wtorek, 4 kwietnia 2017

SEKRETY RODZINNE TEGO NIE PRZEWIDZIAŁAM!


  4 kwietnia 2017 r.

   Ktoś, czytając moją historię, może wyrobić sobie o mnie opinię, jako o osobie pasywnej, apatycznej i bezwolnej. Ale tak nie było. Zawsze, od wczesnego dzieciństwa, cechował mnie upór, oraz chęć postawienia na swoim za wszelką cenę. Byłam zadziorna i natychmiast reagowałam na każdą zaczepkę. Lubiłam bić się z chłopcami! Pomimo całej miłości do rodziców, nie posłuchałam ich przestróg, ale postawiłam na swoim i wyszłam za mąż. 
Małżeństwo z Romanowiczem, okazało się pomyłką i strasznym zawodem, jaki mnie niespodziewanie spotkał. Jego szykany nauczyły mnie nie tyle pokory, bo nigdy pokorną nie byłam, raczej dumną, pamiętając nauki moich babek o pochodzeniu, ale skrytości i nieszczerości. Zaczęła cechować mnie alienacja, obojętność na wszystko, prócz tego, co mogło rozwścieczyć męża i sprowadzić na mnie kłopoty i bicie.
    Zmęczona i wyczerpana przeżyciami, pragnęłam nade wszystko spokoju i ciszy. Ale tego nie znajdowałam, będąc żoną Romanowicza. Tego wieczora zachowywałam się kompletnie apatycznie, będąc w głębokim szoku po okrutnym pobiciu i postawieniu mnie w sytuacji bez wyjścia.
    Pułkownik upewniwszy się, że leżę, wyszedł do drugiego pokoju i przymknął drzwi. Usłyszałam jak podnosi słuchawkę telefonu i wykręca jakiś numer. Po chwili zaczął mówić ściszonym głosem, co jakiś czas milknąc i słuchając odpowiedzi. Rozmawiał długo, co najmniej piętnaście minut.
    Wrócił do pokoju i zaświecił lampkę na nocnym stoliku, zgasiwszy jaskrawe górne światło żyrandola, które raziło mnie w oczy. Usiadł w nogach tapczana i bacznie mi się przyjrzał.
- Pozwolicie zakurić? - spytał.
   
    Skinęłam głową. Zapalił i zaciągnął się dymem.
- Izo Władysławowna, dlaczego nie odejdziecie od Romanowicza?
    Pomimo bólu w plecach gwałtownie usiadłam na tapczanie.
- Ależ on mnie nie puści! - wykrzyknęłam, uniesiona gniewem i rozpaczą. - Może skrzywdzić moich rodziców. Nienawidzę go! Boże, jak ja go nienawidzę, ale nie mogę odejść!
    Siedział naprzeciw mnie i bez trudu dostrzegł, jak bardzo jestem nieszczęśliwa.
- Posłuchajcie. - rzekł, pochylając się w moją stronę. - Jutro rano delegacja oficerów z Ministerstwa Obrony Narodowej, jedzie na Węgry. Major Romanowicz pojedzie z nimi. Za chwilę przyjdzie tu żołnierz po jego rzeczy.
    Słuchałam jego słów oszołomiona.
- Ale w końcu on wróci, a wtedy co się ze mną stanie?
- Da, wróci, za miesiac, dwa. Neizwiestno. (nie wiadomo) Ale już nie musicie się go bać. Lepiej będzie, kiedy was już tu nie zastanie.
    Nie mogłam wprost uwierzyć w to, co mi Bielajew powiedział. Romanowicz nic mi nie mówił, że jedzie na Węgry. Z pewnością o tym nie wiedział, bo by się wściekł. A może byłby zadowolony, że na razie uniknie zapłaty karcianego długu? Pułkownik ani razu nie wspomniał, że Romanowicz winien mu był tak wielką sumę pieniędzy. Kręciło mi się w głowie i już nic z tego wszystkiego nie rozumiałam, prócz tego, że być może, będę przez dłuższy czas wolna. Nie – wprost nie mogłam w to uwierzyć!
    Pułkownik spojrzał na zegarek i wstał.
- Czas na mnie, Iza Władysławowna. Niedługo wyjeżdżam z Polski. Przyjdę się pożegnać i jeszcze pogadamy. Do swidanja!
- Panie pułkowniku. - powiedziałam, z trudem powstrzymując się od łez. - Dziękuję panu. Z całego serca dziękuję i nigdy tego, co pan zrobił dziś dla mnie, nie zapomnę. Do końca życia będę panu bezgranicznie wdzięczna.
    Uśmiechnął się po swojemu, kątem ust.
- Niczewo.
    Skinął mi ręką i wyszedł. Po chwili usłyszałam odjeżdżające spod domu auto.
    Oparłam głowę o poduszkę i zaczęłam spazmatycznie szlochać.

                                ---------------------------------------------

    Kiedy upewniłam się, że jestem sama, spróbowałam wstać o własnych siłach. Chciało mi się pić, wydawało mi się, że czuję głód, pragnęłam skorzystać z toalety i wreszcie się umyć. Powoli, żeby nie urazić pleców, zsunęłam się z tapczana i krok po kroku, trzymając się ściany i mebli, posuwałam się w stronę łazienki. Miałam szaloną ochotę, aby napełnić wannę wodą i się wykąpać, ale na samą myśl, że musiałabym zanurzyć w wodzie poranione plecy, zrobiło mi się słabo. Zresztą na plecach miałam opatrunki i nie mogłam zwilżyć ich wodą, bo by się odkleiły.
  
  
Umywszy się, uczesałam potargane włosy i postanowiłam zrobić sobie kawę, bo musiałam czekać na żołnierza przysłanego po rzeczy Romanowicza. Spojrzałam na zegarek; była godzina 0,30, więc każdej chwili żołnierz mógł zapukać do drzwi. Wróciłam do sypialni i z trudnością, sykając z bólu, zdjęłam z siebie pokrwawioną odzież i bieliznę, ubierając nocną koszulę i ciepły szlafrok. Z rozkoszą wsunęłam zziębnięte stopy w domowe pantofle. Z szufladki nocnego stolika, wyjęłam leki przeciwbólowe, używane w czasie okresu i zażyłam dwie tabletki.
    Stękając, jak stary dziadek chory na prostatę, powlekłam się do kuchni i zaparzyłam sobie kawę. Uznałam, że powinnam coś zjeść, bo cały czas byłam szpikowana lekarstwami. Ukroiłam sobie kromkę chleba i posmarowałam masłem. Zjadłam chleb, popijając kawą, ale natychmiast podbiegłam do zlewu i zwymiotowałam.
    Byłam bardzo chora z pobicia i przeżytego stresu. Powędrowałam do sypialni i położyłam się w szlafroku na tapczanie, oczywiście na brzuchu, czekając niecierpliwie na żołnierza. Powieki kleiły mi się ze zmęczenia i nawet nie wiem, kiedy zasnęłam.
    
 Naraz otwarłam oczy i raptownie usiadłam na tapczanie, słysząc w pokoju jakiś ruch. Nie byłam sama! Lampka na nocnym stoliku była zgaszona, tylko z przedpokoju, wpadał przez uchylone drzwi, promień nie zgaszonego światła. Rozejrzałam się dokoła, ogarnięta panicznym strachem. W pobliżu dostrzegłam cień postaci. Zerwałam się z okrzykiem przerażenia i zaświeciłam lampkę.
    Wstrząśnięta, patrzyłam na stojącego przy tapczanie Romanowicza! c.d.n.