie zwymiotowałam. Poczułam, że jestem bardzo chora. Spłukałam muszlę klozetową, dokładnie umyłam zęby, żeby usunąć z ust obrzydliwy niesmak i wróciłam do sypialni. Romanowicz stał na środku pokoju, bacznie obserwując moje ruchy.
- Iza, ty nie jesteś w ciąży, prawda?
- Bo co? - mruknęłam, siadając na tapczanie i kładąc sobie mokry kompres na czoło.
- Bo rzygałaś! Słuchaj, ja nie chcę mieć w domu wrzeszczącego, zasranego dzieciaka, rozumiesz? Kobiety z brzuchem są obrzydliwe, wyglądają jak prośne maciory. Jeżeli jesteś w ciąży, to mi to powiedz. Załatwię ci wizytę u naszego wojskowego lekarza, a on pomoże pozbyć się płodu. Masz być ze mną szczera, bo w przeciwnym razie.... - urwał, spojrzał na mnie znacząco i dokończył zimno: - Sam ci pomogę, żebyś poroniła!
Nie pragnęłam mieć dzieci, tym bardziej z nim. Ale przeraził mnie jego zwyrodniały cynizm i egoizm. Gdybym zaszła w ciążę, to on byłby ojcem tego dziecka.  Ale wtedy potraktowałby mnie podobnie jak dzisiaj, a może jeszcze gorzej.
- Możesz być spokojny. - powiedziałam, odwracając się do niego plecami. - Nie jestem w ciąży i przenigdy nie dopuściłabym do urodzenia twojego dziecka. Wystarczy, że ty jesteś na świecie!
- O, to lubię! Moja Izunia potrafi pokazać pazurki! - zaczął się śmiać i czule poklepał mnie po pupie. - No, pośpij sobie i wypocznij, bo jutro wieczorem upomnę się o moje prawa.
- Gdzie jest mój pierścionek? - odezwałam się, odwracając ku niemu głowę. - Ty wiesz, co się z nim stało, prawda?
- Iza, jesteś cholernie upierdliwa. Tym razem ci daruję, ale nie prowokuj mnie, rozumiesz?
Naszą kłótnię przerwał dzwonek do drzwi. Romanowicz zaklął i poszedł otworzyć. Na progu stała pani Bartnikowa.
- Dzień dobry. Przyniosłam Izuni trochę wiśni na placek. - usłyszałam jej głos.
- Żona źle się poczuła i zasnęła. - powiedział, zasłaniając jej sobą wejście. Ale pani Danusia nie była głupia.
- Nie łżyj, Antek. Myślisz, że nie słyszałam, jak się kłócicie? - energicznie odepchnęła go i weszła do sypialni. Na mój widok krzyknęła i upuściła talerz z wiśniami; rozsypały się po podłodze.
- Ty cholerny sukinsynu, co jej zrobiłeś? - wybuchnęła, podbiegając do mnie. - Córeńko, może potrzeba ci lekarza? - pochyliła się nade mną i zdjęła mi kompres z głowy. 
Zobaczywszy moją twarz, z płynącą z nosa krwią, powoli, jakby z namysłem, odwróciła się ku Romanowiczowi.
- Antek, jesteś podłym bydlakiem. - wyszeptała. - Masz taką młodziutką, miłą żonę. Każdy by ci pozazdrościł, a ty ją katujesz?
- Co pani za bzdury opowiada? - żachnął się gniewnie. - Iza potknęła się, upadła i rozbiła sobie głowę. To wszystko!
- Upadła? Sama upadła i przy sposobności rozkwasiła sobie nos? Z kogo ty próbujesz zrobić durnia? Myślisz, że nie wiem, jak ją traktujesz? Co wieczór słyszę, jak się nad nią znęcasz! Dobrze, że jej rodzice o tym nie wiedzą, bo byłoby ci ciepło. Wiesz, jakbyś był moim zięciem, to pożyczyłabym pistolet od mego Wołodii i rozwaliłabym ci ten łeb!
- Ona jest tak samo upierdliwa, jak pani, pani Danusiu! - rozgniewał się Romanowicz. - Od godziny truje mi dupę o jakiś pierścionek. Miałam ciężki dzień i trochę mnie poniosło.
- Właśnie widzę, że trochę. Bo jakby poniosło cię więcej, już by nie żyła! - naraz zmrużyła oczy. - O pierścionek? I za to ją pobiłeś?
Wydawało mi się, że ona wiedziała o czymś, o czym ja nie miałam pojęcia. Podniosła się i podeszła do niego.
- Romanowicz! - powiedziała ostrzegawczo. - Jeżeli raz jeszcze skrzywdzisz tę dziewczynę, osobiście pójdę na skargę do pułkownika Bąkowskiego.1 Wiesz, że znam go dobrze, bo razem służyliśmy u Berlinga! A jak i to nie pomoże, znajdę inną drogę żeby ciebie udupić. Rozumiesz? Słyszałam, jak pieprzyłeś co wieczór swoje dziwki z biura. To im odpowiadało, bo pasujecie do siebie. Ale twoja żona jest niewinną, porządną dziewczyną z dobrego domu. Nie takie kurwisko, jak twoja ostatnia kochanka.
Modna suknia z lat pięćdziesiątych.
- Pani Bartnikowa, to są moje prywatne sprawy, które nie powinny pani interesować. - prychnął ze złością. - Moja żona nie ma powodu, żeby uskarżać się na mnie. Ma wszystko, czego kobieta pragnie. Ładne mieszkanie, piękne stroje, jest zadbana i syta. Lubi kochać się ze mną i dlatego czasami krzyczy, to chyba normalne.
Myślałam, że zapadnę się pod ziemię ze wstydu. Ale pani Bartnikowa tylko roześmiała się drwiąco.
- Antek, ja jestem starą mężatką i potrafię odróżnić, kiedy kobieta krzyczy z rozkoszy, a kiedy z bólu! Ściany są cienkie, wiele można usłyszeć, nawet kiedy się tego nie chce. To nie są twoje prywatne sprawy, bo żyjesz między ludźmi. Iza, jakbyś poczuła się gorzej, każ Romanowiczowi wezwać lekarza. Masz silnie stłuczoną głowę i krwotok z nosa. To może być poważny wstrząs mózgu. A ty, - pogroziła mężowi palcem - uważaj, żeby jej się coś złego nie stało, bo wtedy mnie popamiętasz!
Wyszła z pokoju, cicho zamykając za sobą drzwi.
Bałam się spojrzeć na niego. Podszedł do okna i wpatrywał się w ogród, przez długą chwilę nie odzywając się do mnie. Kiedy odwrócił się w moją stronę, był śmiertelnie blady.
- Nie daruję ci, ty, suko, że przez ciebie ta stara cholera odegrała się na mnie. - powiedział szeptem. - Następnym razem tak cię spiorę, że przez tydzień nie usiądziesz, ale śladu na tobie nie będzie!  c.d.n.

1Karol Bąkowski ur. w Warszawie 29.XI.1912 r. zm. 1.III.1960 r. Przedwojenny działacz komunistyczny. Major I Armii WP Berlinga. 1 Sekretarz Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Łodzi. Poseł na Sejm. Pułkownik, z-ca szefa, a następnie szef Głównego Zarządu Informacji WP od 1953 – 1956 r. Po październiku, od 1957 – 1960 r. r. szef wyszkolenia KG MO.