poniedziałek, 15 maja 2017

SEKRETY RODZINNE - JESTEM WIEDŹMĄ?


  15 maja 2017 r.

   To był początek roku 1966. Pewnego dnia Alinka powiedziała mi w sekrecie, że ma zamiar wkrótce wyjść za mąż i muszę poznać jej przyszłego męża, bo będę na weselu pierwszą druhną. Przyjechał aż z Krakowa, i z miejsca go zaakceptowałam. Był również lekarzem chirurgiem i prędko zyskał wśród nas nazwę: „ciach, ciach”! Każdemu znajomemu proponował operację ślepej kiszki zapewniając, że to zabieg kosmetyczny, ciach, ciach - i po krzyku. Na szczęście wyrostka robaczkowego już nie miałam i nie skorzystałam z jego propozycji. Pomimo tytułu doktora, Staszek nie był wcale zarozumiały. Okazał się przyjacielski, wesoły i sympatyczny. Pasował do naszej starej paczki.
Styczeń tego roku był bardzo mroźny. 
   
Pogoda zmieniała się jak w kalejdoskopie. Najpierw spadł deszcz, potem ścisnął mróz i zrobiła się szklanka. Nareszcie spadł śnieg i pokrył wszystko grubą warstwą białego puchu. Na Sylwestra Alinka wybrała się na tańce ze swoim ukochanym. Oboje prosili, żebym im towarzyszyła, ale odmówiłam.
 
Sylwester w PRL-u

Po pierwsze wiem, że zakochani lubią być sami, nawet w tłumie, a po drugie, jeszcze nie miałam ochoty na huczne zabawy. Wolałam ten wieczór spędzić z rodzicami w domu, przy telewizorze, bo dawano jakiś dobry program kabaretowy. Przygotowałyśmy z mamą smaczne jedzonko, było francuskie wino, którym wznieśliśmy o północy toast noworoczny. 
 Tata przytulił mnie i powiedział:
- Życzę ci pikuniu, żebyś nareszcie znalazła szczęście w życiu. Zasługujesz na to.
Łzy zakręciły mi się w oczach i oddałam ojcu uścisk.Jednak byłam przekonana, że urodziłam się pod jakąś fatalną gwiazdą i nigdy nie zaznam prawdziwego szczęście. Ale nie powiedziałam tego głośno, żeby nie psuć nastroju. Z uśmiechem przyjęłam życzenia mamy i zapewniłam, że najszczęśliwsza czuję się przy nich, w naszym domu, do którego rozpaczliwie tęskniłam przez długie miesiące w Warszawie.
Gomułka na balu sylewstrowym.

Zaraz po nowym roku zadzwoniła Pela i zaproponowała mi spotkanie w kawiarni. Nie wpadłam w zachwyt, bo wróciłam z pracy przemarznięta i zła.. Rano czekaliśmy na autobus zakładowy prawie godzinę, stojąc na mrozie, bo nikomu z władz miejskich nie wpadło do głowy, żeby w tym miejscu postawić wiatę. Autobus także był lodowaty, bo nawaliło ogrzewanie, więc do zakładu przyjechaliśmy podobni do wielkich sopli lodu i długo się odmrażaliśmy, pożyczywszy od zapobiegliwego kolegi butelczynę z czymś mocniejszym niż kawa.
Kabaret Starszych Panów.
   Tego dnia praca szła mi jak po grudzie, chociaż należało się spieszyć z bilansem rocznym, bo niedługo miał przyjechać biegły księgowy. Cholernie nieciekawy kawałek chleba! Spędzałam się długie godziny, szukając kilku złotych, gdyż się bilans nie zamykał!
    Wróciłam po pracy do domu w podłym humorze i stojąc odwrócona przy kaloryferze, ogrzewałam sobie tylną część ciała. Wtedy właśnie zadzwoniła Pela, proponując spotkanie w kawiarni. Zamierzałam z miejsca odmówić, tłumacząc się złym stanem zdrowia, ale mnie zagadała:
Sylwester w PRL-u.
   - Iza, mówię ci zgódź się. Naprawdę warto. Wyobraź sobie, że do kawiarni przyjdzie Zośka, ze swoim nowym facetem. Jestem strasznie ciekawa, jak on wygląda. O ile pamiętam, to już trzeci, czy czwarty. Obejrzymy go sobie. Pójdę wcześniej i zajmę stolik, bo dziś sobota i będzie luda od groma. No, przyjdziesz? Daj się namówić!
Zastanowiłam się głęboko. Zośka była naszą koleżanką ze szkoły. Będąc córką adwokata, zawsze nosiła drogie, piękne ciuchy. Latem wyjeżdżała z rodzicami za granicę, a ferie zimowe spędzała w Zakopanem lub w Krynicy Górskiej. Dziewczęta w klasie serdeczniej jej nienawidziły, bo zachowywała się jak mała księżniczka, próbując nam imponować. Ale nie z nami te numery! Chłopcy wyśmiewali się z jej amerykańskich pończoch z czarnym szewkiem, a nauczyciele grozili obniżeniem stopni za nieodpowiedni ubiór. Nie zdała razem z nami matury, bo ją oblała z polaka i matematyki.
 Ale mając ładowanego tatę, nie musiała się tym drobiazgiem przejmować. Zamiast się uczyć, zaczęła prowadzić wesołe życie, zmieniając facetów jak rękawiczki. Kilka razy widziałam ją na ulicy, jak jechała jakimś zagranicznym samochodem ze starszawym panem, wymalowana, jak stara kamienica na przyjazd cesarza. Według określenia mego taty. Zbyszek jeszcze w szkole, nazywał ją bardzo trafnie: „młodą dziewczyną, ale starą kurwą!” Ciekawe, miała powodzenie u starszych panów, chociaż wcale nie grzeszyła urodą. Była dosyć niska, chuda i miała krzywe nogi. Ale stroiła się w naprawdę śliczne ciuchy. Ze swoimi kolejnymi, bogatymi kochankami, pokazywała się w coraz to innym aucie, oraz w nowym futrze, wzbudzając w mieście sensację.

   Nie zazdrościłam jej tego, gdyż poprzednio sama obracałam się w środowisku, które ona mogła oglądać jedynie na zdjęciach w gazetach. Ale byłam ciekawa z kim aktualnie się afiszuje.
- W porządku, Pela, wpadnę na godzinkę. - zgodziłam się po namyśle. - Zajmij stolik i zamów jakiś alkohol, bo ciągle mi zimno.
- Fajnie, to czekam. - odpowiedziała i odłożyła słuchawkę.
    Miałyśmy się spotkać w najlepszej kawiarni w mieście, więc pomimo odczuwanych dreszczy, postanowiłam odpowiednio się ubrać. Włożyłam obcisłą małą czarną, szalenie w tym okresie modną, wpięłam w uszy eleganckie klipsy i podobną broszkę. Zrobiłam makijaż „od wielkiego dzwonu”, jak to nazywał tata, i porządnie się uczesałam. Pomimo dosyć wysokiego śniegu, na niesprzątanej ulicy, wsunęłam na nogi czarne lakierki na wysokich szpilkach, robione na miarę.
    Ubrałam modny kożuch z ogromnym puszystym kołnierzem i okręciłam głowę barwnym szalem. Kawiarnia nie była daleko, ale na wszelki wypadek wezwałam taksówkę i pojechałam. Duża sala była napchana po brzegi. Zawsze miała komplet gości, bo w zabytkowej piwnicy podawano gorący krupnik i odbywały się dansingi na tak małej przestrzeni, że tancerze musieli przyklejać się do siebie, co zakochanym bardzo odpowiadało.
    Na szczęście Pela zajęła stolik i broniła go z zaciętością, przed gośćmi próbującymi się dosiąść. Rozebrałam się w szatni i usiadłam na swoim miejscu, zamawiając kawałek tortu czekoladowego i kawę. Pela mrugnęła do mnie, a ja prędko rozejrzałam się po sali. Zaraz spostrzegłam Zośkę, Siedziała przy pobliskim stoliku w towarzystwie starszego, łysiejącego pana z widocznym już brzuszkiem. Był ubrany jak z żurnala mody, w kosztowny zagraniczny garnitur i dobrany do niego krawat. Zośka też miała na sobie jakiś zagraniczny ciuch i co mnie bardzo rozbawiło, przyprawione rzęsy!
   Mrugała nimi kokieteryjnie, wdzięcząc się do faceta, jak pies do kija. Na stoliku stała butelka szampana i jakieś zakąski, po które Zośka co chwilę sięgała, obżerając się na potęgę.
- Widzisz? - szepnęła Pela, odwracając głowę, żeby Zośka nie dostrzegła jej złośliwego uśmiechu.
- Widzę. - zachichotałam. - Zafundowała sobie nowego tatusia. Na dobrą sprawę mógłby być jej dziadkiem.
    Zośka zerknęła w naszą stronę, ale udała, że nas nie widzi, prowadząc z przemądrzałą miną, ożywioną rozmowę ze swoim partnerem.          Wystudiowanym gestem uniosła rękę, Na jej serdecznym palcu zabłysnął tęczowymi ogniami niewielki brylant.
- Znalazła sobie dojną krowę. - zasyczała Pela. - Chodzą słuchy, że chce się machnąć za tego starego durnia.
- A co to za jeden? - spytałam, bo zachowanie Zośki tylko mnie śmieszyło. Widywałam takie panienki w Warszawie w Bristolu, jak podrywały dobrze sytuowanych cudzoziemców, lub rodzimych waluciarzy z prywatnej inicjatywy.
- Podobno jakiś badylarz z Katowic. Zośka się chwaliła, że ma duży dom i świetnie zarabia. Chce się z nią ożenić i zabrać ją do Katowic. Wyobrażasz to sobie? Zośka badylarką!
- Kochanie, o ile pamiętam, jej mamcia, przed wojną, zmywała gary w jakiejś garkuchni. Żeby nie zmiana ustroju, nigdy nie zostałaby panią adwokatową. Tatuś zresztą także z awansu społecznego. - powiedziałam, sięgając po kieliszek z winem. - Jeżeli ten gość ma dobrze w głowie, to prędko pozna się na niej i puści ją w trąbę. A może ona jego, oskubawszy go na czysto.
    Pela zachichotała i pociągnęła solidny łyk alkoholu.
- Mężczyźni nie myślą głową. Masz najlepszy przykład z naszym Witkiem. Ile razy go widzę, tyle razy trzyma idzie pod rękę z inną dziewczyną.
- Ten chłopak się doigra. - pokiwałam głową, przypomniawszy sobie jego opowiadanie o teściu. - Ojciec jego żony może mu przyłożyć kosą, albo nadziać na widły.
Kawiarnie PRL-u.
    Siedziałyśmy w kawiarni coś ze dwie godziny, plotkując i obserwując Zośkę, która wyraźnie popisywała się przed nami. Tata kiedyś zauważył trafnie, że kiedy Zośka otwiera usta, to albo ziewa, albo je. Ale teraz szczebiotała jak wróbelek.
    Nareszcie, znudzona spojrzałam na zegarek i stwierdziwszy, że dochodzi dwudziesta, zdecydowałam się wracać do domu. Próbowałam z lokalu zamówić taksówkę, ale okazało się to niemożliwe, że względu na uszkodzony aparat telefoniczny. Musiałam wracać na piechotę, co mi się raczej nie uśmiechało.
Wyszłyśmy z kawiarni i zaraz ogarnął nas lodowaty podmuch zimna. Niebo było zachmurzone i z góry spływały drobne płatki śniegu, osiadając na rzęsach. Pożegnałam się z Pelą, mieszkającą w innej części miasta i powędrowałam samotnie przez zasypane śniegiem ulice.
W duchu przeklinałam idiotyczny pomysł założenia szpilek, bo szło mi się gorzej niż źle. Śnieg utworzył na chodnikach góry i doliny, na których łatwo można było złamać sobie kostkę. Za każdym krokiem nogi rozjeżdżały się na boki i zlękłam się, że mogę zrobić szpagat, albo stłuc sobie solidnie tyłek. Tylko o tym pomyślałam, gdy nagle jedna szpilka utknęła mi w jakimś śnieżnym dołku. Zachwiałam się, wydałam krótki okrzyk i nogi rozjechały mi się na obie strony, a ja rąbnęłam jak długa na ziemię! Torebka wypadła mi z ręki i dokumenty rozsypały się po śniegu.

W ośrodkach naukowych zanotowano chyba wtedy silny wstrząs tektoniczny, bo upadłam z taką siłą, że poczułam w ciele każdą kość szczególnie tę ogonową! Jęknęłam z bólu i stwierdziłam, że o własnych siłach się nie podniosę. Ale próbowałam! Chciałam wydobyć szpilkę wbitą w śnieżną zaspę, lecz nie mogłam, bo druga noga, służąca mi za podparcie, zjeżdżała na boki. Jasna cholera!….
Nawet w grubym kożuchu zaczęło mi być zimno, a łydki w cienkich pończochach uczyniły się lodowate. Pusta o tej porze ulica nie wróżyła mi prędkiego ratunku. Zastanawiałam się, czy nie zacząć krzyczeć i głośno wzywać pomocy, ale było mi wstyd. Naprawdę, sytuacja była nie do pozazdroszczenia.
Nagle usłyszałam za sobą kroki i czyjeś mocne ręce chwyciły mnie pod pachy i lekko dźwignęły, ustawiając w pozycji pionowej.
- Nic sobie pani nie złamała? - usłyszałam za sobą męski głos.
- Nie. - mruknęłam ponuro, nieznacznie masując sobie zbolałą tylną część ciała.
    Wyobrażałam sobie, jak śmiesznie musiałam wyglądać, taka rozkraczona i leżąca na śniegu . Nie odwracając się widziałam, że pozbierał moje rozrzucone dokumenty i włożył je do torebki, którą mi wręczył.
- Bo też trzeba być kompletną wariatką, żeby pedałować w zimie w takich szpilkach. - usłyszałam złośliwą uwagę i aż zatrzęsłam się ze złości.
- A co to pana obchodzi? - warknęłam, wyrywając mu rękę, za którą mnie trzymał. - Dziękuję za pomoc i żegnam pana. - oświadczyłam wyniośle, posyłając mu przez ramię wzgardliwe spojrzenie.
    Zobaczyłam stojącego za moimi plecami wysokiego mężczyznę w lotniczym uniformie. Daszek wojskowej czapki, rzucał na jego twarz głęboki cień. Uniosłam wysoko głowę i z godnością pomaszerowałam naprzód. Byłam wściekła na siebie i na niego. Sam widok wojskowego, doprowadzał mnie do szewskiej pasji.
    Ale to była z mojej strony lekkomyślna decyzja, bo zaledwie uszłam kilka kroków, kiedy nogi ponownie zaczęły mi się rozjeżdżać.

- A nie mówiłem? No niechże pani będzie rozsądna i pozwoli mi odprowadzić się do domu, bo w przeciwnym razie wyląduje pani w szpitalu ze złamaną kończyną. - usłyszałam za sobą jego poirytowany głos.
    Zatrzymałam się, dochodząc do smutnego wniosku, że sama sobie nie poradzę.
- Cóż, jeśli pan chce, to proszę mnie odprowadzić. - bąknęłam powściągliwie, żeby sobie czasem nie wyobrażał, że robi mi łaskę.
- Wcale nie chcę, bo się śpieszę. Ale jestem dżentelmenem i nie mogę pozwolić, żeby pani, bez mojej pomocy, połamała sobie kości. Niech mnie pani mocno chwyci pod rękę i jakoś powoli dojdziemy do domu. Bardzo się pani potłukła?
- Nie, drobiazg. - mruknęłam, nieznacznie masując nieznośnie bolące pośladki.
    Doszliśmy w milczeniu pod dom i wtedy mogłam mu się nieco lepiej przyjrzeć, w świetle ulicznej lampy. Mógł mieć z trzydzieści lat i był kapitanem lotnictwa, bo na jego ramionach dostrzegłam cztery gwiazdki. Szczupły i wysoki, był bardzo silny, bo ja nie należałam do eterycznych sylfid, a on podniósł mnie bez wysiłku. To tyle, co mogłam zaobserwować, bo cień daszka czapki nadal krył jego rysy. Miałam wrażenie, że się uśmiechnął, zauważywszy widać, że go obserwuję.
- I jak wypadły oględziny? Podobam się pani? - zagadnął ze śmiechem.
- Nie. Nie znoszę wojskowych i jedynie ze względu na obawę ponownego upadku przyjęłam pana pomoc.
- Myślałem, że okaże mi pani odrobinę wdzięczności.
- Już ją okazałam, dziękując za pomoc. Na nic więcej nie może pan liczyć.
    Domyśliłam się, że patrzy na mnie z ironicznym uśmiechem.
- Jest pani młodą, niebrzydką kobietą i wygląda pani nawet sympatycznie. Ale jeszcze w życiu nie widziałem, żeby dziewczyna zachowywała się tak jędzowato jak pani. Istna młoda wiedźma! Nie mam zamiaru pani podrywać, bo mam ważniejsze rzeczy do zrobienia, ale spodziewałem się, że powie mi pani na pożegnanie jakieś miłe słówko.
    
   Zakipiałam z wściekłości. Jak on śmiał nazwać mnie wiedźmą? Cholerny sołdat! Mało się wycierpiałam od takiego drania, jak on? Momentalnie przypomniałam sobie, że przed laty stałam w tym samym miejscu z Romanowiczem, wpatrzona w niego jak cielę w malowane wrota. Na tę myśl puściły mi nerwy.
- Tylko pospolity cham może nieznajomą kobietę nazywać wiedźmą. Niech się pan wynosi do diabła! - syknęłam drżąc ze złości i z zimna.
     Odwróciłam się na pięcie i prędko wpadłam do bramy, gryząc wargę, żeby się nie rozpłakać. Doczekałam się! Wchodząc na półpiętro, zerknęłam przez okno. Lotnik stał przez chwilę bez ruchu, a potem nagle odwrócił się i odszedł szybkim krokiem.   c.d.n.