piątek, 24 marca 2017

SEKRETY RODZINNE - FATALNY ZBIEG OKOLICZNOŚCI.


24 marca 2017 r.
Konstancin. Królewska Góra "Julisin" willa, w której mieszkał B. Bierut.
   To był fatalny zbieg okoliczności.
Rano ktoś zadzwonił do drzwi. Otworzyłam i zobaczyłam pani Danusię, zdenerwowaną, z oczami czerwonymi od łez.
- Pani płacze? - zawołałam zaniepokojona. - Jakaś zła wiadomość?
Sąsiadka skinęła głową, weszła do pokoju i przysiadła na brzegu fotela.
- Bardzo zła, duszyczko. - szepnęła, ocierając mokre policzki. - Muszę na dzień, lub dwa wyjechać. Zostaniesz, córeczko, sama.
Podskoczyłam z wrażenia.
- Pani Danusiu, dokąd pani jedzie i co się stało?
- Niedaleko, bo tylko do Konstancina. Telefonowała moja przyjaciółka, Daszeńka. Pojutrze wyjeżdżają z Polski na zawsze i chciała mnie widzieć przed odjazdem. Znamy się jeszcze z Rosji. To taka dobra kobieta, serdeczna i poczciwa. Razem wojowałyśmy w czasie wojny. Tylko ona w ruskim, a ja w polskim wojsku. Chciałam, żebyście się poznały. Zamierzałam zabrać ciebie kiedyś do Konstancina, bo mówiłam jej o tobie. Ale nic z tego nie będzie, bo wyjeżdżają.
- To wielka szkoda. - westchnęłam z żalem. - A dlaczego wyjeżdża?
Pani Danusia spojrzała na mnie przeciągle.
- Nie wiesz dlaczego?
- Nie.
- Po zmianach w Komitecie Centralnym, oficerowie radzieccy opuszczają Polskę wraz z marszałkiem Rokossowskim. Myślałam, że wiesz o tym.
- Nie wiedziałam. - szepnęłam spuszczając oczy, żeby pani Bartnikowa nie odgadła moich myśli. - Bardzo mi przykro, że nie poznam przyjaciółki pani.
Wojska radzieckie opuszczają Polskę.
- Pomogę jej się spakować, bo pewnie biedna Daszeńka jest kompletnie załamana. W Polsce bardzo się jej podobało. Miała piękne mieszkanie w Konstancinie, na Królewskiej Górze. Wiesz, tam mieszkają wszyscy dygnitarze. Bierut mieszkał w willi „Julisin”, a marszałek Rokossowski w dawnym pałacyku GISZ.
- Przepraszam, w czym? - nie zrozumiałam tego skrótu.
- W budynku przedwojennego Generalnego Inspektoratu Sił Zbrojnych. Polacy trochę niesprawiedliwie potraktowali Kostiuszę. Ostatecznie, to nie byle kto – marszałek dwóch narodów.
Podobny obraz
Konstatnty Rokossowski w mundurze marszałka ZSRR.
- No właśnie, dwóch!….- mruknęłam, ale zaraz zapomniałam o skrzywdzonym marszałku, bo przelękłam się, że kilka dni będę  sama.    - A kiedy pani wróci, pani Danusiu? - odezwałam się, biorąc ją za rękę.      
   Była to jedyna osoba w tym wielkim mieście, troszcząca się o mnie, której mogłam zaufać.
- Czekaj, dziecko. Dziś jest 31 października, to sądzę, że przyjadę do domu chyba 2 lub 3 listopada. Wiem, boisz się, że Romanowicz wróci, ale nie sądzę, żeby miał na to czas. Oni tam teraz mają urwanie głowy. Gomułka chce wprowadzić duże zmiany w wojsku i w służbach specjalnych, więc padł na nich strach. Dam ci jeszcze parę groszy, żebyś mogła kupić sobie jedzenie i nie głodowała. Jak wrócę, pomyślę, co zrobić, żeby ten sukinsyn oddawał ci chociaż połowę pensji. Upiekłam placek ze śliwkami. Chodź do mnie i weź go sobie.
    No i jak nie kochać, takiej dobrej sąsiadki?
   Pani Danusia wyjechała w południe, przysłanym po nią wojskowym samochodem. Zrobiło mi się smutno i poczułam się bardzo samotna. Pomyślałam, żeby zatelefonować do rodziców, ale natychmiast się rozmyśliłam. Nie byłam w stanie dłużej ich okłamywać. Nie mogąc usiedzieć w domu, włożyłam na siebie dwa swetry, a pod swetry jeszcze górę od piżamy, żeby mi było cieplej i w kostiumie wyszłam na ulicę. 

   Dzień był bardzo słoneczny i przyjemny, jak na tę porę roku. Nie czułam chłodu spacerując ulicami Saskiej Kępy. Przechodząc koło poczty, wpadłam na pomysł, żeby napisać do rodziców list i wyjaśnić, dlaczego nie przyjeżdżam do domu. Weszłam do środka i kupiłam papier listowy, kopertę i znaczek. Usiadłam przy stoliku i zaczęłam pisać, skrzypiąc stalówką po papierze.
„Moi Najukochańsi – Mamuniu i Tatuśku! Ja się nie zmieniłam, ale nie mogę przyjechać, bo on mi nie pozwala. Dopiero po ślubie okazało się, jaki to zły człowiek. Nienawidzę go i pragnę wrócić do domu, ale Romanowicz zagroził mi, że gdy odejdę, skrzywdzi was”…. - strzepnęłam ze stalówki atrament i zamarłam z rozchylonymi ustami.
   Boże miłosierny, nie wolno mi wysłać tego listu! Przecież korespondencja jest cenzurowana, a już z pewnością listy do moich rodziców. Postarał się o to Romanowicz, tego byłam absolutnie pewna. Wszyscy ludzie podejrzani, mieli kontrolowane rozmowy telefoniczne i korespondencję. Gdybym ośmieliła się napisać rodzicom prawdę o moim małżeństwie, z całą pewnością list trafiłby na drugi dzień do rąk męża! Nieraz wypsnęło mu się jakieś słówko o kontroli korespondencji. Mogłabym strasznie rodzicom zaszkodzić, nie tylko im, ale przede wszystkim sobie. Bliska rozpaczy o mało nie rozpłakałam się na cały głos. Prędko zasłoniłam twarz chusteczką udając, że siąkam nos. Chciałam podrzeć list i wrzucić do kosza, ale przypomniałam sobie, że nawet kosze na poczcie są sprawdzane i włożyłam go do kieszeni. Na ulicy podarłam list na drobne kawałeczki i wyrzuciłam do śmieci.
Popularna prezenterka telewizyjna pani Krystyna Loska.
   Odechciało mi się spacerów, więc wróciłam do domu i resztę dnia spędziłam, czytając książki i oglądając telewizję. Nadawali piękny program poświęcony poległym żołnierzom w Powstaniu Warszawskim – chyba pierwszy taki program w telewizji. Wielcy aktorzy recytowali wiersze Krzysztofa Baczyńskiego i Gajcego, śpiewano pieśni powstańcze. Byłam bardzo wzruszona, bo w powstaniu walczyli moi kuzyni i poległ brat mamy.
    Dzień Wszystkich Świętych wstał słoneczny i taki ciepły, że mogłam śmiało wyjść na miasto w samym kostiumie i w golfie. Po śniadaniu pojechałam do kościoła Świętego Krzyża na mszę i modliłam się żarliwie, prosząc Boga o pomoc w odzyskaniu wolności. Potem w okropnym ścisku, autobusem na Powązki. To był dzień żałoby. Na cmentarzu tłumy ludzi, z kwiatami i zniczami. Większość kobiet w czerni.
    Przypomniałam sobie opowiadania babci, o wielkiej żałobie narodowej w 1861 roku, kiedy to po zastrzeleniu przez wojsko carskie pięciu polskich manifestantów, arcybiskup Fijałkowski ogłosił bezterminową żałobę narodową. Wtedy wszystkie polskie kobiety, od praczki do księżnej, ubrały kiry i chodziły w nich, aż do chwili upadku Powstania Styczniowego.
Dama polska w  sukni żałoby narodowej 1861- 1863.
   Te współczesne warszawskie kobiety utraciły bliskich w 1939 roku, oraz w czasie okupacji i w Powstaniu Warszawskim, często całe rodziny. Przez lata, z gruzów i kanałów, wydobywano ciała poległych żołnierzy i zabitych cywilnych mieszkańców stolicy. Wiele kobiet nigdy nie odnalazło swych bliskich i chodziły na cmentarz składać kwiaty na obcych grobach. Zapalając znicz, modliły się za swoich umarłych.
 
Powązki. Święto Zmarłych.
    Mój wuj, również nie miał grobu i nikt nie wiedział kiedy i jak poległ. Prawdopodobnie zginął w czasie wycofywania się powstańców ze Starówki, kanałami do Śródmieścia, bo na Starówce ostatni raz go widziano. Kupiłam znicze, wiązankę kwiatów i poszłam na Kwaterę żołnierzy „Zośki”. Było tam mnóstwo ludzi, a przy grobach klęczały czarno ubrane kobiety. Złożyłam kwiaty na czyimś grobie i zapaliłam znicze. Zmówiłam pacierz, a potem długo chodziłam po cmentarzu, podziwiając wspaniałe grobowce i czytając wzruszające epitafia. 

PL Warsaw Stare Powązki rodzice chopina, 01-797 Warszawa - Zdjęcia
Płyta grobowa rodziców Fryderyka Chopina na Starych Powązkach.
  Na Starych Powązkach odwiedziłam grób rodziców Chopina, jego matki Justyny z Krzyżanowskich i ojca Franciszka. Tam także leżały kwiaty i świeciły się znicze – warszawiacy pamiętali o swoim wielkim Fryderyku.
    Nie chciało mi się gotować obiadu, więc wstąpiłam do jakiejś małej knajpki i zjadłam tradycyjnego schabowego z ziemniakami i kapustą. Myślałam, że tego dnia zatelefonują rodzice, ale nikt nie zadzwonił. Domyśliłam się, że mama i tatuś byli na mnie obrażeni. Bardzo mnie to bolało, ale cóż mogłam zrobić?
    Kiedy wyjechała Ewa, a wczoraj pani Danusia, zostałam zupełnie sama. Czułam się strasznie samotna i skrzywdzona, bo chyba nie zasłużyłam sobie na taki los. Zaświeciłam w mieszkaniu wszystkie światła i włączyłam telewizor na cały regulator, ale przez to nie było mi wcale weselej i nie byłam przez to mniej samotna.
W końcu zrezygnowana i w ponurym nastroju położyłam się do łóżka i długo płakałam, zanim zmorzył mnie sen.
   Miałam nadzieję, że pani Danusia wróci 2 listopada, ale nie przyjechała. Widocznie przyjaciółka bardziej jej potrzebowała ode mnie. Telefonicznie sprawdziłam, w jakim kinie dają dobry film, i po południu wybrałam się do kina „SKARPA”, żeby nie siedzieć w domu i aby prędzej minął czas. To był chyba angielski obraz: „Niepotrzebni mogą odejść”z wielką, dramatyczną rolą znakomitego aktora brytyjskiego Jamesa Masona. Film był mroczny i nie poprawił mi humoru, ale samo przejście się po gwarnych ulicach i dwie godziny spędzone między ludźmi, nieco podniosły mnie na duchu.
Wspaniały James Mason z Kathleen Ryan " Niepotrzebni mogą odejść"
    Wróciwszy do domu, zrobiłam sobie, mimo późnej pory kawę, i usiadłam przed telewizorem. Mówi się, że pogoda, jak kobieta, jest zmienna. Drugiego dnia listopada, podobnie jak pierwszego, rano i w południe było ciepło, świeciło słońce. Ale zaraz po powrocie do domu, nagle się zachmurzyło, zerwał się północny wiatr, temperatura gwałtownie spadła i zaczął padać zimy, jesienny deszcz. Popijałam kawę, ciesząc się, że siedzę w ciepłym mieszkaniu, a za oknami wiatr i deszcz.
Ostry dzwonek przy drzwiach, poderwał mnie na równe nogi. „Pani Danusia przyjechała!”… - pomyślałam  uradowana i pobiegłam jej otworzyć.
- Nie mogłam się już doczekać! - zawołałam radośnie, otwierając drzwi.
- No to się doczekałaś! - usłyszałam męski głos i zdrętwiałam.
    Na progu stał Romanowicz. c.d.n.
                                           -------------------------------------