czwartek, 13 kwietnia 2017

SEKRETY RODZINNE - CZY NA TO CZEKAŁAM?


13 kwietnia 2017 r.

      Kończył się listopad, a ja z powoli gasnącą nadzieją, ciągle czekałam na pułkownika Bielajewa. Wiedziałam, że jeszcze nie wyjechał, bo pani Danusia przez swoje tajemnicze kontakty zdołała to wyśledzić. Było mi strasznie przykro, że rodzice przestali się do mnie odzywać. Ja także do nich nie telefonowałam, ani nie pisałam, nie chcąc budzić w nich nadziei, która mogła się nie ziścić.
    Myślałam, że wkrótce nadejdą święta Bożego Narodzenia, moje ukochane święta, zawsze spędzane w domu uroczyście, pełne radości i wzruszenia. Wyobrażałam sobie z ogromnym bólem, że prawdopodobnie tego roku, rodzice zasiądą sami do wigilijnej wieczerzy, bo ja nie wrócę do domu. Nie będzie leśnego zapachu choinki, strojonej przeze mnie. Nie będzie cudownego smaku grzybów w uszkach, barszczu podanego na porcelanowych talerzach mamy, i chrupiącej, pieczonej ryby. Będą tylko łzy mamy i ponure zadumanie ojca. Boże, tak strasznie tęskniłam za nimi!
    Bałam się, że lada dzień pojawi się Romanowicz i zacznie się na mnie wyżywać po swojemu. Śniłam o nim i w panice zrywałam się w środku nocy, siadałam na łóżku i nadsłuchiwałam, czy nie nadjeżdża jego samochód. Każde przejeżdżające auto wywoływało u mnie skurcz żołądka. Wstawałam z tapczana, szłam do kuchni i robiłam sobie gorącą herbatę, drżąc z przerażenia i pełna złych przeczuć.


    Gdyby to zależało tylko ode mnie, natychmiast wsiadłabym do pociągu i pojechałabym do domu. Ale nie mogłam tego zrobić, ponieważ wiedziałam, że Romanowicz ściągnie mnie stamtąd nawet siłą, grożąc skrzywdzeniem moich rodziców. Wolałam nie ryzykować, bo moim biednym rodzicom pękłoby serce, gdyby zobaczyli jak mąż mnie traktuje.
    Co gorsza, nie czułam się dobrze. Miałam silne, napadowe bóle głowy i ataki nerwicy lękowej, zakłócającej mi sen. Często krew uderzała mi do głowy i rozbiło mi się słabo. Miałam mdłości. Pani Danusia zaczęła podejrzewać, że jestem w ciąży, ale nie była to prawda. Miałam regularne okresy, a zresztą przeczuwałam, że wdałam się w siostry ojca, które nie miały potomstwa. To mnie bynajmniej nie martwiło, ponieważ brakowało mi instynktu macierzyńskiego i nie zamierzałam mieć dzieci. Chwilami kłuło mnie w płucach, a ja ratowałam się dużym kieliszkiem koniaku. Tylko alkoholu nie brakowało w barku, bo z innymi artykułami spożywczymi bywało różnie. Czasy pełnej lodówki skończyły się bezpowrotnie.
    Po pierwsze zamknięto sklepy dla uprzywilejowanych, tak zwane: „za żółtymi firankami”. Musiałabym kupować w normalnym sklepie i stać w kolejce, a to mi się wcale nie uśmiechało. Po drugie: dostałam tylko kilkaset złotych i musiałam żyć naprawdę bardzo skromnie, nie chcąc zaciągać długów. Moja kochana sąsiadka z pewnością chętnie by mi pożyczyła pieniądze, ale ja nie wiedziałam, czy będę mogła zwrócić jej dług.
    Moje małżeństwo z Romanowiczem się rozpadło. Nic nas już z sobą nie łączyło, prócz wzajemnej nienawiści. Wiedziałam, ze kiedy powróci, będzie się mścił na mnie za niepopełnione grzechy. On po prostu musiał mieć kogoś, na kim mógłby wywierać swoją wściekłość i mieć poczucie dominacji. Takiej sytuacji dłużej nie mogłam znosić w pokorze.

   Tego wieczora pogoda była nad wyraz przykra. Padał deszcz ze śniegiem, wiał silny wiatr, a za oknami kołysały się gałęzie drzew, miotane porywami wichury. Wcześnie zapadła ponura, listopadowa noc. Siedziałam w pokoju na fotelu, trzymając kieliszek koniaku i oglądałam jakiś program telewizyjny, choć myślami byłam daleko – w domu. Rok temu, o tej porze, przygotowywałam się do matury. Nie znałam jeszcze Romanowicza, lecz pomimo szkolnych kłopotów, byłam bardzo szczęśliwą dziewczyną.
   Kolejny jesienny wieczór spędzałam sama, pochłonięta smutnymi myślami Pani Bartnikowa miała dziś szaloną migrenę i wcześnie położyła się do łóżka. Dzwonek do drzwi obudził mnie z zamyślenia. Ucieszyłam się przekonana, że to sąsiadka poczuła się lepiej i przyszła mnie odwiedzić. Wstałam z fotela i przeciągając bolące stawy, poszłam otworzyć.
    Osłupiałam, ujrzawszy stojącego na progu pułkownika Bielajewa.
W pierwszej chwili nie wiedziałam co powiedzieć i jak się zachować. Cofnęłam się i gestem zaprosiłam go do środka. Miał czapkę i płaszcz pokryte śniegiem i mokre. Widać, że kawałek drogi szedł piechotą.         Opanowałam zmieszanie i już swobodnie powiedziałam:
- Cieszę się, że pana widzę. Proszę powiesić płaszcz na wieszaku i zapraszam do pokoju. Napije się pan kawy?
- Dobry wieczer, Iza Władysławowna. Izwinitie, że przyszedłem dopiero teraz. Miałem dużo pracy. Ja przyszedł się pożegnać, jutro wyjeżdżam do Rosji.
   Stanęłam, wpatrując się w niego z napięciem.
- Tak mi przykro. - wyszeptałam, starając się ukryć wrażenie. - Domyślałam się, że musiał pan być bardzo zajęty. Zapraszam do pokoju, musi pan się osuszyć. Zrobię kawę.
    Poszłam do kuchni i nastawiłam wodę. Do filiżanek wsypałam zmieloną kawę i ustawiłam je na tacy, a także cukiernicę, łyżeczki i talerzyk z herbatnikami. Zaczęły mi się trząść ręce i czułam drżenie w całym ciele, jakby mi było strasznie zimno. Oddychałam ciężko, przyciskając dłonią tłukące się niespokojnie serce.
„ Boże, jak on wyjedzie, co stanie się ze mną?” - przemknęło mi przez myśl.
    Bałam się wejść do pokoju, bałam się patrzyć na niego. Bałam się spojrzenia jego intensywne błękitnych oczu. Nie wiem, co się ze mną działo. Zachowywałam się jak ogłupiała małolata. Czajnik zagwizdał, więc zalałam wrzątkiem kawę, rozlewając wodę na spodeczki. Klnąc swoją niezgrabność, wytarłam je ściereczką i weszłam do pokoju.
Pułkownik nie siedział, lecz stał na środku pokoju i patrzył na mnie w milczeniu.
   Nie wiem jakim cudem zdołałam dojść do stolika i położyć na nim tacę z dzwoniącymi ostrzegawczo filiżankami.
- Iza… - to był tylko cichy szept, ale ja momentalnie go usłyszałam.

      Postąpił ku mnie, a ja zrobiłam krok w jego stronę. Zamknęłam oczy i zacisnęłam powieki czekając, aż jego ramiona obejmą mnie i przygarną.
     Bywają w życiu człowieka chwile tak wielkich uniesień, jakie nigdy potem już się nie zdarzają. Nie każdy ich doświadcza. Ja także wtedy po raz pierwszy i ostatni w życiu zrozumiałam, jak to jest naprawdę, kiedy dwoje staje się jednym. 
    Chciałam dostać wszystko, a nawet więcej. Chciałam przeżyć coś niemożliwego i wiedziałam, że to dostanę. Kiedy tego doznałam i dopełniło się, spadłam w przepaść. c.d.n.
                              -------------------------------------------------------