sobota, 15 kwietnia 2017

SEKRETY RODZINNE - NARESZCIE JESTEM WOLNA!


 15 kwietnia 2017 r.

   
   O jakiejś godzinie nocy otwarłam oczy. Nie spałam, ani nie drzemałam, ale nagle przyszło mi na myśl, co by się stało, jakby nagle wszedł do sypialni Romanowicz! Zatrzęsłam się ze strachu i zwinęłam odruchowo w kłębek. Mocna ręka wzięła moją dłoń. Chwyciłam się jej kurczowo. „Nie zostawiaj mnie samej!” - pomyślałam.
    Głaskał kciukiem moje palce aż się całkiem uspokoiłam. Pochylił się nade mną i pocałował mnie w usta.
- Nie wolno!- zaśmiałam się, odchylając do tyłu głowę,
- To nie boli.
- Nie powinieneś mnie już całować.
- Kłamiesz!
- Kłamię! - powiedziałam, obejmując go za szyję i oddając pocałunek.
- Wolno zakurić? - spytał, podnosząc się na łokciu.
- Pewnie.
    Sięgnął do kieszeni munduru leżącego przy tapczanie i wyjął paczkę papierosów. Błysnął ogień zapalniczki, oświetlając na moment jego surowe rysy. Chciwie zaciągnął się, wypuszczając dym nosem.
- O czym dumałaś?
- Wyobraziłam sobie, co by się stało, jakby Romanowicz teraz przyjechał. Borys, ja się strasznie boję tego człowieka. Nie jestem tchórzem, ale jego się boję.
– Ne stoit. (nie warto). Jesteś gierojka, on chciał ciebia zabić! Gad! Za to, co zrobił, postawiłbym go pod scienką i zastrelił kak sobakę. Iza, słysz, jedź ze mną do Rasji! - zgasił papierosa i zwrócił się do mnie twarzą.
    Usiadłam na łóżku i spojrzałam na niego.
- Jedź ze mną. - nalegał. - W ciągu kilku miesięcy będę miał rozwód. Wyrobię ci wszystkie papiery konieczne do osiedlenia się w ZSRR.
- Przecież ja nawet nie wiem, gdzie ty mieszkasz. - powiedziałam ze smutkiem.
Leningrad. Sankt Petersburg.
- W Leningradzie. Mamy z siestrą daczę po papie. Maja siestra jest wraczem. Pracuje w bolnicy, w szpitalu. - poprawił się prędko. - Ja proszu tiebia, Iza, jedź ze mną!
    Obejmował moją głowę dłońmi, głaszcząc i całując potargane włosy.
- Nie mogę, kochany. - odwiedziałam po chwili, ochłonąwszy ze zdumienia. - Gdybym była sama, nie musiałbyś mnie o to prosić. Zgodziłabym się bez namysłu. Ale ja nie jestem sama. Rodzice, mają tylko mnie. Gdybym wyjechała tak daleko, na zawsze, mama by tego nie przeżyła. Zabiłabym ją, rozumiesz?
    Milczał dłuższą chwilę.
- Da. Ja znaju. Żal! Iza, gdybyś ty była bieremiennaja (w ciąży), obiecaj, że dasz mi znać. Ja budu starał sija, żeby mnie dali do Polszy, może do Legnicy.
    Byłam bardzo wzruszona. Jakże ten mężczyzna różnił się od Romanowicza.
- Z pewnością dałabym ci znać. Możesz być tego pewien.
    Westchnął ciężko i zapalił drugiego papierosa. Przytuliłam się do jego mocnego ciała, myśląc z prawdziwą rozpaczą, że wkrótce rozstaniemy się już na zawsze.
- O której jutro wyjeżdżasz?
- W południe, lecę samolotem. A ty, zaraz bierz czemodany i jedź do rodziców. Romanowicz wróci i nie może ciebie tu widzieć.
- Ale ja się boję, że on zrobi komuś krzywdę. Mnie albo rodzicom.
- Nie musisz się go bać. - chrząknął i ciągnął pewnym siebie, stanowczym głosem. - Iza, ja mówił z jego dowódcą. Mówiłem wsio, co o nim wiem. A wiem mnogo. Pałkownik obiecał, że Romanowicz zostanie usunięty z wojska. Totczas ( z miejsca, momentalnie)
    Nie mogłam wprost uwierzyć w swoje szczęście. Z piskiem objęłam go za szyję i zasypałam pocałunkami, niemal płacząc z radości.
- Jaki ty jesteś dobry! Boże, już nigdy nie skrzywdzi nikogo z moich bliskich.. Borys, naprawdę?
- Da, nawierno. Nic nie zrobi twojemu papie, ani diadi (wujowi) gienerałowi w Anglii.
    Oniemiałam ze zdumienia. O wuju, a raczej stryju generale nigdy nie wspominałam ani Romanowiczowi, ani tym bardziej Borysowi. Skąd o nim wiedział?  Widocznie domyślił się o czym myślałam, bo roześmiał się i pocałował mnie w czubek nosa.
- Koszka! (kotku) nie dumaj. Ja muszę wiedzieć o wsiem. Taki zawod. (taka praca)
    Nie spytałam go, jaka to praca. Nie interesowało mnie nic, prócz tego, że Romanowicz przestał być groźny. Jakby ktoś jadowitemu wężowi wyrwał kły! Nigdy nie ofiarował mi ani odrobiny uczucia, kierując się wyrachowaniem. Jakie to szczęście, że poznałam Borysa, a on zniszczył tego drania. Musiałam jednak, zgodnie z jego radą, natychmiast wyjechać, bo Romanowicz dowiedziawszy się o dymisji, zemściłby się na mnie strasznie. Może by mnie nawet zabił.
- Jesteś dla mnie taki dobry. Jestem szczęśliwa, że ciebie poznałam. - szepnęłam tuląc się do niego.
- Niet, nie jestem dobry. O, ludzie mogliby mnogo na mnie gadać. Ale ty mienia budiesz dobrze wspominać.
    
Nie spaliśmy już do rana, rozmawiając o wielu sprawach i kochając się. Borys nalegał, żebym zaraz wszczęła postępowanie rozwodowe i raz na zawsze uwolniła się od Romanowicza. Ani razu nie powiedział, że mnie kocha, ale nie musiał. Byłam tego absolutnie pewna. Dowiódł swych uczuć czynami, a nie słowami. 
   Wstaliśmy rano zmęczeni bezsennością i przygnębieni nadchodzącym rozstaniem. Borys dał mi swój adres i telefon do ambasady radzieckiej w Warszawie, na wypadek gdybym zmieniła zdanie i chciała jechać do Rosji, lub zaszła z nim w ciążę. Widocznie czuł się samotny i bardzo pragnął mieć własne dziecko, bo chłopiec, którego urodziła żona, nie był jego synem.
    
Na śniadanie usmażyłam mu naleśniki. Trzymając w ręce patelnię z naleśnikiem, zamyśliłam się, patrząc przed okno kuchenne. Późny poranek jesienny rozjaśniał niebo na wschodzie. Z łazienki dochodził szum wody z prysznica i pomrukiwanie Borysa. Uświadomiłam sobie, że będzie mi go strasznie brakowało. Był jedyną osobą, przy której czułam się zupełnie bezpieczna i absolutnie pewna jego miłości. 
   Nie wiem, czy był człowiekiem dobrym, czy złym. Nic mnie to nie obchodziło. Dla mnie był czuły i troskliwy. Wyświadczył mi ogromną przysługę i pośpieszył z pomocą, której nigdy się nie spodziewałam. W jego ramionach po raz pierwszy w życiu poczułam się kobietą, a nie ofiarą. Byłam nim oczarowana, a może po prostu zakochana..
    Przyszedł do kuchni owinięty ręcznikiem i usiadł, rozkoszując się jedzeniem, kawą i unoszącymi się w kuchni zapachami. Dokładałam mu kolejne naleśniki, smarując je dżemem truskawkowym i patrzyłam z radością, jak znikały jeden po drugim.
- Może zagrzać ci jeszcze parówki? Masz przed sobą taką daleka drogę – powiedziałam, nakładając mu na talerz następny naleśnik.
- Spasiba, lubimaja (ukochana). Dosyć, bo samolot mnie nie uniesie. - uśmiechnął się swoim zwyczajem, kątem ust. - A ja mam dla ciebia podarok! (prezent) Nie tu, mój sołdat przyniesie za godzinku.
    Podeszłam do niego i uniosłam mu głowę, całując mocno w usta.
- Ty jestem moim najlepszym prezentem od życia. - powiedziałam z powagą. - Nie potrzebuję żadnych innych podarunków. Nawet nie wyobrażasz sobie, jak bardzo będzie mi ciebie brakowało, lubimyj. (ukochany)
    Posadził mnie sobie na kolanach i długo całowaliśmy się, nie mogąc oderwać się od siebie. Nie będę opisywać naszego pożegnania, bo jeszcze dziś, po wielu dziesiątkach lat, boli mnie serce na to wspomnienie. Wychodząc, Borys objął mnie mocno i powiedział, patrząc mi w oczy:
- Ja ciebia nikagda nie zabudu!
    Kiedy wyszedł, długo patrzyłam za nim przez okno, odprowadzając go spojrzeniem przez łzy. Gdy jego szczupła sylwetka zniknęła za rogiem ulicy, poszłam do sypialni, położyłam się na tapczanie i rozpaczliwie płakałam, całując poduszkę, na której spoczywała jego głowa. Ja także dotrzymałam słowa i nie zapomniałam o nim przez całe życie.
   Na marginesie dodam, że po wielu dekadach, kiedy rozpadł się Związek Radziecki, w pewnej gazecie przeczytałam, że emerytowany generał rosyjski B.W. Bielajew, stanął na czele jednego z koncernów naftowych! To była jedyna wiadomość, jaką o nim otrzymałam.
    Oprzytomniałam nagle, przypomniawszy sobie jego radę, żebym jeszcze tego dnia wyjechała. Romanowicz mógł każdej chwili wrócić, a wtedy moja sytuacja byłaby nie do pozazdroszczenia. Na myśl o nim, zerwałam się na równe nogi i z pośpiechem zaczęłam ściągać walizki z pawlacza. Postanowiłam zabrać wszystko, co się tylko da, nie zostawiając temu draniowi nic z tego, co z sobą przywiozłam. Przeliczyłam pieniądze, nie było ich wiele, ale na podróż do domu wystarczy.
    Miałam problem, bo nie posiadałam płaszcza, a podróż w kostiumie była niemożliwa, ze względu na niską temperaturę i padający chwilami śnieg. Pomyślałam, że nie ma innego wyjścia, jak pożyczyć płaszcz od pani Bartnikowej. Już chciałam do niej zejść, gdy usłyszałam dzwonek do drzwi. Był to radziecki żołnierz, dźwigający przed sobą spory pakunek. Bez słowa wręczył mi paczkę i zasalutowawszy, prędko odszedł.
    Zaniosłam pakunek do sypialni i otworzyłam pudło. Wydałam okrzyk radości i zatańczyłam po pokoju, bo w pudle znajdowało się piękne brązowe futro! Śmiejąc się i płacząc ze wzruszenia, ubrałam je i podeszłam do lustra. Mój Boże, już dawno tak ładnie nie wyglądałam!
    Dziękuję, Boria! Pamiętał, że nie miałam płaszcza.
   Zbiegłam po schodach i zapukałam do sąsiadki. Otworzyła i przez chwilę patrzyła na mnie zdumiona.
- Izunia, dziecko, jaka ty jesteś dzisiaj śliczna! - powiedziała, wpuszczając mnie do mieszkania. - Dobrze się czujesz?
    Rzuciłam się jej na szyję.
- Pani Danusiu, wracam do domu! - krzyknęłam z wybuchem radości. - Nareszcie wracam. Muszę się bardzo spieszyć, żeby Romanowicz mnie tu nie zastał, Nie chcę dzwonić z mego telefonu, ale proszę żeby pani zatelefonowała na dworzec i spytała o której mam pociąg. Zostawię też u pani resztę rzeczy, których nie będę mogła na razie zabrać z sobą, bo nie zamierzam nic zostawiać temu bydlakowi.
- Dziecinko, tak bardzo się cieszę, że nareszcie twoje marzenia się spełniły. A co z Romanowiczem? Nie będzie ci szkodził?
- Zapewniono mnie, że nie. - nie powiedziałam nic więcej, ale się zarumieniłam. 
   Pani Danusia była mądrą kobietą i natychmiast domyśliła się mego sekretu.
- On ci pomógł, prawda?
- Tak. Mogę spokojnie wracać do domu, ale będzie lepiej żeby mnie tu nie było, jak Romanowicz wróci.
- W takim razie spieszmy się. Ja ci pomogę, córeczko. Nic nie zostawiaj w Warszawie, bo nie wiadomo kiedy będziesz mogła te rzeczy odebrać, a i ja nie jestem tu wieczna. Trzeba się postarać o duże pudła. Idź do naszego sklepu, oni tam mają mnóstwo niepotrzebnych kartonowych pudeł. Będziemy wszystko do nich pakować.
    Wstąpiła we mnie nadzwyczajna energia. Czułam się tak, jakby mi skrzydła urosły. Pani Danusia sugerowała, żebym zatelefonowała do domu i uprzedziła rodziców, że przyjeżdżam. Ale ja nie chciałam. Niech to będzie dla nich radosna niespodzianka. Popędziłam do sklepu i dostałam kilka wielkich pudeł, w których przywożono towary. Z pomocą pracownika sklepu, przytaskaliśmy je do domu. Pani Danusia już stała na stołku i zdejmowała zasłony i firany z okien sypialni.
    Ja zaczęłam pakować bieliznę i pościele, jakie mama mi przysłała. Do walizek wpakowałam wszystkie moje ciuchy. Nie było tego tak dużo, jak wówczas, gdy jechałam do Warszawy, bo wiele rzeczy sprzedałam na Bazarze, żeby mieć z czego żyć. Do pudeł wkładałam serwisy, nawet te częściowo potłuczone przez kochanki Romanowicza, bo twardo postanowiłam, że nie zostawię mu nic z tego, co było moje.
    
Kiedy skończyłyśmy pracę, mieszkanie było ogołocone z serwet, firan, zasłon i wielu drobniejszych przedmiotów. Za to na środku dużego pokoju stało kilka wielkich pudeł, pełnych przeróżnych rzeczy. Obie z sąsiadką byłyśmy czerwone jak upiory i spocone, niczym robotnicy po ciężkiej pracy.
- Boże święty, jak ja się z tym zabiorę! - wykrzyknęłam, ocierając pot z czoła. - Same taksówki, czy auta bagażowe, będą mnie kosztować majątek.
- Nie martw się, dziecko. A kto ci każe taszczyć te rzeczy ze sobą? Przecież możesz je nadać na kolej!
    Usiadłam na krześle i sapałam ze zmęczenia.
- Nie wpadłam na to. - mruknęłam. - Ale trzeba zamówić jakąś bagażówkę i przewieźć to wszystko na dworzec. Obawiam się, że zabraknie mi pieniędzy.
    Ale pani Bartnikowa, jak zwykle, była niezawodna.
- Izunia, po co ci bagażówka? A wojskowy samochód nie wystarczy?
- A skąd ja wezmę wojskowy samochód? - jęknęłam przygnębiona, patrząc na stojące przede mną pudła.
- O to się nie martw. Aha, pociąg masz o dwudziestej drugiej trzydzieści z Dworca Głównego. Do tej pory załatwimy wszystko i posiedzimy sobie po obiedzie, przy kawie. Opowiesz mi o pułkowniku Bielajewie, co?
- Opowiem, kochana moja opiekunko. Wszystko, całą prawdę!
- Dobrze. A teraz musisz się ubrać do wyjścia, bo za chwilę przyjedzie tu samochód i pojedziesz na dworzec. Idę załatwić auto.
    Sąsiadka zeszła na parter, a ja usiadłam przy stole i rozglądałam się po pustym teraz mieszkaniu, które miało być moim domem. Ogołocone ze wszystkich ozdób, wyglądało na opuszczone i jakieś obce. Wyobrażałam sobie, jak zareaguje Romanowicz, kiedy wejdzie do domu. Dzięki Bogu, że mnie już przy tym nie będzie. Gdyby nie wyjechał na Węgry, nie mogłabym pozwolić sobie na taką swobodę.
    Spojrzałam na zegar. Było południe, pułkownik Bielajew siedział w samolocie i odlatywał z Polski. Zerwałam się z krzesła, podbiegłam do telewizora i włączyłam go na cały regulator, ale nie zagłuszyłam tym moich myśli. Nie mogłam, nie chciałam płakać, ale łzy same zaczęły spływać po policzkach, aż w ustach poczułam ich słony smak.
    Żegnaj, Boria!
   
 Wróciła pani Danusia i spojrzawszy na mnie, przytuliła mnie do siebie i ucałowała.
- Nie płacz, dziecko. Łzami już niczego nie zmienisz, a sobie zaszkodzisz. No, ubieraj się, za pół godziny będzie tu ciężarówka z dwoma żołnierzami.
    Roześmiałam się przez łzy.
- Jak pani to robi, pani Danusiu?
- Ma się trochę tych znajomości.
    Rzeczywiście, w niecałe nawet pół godziny zajechało przed dom ciężarowe auto i dwóch żołnierzy zniosło pudła do samochodu. Wsiadłam do szoferki i pojechaliśmy. Bez trudności nadałam bagaż, szczęśliwa, że bezpiecznie dojedzie na miejsce. Podziękowałam moim pomocnikom i wróciłam do domu autobusem. Po raz ostatni wchodziłam po schodach na piętro i otwierałam kluczem drzwi do mieszkania. Było takie ciche, aż mnie to przerażało. Zabrałam resztę rzeczy osobistych spakowanych w walizce i nie oglądając się, zatrzasnęłam za sobą drzwi. Przez siedem długich miesięcy to mieszkanie było moim więzieniem i miejscem tortur. Nigdy więcej nie chciałam tam wchodzić.
    Resztę dnia spędziłam u mojej kochanej sąsiadki, przy kawie i kruchych ciasteczkach. Opowiedziałam jej wszystko, co zaszło między mną, a pułkownikiem Bielajewem. Była bardzo wzruszona tą historią.
 - Szkoda, że nie chciałaś wyjechać do Rosji. Być może, znalazłabyś przy nim szczęście. - zauważyła. - Ja także jestem Polką, a mąż Rosjaninem, ale nigdy na niego nie narzekałam. Był dobrym mężem i troskliwym ojcem.
- To inny, ogromny kraj, zupełnie niepodobny do Polski, pani Danusiu. Czułabym się tam obco, tym bardziej, że nie znam dobrze języka rosyjskiego. Moi bliscy nie pogodziliby się z tym faktem.
- Cóż, matka nie rodzi dzieci dla siebie, ale dla świata. Widzisz, mam dwoje dzieci, a jestem sama. A teraz już i ciebie zabraknie…. - podejrzanie pociągnęła nosem.
- Była pani dla mnie taka dobra, jak druga matka. Gdyby nie pani, Romanowicz byłby jeszcze gorszy, ale trochę obawiał się pani. Nigdy nie zapomnę, co pani zawdzięczam i zawsze będę myślała o pani z miłością.
    Ucałowałam ją serdecznie.
   Przesiedziałyśmy na rozmowie do wieczora. Ponieważ poprzedniej nocy prawie nie spałam, poczułam senność. Ale myśl, że już jutro rano będę w domu, dodawała mi sił. O dwudziestej przyjechała taksówka. Wsiadając, spojrzałam po raz ostatni w ciemne okna mego mieszkania, których widok tyle razy budził we mnie przerażenie na myśl, że w domu jest mój przeklęty mąż i kat. Wsiadłam do auta i odjechałam, nie oglądając się za siebie.
    Pani Bartnikowa odprowadziła mnie na peron i pożegnała się ze mną, całując mnie i błogosławiąc.
- Życzę ci szczęścia w życiu, córeczko. Wymaż z pamięci wszystkie złe obrazy z przeszłości. Niech nigdy więcej nie zakłócają ci twoich młodych lat. A wspomnij mnie czasem. - powiedziała na pożegnanie.
    
   Pociąg był tak zapchany, że z trudem znalazłam miejsce w korytarzu. Przysiadłam na walizce, umęczona całodzienną krzątaniną. Dokoła mnie podróżni palili papierosy, czego nie znosiłam i gadali głośno o sprawach, które wcale mnie nie obchodziły.
    Gdy pociąg ruszył, wstałam i przez brudną szybę patrzyłam na uciekające w tył budynki miasta. Żegnałam Warszawę, to wspaniałe miasto ludzi niezłomnych, ale bez żalu. Tu przeżyłam chyba najgorsze miesiące mego życia, ale też tutaj spotkałam prawdziwą miłość i stałam się kobietą.
    
   Podróż miałam fatalną, bo prawie do rana siedziałam na walizce w korytarzu, przy bardzo nieszczelnym oknie. W wagonie był taki tłok, że nie mogłam sięgnąć do walizki po termos, ani zapakowane przez panią Danusię kanapki. Jechałam głodna i spragniona, licząc wolno mijające godziny. Czułam się źle, nawet bardzo źle. Sztuczne podniecenie opadło i wróciły trapiące mnie bóle. Miałam duszności i z trudem chwytałam cuchnące powietrze w rozchylone usta. Chyba miałam temperaturę, bo trzęsłam się z zimna.
    Do mego miasta przyjechałam w ponury, listopadowy poranek. Wysiadłam, a raczej zostałam wypchnięta z wagonu, przez wsiadających podróżnych i znalazłam się na peronie. Rozejrzałam się, wspominając ten majowy wieczór, kiedy żegnałam tu rodziców, odjeżdżając z „kochającym” mężem do Warszawy. Nie przypuszczałam wtedy, że moje małżeństwo skończy się tak dramatycznie.
    
   Wzięłam walizkę i krok po kroku zdążałam w stronę domu. Na szczęście nie było daleko. Dawniej przebywałam tę drogę w kilkanaście minut, teraz wlokłam się pół godziny. Nareszcie z dala dostrzegłam dom i okna naszego mieszkania, jeszcze ciemne, bo rodzice z pewnością spali. Dysząc ciężko przebyłam ostatnie metry do bramy. 
   Ciągnąc za sobą walizkę, zaczęłam wspinać się po schodach dysząc i czując, że pot zalewa mi twarz, choć wcale nie było mi gorąco. Westchnęłam, wspominając nie tak dawne czasy, kiedy biegłam po schodach, przeskakując po dwa stopnie. To już nie byłam ja - osiemnastoletnia dziewczyna - tylko stara, ciężko doświadczona i chora kobieta.
    Postawiłam walizkę pod drzwiami, z trudem uniosłam rękę i nacisnęłam dzwonek. Przez długą chwilę nikt się nie odzywał, potem usłyszałam, że skrzypnęły drzwi w sypialni rodziców i głos, ukochany głos mamy spytał:
- Kto tam?
    Nie odpowiedziałam, tylko mocniej wsparłam się o drzwi. Usłyszałam kroki i szczęknął zamek, gdy mama przekręcała klucz i zdejmowała łańcuch. Kiedy uchyliła nieco drzwi, wyciągnęłam do niej rękę.
    Usłyszałam okrzyk mamy i głos ojca, pytającego, kto dzwoni?
- Mamusiu, tatku, wróciłam! - wyszeptałam ostatkiem sił.
    Potem upadłam na progu mego domu i straciłam przytomność.

                                              Koniec części pierwszej.



   Mili czytelnicy. Ponieważ jednocześnie piszę i publikuję, muszę zrobić sobie przerwę na napisanie kilka pierwszych rozdziałów części drugiej "Sekretów rodzinnych". Postaram się, żeby zacząć publikację po dwóch, trzech tygodniach. A więc do zobaczenia.