czwartek, 18 maja 2017

SEKRETY RODZINNE - ALINKA WYCHODZI ZA MĄŻ!


  18 maja 2017 r.
Popiersie cezara Nerona.
     Nazajutrz była niedziela. Rodzice poszli do kościoła, a potem do kawiarni, ale nie chciało mi się iść z nimi. Siedziałam przy biurku, czytając Swetoniusza, historię rządów cezara Nerona. Za oknami było biało i cicho, bo mróz nie zachęcał ludzi do wychodzenia z domów. Z dala doszedł do mych uszu gwizd lokomotywy, bo dworzec był blisko i stale słyszałam pędzące pociągi, osobowe i towarowe.
    Na wielkim kasztanie za moim oknem, wiecowały wrony, skulone i podobne do pierzastych czarnych kul. Tej nocy źle spałam, a kiedy już zasnęłam, po raz pierwszy przyśnił mi się Borys. Śniłam, że zapukał do drzwi warszawskiego mieszkania, a ja otworzyłam, powiedziałam: - Jesteś! - i zarzuciłam mu ramiona na szyję. A potem poczułam na ustach długi, mocny pocałunek.

    Obudziłam się z dojmującym uczuciem tęsknoty, za czymś, co już było, ale nie wróci.Wpatrywałam się w karty książki, zamyślona i bardzo smutna.
   Z tego zamyślenia wyrwał mnie terkot telefonu tak raptowny, że przerażona, podskoczyłam na krześle. Pomyślałam, że to Alisia, i sięgnęłam po słuchawkę.
- Czy to pani jędzowata? - usłyszałam męski głos i skamieniałam ze zdumienia.
- Skąd, do diabła, ma pan mój telefon? - syknęłam, ochłonąwszy nieco ze zdumienia.
- Aha! To znaczy, że dobrze trafiłem. - zaśmiał się. - Mam niezły wzrok, a w pani dokumencie dostrzegłem nazwisko. Wystarczyło zajrzeć do książki telefonicznej, gdzie pani figuruje. Dzwonię, żeby przeprosić panią za wczorajsze moje zachowanie, bo….
    Ale nie dałam mu skończyć.
- Nie zamierzam komentować pańskiego prostactwa i chamstwa! - wrzasnęłam do telefonu. - Nie mam również najmniejszej chęci rozmawiać z panem po raz drugi. Niech pan raz na zawsze zapomni o numerze mego telefonu, jasne?
- A jednak myliłem się w ocenie, bo jest pani naprawdę nieznośnym babsztylem! Po kim odziedziczyła pani taki charakterek? Zamiast podziękowania za ratunek usłyszałem same złe słowa.

- A co? Miałam z wdzięczności za podniesienie mi tyłka, wydać się za pana?
- Musiałbym upaść na głowę, żeby poślubić taką wścieklicę! - odciął się ostro.  
To już przelało szalę goryczy. Poczułam, że trzęsą mi się ręce i jestem bliska ataku nerwowego.
- Niech pana szlag trafi! - krzyknęłam, nie panując nad sobą, - Cholerny cham! - i z całej siły rzuciłam słuchawką, o mało jej nie rozbijając.
    Potem oparłam głowę o biurko i głośno się rozpłakałam.
   Po powrocie rodziców i obiedzie, zastanawiałam się, co ze sobą zrobić. Byłam cała roztrzęsiona i zła jak osa. Mama widząc moje zaczerwienione oczy spytała, dlaczego płakałam? Ale nie powiedziałam jej prawdy. Nie umiałam już tak zwierzać się mamie, jak to dawniej bywało. Moje fatalne małżeństwo oduczyło mnie szczerości i otwartości. Jedynie Alinie mówiłam wszystko. No, ale ona była moim lekarzem i najbliższą przyjaciółką.
Telefon z lat sześćdziesiątych
    Zaledwie o niej pomyślałam, gdy zadzwonił telefon. Nie podniosłam się z fotela i telefon odebrała mama. Odwróciła się do mnie, ze słuchawką w ręku.
- Pani doktor, do ciebie. - powiedziała żartobliwie i wyszła z pokoju.
- Co się stało? - warknęłam, zła na cały świat.
- Słyszę, że masz zły humor. A może dzwonię nie w porę? Gorzej się czujesz? - zapytała z lekarskiej powinności. - Mierzyłaś ciśnienie?
- Och, czuję się świetnie. - wysyczałam przez zaciśnięte zęby. - Ale jestem nieludzko wkurwiona!
    W telefonie zapanowała cisza. Alinka nie była przyzwyczajona do tego, że ordynarnie klęłam.
- Kiciu, powiesz mi, o co chodzi? - szepnęła po chwili.
    Krótko wspomniałam o kawiarni i kretynce Zośce, przechodząc do mego wypadku.
- Wyobraź sobie, Alisiu, ten drań najpierw stwierdził, że trzeba być wariatką, żeby chodzić w szpilkach po śniegu, a potem oznajmił, że jestem jędzowata, prawdziwa wiedźma, bo nie okazałam mu wdzięczności za przysługę! Powiedz, no powiedz sama, czy ja zasłużyłam na taką nazwę? Miałam rozbity zadek, stłuczoną kość ogonową, skręciłam sobie nogę w kostce, trzęsłam się z zimna i było mi wstyd upadku. A ten cham nazwał mnie wiedźmą, bo się mu nie rzuciłam na szyję! - krzyczałam do telefonu, waląc drugą pięścią w blat biurka.
- Hmm. - usłyszałam w słuchawce cichy pomruk. - A nie wiesz, kto to był?
- Jakiś oficer lotnictwa. Ja to mam cholerne szczęście do wojskowych. Zaraz sobie przypomniałam mojego zasranego mężulka. Jakby tego było mało, dziś ten cham ośmieli się do mnie zadzwonić. Wczoraj przy upadku, rozsypały mi się dokumenty, a on je pozbierał i przeczytał moje nazwisko.
- A po co zadzwonił? - w głosie Alinki usłyszałam nutkę ciekawości.
- Rzekomo, żeby mnie przeprosić za wczorajsze zachowanie. Ale tak naprawdę, to chciał mi dokuczyć! Skurwiel! - chlipnęłam do telefonu, i wytarłam łzy ręką, w braku chusteczki.

- Izunia, nie płacz. - usłyszałam jej kojący głos. - Nie warto się denerwować. Znając twoją awersję do mężczyzn noszących mundur, wydaje mi się, że nie grzeszyłaś nadmierną uprzejmością, co? Ostatecznie ten pan pomógł ci, wybawiając z opresji.
- No wiesz? Miałam mu się z wdzięczności oddać w śnieżnej zaspie?
- Aż takiej wdzięczności to chyba nie wymagał, jak sądzę. - zaśmiała się serdecznie.
- No nie, ale zawsze. - burknęłam nieco odprężona, jak zwykle, rozmawiając z Alinką. - Spytałam, czy mam w rewanżu za przysługę wydać się za niego, a ten cham odpowiedział, że musiałby na głowę upaść, żeby się ożenić z taką wścieklicą! Alinka, pamiętasz nasze szkolne lata? Czy ja byłam wścieklicą i wiedźmą? Przecież byłam bardzo lubiana przez profesorów i koleżeństwo. Pomagałam wam w ściągach z polaka i historii. To Romanowicz zniszczył mnie i doprowadził niemal do obłędu. Boże, co się ze mną stało? Ja taka zła nie byłam!
Mieszkanie lat sześćdziesiątych.
     Rozżalona, znowu zaczęłam płakać.
- Kiciu, ja ciebie doskonale rozumiem. Jesteś dobrą dziewczynką, taka słodką piczką. Jednak musisz bardziej uważać, nie zrażać do siebie ludzi, zamykając się przed nimi. Nie każdy mężczyzna w mundurze jest Romanowiczem. Znasz przecież Witka, to dobry chłopak, chociaż ostatnio strasznie mi podpada. Koniec końców sprawa zamknięta i nigdy więcej tego faceta nie zobaczysz! Chciałam ciebie zaprosić na kawę, ale sądzę, że będzie lepiej, gdy posiedzisz dzisiaj w domu.
- Racja! Jak jutro będziesz miała wolne popołudnie, to przyjdę. - obiecałam.
- Świetnie, bo ma przyjechać Staś, to moglibyśmy się urwać na parę godzin do jakiegoś lokalu.

- Staszek przyjeżdża? - zawołałam ucieszona, zapominając o doznanej przykrości. - Fajnie, Aliśka! Ustaliliście już datę ślubu?
- Tak. Ty pierwsza się o tym dowiadujesz. W dzień moich imienin 17 czerwca! Staś chciał, żebyśmy się pobrali w marcu, lub kwietniu. Ale ja postanowiłam, że chcę stanąć przed ołtarzem w czerwcu. Najprzyjemniejszy miesiąc, bo to jeszcze nie lato, ale już prawie nie wiosna. No, co ty na to?
- Kochanie, tak bardzo się cieszę. Staszek to taki dobry, serdeczny człowiek, będziesz z nim szczęśliwa. Pójdziesz do ślubu w białej sukni i w welonie?
- Tak, oczywiście. Trochę to już anachronizm, ale Mama by nie przeżyła, gdybym nie miała welonu i białej sukni i nie brała ślubu w kościele. Doradzisz mi, jaki fason wybrać, prawda?
Suknia ślubna z lat sześćdziesiątych.
 - Och, naturalnie. Będziemy razem chodzić do krawcowej i wybierać modele. Ja także sprawię sobie na twój ślub szałową kieckę. Długą i z wielkim dekoltem, aż po pępek. A kto będzie drugą druhną?
- Tak myślę, że Pela. To miła dziewczyna, no i koleżanka z naszej budy. Witek chce iść z tobą w parze, jako pierwszy drużba. Obiecał, że zaprosi swoich kolegów z branży wojskowej, więc ćwicz uprzejme zachowanie wobec wojaków.
- Postaram się. Chyba, że ktoś znowu  nazwie mnie jędzą. Wtedy dam mu w łeb!
    Zakończyłam rozmowę w zupełnie innym humorze, zapominając o niemiłej przygodzie, bolącym tyłku i o lotniku-skurwielu. c. d.n.