poniedziałek, 24 kwietnia 2017

ZAPOMNIANI BOHATEROWIE RZECZYPOSPOLITEJ

24 kwietnia 2017 r.                                                                                                                                                                                              
        W dniu 7 lipca 1572 roku, zmarł Zygmunt II August, ostatni król z przesławnej dynastii Jagiellonów. Nie pozostawił po sobie następcy tronu i odtąd w Polsce zaczęto wybierać monarchów przez wolną elekcję, czyli elekcję viritim, to znaczy, przez ogólne zgromadzenie szlachty.

Potęga Rzeczypospolitej - elekcja Henryka d'Valois.
     Pierwsza elekcja odbyła się w roku 1573 w podwarszawskiej wsi Kamień, kiedy na tron polski wybrano księcia d'Anjou Henryka de Valois. Wybór okazał się fatalną pomyłką i jego krótkie panowanie zakończyła ucieczka króla do Francji, aby objąć tam tron po zmarłym bracie Karolu IX.
Henryk III d'Valois , król Polski i Francji.
    Następnym królem elekcyjnym był wybrany w 1575 roku, książę Siedmiogrodu Stefan Batory, znakomity wojownik i wielki król.Na nieszczęście, młodemu jeszcze, bo 42-letniemu królowi, dano za małżonkę, królewnę Annę Jagiellonkę, ostatnią z królewskiego rodu, wybraną poprzednio przez szlachtę na króla Polski i mającą już ponad pięćdziesiąt sześć lat.
Król Stefan Batory

    Z tego związku, naturalnie, nie urodził się następca tronu, i wielki król Batory w 1586 roku zmarł bezpotomnie. Po śmierci Batorego nastąpił w Rzeczypospolitej chaos. Jedni próbowali wprowadzić na tron arcyksięcia austriackiego Maksymiliana III Habsburga. Inni popierani przez sędziwą królową Annę Jagiellonkę, głosowali za królewiczem szwedzkim Zygmuntem z dynastii Wazów, lub jego ojcem Janem Wazą. O tron polski ubiegał się nawet Iwan Groźny car Rosji!
Królowa Anna Jagiellonka.

   Szlachta widziała na królewskim tronie najpewniej królewicza szwedzkiego Zygmunta Wazę, mającego w sobie krew Jagiellonów, przez matkę Katarzynę Jagiellonkę, córkę króla Zygmunta Starego i siostrę Anny Jagiellonki. Obie królowe bardzo często korespondowały ze sobą i to one starały się zdobyć tron dla Zygmunta, ulubionego siostrzeńca królowej Anny. Popierał go również magnat polski Jan Zamoyski, pan na Zamościu, wielki kanclerz koronny i hetman wielki koronny. Najbardziej zaufany doradca zmarłego króla Batorego.
Zygmunt III Waza, król Polski, i Szwecji.
   19 sierpnia 1587 roku 21 letni królewicz Zygmunt III Waza, został przez prymasa Polski koronowany królem Rzeczypospolitej Polski, wielkim księciem Litwy, Rusi i.t.d. W kilka dni potem, bo 22 sierpnia 1587 roku, arcybiskup kijowski Woroniecki, obwołał królem Polski, brata cesarza Austrii, arcyksięcia Maksymiliana III Habsburga, który popierany przez rodzinę Zborowskich, Stadnickich oraz ich popleczników, wkroczył z wojskami do Polski.
Arcyksiążę Maksymilian III Habsburg
     Rozpoczęła się wojna dwóch królów polskich, niszcząca kraj i nie przynosząca nikomu zaszczytu. Zygmunt III Waza, skryty, zamknięty w sobie, wychowany przez jezuitów dewot, wolałby zostać w Szwecji, swojej ojczyźnie, ale musiał posłuchać rozkazu ojca króla szwedzkiego.
W tym czasie na terenie kraju grasowały wojska austriackie, próbując zdobywać twierdze i osadzać tam swoje załogi. Jedną z tych twierdz był Olsztyn, potężny zamek w okolicach jury krakowsko-częstochowskiej, na szlaku Orlich Gniazd, zbudowanych przez króla Kazimierza Wielkiego.
Zamek Olsztyn, obecnie.
    W roku 1587, starostą Olsztyna był Kacper Karliński herbu Ostoja. Miał on ośmiu synów, z których siedmiu zmarło lub zginęło na wojnach. Pozostał tylko jeden, najmłodszy i najukochańszy 6-letni synek, mieszkający w ojcowskim majątku Karlinie. Pewnego dnia pod zamek podeszły wojska arcyksięcia Maksymiliana i próbowały go zdobyć. Lecz Karliński był dowódcą oddanym prawowitemu królowi Zygmuntowi III Wazie, i nie miał zamiaru zamku poddawać. Kilkakrotne szturmy nieprzyjacielskie były zwycięsko odpierane przez załogę polską, liczącą 80 -ciu żołnierzy.
Obrona Olsztyna.
    Wówczas wydarzyła się rzecz straszna. W otoczeniu arcyksięcia Maksymiliana, znajdował się słynny warchoł i pieniacz Stanisław Stadnicki, zwany słusznie Diabłem. Kiedy ataki wojsk Maksymiliana ponosiły klęskę, Stadnicki podszepnął arcyksięciu, żeby zmusił Karlińskiego do poddania zamku, w zamian za życie swego synka. Żołnierze arcyksięcia napadli na majątek starosty, paląc, grabiąc i pobiwszy ludzi, porwali 6-letniego chłopca.
W następnym szturmie użyto dziecka jako żywej tarczy, rozkazując ojcu poddanie zamku.
Załoga polska skamieniała ze zgrozy, bezsilnie patrząc na zbliżające się oddziały wroga. Armaty zamkowe milczały, bo nikt nie śmiał strzelać, widząc na przedzie niesione małe dziecko, które rozpaczliwie płakało, wzywając pomocy.
Zamek Olsztyn, stan obecny.
    Kacper Karliński stał na wałach zamkowych i patrzył na zbliżające się nieubłaganie szeregi nieprzyjaciela. Zdawał sobie sprawę, że gdy podda zamek, tym samym wzmocni siły Maksymiliana, który osadzi w nim swoich żołnierzy. Olsztyn był ważną strategicznie twierdzą i nie mógł wpaść w ręce wroga.
Patrzył na synka wzywającego pomocy i jego ojcowskie serce krwawiło z bólu. To było jego ostatnie dziecko, ukochany synek wyglądający ratunku od ojca. Oddziały arcyksięcia Maksymiliana, pewne już zwycięstwa, zbliżały się do murów zamkowych. Polskie armaty na murach milczały. Kanonierzy stali z zapalonymi lontami, patrząc z przerażeniem na swego dowódcę i nie wyobrażając sobie, aby dał rozkaz otwarcia ognia do własnego dziecka.
Minuty płynęły za minutami, z jednej i z drugiej strony ludzie z napięciem oczekiwali na to, co za chwilę nastąpi. Maksymilian i Stadnicki byli pewni, że Karliński zamek podda.
Nagle wydarzyło się coś, co jedynie w legendach opowiadają najstarsi ludzie.
Kanonierzy stojący blisko starosty, usłyszeli jak głośno zawołał:
                   - NAJPIERW BYŁEM POLAKIEM, A DOPIERO POTEM OJCEM!
To mówiąc przyłożył lont do armaty i wystrzelił prosto w szeregi nieprzyjaciela, zabijając syna!
Zamek zatrząsł się od huku salw armatnich, oddanych przez polską załogę. Kolejny szturm został odparty. Wieść o bohaterskim obrońcy Olsztyna, obiegła całą Rzeczpospolitą, Litwę i Ruś, wszędzie wzbudzając podziw i serdeczne współczucie dla nieszczęśliwego ojca. Król Zygmunt III, nadał mu tytuł senatora i majątki, ale Karliński nie przyjął zaszczytów. Zmarł wkrótce w 1590 roku, nie mogąc przeboleć śmierci ukochanego dziecka.
Historia pomściła go, gdyż arcyksiążę Maksymilian III pokonany został w wielkiej bitwie pod Byczyną, następnego roku 24 stycznia 1588. Bitwą dowodził hetman wielki koronny Jan Zamoyski i to on pojmał arcyksięcia, biorąc go do niewoli.
Hetman Zamoyski bierze do niewoli Maksymiliana Habsburga.
    W historii Polski, było już raz wydarzenie, kiedy to użyto dzieci, jako żywych tarcz. W roku 1109 cesarz niemiecki Henryk V, oblegał Głogów, gród nad Odrą. Obrona tego grodu miała dla księcia Bolesława Krzywoustego ogromne znaczenie, bowiem w tym czasie zbierał siły do walki z nieprzyjacielem. Oblężenie nie wiodło się cesarzowi, więc zgodził się na kilkudniowe zawieszenie broni, biorąc pod zastaw synów dowódcy i innych wielmożów z Głogowa. Kiedy minął termin zawieszenia broni, na Głogów ruszył szturm, a na machinach oblężniczych stały przywiązane do nich dzieci obrońców grodu.
Obrona GGłogowa w 1109 roku.
    Cesarz był pewny, że Polacy gród poddadzą, ale spotkał go przykry zawód. Obrońcy Głogowa nie wahali się przywitać nieprzyjaciela nawałą strzał i kamieni, zabijając własne dzieci, ale i nie dopuszczając wroga do murów. Oszalałe z rozpaczy kobiety wypadły z twierdzy i dosłownie rozdzierały jeńców, którzy dostali się w ich ręce na strzępy. Cesarz niesławnie odstąpił od oblężenia Głogowa, a jego wojska zostały rozbite w słynnej bitwie na Psim Polu, pod Wrocławiem.

Powstanie Warszawskie - żywe tarcze z ludności cywilnej.
    Raz jeszcze użyto ludności cywilnej jako żywe tarcze, w 1944 roku w Powstaniu Warszawskim, kiedy hitlerowcy pragnąc zdobyć powstańcze barykady, pędzili przed czołgami kobiety, dzieci i mężczyzn. Historia Polski jest krwawa i pełna czynów wymagających odwagi i ogromnego poświęcenia. Wielka szkoda, że z biegiem czasu zapominamy o bohaterach Rzeczypospolitej Obojga Narodów – takich jak starosta Kacper Karliński. 


sobota, 15 kwietnia 2017

SEKRETY RODZINNE - NARESZCIE JESTEM WOLNA!


 15 kwietnia 2017 r.

   
   O jakiejś godzinie nocy otwarłam oczy. Nie spałam, ani nie drzemałam, ale nagle przyszło mi na myśl, co by się stało, jakby nagle wszedł do sypialni Romanowicz! Zatrzęsłam się ze strachu i zwinęłam odruchowo w kłębek. Mocna ręka wzięła moją dłoń. Chwyciłam się jej kurczowo. „Nie zostawiaj mnie samej!” - pomyślałam.
    Głaskał kciukiem moje palce aż się całkiem uspokoiłam. Pochylił się nade mną i pocałował mnie w usta.
- Nie wolno!- zaśmiałam się, odchylając do tyłu głowę,
- To nie boli.
- Nie powinieneś mnie już całować.
- Kłamiesz!
- Kłamię! - powiedziałam, obejmując go za szyję i oddając pocałunek.
- Wolno zakurić? - spytał, podnosząc się na łokciu.
- Pewnie.
    Sięgnął do kieszeni munduru leżącego przy tapczanie i wyjął paczkę papierosów. Błysnął ogień zapalniczki, oświetlając na moment jego surowe rysy. Chciwie zaciągnął się, wypuszczając dym nosem.
- O czym dumałaś?
- Wyobraziłam sobie, co by się stało, jakby Romanowicz teraz przyjechał. Borys, ja się strasznie boję tego człowieka. Nie jestem tchórzem, ale jego się boję.
– Ne stoit. (nie warto). Jesteś gierojka, on chciał ciebia zabić! Gad! Za to, co zrobił, postawiłbym go pod scienką i zastrelił kak sobakę. Iza, słysz, jedź ze mną do Rasji! - zgasił papierosa i zwrócił się do mnie twarzą.
    Usiadłam na łóżku i spojrzałam na niego.
- Jedź ze mną. - nalegał. - W ciągu kilku miesięcy będę miał rozwód. Wyrobię ci wszystkie papiery konieczne do osiedlenia się w ZSRR.
- Przecież ja nawet nie wiem, gdzie ty mieszkasz. - powiedziałam ze smutkiem.
Leningrad. Sankt Petersburg.
- W Leningradzie. Mamy z siestrą daczę po papie. Maja siestra jest wraczem. Pracuje w bolnicy, w szpitalu. - poprawił się prędko. - Ja proszu tiebia, Iza, jedź ze mną!
    Obejmował moją głowę dłońmi, głaszcząc i całując potargane włosy.
- Nie mogę, kochany. - odwiedziałam po chwili, ochłonąwszy ze zdumienia. - Gdybym była sama, nie musiałbyś mnie o to prosić. Zgodziłabym się bez namysłu. Ale ja nie jestem sama. Rodzice, mają tylko mnie. Gdybym wyjechała tak daleko, na zawsze, mama by tego nie przeżyła. Zabiłabym ją, rozumiesz?
    Milczał dłuższą chwilę.
- Da. Ja znaju. Żal! Iza, gdybyś ty była bieremiennaja (w ciąży), obiecaj, że dasz mi znać. Ja budu starał sija, żeby mnie dali do Polszy, może do Legnicy.
    Byłam bardzo wzruszona. Jakże ten mężczyzna różnił się od Romanowicza.
- Z pewnością dałabym ci znać. Możesz być tego pewien.
    Westchnął ciężko i zapalił drugiego papierosa. Przytuliłam się do jego mocnego ciała, myśląc z prawdziwą rozpaczą, że wkrótce rozstaniemy się już na zawsze.
- O której jutro wyjeżdżasz?
- W południe, lecę samolotem. A ty, zaraz bierz czemodany i jedź do rodziców. Romanowicz wróci i nie może ciebie tu widzieć.
- Ale ja się boję, że on zrobi komuś krzywdę. Mnie albo rodzicom.
- Nie musisz się go bać. - chrząknął i ciągnął pewnym siebie, stanowczym głosem. - Iza, ja mówił z jego dowódcą. Mówiłem wsio, co o nim wiem. A wiem mnogo. Pałkownik obiecał, że Romanowicz zostanie usunięty z wojska. Totczas ( z miejsca, momentalnie)
    Nie mogłam wprost uwierzyć w swoje szczęście. Z piskiem objęłam go za szyję i zasypałam pocałunkami, niemal płacząc z radości.
- Jaki ty jesteś dobry! Boże, już nigdy nie skrzywdzi nikogo z moich bliskich.. Borys, naprawdę?
- Da, nawierno. Nic nie zrobi twojemu papie, ani diadi (wujowi) gienerałowi w Anglii.
    Oniemiałam ze zdumienia. O wuju, a raczej stryju generale nigdy nie wspominałam ani Romanowiczowi, ani tym bardziej Borysowi. Skąd o nim wiedział?  Widocznie domyślił się o czym myślałam, bo roześmiał się i pocałował mnie w czubek nosa.
- Koszka! (kotku) nie dumaj. Ja muszę wiedzieć o wsiem. Taki zawod. (taka praca)
    Nie spytałam go, jaka to praca. Nie interesowało mnie nic, prócz tego, że Romanowicz przestał być groźny. Jakby ktoś jadowitemu wężowi wyrwał kły! Nigdy nie ofiarował mi ani odrobiny uczucia, kierując się wyrachowaniem. Jakie to szczęście, że poznałam Borysa, a on zniszczył tego drania. Musiałam jednak, zgodnie z jego radą, natychmiast wyjechać, bo Romanowicz dowiedziawszy się o dymisji, zemściłby się na mnie strasznie. Może by mnie nawet zabił.
- Jesteś dla mnie taki dobry. Jestem szczęśliwa, że ciebie poznałam. - szepnęłam tuląc się do niego.
- Niet, nie jestem dobry. O, ludzie mogliby mnogo na mnie gadać. Ale ty mienia budiesz dobrze wspominać.
    
Nie spaliśmy już do rana, rozmawiając o wielu sprawach i kochając się. Borys nalegał, żebym zaraz wszczęła postępowanie rozwodowe i raz na zawsze uwolniła się od Romanowicza. Ani razu nie powiedział, że mnie kocha, ale nie musiał. Byłam tego absolutnie pewna. Dowiódł swych uczuć czynami, a nie słowami. 
   Wstaliśmy rano zmęczeni bezsennością i przygnębieni nadchodzącym rozstaniem. Borys dał mi swój adres i telefon do ambasady radzieckiej w Warszawie, na wypadek gdybym zmieniła zdanie i chciała jechać do Rosji, lub zaszła z nim w ciążę. Widocznie czuł się samotny i bardzo pragnął mieć własne dziecko, bo chłopiec, którego urodziła żona, nie był jego synem.
    
Na śniadanie usmażyłam mu naleśniki. Trzymając w ręce patelnię z naleśnikiem, zamyśliłam się, patrząc przed okno kuchenne. Późny poranek jesienny rozjaśniał niebo na wschodzie. Z łazienki dochodził szum wody z prysznica i pomrukiwanie Borysa. Uświadomiłam sobie, że będzie mi go strasznie brakowało. Był jedyną osobą, przy której czułam się zupełnie bezpieczna i absolutnie pewna jego miłości. 
   Nie wiem, czy był człowiekiem dobrym, czy złym. Nic mnie to nie obchodziło. Dla mnie był czuły i troskliwy. Wyświadczył mi ogromną przysługę i pośpieszył z pomocą, której nigdy się nie spodziewałam. W jego ramionach po raz pierwszy w życiu poczułam się kobietą, a nie ofiarą. Byłam nim oczarowana, a może po prostu zakochana..
    Przyszedł do kuchni owinięty ręcznikiem i usiadł, rozkoszując się jedzeniem, kawą i unoszącymi się w kuchni zapachami. Dokładałam mu kolejne naleśniki, smarując je dżemem truskawkowym i patrzyłam z radością, jak znikały jeden po drugim.
- Może zagrzać ci jeszcze parówki? Masz przed sobą taką daleka drogę – powiedziałam, nakładając mu na talerz następny naleśnik.
- Spasiba, lubimaja (ukochana). Dosyć, bo samolot mnie nie uniesie. - uśmiechnął się swoim zwyczajem, kątem ust. - A ja mam dla ciebia podarok! (prezent) Nie tu, mój sołdat przyniesie za godzinku.
    Podeszłam do niego i uniosłam mu głowę, całując mocno w usta.
- Ty jestem moim najlepszym prezentem od życia. - powiedziałam z powagą. - Nie potrzebuję żadnych innych podarunków. Nawet nie wyobrażasz sobie, jak bardzo będzie mi ciebie brakowało, lubimyj. (ukochany)
    Posadził mnie sobie na kolanach i długo całowaliśmy się, nie mogąc oderwać się od siebie. Nie będę opisywać naszego pożegnania, bo jeszcze dziś, po wielu dziesiątkach lat, boli mnie serce na to wspomnienie. Wychodząc, Borys objął mnie mocno i powiedział, patrząc mi w oczy:
- Ja ciebia nikagda nie zabudu!
    Kiedy wyszedł, długo patrzyłam za nim przez okno, odprowadzając go spojrzeniem przez łzy. Gdy jego szczupła sylwetka zniknęła za rogiem ulicy, poszłam do sypialni, położyłam się na tapczanie i rozpaczliwie płakałam, całując poduszkę, na której spoczywała jego głowa. Ja także dotrzymałam słowa i nie zapomniałam o nim przez całe życie.
   Na marginesie dodam, że po wielu dekadach, kiedy rozpadł się Związek Radziecki, w pewnej gazecie przeczytałam, że emerytowany generał rosyjski B.W. Bielajew, stanął na czele jednego z koncernów naftowych! To była jedyna wiadomość, jaką o nim otrzymałam.
    Oprzytomniałam nagle, przypomniawszy sobie jego radę, żebym jeszcze tego dnia wyjechała. Romanowicz mógł każdej chwili wrócić, a wtedy moja sytuacja byłaby nie do pozazdroszczenia. Na myśl o nim, zerwałam się na równe nogi i z pośpiechem zaczęłam ściągać walizki z pawlacza. Postanowiłam zabrać wszystko, co się tylko da, nie zostawiając temu draniowi nic z tego, co z sobą przywiozłam. Przeliczyłam pieniądze, nie było ich wiele, ale na podróż do domu wystarczy.
    Miałam problem, bo nie posiadałam płaszcza, a podróż w kostiumie była niemożliwa, ze względu na niską temperaturę i padający chwilami śnieg. Pomyślałam, że nie ma innego wyjścia, jak pożyczyć płaszcz od pani Bartnikowej. Już chciałam do niej zejść, gdy usłyszałam dzwonek do drzwi. Był to radziecki żołnierz, dźwigający przed sobą spory pakunek. Bez słowa wręczył mi paczkę i zasalutowawszy, prędko odszedł.
    Zaniosłam pakunek do sypialni i otworzyłam pudło. Wydałam okrzyk radości i zatańczyłam po pokoju, bo w pudle znajdowało się piękne brązowe futro! Śmiejąc się i płacząc ze wzruszenia, ubrałam je i podeszłam do lustra. Mój Boże, już dawno tak ładnie nie wyglądałam!
    Dziękuję, Boria! Pamiętał, że nie miałam płaszcza.
   Zbiegłam po schodach i zapukałam do sąsiadki. Otworzyła i przez chwilę patrzyła na mnie zdumiona.
- Izunia, dziecko, jaka ty jesteś dzisiaj śliczna! - powiedziała, wpuszczając mnie do mieszkania. - Dobrze się czujesz?
    Rzuciłam się jej na szyję.
- Pani Danusiu, wracam do domu! - krzyknęłam z wybuchem radości. - Nareszcie wracam. Muszę się bardzo spieszyć, żeby Romanowicz mnie tu nie zastał, Nie chcę dzwonić z mego telefonu, ale proszę żeby pani zatelefonowała na dworzec i spytała o której mam pociąg. Zostawię też u pani resztę rzeczy, których nie będę mogła na razie zabrać z sobą, bo nie zamierzam nic zostawiać temu bydlakowi.
- Dziecinko, tak bardzo się cieszę, że nareszcie twoje marzenia się spełniły. A co z Romanowiczem? Nie będzie ci szkodził?
- Zapewniono mnie, że nie. - nie powiedziałam nic więcej, ale się zarumieniłam. 
   Pani Danusia była mądrą kobietą i natychmiast domyśliła się mego sekretu.
- On ci pomógł, prawda?
- Tak. Mogę spokojnie wracać do domu, ale będzie lepiej żeby mnie tu nie było, jak Romanowicz wróci.
- W takim razie spieszmy się. Ja ci pomogę, córeczko. Nic nie zostawiaj w Warszawie, bo nie wiadomo kiedy będziesz mogła te rzeczy odebrać, a i ja nie jestem tu wieczna. Trzeba się postarać o duże pudła. Idź do naszego sklepu, oni tam mają mnóstwo niepotrzebnych kartonowych pudeł. Będziemy wszystko do nich pakować.
    Wstąpiła we mnie nadzwyczajna energia. Czułam się tak, jakby mi skrzydła urosły. Pani Danusia sugerowała, żebym zatelefonowała do domu i uprzedziła rodziców, że przyjeżdżam. Ale ja nie chciałam. Niech to będzie dla nich radosna niespodzianka. Popędziłam do sklepu i dostałam kilka wielkich pudeł, w których przywożono towary. Z pomocą pracownika sklepu, przytaskaliśmy je do domu. Pani Danusia już stała na stołku i zdejmowała zasłony i firany z okien sypialni.
    Ja zaczęłam pakować bieliznę i pościele, jakie mama mi przysłała. Do walizek wpakowałam wszystkie moje ciuchy. Nie było tego tak dużo, jak wówczas, gdy jechałam do Warszawy, bo wiele rzeczy sprzedałam na Bazarze, żeby mieć z czego żyć. Do pudeł wkładałam serwisy, nawet te częściowo potłuczone przez kochanki Romanowicza, bo twardo postanowiłam, że nie zostawię mu nic z tego, co było moje.
    
Kiedy skończyłyśmy pracę, mieszkanie było ogołocone z serwet, firan, zasłon i wielu drobniejszych przedmiotów. Za to na środku dużego pokoju stało kilka wielkich pudeł, pełnych przeróżnych rzeczy. Obie z sąsiadką byłyśmy czerwone jak upiory i spocone, niczym robotnicy po ciężkiej pracy.
- Boże święty, jak ja się z tym zabiorę! - wykrzyknęłam, ocierając pot z czoła. - Same taksówki, czy auta bagażowe, będą mnie kosztować majątek.
- Nie martw się, dziecko. A kto ci każe taszczyć te rzeczy ze sobą? Przecież możesz je nadać na kolej!
    Usiadłam na krześle i sapałam ze zmęczenia.
- Nie wpadłam na to. - mruknęłam. - Ale trzeba zamówić jakąś bagażówkę i przewieźć to wszystko na dworzec. Obawiam się, że zabraknie mi pieniędzy.
    Ale pani Bartnikowa, jak zwykle, była niezawodna.
- Izunia, po co ci bagażówka? A wojskowy samochód nie wystarczy?
- A skąd ja wezmę wojskowy samochód? - jęknęłam przygnębiona, patrząc na stojące przede mną pudła.
- O to się nie martw. Aha, pociąg masz o dwudziestej drugiej trzydzieści z Dworca Głównego. Do tej pory załatwimy wszystko i posiedzimy sobie po obiedzie, przy kawie. Opowiesz mi o pułkowniku Bielajewie, co?
- Opowiem, kochana moja opiekunko. Wszystko, całą prawdę!
- Dobrze. A teraz musisz się ubrać do wyjścia, bo za chwilę przyjedzie tu samochód i pojedziesz na dworzec. Idę załatwić auto.
    Sąsiadka zeszła na parter, a ja usiadłam przy stole i rozglądałam się po pustym teraz mieszkaniu, które miało być moim domem. Ogołocone ze wszystkich ozdób, wyglądało na opuszczone i jakieś obce. Wyobrażałam sobie, jak zareaguje Romanowicz, kiedy wejdzie do domu. Dzięki Bogu, że mnie już przy tym nie będzie. Gdyby nie wyjechał na Węgry, nie mogłabym pozwolić sobie na taką swobodę.
    Spojrzałam na zegar. Było południe, pułkownik Bielajew siedział w samolocie i odlatywał z Polski. Zerwałam się z krzesła, podbiegłam do telewizora i włączyłam go na cały regulator, ale nie zagłuszyłam tym moich myśli. Nie mogłam, nie chciałam płakać, ale łzy same zaczęły spływać po policzkach, aż w ustach poczułam ich słony smak.
    Żegnaj, Boria!
   
 Wróciła pani Danusia i spojrzawszy na mnie, przytuliła mnie do siebie i ucałowała.
- Nie płacz, dziecko. Łzami już niczego nie zmienisz, a sobie zaszkodzisz. No, ubieraj się, za pół godziny będzie tu ciężarówka z dwoma żołnierzami.
    Roześmiałam się przez łzy.
- Jak pani to robi, pani Danusiu?
- Ma się trochę tych znajomości.
    Rzeczywiście, w niecałe nawet pół godziny zajechało przed dom ciężarowe auto i dwóch żołnierzy zniosło pudła do samochodu. Wsiadłam do szoferki i pojechaliśmy. Bez trudności nadałam bagaż, szczęśliwa, że bezpiecznie dojedzie na miejsce. Podziękowałam moim pomocnikom i wróciłam do domu autobusem. Po raz ostatni wchodziłam po schodach na piętro i otwierałam kluczem drzwi do mieszkania. Było takie ciche, aż mnie to przerażało. Zabrałam resztę rzeczy osobistych spakowanych w walizce i nie oglądając się, zatrzasnęłam za sobą drzwi. Przez siedem długich miesięcy to mieszkanie było moim więzieniem i miejscem tortur. Nigdy więcej nie chciałam tam wchodzić.
    Resztę dnia spędziłam u mojej kochanej sąsiadki, przy kawie i kruchych ciasteczkach. Opowiedziałam jej wszystko, co zaszło między mną, a pułkownikiem Bielajewem. Była bardzo wzruszona tą historią.
 - Szkoda, że nie chciałaś wyjechać do Rosji. Być może, znalazłabyś przy nim szczęście. - zauważyła. - Ja także jestem Polką, a mąż Rosjaninem, ale nigdy na niego nie narzekałam. Był dobrym mężem i troskliwym ojcem.
- To inny, ogromny kraj, zupełnie niepodobny do Polski, pani Danusiu. Czułabym się tam obco, tym bardziej, że nie znam dobrze języka rosyjskiego. Moi bliscy nie pogodziliby się z tym faktem.
- Cóż, matka nie rodzi dzieci dla siebie, ale dla świata. Widzisz, mam dwoje dzieci, a jestem sama. A teraz już i ciebie zabraknie…. - podejrzanie pociągnęła nosem.
- Była pani dla mnie taka dobra, jak druga matka. Gdyby nie pani, Romanowicz byłby jeszcze gorszy, ale trochę obawiał się pani. Nigdy nie zapomnę, co pani zawdzięczam i zawsze będę myślała o pani z miłością.
    Ucałowałam ją serdecznie.
   Przesiedziałyśmy na rozmowie do wieczora. Ponieważ poprzedniej nocy prawie nie spałam, poczułam senność. Ale myśl, że już jutro rano będę w domu, dodawała mi sił. O dwudziestej przyjechała taksówka. Wsiadając, spojrzałam po raz ostatni w ciemne okna mego mieszkania, których widok tyle razy budził we mnie przerażenie na myśl, że w domu jest mój przeklęty mąż i kat. Wsiadłam do auta i odjechałam, nie oglądając się za siebie.
    Pani Bartnikowa odprowadziła mnie na peron i pożegnała się ze mną, całując mnie i błogosławiąc.
- Życzę ci szczęścia w życiu, córeczko. Wymaż z pamięci wszystkie złe obrazy z przeszłości. Niech nigdy więcej nie zakłócają ci twoich młodych lat. A wspomnij mnie czasem. - powiedziała na pożegnanie.
    
   Pociąg był tak zapchany, że z trudem znalazłam miejsce w korytarzu. Przysiadłam na walizce, umęczona całodzienną krzątaniną. Dokoła mnie podróżni palili papierosy, czego nie znosiłam i gadali głośno o sprawach, które wcale mnie nie obchodziły.
    Gdy pociąg ruszył, wstałam i przez brudną szybę patrzyłam na uciekające w tył budynki miasta. Żegnałam Warszawę, to wspaniałe miasto ludzi niezłomnych, ale bez żalu. Tu przeżyłam chyba najgorsze miesiące mego życia, ale też tutaj spotkałam prawdziwą miłość i stałam się kobietą.
    
   Podróż miałam fatalną, bo prawie do rana siedziałam na walizce w korytarzu, przy bardzo nieszczelnym oknie. W wagonie był taki tłok, że nie mogłam sięgnąć do walizki po termos, ani zapakowane przez panią Danusię kanapki. Jechałam głodna i spragniona, licząc wolno mijające godziny. Czułam się źle, nawet bardzo źle. Sztuczne podniecenie opadło i wróciły trapiące mnie bóle. Miałam duszności i z trudem chwytałam cuchnące powietrze w rozchylone usta. Chyba miałam temperaturę, bo trzęsłam się z zimna.
    Do mego miasta przyjechałam w ponury, listopadowy poranek. Wysiadłam, a raczej zostałam wypchnięta z wagonu, przez wsiadających podróżnych i znalazłam się na peronie. Rozejrzałam się, wspominając ten majowy wieczór, kiedy żegnałam tu rodziców, odjeżdżając z „kochającym” mężem do Warszawy. Nie przypuszczałam wtedy, że moje małżeństwo skończy się tak dramatycznie.
    
   Wzięłam walizkę i krok po kroku zdążałam w stronę domu. Na szczęście nie było daleko. Dawniej przebywałam tę drogę w kilkanaście minut, teraz wlokłam się pół godziny. Nareszcie z dala dostrzegłam dom i okna naszego mieszkania, jeszcze ciemne, bo rodzice z pewnością spali. Dysząc ciężko przebyłam ostatnie metry do bramy. 
   Ciągnąc za sobą walizkę, zaczęłam wspinać się po schodach dysząc i czując, że pot zalewa mi twarz, choć wcale nie było mi gorąco. Westchnęłam, wspominając nie tak dawne czasy, kiedy biegłam po schodach, przeskakując po dwa stopnie. To już nie byłam ja - osiemnastoletnia dziewczyna - tylko stara, ciężko doświadczona i chora kobieta.
    Postawiłam walizkę pod drzwiami, z trudem uniosłam rękę i nacisnęłam dzwonek. Przez długą chwilę nikt się nie odzywał, potem usłyszałam, że skrzypnęły drzwi w sypialni rodziców i głos, ukochany głos mamy spytał:
- Kto tam?
    Nie odpowiedziałam, tylko mocniej wsparłam się o drzwi. Usłyszałam kroki i szczęknął zamek, gdy mama przekręcała klucz i zdejmowała łańcuch. Kiedy uchyliła nieco drzwi, wyciągnęłam do niej rękę.
    Usłyszałam okrzyk mamy i głos ojca, pytającego, kto dzwoni?
- Mamusiu, tatku, wróciłam! - wyszeptałam ostatkiem sił.
    Potem upadłam na progu mego domu i straciłam przytomność.

                                              Koniec części pierwszej.



   Mili czytelnicy. Ponieważ jednocześnie piszę i publikuję, muszę zrobić sobie przerwę na napisanie kilka pierwszych rozdziałów części drugiej "Sekretów rodzinnych". Postaram się, żeby zacząć publikację po dwóch, trzech tygodniach. A więc do zobaczenia.





czwartek, 13 kwietnia 2017

SEKRETY RODZINNE - CZY NA TO CZEKAŁAM?


13 kwietnia 2017 r.

      Kończył się listopad, a ja z powoli gasnącą nadzieją, ciągle czekałam na pułkownika Bielajewa. Wiedziałam, że jeszcze nie wyjechał, bo pani Danusia przez swoje tajemnicze kontakty zdołała to wyśledzić. Było mi strasznie przykro, że rodzice przestali się do mnie odzywać. Ja także do nich nie telefonowałam, ani nie pisałam, nie chcąc budzić w nich nadziei, która mogła się nie ziścić.
    Myślałam, że wkrótce nadejdą święta Bożego Narodzenia, moje ukochane święta, zawsze spędzane w domu uroczyście, pełne radości i wzruszenia. Wyobrażałam sobie z ogromnym bólem, że prawdopodobnie tego roku, rodzice zasiądą sami do wigilijnej wieczerzy, bo ja nie wrócę do domu. Nie będzie leśnego zapachu choinki, strojonej przeze mnie. Nie będzie cudownego smaku grzybów w uszkach, barszczu podanego na porcelanowych talerzach mamy, i chrupiącej, pieczonej ryby. Będą tylko łzy mamy i ponure zadumanie ojca. Boże, tak strasznie tęskniłam za nimi!
    Bałam się, że lada dzień pojawi się Romanowicz i zacznie się na mnie wyżywać po swojemu. Śniłam o nim i w panice zrywałam się w środku nocy, siadałam na łóżku i nadsłuchiwałam, czy nie nadjeżdża jego samochód. Każde przejeżdżające auto wywoływało u mnie skurcz żołądka. Wstawałam z tapczana, szłam do kuchni i robiłam sobie gorącą herbatę, drżąc z przerażenia i pełna złych przeczuć.


    Gdyby to zależało tylko ode mnie, natychmiast wsiadłabym do pociągu i pojechałabym do domu. Ale nie mogłam tego zrobić, ponieważ wiedziałam, że Romanowicz ściągnie mnie stamtąd nawet siłą, grożąc skrzywdzeniem moich rodziców. Wolałam nie ryzykować, bo moim biednym rodzicom pękłoby serce, gdyby zobaczyli jak mąż mnie traktuje.
    Co gorsza, nie czułam się dobrze. Miałam silne, napadowe bóle głowy i ataki nerwicy lękowej, zakłócającej mi sen. Często krew uderzała mi do głowy i rozbiło mi się słabo. Miałam mdłości. Pani Danusia zaczęła podejrzewać, że jestem w ciąży, ale nie była to prawda. Miałam regularne okresy, a zresztą przeczuwałam, że wdałam się w siostry ojca, które nie miały potomstwa. To mnie bynajmniej nie martwiło, ponieważ brakowało mi instynktu macierzyńskiego i nie zamierzałam mieć dzieci. Chwilami kłuło mnie w płucach, a ja ratowałam się dużym kieliszkiem koniaku. Tylko alkoholu nie brakowało w barku, bo z innymi artykułami spożywczymi bywało różnie. Czasy pełnej lodówki skończyły się bezpowrotnie.
    Po pierwsze zamknięto sklepy dla uprzywilejowanych, tak zwane: „za żółtymi firankami”. Musiałabym kupować w normalnym sklepie i stać w kolejce, a to mi się wcale nie uśmiechało. Po drugie: dostałam tylko kilkaset złotych i musiałam żyć naprawdę bardzo skromnie, nie chcąc zaciągać długów. Moja kochana sąsiadka z pewnością chętnie by mi pożyczyła pieniądze, ale ja nie wiedziałam, czy będę mogła zwrócić jej dług.
    Moje małżeństwo z Romanowiczem się rozpadło. Nic nas już z sobą nie łączyło, prócz wzajemnej nienawiści. Wiedziałam, ze kiedy powróci, będzie się mścił na mnie za niepopełnione grzechy. On po prostu musiał mieć kogoś, na kim mógłby wywierać swoją wściekłość i mieć poczucie dominacji. Takiej sytuacji dłużej nie mogłam znosić w pokorze.

   Tego wieczora pogoda była nad wyraz przykra. Padał deszcz ze śniegiem, wiał silny wiatr, a za oknami kołysały się gałęzie drzew, miotane porywami wichury. Wcześnie zapadła ponura, listopadowa noc. Siedziałam w pokoju na fotelu, trzymając kieliszek koniaku i oglądałam jakiś program telewizyjny, choć myślami byłam daleko – w domu. Rok temu, o tej porze, przygotowywałam się do matury. Nie znałam jeszcze Romanowicza, lecz pomimo szkolnych kłopotów, byłam bardzo szczęśliwą dziewczyną.
   Kolejny jesienny wieczór spędzałam sama, pochłonięta smutnymi myślami Pani Bartnikowa miała dziś szaloną migrenę i wcześnie położyła się do łóżka. Dzwonek do drzwi obudził mnie z zamyślenia. Ucieszyłam się przekonana, że to sąsiadka poczuła się lepiej i przyszła mnie odwiedzić. Wstałam z fotela i przeciągając bolące stawy, poszłam otworzyć.
    Osłupiałam, ujrzawszy stojącego na progu pułkownika Bielajewa.
W pierwszej chwili nie wiedziałam co powiedzieć i jak się zachować. Cofnęłam się i gestem zaprosiłam go do środka. Miał czapkę i płaszcz pokryte śniegiem i mokre. Widać, że kawałek drogi szedł piechotą.         Opanowałam zmieszanie i już swobodnie powiedziałam:
- Cieszę się, że pana widzę. Proszę powiesić płaszcz na wieszaku i zapraszam do pokoju. Napije się pan kawy?
- Dobry wieczer, Iza Władysławowna. Izwinitie, że przyszedłem dopiero teraz. Miałem dużo pracy. Ja przyszedł się pożegnać, jutro wyjeżdżam do Rosji.
   Stanęłam, wpatrując się w niego z napięciem.
- Tak mi przykro. - wyszeptałam, starając się ukryć wrażenie. - Domyślałam się, że musiał pan być bardzo zajęty. Zapraszam do pokoju, musi pan się osuszyć. Zrobię kawę.
    Poszłam do kuchni i nastawiłam wodę. Do filiżanek wsypałam zmieloną kawę i ustawiłam je na tacy, a także cukiernicę, łyżeczki i talerzyk z herbatnikami. Zaczęły mi się trząść ręce i czułam drżenie w całym ciele, jakby mi było strasznie zimno. Oddychałam ciężko, przyciskając dłonią tłukące się niespokojnie serce.
„ Boże, jak on wyjedzie, co stanie się ze mną?” - przemknęło mi przez myśl.
    Bałam się wejść do pokoju, bałam się patrzyć na niego. Bałam się spojrzenia jego intensywne błękitnych oczu. Nie wiem, co się ze mną działo. Zachowywałam się jak ogłupiała małolata. Czajnik zagwizdał, więc zalałam wrzątkiem kawę, rozlewając wodę na spodeczki. Klnąc swoją niezgrabność, wytarłam je ściereczką i weszłam do pokoju.
Pułkownik nie siedział, lecz stał na środku pokoju i patrzył na mnie w milczeniu.
   Nie wiem jakim cudem zdołałam dojść do stolika i położyć na nim tacę z dzwoniącymi ostrzegawczo filiżankami.
- Iza… - to był tylko cichy szept, ale ja momentalnie go usłyszałam.

      Postąpił ku mnie, a ja zrobiłam krok w jego stronę. Zamknęłam oczy i zacisnęłam powieki czekając, aż jego ramiona obejmą mnie i przygarną.
     Bywają w życiu człowieka chwile tak wielkich uniesień, jakie nigdy potem już się nie zdarzają. Nie każdy ich doświadcza. Ja także wtedy po raz pierwszy i ostatni w życiu zrozumiałam, jak to jest naprawdę, kiedy dwoje staje się jednym. 
    Chciałam dostać wszystko, a nawet więcej. Chciałam przeżyć coś niemożliwego i wiedziałam, że to dostanę. Kiedy tego doznałam i dopełniło się, spadłam w przepaść. c.d.n.
                              -------------------------------------------------------                                   
                 

środa, 12 kwietnia 2017

SEKRETY RODZINNE - IDZIE DOBRA ZMIANA.


  12 kwietnia 2017 r.

Kolejne dni listopada mijały niespostrzeżenie. Rany na plecach zagoiły się i nareszcie mogłam sypiać na wznak. Pani Danusia postarała mi się w MON-ie o kilkaset złotych, więc miałam za co żyć, choć bardzo skromie.
Rodzice do mnie nie telefonowali, a ja także nie dzwoniłam do domu, czekając na to, co mi poradzi pułkownik Bielajew. Jak dotąd, nie pokazał się, ani nie dał znaku życia, ale sąsiadka uświadomiła mi, że musiał być strasznie zapracowany, bo większość oficerów radzieckich, służących dotąd w polskich siłach zbrojnych, wyjeżdżała do Rosji i likwidowała swoje interesy.
Wiele ważnych spraw politycznych działo się w tym czasie w kraju. Był to okres wielkich przemian i odejścia od metod rządów stalinowskich. W dniach 16 -18 listopada, polska delegacja rządowa, ze stojącym na jej czele Gomułką, udała się do Moskwy. Delegację polską odprowadzały tłumy mieszkańców stolicy. Żegnając ich, zastanawiano się z obawą, czy powrócą z Kraju Rad żywi.
Warszawa 1956 r. pl. Defilad.  Ludzie słuchają przemówienia Gomułki.
Wracając pamięcią do tamtych dni, wydaje mi się, że gdyby Gomułka z Moskwy nie wrócił, w Polsce mogłoby wybuchnąć powstanie, jeszcze groźniejsze od tego na Węgrzech. W zakładach pracy robotnicy dyskutowali na zebraniach, jak powinna wyglądać Polska, po październikowych przemianach, i co należy zmienić w strukturach partii na lepsze. Nikt nie wyobrażał już sobie, że Komitet Centralny PRPR mógłby powrócić do starych metod sprawowania władzy. To był naprawdę koniec okresu stalinowskiego terroru i wszyscy mieli nadzieję na pomyślniejsza przyszłość.
Nikita Chruszczow i Władysław Gomułka.
 Rozmowy w Moskwie były trudne, spierano się o wiele spraw, jakich do tej pory nigdy nie poruszano. Lecz mimo wszystko, delegaci polscy potrafili załatwić kilka bardzo ważnych kwestii.
Związek Radziecki umorzył zadłużenie Polski według stanu na dzień 1 listopada 1956 r.
Uzgodniono status wojsk radzieckich stacjonujących w Polsce.
Zezwolono na repatriację 30 tysięcy Polaków z terenów ZSRR do ojczyzny.
Moskwa  Kreml.
To były arcyważne sprawy, z punktu widzenia interesów Polski, do tej pory, za obustronną zgodą, pomijane w rozmowach polityków.
W czasie tych kilku dni, Polacy przyklejeni do radioodbiorników, słuchali z uwagą relacji z Moskwy, oczekując z niecierpliwością na powrót Gomułki. Obawiano się, że każdej chwili radio poda jakąś straszną wiadomość, ale tak się nie stało.
Toteż powrót delegacji Komitetu Centralnego i Gomułki, był prawdziwie tryumfalny. Delegacja jechała pociągiem, na każdej stacji witana owacyjnie przez ludność. W Terespolu, niewielkie miasteczko opustoszało, bo tysiące ludzi przyszło na dworzec kolejowy powitać Gomułkę. Były kwiaty, orkiestra kolejarzy, przemówienia i łzy radości. Przeważała młodzież szklona, była prasa, kronika filmowa, sprawozdawcy radiowy nadający na żywo uroczyste powitanie.
Gomułka wychylił się z okna wagonu, odbierając bukiety kwiatów. Uśmiechał się, ale widać było, że jest bardzo zmęczony.
Entuzjastyczne powitanie Gomułki w Terespolu
 - Ja już zachrypłem, nic nie mogę mówić, bo tak jest na każdej stacji. - powiedział reporterowi.
Tłum oklaskiwał go i krzyczał:
- Kochamy was, bo jesteście odważni. Nikogo tak nie witaliśmy, jak was, towarzyszu Wiesławie!
Gomułka przemówił do zebranych.
- Radzieckie kierownictwo zlikwidowało, zgodnie z naszym żądaniem, wszelkie te nieprawości, które miały miejsce za czasów Stalina. Towarzysze radzieccy uznali, że Polska powinna być w pełni suwerenna, niepodległa, że nikt nie ma prawa mieszać się w nasze sprawy wewnętrzne, i oni nigdy w nasze sprawy wewnętrzne mieszać się nie będą.
Te słowa Gomułki przyjęto entuzjastycznie. Jeszcze większą radość sprawiły obietnice o załatwieniu ważnych spraw ekonimiczych, jakie wpływały niekorzystnie na stan gospodarki państwa polskiego. Ludzie byli zupełnie pewni, że październikowa „odwilż”przyniesie wielkie i trwałe zmiany. Początkowo rzeczywiście nastąpiły zmiany, witane przez społeczeństwo z radością. 
Prymas Polski. kardynał Stefan Wyszyński.
 Zwrócono wolność kardynałowi Wyszyńskiemu. Miasto Stalinogród na powrót stało się Katowicami. Z Pałacu Kultury i Nauki usunięto nazwisko Stalina. Zaprzestano zagłuszać polskojęzyczne zagraniczne stacje radiowe. Wydawnictwa publikowały książki o Armii Krajowej i o Wojsku Polskim walczącym na Zachodzie i jego dowódcach.
Naturalnie wszystkie te zmiany nie nastąpiły natychmiast lecz stopniowo, jednak społeczeństwo polskie odetchnęło swobodniej. c.d.n.

niedziela, 9 kwietnia 2017

SEKRETY RODZINNE - NARESZCIE ŻYCZLIWA DUSZA.


  9 kwietnia 2017 r.

Wschód słońca nad Warszawą.
   Był zimny jesienny świt. Nad Warszawą wisiały ciemne chmury, z których padał deszcz ze śniegiem. Kiepsko spałam tej nocy. Dręczyły mnie koszmary, które przypisywałam bólowi i stresowi, jaki wczoraj przeżyłam. Ale nie miałam czasu rozważać zjawisk atmosferycznych, bo do drzwi ktoś zaczął dzwonić, a potem walić. Zanim zdążyłam się przestraszyć, usłyszałam znajomy głos:
- Izunia, dziecko, otwórz! To ja, sąsiadka. Otwórz!
Ucieszyłam się bardzo. Nareszcie życzliwa dusza. Chciałam, jak dawniej, poderwać się z tapczana i pobiec, ale ból w całym ciele osadził mnie na miejscu. Z jękiem opadłam na posłanie. Przypomniawszy sobie o wczorajszym dniu, wolno zwlekłam się z tapczana i powolutku, sunąc przy ścianie, dotarłam do przedpokoju. Otworzyłam drzwi i wsparłam się ręką o wieszak, aby utrzymać równowagę.
Pani Danusia weszła i z uśmiechem chciała coś powiedzieć, ale spojrzawszy na mnie oniemiała.
- Boże wielki, Izunia, co ci się stało? - wyszeptała wstrząśnięta.
- Proszę mi pomóc dojść do kuchni. Napijemy się kawy i wszystko pani opowiem.
Dzięki pomocy sąsiadki doszłam do kuchni, ale pani Danusia nie pozwoliła mi się ruszyć, tylko posadziła mnie na krześle i postawiła na gazie czajnik z wodą.
- Mów, mów, dziecko, co ci się stało? Czy to znowu on?
  Pokiwałam głową.
- Niestety tak. Krótko mówiąc, przegrał w karty dwanaście tysięcy i zażądał ode mnie, żebym poprosiła kogoś o anulowanie długu. Ponieważ tego nie chciałam zrobić, ukochany mąż najpierw zbił mnie po twarzy, potem użył oficerskiego pasa, a na koniec przyłożył mi lufę pistoletu do skroni i zagroził, że mnie zabije. Nie żartował! Byłam tak skatowana, że nie miałam już siły protestować. Wpakował mnie do auta i zawiózł do Konstancina. Posadził przed jakimś domem i odjechał ostrzegając mnie, żebym nie wracała, jeżeli nie załatwię sprawy pomyślnie. Ot i cała rzecz.
    Pani Bartnikowa słuchała mnie, nie przerywając ani jednym słowem. Załamała ręce, aż trzasnęły stawy i wpatrywała się we mnie ze współczuciem i czułością.
- Biedactwo moje. Co z niego za łotr, nieludzkie bydlę. Nie, tego nie wolno tak zostawić. Musisz zgłosić do jego dowódcy, że maż ciebie maltretuje. Jezu kochany, jak ty wyglądasz! Jadłaś coś chociaż?
    Na pytanie sąsiadki, nagle poczułam głód.

- Nie. Wczoraj nic jeść nie mogłam bo zwymiotowałam. Niech pani zobaczy moje plecy. - odwróciłam się bokiem, a pani Danusia odchyliła jeden z plastrów i wydała stłumiony okrzyk.
- Zabiłabym tego skurwysyna! Gdybym nie wyjechała, on by tego nie zrobił. Ale nie powiedziałaś, do kogo przegrał tyle pieniędzy?
    Na moich policzkach pojawił się nikły rumieniec.
- Do pułkownika Bielajewa.
   Pani Danusia klasnęła w dłonie.
- Oszalał? Przecież Bielajew po mistrzowsku gra w pokera! On nie wiedział z kim gra?
- Mówił, że był pijany. Wysłał mnie do niego, jak alfons kurwę do klienta! - oparłam głowę na dłoniach i zaczęłam płakać ze wstydu i gniewu.
- To do niego podobne. - mruknęła pani Danusia. - Nie płacz, dziecinko.
    Zdjęła z gazu czajnik i napełniła wrzątkiem kubki z kawą. Potem przygotowała mi mi śniadanie sadzone jajka i kanapkę z szynką.
- A jak ciebie przyjął Bielajew? - spytała, rzucając mi przeciągłe spojrzenie. - Wyobrażam sobie jaki był zdumiony.
- Raczej zaskoczony, bo nie spodziewał się z pewnością mojej wizyty w takim stanie. Byłam w samej sukience, bosa i siedziałam na schodkach pod jego drzwiami. Jestem mu dozgonnie wdzięczna za pomoc, jakiej mi udzielił. Dzięki niemu będę miała jakiś czas spokój od tego sadysty. Sprawił, że Romanowicz został przyłączony do delegacji oficerów jadących na Węgry. Dziś rano odlecieli do Budapesztu.
- O, pułkownik Bielajew wiele może! Moim zdaniem, żeby zrobić coś takiego, jak Romanowicz tobie, trzeba odznaczać się szczególnym okrucieństwem. Ale na razie jesteś wolna, możesz jechać nawet do domu.
- Nie mogę, pani Danusiu. Pułkownik Bielajew wyjeżdża z Polski. Obiecał mi, że przyjdzie się pożegnać i powie, co mam dalej zrobić, bo przecież Romanowicz nie zniknął na wieki i kiedyś wróci. A wtedy moja męka zacznie się od nowa. Nie chcę o niczym decydować sama, dopóki się nie upewnię, że Romanowicz nie zagraża ani mnie, ani mojej rodzinie.
    Pani Bartnikowa posmutniała i w milczeniu sączyła z kubka gorącą kawę.
- Pożegnałam moją Wieroczkę. Ona już także wyjechała. Powiem ci coś, córuniu. Powinnaś koniecznie wrócić do rodziców, bo prawdopodobnie i ja wkrótce stąd wyjadę. Mój staruszek siedzi w Kaliningradzie, dzieci w Moskwie i Leningradzie. Nie chcę tu zostać sama, bo przecież i ty pojedziesz do domu.
- Nie wiem, pani Danusiu, czy będę mogła.
- Pojedziesz, pojedziesz, bo Bielajew ci pomoże. A ten stary drań zostawił ci jakieś pieniądze?
Kaliningrad - dawny Królewiec.
- Powiedział, że nie ma grosza. On jest bez sumienia. Muszę zadzwonić do rodziców, żeby przysłali mi płaszcz i trochę pieniędzy.
- Dopóki nie będziesz wiedziała nic pewnego, nie dzwoń. Papa i mama z pewnością chcieliby, żebyś przyjechała, a gdyby to nie było możliwe, pękłoby im serce.
    Sąsiadka miała rację. Nie będę na razie dzwonić do domu. Poczekam, co mi powie pułkownik.
- Nie martw się, dziecko. Ja ci pożyczę pieniądze i płaszcz. Jeszcze dziś zadzwonię do kasjerki z MON-u, bo ją dobrze znam. Ona ci może przysłać trochę grosza z pensji Romanowicza. Przecież jesteś jego ślubną żoną i musi na ciebie łożyć.
- Mówił, że to załatwi, ale nie wierzę, że o tym pamiętał przed odjazdem. Cóż, mam jeszcze trochę letnich ciuchów i mogę je sprzedać na bazarze.
  - Nie, Izuniu. Ja ci dam pieniądze. Przecież nie mam na co ich wydawać, bo dzieci ani maż nie potrzebują pomocy.
- Dziękuję serdecznie pani Danusiu. - pochyliłam się i ucałowałam ją w policzek. 
   Przez moment namyślałam się, a potem zapytałam bardzo cicho:      -Pułkownik Bielajew jest żonaty? - poczułam, że się rumienię.
    Pani Bartnikowa posłała mi badawcze spojrzenie i wysoko uniosła brwi.
- Słyszałam, że jest z żoną w separacji. Czy to chciałaś wiedzieć?
    Zaczerwieniłam się jeszcze mocniej.
- Proszę mnie źle nie zrozumieć, pani Danusiu, ale gdyby nie pułkownik, to nie mam pojęcia, co by się ze mną stało. Chyba bym umarła na zapalenie płuc, bo byłam w samej sukience i boso. Bardzo poraniona i chora. On zatroszczył się o to, aby opatrzył mnie lekarz i na piśmie stwierdził moje obrażenia. Potem pułkownik odwiózł mnie do domu i załatwił wyjazd Romanowicza na Węgry. Przynajmniej przez kilka tygodni będę miała spokój, od tego sadysty.
- No tak, oczywiście. Wiele mu zawdzięczasz. - przyznała pani Danusia z lekkim uśmiechem. - A teraz połóż się do łóżka i wypoczywaj. Obiad ci przyniosę. Co wolisz, kotlety mielone, czy schabowy?
- Ależ wszystko jedno. Co pani ugotuje, to zjem ze smakiem. Taka jestem pani wdzięczna i bardzo się cieszę, że już pani wróciła.  Brakowało mi pani i tęskniłam za panią.
 
Tradycyjny schabowy.
   Sąsiadka uścisnęła mnie i po matczynemu ucałowała. Pomogła mi przejść do sypialni i ułożyć się na brzuchu. Obiecała, że po obiedzie zmieni mi opatrunki, bo od czasów wojny znała się na opatrywaniu ran.  Byłam bardzo szczęśliwa, że już nie jestem sama. c.d.n.


czwartek, 6 kwietnia 2017

SEKRETY RODZINNE - CZY TO JEST POŻEGNANIE?


6 kwietnia 2017 r.


   To nie był koszmarny sen. On rzeczywiście stał przy szafie i zdejmował z niej skórzaną walizkę. Nie przysłał żołnierza, ale sam przyszedł po rzeczy, otwierając drzwi własnym kluczem. Dlatego nie usłyszałam, jak wszedł. Tego pułkownik Bielajew nie przewidział!
   Dostrzegł kątem oka, że podniosłam się i spojrzał w moją stronę. Wyobraziłam sobie, że za moment usłyszę jego wrzask. Rozkaże mi wstać i spakować do walizki rzeczy, albo chwyci mnie za włosy i zbije. Zacisnęłam palce na scyzoryku, który wieczorem położyłam na stoliczku nocnym, aby rozcinać nim bandaże. 
   Lecz nic podobnego nie nastąpiło. Romanowicz obejrzał się i rzekł tak spokojnie, jakbyśmy rozstali się w najlepszej zgodzie:
- Nie wiesz, gdzie jest ta moja biała koszula? Nie ma jej w szafie. Aha, Iza, jadę jutro rano na Węgry. Kilku oficerów z MON, zostało wydelegowanych jako obserwatorzy. Powinienem wrócić za dwa, trzy tygodnie. Wezmę też cywilne ubranie, bo nie zawsze można pokazywać się w mundurze. Gdzie ta moja biała koszula?
    Patrzyłam na niego bez słowa, bo miałam wrażenie, że widzę przed sobą upiora. Wszystkiego mogłam się spodziewać, ale nie jego. Wrócił strach i zapomniany we śnie ból pleców.
- Iza, pytałem, gdzie jest ta cholerna koszula?
    Wyciągnął z szafy kilka sztuk bielizny, garnitur i chusteczki do nosa, pedantycznie pakując je do walizki.
- Nie pytasz, jakim cudem znalazłam się w Warszawie? - odezwałam się, próbując ukryć strach.
- Nie wątpiłem, że ktoś ciebie przywiezie. No to gdzie ta koszula?
- W brudach! - warknęłam, patrząc na niego z nienawiścią i lękiem.
- To nie mogłaś jej wyprać? - spytał z lekką naganą w głosie. - Do ubrania cywilnego muszę mieć białą koszulę. No nic, kupię sobie nową na Węgrzech.
Budapeszt październik 1956 r.
   Spoglądałam na niego z wzrastającym gniewem i wściekłością. Bez najmniejszych skrupułów pozostawiał mnie samą, bez grosza przy duszy, nie troszcząc się, jak sobie poradzę.
- Wyjeżdżasz, zostawiając mnie bez środków do życia? Daj mi pieniądze!
- Kotku, nie mam pieniędzy. - bezradnie rozłożył ręce. - Sam pożyczyłem od kolegi parę złotych. Pożycz od Bartnikowej, potem jej oddam.
    Zapakował walizkę i zamknął ją, przyciskając kolanem.
- Może zrobisz mi parę kanapek na drogę? - odezwał się z łazienki, zabierając ze szklanej półeczki przybory toaletowe.
- Sam sobie zrób!
- Co z ciebie za żona! - mruknął z urazą.
- Taka sama, jak z ciebie mąż! Zadzwonię do twego dowódcy i powiem mu, że nie dajesz mi pieniędzy na życie. Pani Danusia poświadczy, że mówię prawdę.
- Iza, nie rób głupstw. Jutro powiem kasjerce, żeby ci przysłała trochę grosza, ā conto poborów. Kupię ci coś ładnego na Węgrzech. Znaj moje dobrze serce.
    Rozmawiał ze mną tak spokojnie, jak przykładny mąż. Jakby przed kilkoma godzinami nie przykładał mi lufy pistoletu do skroni i nie znęcał się nade mną, pozostawiając mnie samą i chorą w obcym mieście.
    Poszedł do kuchni i zrobił sobie kanapki na drogę, bo słyszałam jak otwierał kredens i lodówkę. Potem wziął prysznic i ogolił się. Wrócił do sypialni, pachnący wodą kolońską.
 - No, kotku, muszę już lecieć. Mam nadzieje, że zatęsknisz za mną, co? Podobno Węgierki są ładne. Idę o zakład, że w łóżku zachowują się lepiej do ciebie. Nie jesteś zazdrosna? Bielajew ciebie przywiózł? Rozmawiałaś z nim? Mówił coś o moim długu? Jednak potrafiłaś sprawę załatwić. Tak myślałem. No i po co ci była ta awantura?
    Podszedł do tapczana i pochylił się nade mną. Szybkim ruchem próbował wsunąć mi rękę między uda. W porywie furii, uchyliłam się i z całej siły zdzieliłam go pięścią w twarz. Było mi już wszystko jedno.
- Precz, ty bydlaku!
    Myślałam, że chwyci mnie za włosy i zacznie bić, ale nic takiego nie zrobił. Podniósł się, i popatrzył na mnie z ironią.
- Jak każda baba, umiesz tylko narzekać. - uśmiechnął się krzywo, pocierając bolący policzek. - Jeszcze nie spotkałem takiej ździry, która by na coś nie narzekała. Ale zatęsknisz za mężem, jak dłużej pośpisz sama w łóżku. Kiepska z ciebie żona, zrobiłaś się strasznie kłótliwa i jędzowata. A taka byłaś we mnie zakochana1
- Nigdy ciebie nie kochałam. - wybuchnęłam z pasją. - To, co uważałam za miłość, było zwykłym zauroczeniem głupiej, niedoświadczonej dziewczyny, której zaimponowało zainteresowanie dojrzałego mężczyzny. Ale to nie była miłość, tylko głupota!
- Gadasz pierdoły, kotku. Zmienisz zdanie, kiedy wrócę i znowu zaczniemy się kochać.
- Prędzej piekło zamarznie! Jeśli zbliżysz się do mnie, wydrapię ci oczy! Wynoś się, ty chamie! - wrzasnęłam, chwytając poduszkę i ciskając w niego.
- Nieładnie, kotku, nazywać męża chamem. Ale jakoś to przeżyję. Powiedz mi, tak między nami…. Poszliście z Bielajewem do łóżka?
    Wybuchnęłam histerycznym śmiechem.
- Wyobraź sobie, że nie! A miałam szaloną ochotę! Postarałeś się o to, żebym nie mogła leżeć na plecach.
- Kłamiesz, bo wcale nie miałaś ochoty. Można się przecież pieprzyć w innej pozycji, Ale nie próbuj się puszczać, bo po powrocie z Węgier, połamałbym ci kości. - obiecał na pożegnanie mój czuły małżonek, i potargawszy mnie za włosy, wziął walizkę i wyszedł z mieszkania, gwiżdżąc melodię z filmu „Świat się śmieje."
    Serce, to najpiękniejsze słowo świata….
   
Posłyszałam, jak zbiegał po schodach. Trzasnęły drzwiczki auta i odjechał.
    Nareszcie byłam sama! Założyłam na drzwiach łańcuch, żeby uniknąć niespodzianek i zrzuciwszy szlafrok, położyłam się, nareszcie spokojna, że już nikt nie przeszkodzi mi w spoczynku. Zasypiając, pomyślałam nagle: „Boria... On ma na imię Borys. Jakie piękne męskie imię”…. c.d.n.