piątek, 12 maja 2017

SEKRETY RODZINNE - POWOLI WRACAM DO ŻYCIA.


12 maja 2017 r.

  Z dawnych koleżanek bardzo lubiłam Pelę. Chodziłyśmy razem do szkoły, potem ja wyjechałam do Warszawy, a ona zaczęła naukę w trzyletnim Studium Ekonomicznym. Spotkałyśmy się kiedyś na ulicy i  ponownie zaprzyjaźniłyśmy się z sobą. Obie bardzo lubiłyśmy kino i kiedy tylko czas pozwalał, szłyśmy na nowy seans filmowy.
Zapamiętałam sobie jeden angielski dreszczowiec: „Krzyk strachu”, na który obie poszłyśmy. Właściwie nie lubiłam filmów grozy, bo dosyć zaznałam jej w życiu. Zresztą w tamtych czasach nie było ich wiele na ekranach. Ale ten film bardzo chwalono, porównując go do dzieł Hitchcocka.
Gwiazdy filmowe PRL-u.
   No więc poszłyśmy! Na razie wszystko było OK. Akcja rozgrywała się w Szwajcarii, a potem na Riwierze. Dziewczyna na wózku inwalidzkim wraca do domu, pragnąć spotkać się z ojcem. Luksusowa rezydencja, służba i piękna macocha. Tatusia nie ma, bo gdzieś wyjechał. Jest także piękny amant i romantyczne kolacje przy świecach. I nagle wszystko zaczyna się gmatwać. Bohaterka filmu nie jest tą, która miała wrócić do domu. Co gorsza, w nocy w basenie widzi utopionego tatusia.! Ale nikt jej nie wierzy, bo przecież tatuś wyjechał. Rozpoczyna się horror z nieżywym tatusiem w basenie w roli głównej.
  
   Cholera, kiedyś to potrafili robić thrillery! Jeden truposz, a widzowie trzęśli się ze strachu. Z początku gryzłyśmy cukierki, z zainteresowaniem śledząc akcję, ale w miarę narastania napięcia, przestałyśmy się pożywiać, a zaczęłyśmy tulić się do siebie i podejrzliwie rozglądać dokoła. Na szczęście kino pełne było ludzi i nic nam nie groziło. Za to na ekranie działy się straszne rzeczy z nieboszczykiem w basenie, pokazywanym nieszczęsnej bohaterce, w coraz to innej pozycji i innym miejscu.
 
""Krzyk strachu" i truposz tatusia pokazywany w różnych pozycjach.
  Pod koniec filmu, nie gryzłyśmy już cukierków, ale własne palce ze strachu i naprawdę krzyczałyśmy, kiedy trup tatusia wylatywał z szafy lub komórki. Już nigdy potem tak się nie bałam na żadnym filmie. Wyszłyśmy z kina blade i spocone jak myszy. Seans był na 20-tą, więc gdy film się skończył zapadła już noc. Ludzie powoli się rozeszli, a my stałyśmy pod kinem, patrząc na siebie niepewnie.
'Krzyk strachu"  my też się tak darłyśmy!
   - No…. to do widzenia. - zaszemrała Pela, lekko podzwaniając zębami.
  - Do widzenia. Ale to był film! - bąknęłam, oglądając się dokoła, w poszukiwaniu przechodnia, ale ulica była raczej pusta o tej porze.          -Słuchaj Pelu, mogę odprowadzić ciebie do domu, chcesz? - zaproponowałam, wstydząc się swego tchórzostwa.
   - Możesz? Oj, to dobrze! - odetchnęła Pela z widoczną ulgą i chwyciła mnie pod pachę. - Niedaleko mieszkam.
   Poszłyśmy dosyć ciemnawymi ulicami, tuląc się do siebie i rozglądając w obawie, czy gdzieś nie zobaczymy czegoś strasznego. Wieczór był ciemny i typowo listopadowy, bo mglisty. Przyśpieszyłyśmy kroku i w końcu niemal biegłyśmy. Zdyszane i zmęczona dopadłyśmy bramy domu, w którym Pela mieszkała. 
  Na myśl, że teraz ja będę wracać sama do domu, ogarnął mnie paniczny strach. Musiałam mieć ten wyraz wypisany na twarzy, bo pomimo mroku, Pela zobaczyła moje przerażenie.
   - Wiesz, Iza, to może ja ciebie odprowadzę? - odezwała się z nadzieją, że nie przyjmę jej ofiary. Ale się pomyliła.
   - No, jak chcesz, to owszem, proszę! - zawołałam uradowana.
  
   Odeszłyśmy od zbawczej bramy, ponownie wchodząc w mrok i w mgłę.  Znowu szłyśmy prędko, sapiąc jak dwie lokomotywy pod parą. Gdy po kwadransie stanęłyśmy pod moim domem, sytuacja zaczęła przypominać prawdziwy thriller. Teraz znowu Pela musiałaby wracać sama do domu. Nie mogłam do tego dopuścić i już byłam zdecydowana ponownie ją odprowadzić, kiedy mój anioł stróż podszepnął mi dobrą myśl.
   - Pelu, kochanie! - zawołałam uszczęśliwiona. - Nie musisz sama wracać. Wejdźmy na górę i z mieszkania wezwę ci telefonicznie taksówkę. Odwiezie ciebie do domu!
   Tak też zrobiłyśmy. Pela bezpiecznie powróciła do domu, a ja przyrzekłam sobie uroczyście, nigdy więcej nie chodzić na filmy grozy. Szczerze powiedziawszy, ten pieruński truposz, śnił mi się jeszcze kilka razy. Do dziś pamiętam każdą scenę z filmu.
                       ----------------------------------------------

   W 1965 roku, Alinka skończyła studia, różne medyczne praktyki i ku mojej ogromnej radości, wróciła do domu, zatrudniając się w naszym wielkim szpitalu. Widywałyśmy się niemal codziennie, dzieląc czas na pracę i przyjemności. Rodzice Aliny, ludzie dosyć zamożni, kupili córce dwupokojowe mieszkanie w dużym bloku.
   Obie meblowałyśmy to gniazdko, biegając po sklepach meblowych, wykłócając się ze sprzedawcami i zwożąc coraz to inne gratki, a to do kuchni, a to do jej saloniku, lub do sypialni. Ja kupiłam jej piękne tiulowe firany do okien i zasłony w barwne kwiaty na ciemno bordowym tle. Na pchlim targu, znalazłam zabytkowe biureczko z XIX wieku. Nabyłam je dosłownie za grosze, bo sprzedawca nie zdawał sobie sprawy z rzeczywistej wartości biureczka.
 
Pokój w latach sześćdziesiątych
   Cieszyłam się z każdego nowo nabytego mebelka, jakbym urządzała własne mieszkanie. Kiedy wszystko już było gotowe, Alinka postanowiła zrobić „wielkie otwarcie”. Pierwszy przybył Witek, ale sam bez żony. Ucieszyliśmy się ogromnie, widząc się pierwszy raz po latach.
   Wyglądał świetnie. Jeszcze bardziej wyprzystojniał, od czasu, kiedy widzieliśmy się ostatni raz na moich zaręczynach. Pięknie mu było w oficerskim mundurze i w czerwonym berecie nasuniętym zuchowato na oko. Wyściskał mnie i wycałował, bynajmniej nie po przyjacielsku.
   - Puść mnie, ty łobuzie. - odepchnęłam go od siebie. - Od całowania masz żonę. Gdzie ją podziałeś?
   - Iza, skarbie, nie przypominaj mi o tej kobiecie. - westchnął rozdzierająco. - Muszę mieć jakąś wolną chwilę od tej zmory.
   Rozsiadł się na kanapie, podłożył poduszkę pod plecy i poklepawszy dłonią kanapę, posadził mnie obok siebie.



  - No, siadaj tu, skarbie. Tyle lat się nie widzieliśmy. Ładnie wyglądasz. Kiedyś podkochiwałem się w tobie i cholera mnie brała, że wyszłaś za tego skurwiela. Jakbyś wyszła za mnie, nie musiałbym uciekać z domu i szukać spokoju.
    - Biedaczysko! Alisiu, słyszysz skargi twego braciszka? - zawołałam w stronę kuchni, gdzie Alinka przygotowywała koktajle.
   - Pewnie, że słyszę. Witek ma głos, jak trąba jerychońska, bo stale ryczy na swoich żołnierzy. Jak będziesz tak narzekał, to zaraz zaaplikuję ci zastrzyk na uspokojenie. Taką najgrubszą igłą, jaką znajdę!
   - Nie dosyć, że mam głupią żonę, to jeszcze siostrę lekarkę! - jęknął Witek, sięgając na stolik po kieliszek z winem. - Chociaż ty, kochanie, bądź dla mnie dobra i napij się ze mną. Muszę dziś zalać robaka! - Witek położył rękę na mojej dłoni i uścisnął ją mocno..
   - A co ci się przydarzyło?
   - Teść! Przyjechał ze wsi z rąbanką i wlazł butami od gnoju na nowy dywan. Przywiózł też butlę samogonu, kiszone ogórki i kiełbasę własnej roboty. Koooszmar!
   - No wiesz, Witek!- spojrzałam na niego zgorszona. - Obrażasz się na teścia i na rąbankę? W głowie ci się przewróciło.
   - Bo go nie widziałaś, słoneczko! Nie używa chusteczki do nosa, i smarka palcami, gdzie się obróci. Chodzi co niedzielę do kościoła i do spowiedzi, a obecną Polskę uważa za przedsionek piekła. Nie pamięta, że przed wojna miał trzy morgi gruntu i chodził srać za stodołę. A wodę nosił w cebrzyku z rzeki. Nie miał butów i łaził boso lub w łapciach. Teraz ma duże gospodarstwo, ziemię, wodę i elektrykę w domu, kombajn, oraz zięcia oficera. A jeszcze mu źle; powiada, że córka mu się skurwiła, bo wyszła za komunistę! Ja i komunista, rozumiesz?
   - Rozumiem Wiciu, twoje rozterki, ale odpowiedz na pytanie? Po jaka cholerę żeś się z tą kobietą żenił?
   - Gdybym był źle wychowany, mógłbym ci zadać to samo pytanie. Czy ja wyglądam na eunucha?
   - No wiesz, nie sprawdzałam.
Komandosi "Czerwone berety"
   - Zapewniam ciebie, że jestem normalnym mężczyzną i mam normalne męskie potrzeby. Byliśmy na manewrach w jakimś zadupiu, nuda jak diabli, nie wiadomo co z sobą po zajęciach robić. No więc chodziliśmy do wsi. Trafiła się chętna, to wziąłem co dała i koniec. Tak mi się zdawało, bo nie wiedziałem, że trafiłem na zołzę! Zaszła w ciążę i zrobiła wszystko, żeby mi zepsuć opinię, wypisując listy ze skargami. Musiałem się ożenić. A teraz teść, kawał chama, wymyśla mi od komuchów!
Miał tak zrozpaczona minę, że nie mogłam powstrzymać się od śmiechu, i pieszczotliwie wytargałam go za czuprynę.
   - Witek, jesteś bratem lekarki i nie wiesz co zrobić, żeby nie było dziecka?
   - Mądrala. To była wieś, żadnej apteki, nawet porządnego kiosku nie było, tylko sklepik z dewocjonaliami. Gdzie miałem szukać gumki? Ech, baby nigdy nie zrozumieją męskich potrzeb.
    Skończyliśmy dyskusję, bo musiałam pomóc Alince w robieniu sałatki i nakładaniu wędlin i serów na talerzyki. Potem zaczęli dzwonić do drzwi zaproszeni goście i nie było czasu na rozmowę. Dopiero po przyjęciu, Witek żegnając się ze mną spytał:
   - A ty, Izuniu, jesteś dalej sama? Nie chodzisz z kimś? Może bym cię zapoznał z jakimś fajnym facetem?
   - Witek, daj mi święty spokój! - żachnęłam się gniewnie, - Jestem szczęśliwa, że uwolniłam się od diabła i niech tak już będzie.
   - Nie możesz do końca życia kiblować przez tego bydlaka. Słuchaj, mam przyjaciela. Naprawdę, swój chłop, jest kawalerem i zapoznam was. Chcesz?
   - Witek, odczep się ode mnie! Jest mi dobrze samej i nie życzę sobie żadnej zmiany. Każdy z was jest miły - na odległość! No, daj łapę i trzymaj się ciepło, ty, wiejski podrywaczu!
   - Ale Iza,, on jest porządnym facetem i mogę co go polecić, na moją odpowiedzialność. - nalegał Witek.
   - Jeszcze jedno słowo, a dostaniesz ode mnie w ucho!
  
Czerwone berety - film polski.

 - Chcesz się bić z komandosem? - zaśmiał się, mierząc mnie wzrokiem, z wysokości swoich 1,90 cm wzrostu.
   - Zirytowana kobieta da radę nawet komandosowi. - oświadczyłam i pocałowałam go w opalony policzek.
   Alinka słuchała naszej rozmowy ze zmarszczonymi brwiami. Ale nawet po wyjściu brata, nie próbowała mnie namawiać do zawierania nowych znajomości. Za to ją kochałam.  c.d.n.