niedziela, 26 marca 2017

SEKRETY RODZINNE - KOTKU, MAMY KŁOPOTY!


26 marca 2017 r.


   W pierwszym momencie nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Cofnęłam się do tyłu, zakrywając ręka usta, żeby powstrzymać okrzyk przerażenia. Przez ten czas, kiedy Romanowicz się nie pokazywał, niekiedy miałam złudzenie, że nie istnieje, że to tylko moja wyobraźnia go stworzyła. Ale on istniał i odepchnąwszy mnie, wszedł do przedpokoju, a potem do kuchni.
    Zjawił się teraz, gdy wcale się tego nie spodziewałam. Poczułam, że lodowacieją mi ręce i nogi, a serce znalazło się w żołądku. Weszłam za nim do kuchni i stanęłam przy stole, opierając się na nim ręką, bo kolana trzęsły się pode mną. Zauważyłam, że Romanowicz bardzo się zmienił od dnia, kiedy go ostatni raz widziałam. Był wychudzony, w pomiętym ubraniu, nie ogolony i zarośnięty. Oczy miał przekrwione, kiedy patrzył na mnie.
- No, co tak stoisz, jak kutas na weselu? - odezwał się uprzejmie. - Daj mi coś do zjedzenia. W tej kurewskiej robocie człowiek nawet nie ma czasu, żeby coś przełknąć.
- A masz pieniądze? - spytałam spokojnie, choć serce waliło mi jak szalone.
- Po cholerę mi pieniądze?
- Zapominasz, że pozostawiłeś mnie bez jedzenia i bez pieniędzy. Wszystko, co jest w lodówce zostało mi pożyczone. Trzeba za to zapłacić, więc pytam, masz pieniądze?
    Zaśmiał się cynicznie.
- Pieprzysz, kotku. Wiedziałem, że sobie poradzisz, i jak widzę, nie myliłem się. Wyglądasz kwitnąco. - zajrzał do lodówki i wyjął z niej kilka jajek i pęto kiełbasy. - Zrób mi jajecznicę na kolację i kanapki z kiełbasą.
Pożywny posiłek - jajecznica na kiełbasie.
- Nie! - powiedziałam cicho, przez zacięte zęby. - Zostawiłeś mnie tu na śmierć głodową wiedząc, że nikogo nie poproszę o pomoc. Żeby nie pani Danusia, zdechłabym tu bez jedzenia i pieniędzy. Miałbyś teraz rodzinny pogrzeb i prokuratora na głowie, bo pani Bartnikowa z pewnością oskarżyłaby ciebie o spowodowanie mojej śmierci. Jesteś podłym draniem bez sumienia i bez honoru.
    Popatrzył na mnie przeciągle i zlękłam się, że mnie uderzy. Ale nie zrobił tego, tylko postawił czajnik na gazie.
- Iza, przestań pleść głupstwa i zrób mi kolację. To nie ja prokuratora, ale prokurator mnie musiałby się obawiać. Zapamiętaj to sobie. Idę do łazienki., żeby wziąć prysznic i się ogolić. Jak wrócę, jedzenia ma być na stole, słyszysz?
    Wyszedł z kuchni, trzasnąwszy przedtem drzwiami. Trzęsłam się cała ze strachu i wściekłości, ale postanowiłam mu nie ulegać. Usiadłam na krześle, wsparta łokciami o stół i nie reagowałam, kiedy woda zagotowała się, czajnik zaczął gwizdać, a kuchnia napełniła się parą. Nie ruszyłam się, gdy Romanowicz wszedł do kuchni już odświeżony i ogolony.
- Co się z tobą dzieje? - wrzasnął. - Dlaczego nie zrobiłaś mi kawy i kolacji?
- Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie! - warknęłam. - Sam sobie zrób.
- Nie przeciągaj struny. - pochylił się nade mną i jego twarz była blisko, tak blisko, że czułam jego oddech.
    Byłam przekonana, że zaraz mnie spoliczkuje, ale ku memu zdumieniu, sam ukroił sobie kilka kromek chleba, obłożył je kiełbasą i usmażył jajecznicę z pięciu jaj. Okazało się, że jak chce, to potrafi o siebie zadbać. Zaparzył kawę i dolał do niej mleka z lodówki. Poszedł do pokoju i z barku wziął butelkę koniaku. Nalał sobie do kieliszka i zwrócił się do mnie:
- Chcesz koniaku?
- Nie chcę.
  
 Zaszokowany moim zachowaniem, wzruszył ramionami.
- Kurwa, człowiek przychodzi do domu po ciężkiej harówce, a ta cipa siedzi jak królowa i nawet dupska nie ruszy, żeby usłużyć mężowi. - pożalił się, pochłaniając przygotowany posiłek.
- Nie jesteś moim mężem, tylko moim katem, bo skazałeś mnie na śmierć. Ale nie myśl, żeby ci się to upiekło. Już nie te czasy. Idzie nowe!- oznajmiłam z tryumfem. 
 - Głupia jesteś. Jeszcze długo będzie szło, zanim dojdzie. Mam ochotę dołożyć ci za to, że ośmieszyłaś mnie przed żołnierzem, i jak gadałaś ze mną przez telefon. Ale znaj moje dobre serce, dziś ci się jeszcze upiecze, bo jestem cholernie zmęczony i nawet nie mam ochoty przelecieć ciebie. Spiorę cię jutro!
    Zanim zdążyłam odpowiedzieć, w pokoju zadzwonił telefon. Nie ruszyłam się z miejsca wiedząc, że to nie rodzice, bo obrażeni, przestali dzwonić. Ogromnie mnie to bolało, ale nic nie mogłam poradzić. Romanowicz wstał i poszedł do pokoju. Telefon umilkł. Usłyszałam głos męża, najpierw zdziwiony, potem na długo zamilkł, słuchając tego, co ktoś mówił. Mruknął gniewnie i odłożył słuchawkę.
    Kiedy wszedł do kuchni, myślałam że spadnę z krzesła. Był trupio blady, a w jego oczach była ślepa wściekłość. Nie wiedziałam, co mam o tym myśleć. Odruchowo wstałam.
- Co się stało? - spytałam.
    Długą chwilę nie odpowiadał, tylko patrzył na mnie jakby z namysłem. Po ustach przemknął mu szczególny uśmiech. Musiał opanować wściekłość, bo na jego policzki wróciły rumieńce.
- Mamy kłopot, kotku. - jego głos był idealnie spokojny, w ogóle nie było w nim słychać złości.
- Mamy? My mamy?
- Owszem, my mamy. Przegrałem w karty dosyć dużo pieniędzy i teraz trzeba je zwrócić.
- A co mnie to obchodzi? - prychnęłam pogardliwie. - To ty przegrałeś, a ja już nie mam pierścionków z brylantem, ani pereł. Nie mam także pieniędzy, które mi zabrałeś, więc nic ci nie pomogę. Sam spłacaj swoje długi.
- Fe, kotku. Chcesz zostawić męża bez pomocy? To nic, że nie masz już biżuterii, bo coś jeszcze ci zostało. Potem ci powiem, co!
   
      Nie wiem dlaczego, ale ton, jakim mówił, przejął mnie dreszczem. Coś złego patrzyło mu z oczu.
- Ile przegrałeś? - odezwałam się ściszonym głosem.
- Dużo, kochanie. Dwanaście tysięcy!
    Otworzyłam usta i wpatrywałam się w niego szeroko otwartymi oczami. Nie mogłam uwierzyć w to, co usłyszałam.  c.d.n.