wtorek, 28 marca 2017

SEKRETY RODZINNE - PROPOZYCJA NIE DO ODRZUCENIA!


 28 marca 2017 r.



   Przez długą chwilę nie zdołałam wydusić z siebie słowa.
- Dwanaście tysięcy? - powtórzyłam wstrząśnięta. - Czyś ty oszalał? Przecież nawet minister zarabia tylko siedem, osiem tysięcy! Skąd weźmiesz taką sumę? Kto ci ją pożyczy?
   Na owe czasy to było mnóstwo pieniędzy. Nie wiedziałam, ile Romanowicz zarabia, bo nigdy mi tego nie powiedział. Byłam przyzwyczajona, że każdego miesiąca ojciec oddawał mamie całą pensję. Ostatecznie to kobieta rządziła domem i wiedziała na co ma je przeznaczyć. Tata dostawał swego zaskórniaka, na cygara i drobne wydatki. Ale w moim małżeństwie nic nie było normalne.
    Na moje pytanie Romanowicz skrzywił się drwiąco.
- Nie muszę pożyczać. Wystarczy, żeby mój partner nie żądał wygranej.
- Musiałby być idiotą. Z kim grałeś?
    Patrzył na mnie ironicznie przez zmrużone powieki.
- A jak myślisz, kotku?
- Skąd mogę wiedzieć? Och, daj mi spokój. To twój kłopot i sam sobie radź. Przypomnij sobie, że w wojsku hazardowa gra w karty jest zakazana. Dobranoc! - chciałam wyjść z kuchni, ale złapał mnie za ramię.
- Nie tak prędko. Jesteś moją żoną i musisz pomóc mężowi, wybawiając mnie z kłopotu. Ubierz się!
- Zostaw mnie! - krzyknęłam, próbując się wyrwać, ale jego palce zacisnęły się na moim ramieniu z siłą imadła. - Dlaczego mam się ubrać? Nigdzie z tobą nie pójdę.
- Owszem. Pojedziesz do Konstancina i pięknie poprosisz pułkownika Bielajewa, żeby nie robił afery i nie żądał ode mnie tych pieniędzy. Nie mam z czego zapłacić, ale mam żonę, która go o to ładnie poprosi! Prawda, kotku?
    Nie! To nie mogła być rzeczywistość. To mi się musiało śnić. Z pewnością był to tylko zły sen, i za moment się obudzę. Ale ostry ból w ramieniu uświadomił mi, że to nie był sen, choć nie mogłam uwierzyć w to, co przed chwilą usłyszałam. Grał z Bielajewem?
- Dlaczego z nim grałeś?- jęknęłam. - Przecież sam mówiłeś, że on świetnie gra w pokera. Na głowę upadłeś?
- Byłem pijany. Władek też przegrał, ale mniej i zapłaci, bo ma z czego. Ale ja mam żonę, która pułkownikowi bardzo się podoba. Ubieraj się, pojedziesz do Konstancina.
- Nie licz na to! Nigdzie nie pojadę. - powiedziałam stanowczo i zaraz zawyłam z bólu, bo wykręcił mi ramię do tyłu, aż zatrzeszczały kości.
- Ubieraj się! - syknął. - Jak się będziesz stawiała, to tak cię zbiję, że się posikasz. - popchnął mnie w stronę sypialni. - Pośpiesz się. W przeciwnym razie, zabiorę ciebie w samej sukience!
    Powlokłam się do pokoju i upadłam twarzą na tapczan. To, czego żądał ode mnie Romanowicz, nie mieściło mi się w głowie. Chciał użyć mnie jak zwykłej kurwy, którą alfons posyła do klienta.
    Boże,  ratuj! Nie pojadę, nie mogę tam jechać. Nigdy tego nie zrobię, choć paraliżował mnie strach na myśl o tym, co mnie czeka, jak odmówię. Zaczęłam się modlić, prosząc Boga, aby pośpieszył mi z pomocą. Jednocześnie wiedziałam, iż żadnej pomocy znikąd nie dostanę. Jestem sama i muszę sobie radzić.
   Romanowicz włączył telewizor na cały regulator, choć dom był pusty i nikt nie mógł nic usłyszeć.
   
   Usłyszałam jego kroki. Wszedł do sypialni i przez chwilę przypatrywał mi się, a potem z całej siły szarpnął mnie za włosy.
- Wstawaj i ubieraj się, bo zaraz się za ciebie zabiorę!
- Rób, co chcesz, ja nie pojadę! Nie zamierzam wstawiać się za tobą.
    Nie byłam wcale zaskoczona, kiedy wymierzył mi potężny policzek. Krzyknęłam czując, że z nosa zaczyna kapać mi krew, plamiąc poszewkę poduszki. Ramię bolało mnie dotkliwie – z pewnością jutro będzie w czarnych sińcach. Teraz jeszcze dodatkowo bolał mnie i piekł policzek, a z nosa ciągle kapała krew. Pomimo bólu nie zamierzałam nigdzie jechać.
- Możesz mnie zabić, ale nie zmusisz mnie, żebym pojechała. - wysepleniłam przez rozciętą wargę. - Jestem twoją żoną, a nie dziwką na posyłki.
- Pieprzona cipa! - ryknął w furii i uderzył mnie raz jeszcze, tak mocno, że upadłam na kolana. - Zatłukę cię, słyszysz? Zbieraj się, będziesz robiła, co ci każę, albo nie ręczę za siebie!
- Nie pojadę. - wyszeptałam, bliska zemdlenia. Było mi słabo i kręciło mi się w głowie od ciosów jego ręki.
- Nie? Zobaczymy. Jeszcze mnie widać nie znasz. - powiedział dziwnie spokojnie i odpiął szeroki oficerski pas, ze stalową sprzączką. - Więc jak, dalej się upierasz?
    Nie odpowiedziałam, tylko zagryzłam wargę. 
  

   Pas ze świstem i niespodziewaną siłą spadł na moje plecy. Nie krzyknęłam, nie wydałam z siebie jęku, tylko skuliłam się, zaciskając na piersi ramiona. Cios padał za ciosem, metodycznie, z całej siły, aż poczułam, że sukienka lepi mi się do pleców, z których płynie krew. Słyszałam jak sapał, zmęczony biciem. Nie krzyczałam, wcale nie dlatego, że byłam taka dzielna. Po prostu już nie miałam na to siły. Jęczałam tylko głucho, rozciągnęła na podłodze. Stalowa sprzączka pasa rozcięła mi skórę na czole i krew zalewała mi oczy.
    W końcu Romanowicz przestał mnie bić. Rzucił pas i podszedł do szafki nocnej. Z szuflady wyjął schowany tam pistolet.
- Zastrzelę cię, ty suko. - powiedział cicho. - Nie żartuję. Zastrzelę cię, jeżeli dalej będziesz się stawiać. Upozoruję twoje samobójstwo, wierz mi, umiem to robić. Chcę od ciebie tylko jednego. Zawiozę cię do Konstancina, a ty poprosisz Bielajewa, żeby zostawił mnie w spokoju, jasne?
    Nie wątpiłam, że może mnie zabić. Przystawił mi lufę pistoletu do skroni i dostrzegłam kątem oka, jak palec drżał mu na cynglu. Byłam tak strasznie skatowana, że nawet nie zareagowałam. Nie bałam się śmierci, ale z żalem pomyślałam, że nie wrócę już do domu i nie zobaczę rodziców. Kiedyś dowiedzą się o mojej śmierci, ale nie będą wiedzieli, jak strasznie cierpiałam i tęskniłam za nimi.
- Wstawaj! - usłyszałam jego głos, aż zachrypnięty z wściekłości. - Bo zabiję cię!
Pistolet TT 33 popularna TT-ka.
    Nie odpowiedziałam. Byłam już tylko jednym wielkim bólem. Poderwał mnie z podłogi, postawił i podtrzymał, bo leciałam mu przez ręce. Z krzesła ściągnął mój sweter i ubrał mnie siłą. Nawet nie ruszyłam palcem, w swojej obronie. Posadził mnie na tapczanie, w łazience zamoczył ręcznik w wodzie i wytarł mi twarz z krwi. Przeczesał mi włosy i przypudrował policzki. Z torebki wyjął szminkę, malując mi usta. Musiałam wyglądać jak cyrkowy błazen, spuchnięta, poraniona i sztucznie wymalowana. Stwierdziwszy, że wyglądam „przyzwoicie”, próbował wyprowadzić mnie z pokoju. Ale ja nie miałam siły żeby zrobić nawet krok, więc wziął mnie na ręce i zszedł ze mną po schodach, zatrzaskując nogą drzwi wejściowe. 

   Pod domem stał wojskowy łazik. Wepchnął mnie na tylne siedzenie i zapuścił motor. Ruszył gwałtownie, o mało nie zrzucając mnie z siedzenia. Auto pomknęło przez mokre i lśniące od deszczu ulice Warszawy, zagłębiając się w mrok, rozjaśniony z rzadka ulicznymi lampami.  c.d.n.
                     ---------------------------------------------------------