czwartek, 30 marca 2017

SEKRETY RODZINNE. "DOBRY MĄŻ!"


  30 marca 2017 r.


    Pędziliśmy z taką szybkością, podskakując na nierównej szosie, że co chwilę zjeżdżałam z siedzenia i musiałam się trzymać, żeby nie upaść na podłogę. Bolało mnie całe ciało, głowa pękała z ćmiącego bólu i zbierało mi się na wymioty. Leżałam na brzuchu, bo plecy, pocięte razami pasa, były wielką raną. Czułam, że suknia lepka jest od krwi. Romanowicz prowadził jak szalony, drzewa po obu stronach szosy uciekały błyskawicznie w tył, ale ja się nie bałam. Byłam wpółprzytomna i resztką świadomości pragnęłam tylko jednego. Żebyśmy wpadli na jakieś drzewo i oboje zginęli. 
   Nie chciałam już żyć. Nie chciałam dojechać do tego przeklętego Konstancina. Nie chciałam widzieć pułkownika Bielajewa. Śmierć wcale nie jest taka zła. jest ciszą, a ja bardzo potrzebowałam spokoju. Na zakrętach samochód szarpał i zjeżdżał na bok, ale Romanowicz był doświadczonym kierowcą i wyprowadzał łazika z poślizgu. Gdybym miała siłę i coś ciężkiego pod ręką, uderzyłabym go w tył głowy i spowodowała wypadek. Ale byłam bezbronna i zdana na łaskę i niełaskę losu.
   Nie wiem jak długo jechaliśmy. Dokoła była czarna noc, lał ulewny deszcz i drzewa kołysały się w podmuchach północnego wiatru. Drogę przed nami rozświetlały tylko reflektory samochodu. Przez nieszczelny dach kapała na mnie woda deszczowa i to mnie chwilami trzeźwiło z omdlenia. Musiałam mieć gorączkę, bo wydawało mi się, że jestem w domu i leżę na tapczanie w moim różowym, panieńskim pokoju. Spodziewałam się, że jak co wieczór, przyjdzie ojciec, by powiedzieć mi dobranoc. Nie rozumiałam tylko, dlaczego ten tapczan tak trzęsie...
    O jakiejś godzinie, przed nami zajaśniały światła miasta. Romanowicz nie odzywał się do mnie, skupiony na prowadzeniu wozu. Kilka razy skręciliśmy w boczne uliczki, potem chyba wjechaliśmy w jakąś aleję, bo szum drzew dochodził do moich uszu, pomimo pracy motoru. Deszcz bębnił w plandekę samochodu, porywy wiatru były coraz mocniejsze. Nagłe Romanowicz zahamował tak gwałtownie, że spadłam z siedzenia na mokrą podłogę i oprzytomniałam.
   Chyba przyjechaliśmy już do Konstancina, bo Romanowicz wyłączył motor i zapalił papierosa. Siedział nieruchomo, w milczeniu zaciągając się dymem. Na podłodze auta było pełno wody, byłam cała mokra i zlodowaciała z przejmującego zimna. Ciało pokryła mi gęsia skórka i dzwoniłam zębami, trzęsąc się w nieogrzewanym łaziku.
- Wyjdź z wozu. - usłyszałam rozkazujący głos Romanowicza. - Bliżej nie mogę podjechać.
    Oszalał. Jak mogłam wyjść, kiedy leżałam na podłodze auta i nie miałam siły, żeby się podnieść i usiąść na siedzeniu? Nie odpowiedziałam i leżałam, dygocząc z zimna.
    Romanowicz wysiadł z wozu, zgasił papierosa o jego maskę i zajrzał do mnie.
- Mam nadzieję, że jeszcze żyjesz? - powiedział ze śmiechem. - No, kotku, nie udawaj. Przecież nie biłem mocno. Na przesłuchaniach bywa o wiele gorzej. Daj rękę, pomogę ci wstać.
    Nie ruszyłam się i nie odezwałam. Boże, gdybym mogła mu uciec! Zimno przenikało mnie do szpiku kości, odbierając resztkę sił. Zresztą dokąd miałabym uciec, w obcym mieście, ledwie żywa.
- No, wstań, Iza. Jesteś moją pieprzoną żoną, czy nie? Proszę ciebie tylko o małą przysługę. Poprosisz pułkownika o darowanie mi długu i koniec. Co to dla ciebie znaczy? On z pewnością spełni twoją prośbę. Wprawdzie dziś nie wyglądasz tak ładnie, jak zwykle, ale możesz mu powiedzieć, że ze zmartwienia spadłaś ze schodów. O, właśnie! - parsknął śmiechem. - No, chodź! Jesteś w końcu moją żoną, no nie?
    Nie odezwałam się i leżałam nieruchomo.
    Siłą wyciągnął mnie z wozu i postawił na nogi. Deszcz siekł mnie w twarz i ściekał za kołnierz sukni, spływając po plecach. Nogi uginały się pode mną, ale mogłam już stać. Romanowicz wziął mnie bardzo mocno pod rękę i podprowadził do szlabanu, zagradzającego drogę. Dalej widziałam drzewa i dom. Słaba lampa uliczna rzucała wąski krąg światła.    
   
   Romanowicz podszedł ze mną do szlabanu, wyminął go i prowadząc mnie, a raczej wlokąc przez siłę, doszedł ze mną do domu. O ile w mroku mogłam coś dostrzec, była to raczej piętrowa willa, stojąca w ogrodzie. Tylko w jednym parterowym oknie świeciło się światło, reszta domu tonęła w ciemnościach. Do drzwi wejściowych prowadziło kilka kamiennych stopni.
    Zatrzymaliśmy się przy schodach, a Romanowicz rzekł:
- Zostawię ciebie tutaj, sam wracam do Warszawy. Posłuchaj, Iza, teraz mówię bardzo poważnie. Zrób to, o co proszę. Jeżeli tego nie załatwisz, to nie masz po co wracać, bo mieszkanie będzie zamknięte. Możesz iść na ulicę, nic mnie to nie obchodzi. Od ciebie zależy, jak dalej ułoży się nasze życie. Musisz mi pomóc, bo jesteś moją żoną.
- Nie jestem. - odezwałam się po raz pierwszy.
- Nie? Przecież mówiłaś, że mnie kochasz. Już zapomniałaś?
- Kłamałam. - wyszeptałam, chwiejąc się na nogach.
    Było mi słabo, kolana załamywały się pode mną. Usiadłam bezsilnie na kamiennych schodkach. Romanowicz, zły, popchnął mnie i zadzwonił, kilka razy naciekając dzwonek, a potem zostawił mnie samą i odszedł. Po chwili usłyszałam odgłos ruszającego auta, który prędko ścichł w oddali. Zostałam sama, w deszczu i w zimnie, siedząca na kamiennych schodach. c.d.n.
                                     ------------------------------------------