środa, 8 marca 2017

SEKRETY RODZINNE. - O WŁOS OD KATASTROFY!.


8 marca 2017 r.
 Nikita Chruszczow i Władysław Gomułka na VIII Plenum KC. Dobre miny do złej zabawy!
   Chruszczow oskarżył Polaków o kontrrewolucję i chęć zerwania sojuszu ze Związkiem Radzieckim. Wszystko zależało od mądrości i rozwagi polskiego kierownictwa partii i rządu. W zakładach pracy zaczęły natychmiast powstawać grupy samoobrony, złożone z robotników i pracowników, zdecydowanych bronić stolicy przed agresorami. Ludzie wychodzili z zakładów pracy na ulicę, okrzykami wspierając polską partię i Gomułkę.
    Generałowie: Wacław Komar (Mendel Kossoj) dowódca Korpusu Obrony Wewnętrznej, KOW, oraz generał Włodzimierz Muś, dowódca Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego KBW, postawili swoje oddziały w stan pogotowia, obsadzając nimi obiekty strategiczne i patrolując ulice. Mówiono, że KBW rozdała broń robotnikom Fabryki Samochodów Osobowych na Żeraniu, gotowym bronić miasta. 
   Warszawa stłumiła oddech, nadsłuchując wiadomości nadchodzących z Belwederu. Ukazujące się gazety: „Życie Warszawy” „Trybuna Ludu”, „Po prostu” i inne czasopisma, były wprost rozchwytywane i czytane na głos. Na terenie całej Polski w zakładach pracy odbywały się wiece. Ludzie spragnieni byli wiadomości o tym, co dzieje się w stolicy.
Wiece w czasie VIII plenum KC, wspierające Węgrów.
    Ochab wspominał, że rozmowy z delegacją radziecką, przypominały rozmowę dziada z babą. Dziad swoje, baba swoje. Żadna ze stron nie chciała odpuścić i rozmowy były bardzo burzliwe, bynajmniej nie przyjacielskie. Chruszczow skarżył się, że o sytuacji w Polsce dowiadywał się z „Głosu Ameryki”. Wypominał Polakom, ile zniszczona Polska otrzymała pomocy ze Związku Radzieckiego, nawet gdy Związek Radziecki sam zmagał się z niedostatkiem.
    
   Jadąc do Polski, Chruszczow uzgodnił ewentualną interwencję zbrojną na Polskę, z Czechami i Niemcami. Oba rządy przyjęły tę decyzję ze zrozumieniem, ale sprzeciwiły się Chiny. Pierwszy Sekretarz Komunistycznej Partii Chin Mao Tse Tung, zaprotestował. Nie dlatego, że zależało mu na Polsce, ale w ten sposób chciał zamanifestować niezależność chińskiej polityki zagranicznej. Interwencja zbrojna nie podobała się także Jugosławii rządzonej wtedy przez Josipa Broz - Tito.
Transparenty na domach warszawskich.

   Prawdopodobnie na pozytywną decyzję Chruszczowa wpłynęła także osobista rozmowa z Gomułką. Ten ostatni wygłosił po polsku tak porywające przemówienie, że sam Chruszczow był pod jego wrażeniem. Powiedział potem, że „człowiek, który tak potrafi bronić swoich przekonań, musi być szczery”. Protokołujący to wystąpienie Jan Dzierżyński, (syn Feliksa) nie mógł nadążyć z przekładem słów Gomułki na język rosyjski. 21 października plenum wybrało na 1 Sekretarza KC PZPR towarzysza Władysława Gomułkę, Delegacja radziecka zaakceptowała jego wybór.
Wiec na Placu Defilad i przemówienie Gomułki.
    Społeczeństwo polskie przyjęło ten wybór entuzjastycznie. Dla wielu Polaków Gomułka był więźniem obozu stalinowskiego i polskim komunistą, który w 1948 roku miał odwagę przeciwstawić się Stalinowi. Gomułkę poparły także koła katolickie.
    W czasie obrad Plenum, w warszawskich zakładach pracy, w FSO i na Politechnice Warszawskiej odbywały się burzliwe wiece. Społeczeństwo gotowe było stawić czoło agresji. 
Nieustępliwa postawa kierownictwa partyjno-rządowego i determinacja zwolenników przemian demokratycznych, skłoniły delegację radziecką do ustępstw. Chruszczow był zbyt mądrym politykiem, żeby ryzykować zbrojny konflikt z Polską, kiedy na Węgrzech wybuchło zbrojne powstanie. Przed wyjazdem w sobotę do Moskwy, podjął decyzję o wycofaniu wojsk radzieckich do swoich jednostek. Teksty przemówień wygłoszonych na VIII plenum KC PZPR, opublikowano w 10 numerze organu KC PZPR miesięcznika „ Nowe drogi”, rozchwytywanego przez czytelników.
Historyczny egzemplarz zawierający obrady VIII Plenum KC PZPR.
                                         --------------------------------------------------
   Kiedy w Warszawie rozgrywały się te doniosłe wydarzenia, ja leżałam na tapczanie tak osłabiona z głodu, że nie miałam siły podnieść się i przynieść sobie z kuchni wody z kranu, bo dręczyło mnie straszne pragnienie. Byłam kompletnie zrezygnowana i apatyczna. Słyszałam, że w drugim pokoju dzwonił telefon, domyślałam się, że to mama, lub tatuś, ale nie chciało mi się wstać i odebrać telefonu. O czym miałam z nimi rozmawiać?
    Nie wiem, co by się wtedy ze mną stało. Możliwe, że umarłabym z głodu i wycieńczenia, gdyby nie pomoc, na którą wcale nie liczyłam. W jakiejś godzinie, nawet nie wiem której, zaterkotał dzwonek przy drzwiach. Nie ruszyłam się z miejsca, wciskając mocniej głowę w poduszkę. Ale natrętny dzwonek nie zamilknął, a za moment ktoś zaczął pięściami walić w drzwi. Z pewnością nie był to Romanowicz, bo on miał własne klucze.
- Izunia, otwórz, dziecko, przecież jesteś w domu! - usłyszałam głos pani Danusi i cień nadziei wstąpił w moje serce. - Córeńko, otwórz mi!
    Usiłowałam wstać z tapczana, ale spadłam z niego na podłogę. Trzymając się brzegu posłania, z trudem dźwignęłam się na drżące z osłabienia, uginające się pode mną nogi. Chwytając się mebli, i ściany, krok za krokiem posuwałam się w kierunku przedpokoju i drzwi wejściowych. Oddychałam głośno, chrapliwie, tak zmęczona, jakbym wdrapywała się na Mont Everest. Dzwoniło mi w uszach, a do gardła napływały fale nudności. Miałam wrażenie, że całe mieszkanie przechyla się wraz ze mną raz w prawo i w lewo. Mimo zasnuwającej oczy mgły, dowlekłam się po dłuższej chwili do drzwi. Pani Danusia nie przestawała dzwonić i pukać, wołając mnie po imieniu.
    Łzy płynęły mi po policzkach, kiedy przekręcałam klucz w zamku. Drzwi uchyliły się, a ja stałam zgięta niemal wpół, bo nie miałam siły się wyprostować. Łkałam. Za moment znalazłam się w silnych, ciepłych ramionach sąsiadki. Pani Bartnikowa, zdjęta zgrozą, patrzyła na moją siną twarz i białe jak papier usta.
- Jezu Chryste, dziecko, co tobie się stało? - zawołała przerażona, podtrzymując mnie, bo leciałam jej przez ręce.
   Nie miałam siły, żeby jej odpowiedzieć. Poruszyłam tylko wargami, ale nie wydałam z siebie głosu. Pani Danusia raczej zaciągnęła mnie, niż zaprowadziła, do sypialni i położyła na tapczanie.
- Izunia, co ci się stało? Chora jesteś? Zaraz wezwę pogotowie!
    Potrząsnęłam głową.
- Wody! - wyszeptałam z trudem.
- Nie wody, tylko kawy, albo gorącej herbaty z cytryną. Gdzie masz kawę?
    Spuściłam głowę i nie odezwałam się.
    Pani Danusia, posłała mi przenikliwe spojrzenie i poszła do kuchni. Słyszałam jak otwiera kolejne drzwiczki kredensu. Po chwili wróciła, bardzo blada i poważna.
 Podobny obraz
- Kredens jest pusty. - powiedziała cicho. - Od kiedy nie jadłaś?
    Przełknęłam ślinę i zarumieniłam się ze wstydu i upokorzenia.
- Nie pamiętam. Może trzy dni…. - wyszeptałam z trudem.
- Matko święta…. A żołnierz nie przynosi ci obiadów?
- Już nie. Widać nie są opłacone.
  Opanowanie, które udało mi się uzyskać, zaczęło mnie opuszczać. Byłam bliska histerycznego płaczu.
- Leż spokojnie. Zaraz przyjdę. - powiedziała pani Bartnikowa i wybiegła z mieszkania.
    Po chwili siedziałam na tapczanie, podparta poduszkami, ściskając w drżących dłoniach szklankę z mocną kawą. Z kuchni dolatywał do mnie zapach gotującego się mleka. Boże, będę jadła! - wpatrywałam się w okno, modląc się w duchu.
Pani Danusia wróciła do pokoju i przykucnęła przy tapczanie, głaszcząc mnie po policzku.
- Moje biedne dziecko! - szepnęła bliska łez. - Och, kochanie. Nie umiem wyrazić tego co czuję. Widziałam, że nigdzie nie wychodziłaś i zaniepokoiłam się o ciebie. Zabiłabym tego skurwysyna. To potwór! Świadomie głodzić żonę… Nie, to się po prostu w głowie nie mieści. Zaraz zadzwonię do jego szefa.
    Zatrzęsłam się ze strachu.
- Nie, błagam, niech pani tego nie robi. Romanowicz mnie zabije.
- Nie można tego tak zostawić. Nie dał ci pieniędzy? Pewnie przegrał wszystko w karty. Sukinsyn! Wezwę taksówkę i zawiozę ciebie do szpitala. Boże, żeby twoja mama wiedziała, co się z tobą dzieje, chyba by umarła ze zmartwienia. Nie, płacz, córeńko. Pomogę ci. Zaraz zjesz zupkę mleczną z płatkami górskimi. Za długo głodowałaś i nie wolno ci jeść pokarmów stałych, ani wędliny. Chleb wkruszę do zupy.
- Pani Danusiu, ja nie chcę do szpitala. - przytuliłam się do jej ramienia. - Boję się!
- No, dobrze. W takim razie, jak zjesz i trochę się wzmocnisz, zabiorę cię do siebie. Szkoda, że nie wyjechałaś z Warszawy. Tu mogą się dziać paskudne rzeczy. Pewnie nie włączałaś telewizora i nie wiesz, że wojsko idzie na nas.
- Jakie wojsko? - jęknęłam przerażona.
- Ruskie. Od wczoraj Chruszczow jest w Warszawie. Ludzie głośno mówią na ulicy, że trzeba bronić miasta. W fabrykach robotnicy się zbroją. Możemy mieć nowe powstanie. Powinnaś była wyjechać do rodziców. Tu lada chwila może się polać krew.
- Chciałam, ale Romanowicz mi nie pozwolił. Boże, wciąż nie jestem w stanie logicznie myśleć. - poskarżyłam się, pocierając bolącą głowę. - Wyobrażam sobie, że rodzice szaleją, nie wiedząc co dzieje się ze mna. Słyszałam dzwonek telefonu, ale nie miałam siły żeby wstać. Zresztą przez ten telefon nie mogę swobodnie rozmawiać.
   
 Pani Danusia podniosła się i przyniosła mi z kuchni talerz gęstej zupy mlecznej. Jadłam, soląc zupę łzami wdzięczności. c.d.n.
                                 ------------------------------------

Miłych moich czytelników proszę o cierpliwość. Muszę zrobić sobie kilkudniową przerwę, ale obiecuję, że ciąg dalszy nastąpi.