niedziela, 9 kwietnia 2017

SEKRETY RODZINNE - NARESZCIE ŻYCZLIWA DUSZA.


  9 kwietnia 2017 r.

Wschód słońca nad Warszawą.
   Był zimny jesienny świt. Nad Warszawą wisiały ciemne chmury, z których padał deszcz ze śniegiem. Kiepsko spałam tej nocy. Dręczyły mnie koszmary, które przypisywałam bólowi i stresowi, jaki wczoraj przeżyłam. Ale nie miałam czasu rozważać zjawisk atmosferycznych, bo do drzwi ktoś zaczął dzwonić, a potem walić. Zanim zdążyłam się przestraszyć, usłyszałam znajomy głos:
- Izunia, dziecko, otwórz! To ja, sąsiadka. Otwórz!
Ucieszyłam się bardzo. Nareszcie życzliwa dusza. Chciałam, jak dawniej, poderwać się z tapczana i pobiec, ale ból w całym ciele osadził mnie na miejscu. Z jękiem opadłam na posłanie. Przypomniawszy sobie o wczorajszym dniu, wolno zwlekłam się z tapczana i powolutku, sunąc przy ścianie, dotarłam do przedpokoju. Otworzyłam drzwi i wsparłam się ręką o wieszak, aby utrzymać równowagę.
Pani Danusia weszła i z uśmiechem chciała coś powiedzieć, ale spojrzawszy na mnie oniemiała.
- Boże wielki, Izunia, co ci się stało? - wyszeptała wstrząśnięta.
- Proszę mi pomóc dojść do kuchni. Napijemy się kawy i wszystko pani opowiem.
Dzięki pomocy sąsiadki doszłam do kuchni, ale pani Danusia nie pozwoliła mi się ruszyć, tylko posadziła mnie na krześle i postawiła na gazie czajnik z wodą.
- Mów, mów, dziecko, co ci się stało? Czy to znowu on?
  Pokiwałam głową.
- Niestety tak. Krótko mówiąc, przegrał w karty dwanaście tysięcy i zażądał ode mnie, żebym poprosiła kogoś o anulowanie długu. Ponieważ tego nie chciałam zrobić, ukochany mąż najpierw zbił mnie po twarzy, potem użył oficerskiego pasa, a na koniec przyłożył mi lufę pistoletu do skroni i zagroził, że mnie zabije. Nie żartował! Byłam tak skatowana, że nie miałam już siły protestować. Wpakował mnie do auta i zawiózł do Konstancina. Posadził przed jakimś domem i odjechał ostrzegając mnie, żebym nie wracała, jeżeli nie załatwię sprawy pomyślnie. Ot i cała rzecz.
    Pani Bartnikowa słuchała mnie, nie przerywając ani jednym słowem. Załamała ręce, aż trzasnęły stawy i wpatrywała się we mnie ze współczuciem i czułością.
- Biedactwo moje. Co z niego za łotr, nieludzkie bydlę. Nie, tego nie wolno tak zostawić. Musisz zgłosić do jego dowódcy, że maż ciebie maltretuje. Jezu kochany, jak ty wyglądasz! Jadłaś coś chociaż?
    Na pytanie sąsiadki, nagle poczułam głód.

- Nie. Wczoraj nic jeść nie mogłam bo zwymiotowałam. Niech pani zobaczy moje plecy. - odwróciłam się bokiem, a pani Danusia odchyliła jeden z plastrów i wydała stłumiony okrzyk.
- Zabiłabym tego skurwysyna! Gdybym nie wyjechała, on by tego nie zrobił. Ale nie powiedziałaś, do kogo przegrał tyle pieniędzy?
    Na moich policzkach pojawił się nikły rumieniec.
- Do pułkownika Bielajewa.
   Pani Danusia klasnęła w dłonie.
- Oszalał? Przecież Bielajew po mistrzowsku gra w pokera! On nie wiedział z kim gra?
- Mówił, że był pijany. Wysłał mnie do niego, jak alfons kurwę do klienta! - oparłam głowę na dłoniach i zaczęłam płakać ze wstydu i gniewu.
- To do niego podobne. - mruknęła pani Danusia. - Nie płacz, dziecinko.
    Zdjęła z gazu czajnik i napełniła wrzątkiem kubki z kawą. Potem przygotowała mi mi śniadanie sadzone jajka i kanapkę z szynką.
- A jak ciebie przyjął Bielajew? - spytała, rzucając mi przeciągłe spojrzenie. - Wyobrażam sobie jaki był zdumiony.
- Raczej zaskoczony, bo nie spodziewał się z pewnością mojej wizyty w takim stanie. Byłam w samej sukience, bosa i siedziałam na schodkach pod jego drzwiami. Jestem mu dozgonnie wdzięczna za pomoc, jakiej mi udzielił. Dzięki niemu będę miała jakiś czas spokój od tego sadysty. Sprawił, że Romanowicz został przyłączony do delegacji oficerów jadących na Węgry. Dziś rano odlecieli do Budapesztu.
- O, pułkownik Bielajew wiele może! Moim zdaniem, żeby zrobić coś takiego, jak Romanowicz tobie, trzeba odznaczać się szczególnym okrucieństwem. Ale na razie jesteś wolna, możesz jechać nawet do domu.
- Nie mogę, pani Danusiu. Pułkownik Bielajew wyjeżdża z Polski. Obiecał mi, że przyjdzie się pożegnać i powie, co mam dalej zrobić, bo przecież Romanowicz nie zniknął na wieki i kiedyś wróci. A wtedy moja męka zacznie się od nowa. Nie chcę o niczym decydować sama, dopóki się nie upewnię, że Romanowicz nie zagraża ani mnie, ani mojej rodzinie.
    Pani Bartnikowa posmutniała i w milczeniu sączyła z kubka gorącą kawę.
- Pożegnałam moją Wieroczkę. Ona już także wyjechała. Powiem ci coś, córuniu. Powinnaś koniecznie wrócić do rodziców, bo prawdopodobnie i ja wkrótce stąd wyjadę. Mój staruszek siedzi w Kaliningradzie, dzieci w Moskwie i Leningradzie. Nie chcę tu zostać sama, bo przecież i ty pojedziesz do domu.
- Nie wiem, pani Danusiu, czy będę mogła.
- Pojedziesz, pojedziesz, bo Bielajew ci pomoże. A ten stary drań zostawił ci jakieś pieniądze?
Kaliningrad - dawny Królewiec.
- Powiedział, że nie ma grosza. On jest bez sumienia. Muszę zadzwonić do rodziców, żeby przysłali mi płaszcz i trochę pieniędzy.
- Dopóki nie będziesz wiedziała nic pewnego, nie dzwoń. Papa i mama z pewnością chcieliby, żebyś przyjechała, a gdyby to nie było możliwe, pękłoby im serce.
    Sąsiadka miała rację. Nie będę na razie dzwonić do domu. Poczekam, co mi powie pułkownik.
- Nie martw się, dziecko. Ja ci pożyczę pieniądze i płaszcz. Jeszcze dziś zadzwonię do kasjerki z MON-u, bo ją dobrze znam. Ona ci może przysłać trochę grosza z pensji Romanowicza. Przecież jesteś jego ślubną żoną i musi na ciebie łożyć.
- Mówił, że to załatwi, ale nie wierzę, że o tym pamiętał przed odjazdem. Cóż, mam jeszcze trochę letnich ciuchów i mogę je sprzedać na bazarze.
  - Nie, Izuniu. Ja ci dam pieniądze. Przecież nie mam na co ich wydawać, bo dzieci ani maż nie potrzebują pomocy.
- Dziękuję serdecznie pani Danusiu. - pochyliłam się i ucałowałam ją w policzek. 
   Przez moment namyślałam się, a potem zapytałam bardzo cicho:      -Pułkownik Bielajew jest żonaty? - poczułam, że się rumienię.
    Pani Bartnikowa posłała mi badawcze spojrzenie i wysoko uniosła brwi.
- Słyszałam, że jest z żoną w separacji. Czy to chciałaś wiedzieć?
    Zaczerwieniłam się jeszcze mocniej.
- Proszę mnie źle nie zrozumieć, pani Danusiu, ale gdyby nie pułkownik, to nie mam pojęcia, co by się ze mną stało. Chyba bym umarła na zapalenie płuc, bo byłam w samej sukience i boso. Bardzo poraniona i chora. On zatroszczył się o to, aby opatrzył mnie lekarz i na piśmie stwierdził moje obrażenia. Potem pułkownik odwiózł mnie do domu i załatwił wyjazd Romanowicza na Węgry. Przynajmniej przez kilka tygodni będę miała spokój, od tego sadysty.
- No tak, oczywiście. Wiele mu zawdzięczasz. - przyznała pani Danusia z lekkim uśmiechem. - A teraz połóż się do łóżka i wypoczywaj. Obiad ci przyniosę. Co wolisz, kotlety mielone, czy schabowy?
- Ależ wszystko jedno. Co pani ugotuje, to zjem ze smakiem. Taka jestem pani wdzięczna i bardzo się cieszę, że już pani wróciła.  Brakowało mi pani i tęskniłam za panią.
 
Tradycyjny schabowy.
   Sąsiadka uścisnęła mnie i po matczynemu ucałowała. Pomogła mi przejść do sypialni i ułożyć się na brzuchu. Obiecała, że po obiedzie zmieni mi opatrunki, bo od czasów wojny znała się na opatrywaniu ran.  Byłam bardzo szczęśliwa, że już nie jestem sama. c.d.n.