piątek, 30 czerwca 2017

SEKRETY RODZINNE - ZNOWU TELEFON I NIEPOKOJĄCA WIZYTA.


 30 czerwca 2017 r.
  

 Tego roku wybierałam się nad morze tylko na tydzień, bo wydałam sporo pieniędzy na ślub Alinki, a także na kupno dobrego magnetofonu, na którym nagrywałam nadawane w radiu opery i operetki, oraz muzykę klasyczną. Właściwie, miałam wyjechać zaraz po weselu Alinki, ale kierownik kadr zatrzymał mnie, bo w zakładzie odbywało się zebranie zakładowej organizacji partyjnej, a ja miałam lekkie pióro, więc zawsze obarczano mnie rolą protokolanta. Jak zwykle, nudy na pudy i ględzenie.
    Na drugi dzień po ślubie, zadzwoniła Alinka, żeby poinformować mnie rozmarzonym głosem, że jest niebotycznie szczęśliwa, bo Staszek przeszedł daleko poza skalę dziesięć! Biedacy, mieli tylko dwa dni dla siebie, bo Alinka musiała wracać do pracy, a Staszek jechał do Krakowa. Miał już zwolnienie w kieszeni, ale należało odpracować jeszcze trzy miesiące. Oboje czekali z niecierpliwością dnia, kiedy nareszcie sprowadzi się do żony.
    Bogaty to on nie był. W posagu wznosił do wspólnego gospodarstwa dwa garnitury, trochę garnków i dwadzieścia krawatów, kupowanych na imieniny i urodziny przez kolegów i dalszych krewnych. Ubogi był wtedy żywot młodego lekarza. Ale prócz krawatów, wnosił uczciwy charakter, gorącą miłość do żony i dwie zdrowe ręce, które potrafiły pewnie i precyzyjnie operować, przywracając choremu zdrowie.
    
   W kolejnych dniach po weselu, spotkały mnie dwie niekoniecznie miłe niespodzianki. Zaraz na drugi dzień siedziałam sama w domu, bo rodzice korzystając z pięknego letniego dnia, wybrali się na przechadzkę. Ja wróciłam z zakładu obładowana dokumentami. Wzięłam je z sobą, nie chcąc siedzieć po godzinach w pracy, bo nikt mi za to nie płacił. Zagłębiona w rachunkach, aż podskoczyłam na ostry dźwięk telefonu. Czyjś męski głos upewnił się, że to właściwy numer i powiedział:
- Łączę!
    Czekałam, ściskając słuchawkę w dłoni i zastanawiając się, kto to może do mnie dzwonić. Zaraz napłynęły wspomnienia z mego pobytu w Warszawie, gdy zdarzało się, że Romanowicz telefonował, aby zamówić sobie coś na kolację. Ale wtedy łączyła mnie telefonistka z MON-u. Boże mój, czy ja nigdy już nie pozbędę się tych wspomnień?
- Pani Izabela? - usłyszałam męski głos w słuchawce i już wiedziałam kto zawraca mi głowę.
- Nie! Czarownica, wiedźma i jędza. Miło, że pan zadzwonił, bo właśnie przyleciałam na miotle z Łysej Góry i jestem zmęczona po udanym sabacie! - oznajmiłam zjadliwym tonem. - Czego pan sobie życzy?
- Jeszcze gniewa się pani na mnie? - usłyszałam bardzo pokorny głos, który mnie wcale nie wzruszył.
- O gniewie nie ma mowy, Co najwyżej o żalu, bo potraktował mnie pan wtedy wstrętnie.
- Ja, panią?
- Owszem. Jeżeli da mi pan chwilę czasu, udowodnię, że nie miał pan racji mówiąc to, co pan powiedział. Otóż nie jestem kompletną wariatką, biegając w szpilkach po śniegu. Wybierałam się do eleganckiej kawiarni, więc musiałam być odpowiednio ubrana. Zamówiłam taksówkę i autem pojechałam do lokalu. Byłam pewna, że w ten sam sposób wrócę do domu, ale nie przewidziałam, iż w lokalu będzie zepsuty telefon! Kawiarnia jest w rynku i tam taksówki nie jeżdżą. Więc co miałam zrobić? Czekać na rycerza na białym koniu? Było późno, wstaję bardzo wcześnie do pracy, więc zdecydowałam się iść pieszo. Co było dalej, nie muszę wspominać. A teraz może pan łaskawie oceni, kto wtedy zachował się bardzo niegrzecznie. Pan czy ja?

Kalina Jędrusik w filmie "Lekarstwo na miłość"
- Pani Izabelo, tak mi przykro. Przepraszam. Wracałem z zebrania, znudzony i zły. Niech mi pani wierzy, oniemiałem, widząc panią siedzącą na śniegu. Taką śliczną i bezradną.
- Panie Orlicki, nie wyglądałam wtedy wcale ślicznie, lecz po prostu śmiesznie i to doprowadzało mnie do wściekłości. Tym bardziej, kiedy usłyszałam, że jestem wariatką, bo latam w szpilkach po śniegu! No, wyjaśniliśmy sobie wszystko, wobec czego uważam, że możemy zakończyć rozmowę.
- Nie, jeszcze nie, proszę! - usłyszałam w słuchawce jego błagalny głos. - Pani Izo, dlaczego nie chce się pani spotkać ze mną? Przecież to panią do niczego nie zobowiązuje.
- Panie Orlicki, powiedziałam panu, że jestem wdową i nie spotykam się z mężczyznami.
- Przepraszam, pani mąż dawno zmarł? Szczęśliwy człowiek, musiała go pani bardzo kochać.
    Poczułam, że zaczynają mi się trząść ręce, a palce trzymające słuchawkę, zacisnęły się na niej z całej siły. Odetchnęłam głęboko i powiedziałam spokojnym tonem:
- Panie Orlicki, nie muszę odpowiadać na pańskie nietaktowne pytanie, ale odpowiem. Nienawidziłam mego zmarłego męża i byłam szczęśliwa, kiedy po kilku miesiącach małżeństwa, uwolniłam się od niego na zawsze. Dlatego unikam mężczyzn. To wszystko, co mam panu do powiedzenia. Żegnam!
    Odwiesiłam słuchawkę i rozpłakałam się zawodząco, jak stara baba.
                            -------------------------------------------------
    Na tym nie skończyły się niemiłe niespodzianki. Następnego dnia, wróciłam z pracy zmordowana, z bolącą głową. Zjadłam na obiad moją ulubioną zupę pomidorową z makaronem, nowe ziemniaczki z koperkiem oraz gulasz i mizerię. Powycierałam naczynia i usadowiłam się w fotelu z kubkiem kawy w rękach, oglądając w telewizji powtórkę wieczornego odcinka:„Czterech pancernych i psa”. 
   Wieczorem zamierzałam się spakować, bo wyjeżdżałam o czwartej rano, żeby zdążyć na pociąg do Kołobrzegu. Mama w kuchni szykowała mi kanapki na drogę, tata miał popołudniową zmianę i nie było go w domu. Nie słyszałam dzwonka do drzwi, ale po chwili do pokoju weszła mama i powiedziała, lekko zdziwionym tonem:
- Kochanie, pani do ciebie.
    Wstałam z fotela, nie mając pojęcia, co za pani wybrała się do mnie, akurat teraz, z wizytą. Niemal skamieniałam ze zdumienia, poznawszy we wchodzącej kobiecie żonę Witka. Mama, widząc moje zmarszczone brwi, stanęła z ręką na klamce, gotowa pośpieszyć mi w razie czego z pomocą. Kobieta nie bawiąc się w subtelności powiedziała:
- Ja to chciałam z panią Izą pogadać w cztery oczy!
    Mama, rzuciwszy mi porozumiewawcze spojrzenie, wzruszyła ramionami i wyszła, nie domykając drzwi. Kochane matczysko lubiło wiedzieć na czym stoi. Nie odezwałam się, tylko ruchem ręki zaprosiłam Weronkę, żeby usiadła. Nie musiałam jej zapraszam, sama rozsiadła się w fotelu, jak u siebie w chałupie, zakładając nogę na nogę, aż widać jej było tłuste uda.
- A ja tak sobie pomyślałam, że przyjdę do pani i pogadam. - odezwała się pierwsza, nie przejmując się moją chłodną miną.
- O czym? - postanowiłam także nie bawić się w subtelności, bo nie było z kim.
- O moim starym. On się miał do pani, co? Spaliście ze sobą? Tylko niech pani nie kłamie, bo ja się poznam na łgarstwie.
    Wstałam ponownie z fotela i patrząc na nią z góry, odezwałam się zimno:
- Radzę pani opuścić mój dom.
    Nie spodziewałam się tego, co nastąpiło. Zamiast wyjść, Weronka zaczęła płakać i głośno wyrzekać:

- Skurwysyn, rozprawiczył mnie i zrobił mi bachora. Ojciec pasem zlał mi dupę, że wzięłam sobie komucha! A teraz ten sukinsyn mnie zdradza i kurwi się z innymi, a ja, ślubna żona, siedzę z dzieciakiem w domu sama, bo on mnie się wstydzi Pańskie dziady, cholera! Mój ojciec mógłby was wszystkich kupić, a wy rżniecie hrabiów! To przyszłam, żeby się dowiedziedzieć, czy pani dalej śpi z moim chłopem?
    Nie wiedziałam, czy ją wypchnąć za drzwi, czy wybuchnąć śmiechem. Ale dla świętego spokoju Witka, postanowiłam z nią porozmawiać.
- Opowiada pani niedorzeczności. To pani sobie wmówiła, ze maż panią zdradza. Nikt pani nie kazał z nim romansować. Zrobiła to pani z własnej woli i wcale nie musiała pani mieć z nim dziecka. Są legalne sposoby, żeby go nie mieć. Witek jest uczciwy, bo ożenił się z panią, zamiast płacić alimenty. Chciała pani wyjść za oficera, i skarżyła się pani na Witka do jego dowódcy. Nigdy z pani mężem nie spałam. Nie rozumie pani, że kobieta i mężczyzna mogą się z sobą przyjaźnić? Alinka, Witek i ja, chodziliśmy do jednej szkoły i znamy się od małego dziecka. Nic więcej mnie z nim nie łączy, prócz serdecznej przyjaźni. Tylko dlatego, że kocham Alinkę i przyjaźnię się z Witkiem, odpowiadam pani, zamiast wyprosić panią z mieszkania. Znam Witka i wiem, że wcale pani nie zdradza, bo na razie wszystkie kobiety pani mu obrzydziła! A pani, zamiast narzekać i płakać, powinna wziąć się za siebie.Porządnie się ubrać, uczesać i iść do do szkoły, a także do pracy. Oficer musi mieć inteligentną żonę, a nie głupiego wiejskiego tłumoka!
- Do pracy i do szkoły? A kto mi wychowa małego? Pani go przecie nie weźmie!
- To wasze dziecko, nie moje. Są żłobki, a potem przedszkola. Tysiące kobiet radzi sobie z wychowaniem dzieci, a pani nie może? Ma pani rodzinę, niech dziadkowie zajmą się małym. To wszystko, co mogę pani poradzić. Niech pani przestanie umilać życie mężowi, bo w końcu odejdzie.
   
 Przestraszyłam się widząc, jak ona zmieniła się na twarzy.
- A niech skurwysyn tylko spróbuje! Moi bracia nauczą go rozumu! - powiedziała to z taką nienawiścią w głosie, że naprawdę zaniepokoiłam się o Witka. - A pani go broni, bo spaliście razem. Ja tam nie uwierzę w pani gadanie… Nie jestem głupia.
    Nie! Ona miała obsesję, zachowywała się nienormalnie i wprost ziała nienawiścią do swego męża i do mnie. Postanowiłam ratować sytuację.
- Niech mnie pani posłucha. - odezwałam się tak spokojnie, jak tylko mogłam. - Ja także byłam mężatką. Mój mąż znęcał się nade mną. Uciekłam od niego po pół roku i wróciłam do domu śmiertelnie chora. Do dziś choruję. Gdybym była zakochana w Witku, po prostu wyszłabym za niego za mąż, a nie za człowieka, którego poślubiłam z wielkiej miłości. Więc niech pani nie nachodzi ludzi i nie szuka winnych, tylko weźmie się za siebie. To najlepsza rada, jaką mogę pani dać!
    Miałam nadzieje, że kobieta zastanowi się nad tym, co powiedziałam, ale się pomyliłam.
- E, każdy tak może mówić. Ja tam wiem swoje! Lepiej niech pani mojego starego zostawi w spokoju. - prychnęła pogardliwie i nie przeprosiwszy mnie, wyszła bez pożegnania.
    Mama zajrzała do pokoju.
- Matko Boska, ona nie jest normalna! Bałam się o ciebie. Nigdy więcej jej tu nie wpuszczę. Witek chyba oszalał, wprowadzając do rodziny taką kobietę. Biedna Wandeczka, tak się martwi tym jego małżeństwem. Dobrze, że choć Alinka trafiła szczęśliwie.
- Boję się o Witka, mamo. Ale nie mogę mu powiedzieć o tej rozmowie, bo wpadłby w pasję i sprałby tę wariatkę. Zaraz porozmawiam z Alinką.
    Wykręciłam jej numer i czekałam dosyć długo, bo właśnie miała jakiś zabieg. W końcu odłożyłam słuchawkę, prosząc tylko, by powtórzono jej, że dzwoniłam w pilnej sprawie. Byłam zmęczona, rano czekała mnie podróż, więc nie poszłam do niej i dopiero późnym wieczorem, przez telefon, mogłam powtórzyć jej całą rozmowę z tą kopniętą w mózg bratową. Alinka bardzo się zdenerwowała, ale obie byłyśmy bezsilne, nie chcąc narażać Witka na nową, dziką awanturę z żoną. 
   Alinka obiecała, że nie powie o tym matce, lecz w najbliższym czasie skontaktuje się ze znajomym adwokatem i poradzi się go w tej sprawie. Pożegnałam się z nią, ale ciągle miałam przed oczami zmienioną z wściekłości twarz Weronki. c.d.n.
                               

środa, 28 czerwca 2017

SEKRETY RODZINNE - TO BYŁ LOTNIK?


28 czerwca 2017 r.

   W czasie uroczystego obiadu, zaszło nowe, nieprzyjemne zdarzenie. Właśnie wznoszono toasty za zdrowie młodej pary, kiedy malec ponownie rozpoczął koncert. Weronka rozpięła suknię, nie krępując się gości, wyciągnęła duży cycek i zaczęła dziecko karmić. Zrobiło mi się niedobrze! Siedziałam obok młodej pani, więc pochyliwszy się jej do ucha szepnęłam zduszonym głosem:
- Alisiu, powiedz Witkowi, niech upomni żonę, żeby nie robiła toples w restauracji. Nie każdy lubi tego rodzaju widoki!
    Witek siedział po lewej stronie siostry. Alinka rzuciwszy okiem na bratową, sapnęła ze złości i coś poszeptała mu do ucha. Witek wstał i zbliżywszy się do żony, wziął ją za rękę i wyprowadził z sali. Przełknęłam ślinę i dla kurażu wypiłam cały kieliszek wina. 
   Po znakomitym obiedzie zaczęły się tańce. Zaraz też Orlicki zgłosił się po obiecany taniec. Grali jakiś powolny kawałek i mogłam sobie porozmawiać. Na szczęście nie byłam już tą zakompleksioną, nieśmiałą dziewczyną, jak przed laty i zachowywałam się swobodnie. Tym bardziej, że mój partner także tańczył bardzo spokojnie i kulturalnie, bez miażdżenia mi żeber w uścisku i wtulaniu się między moje nogi.
- Dawno pan zna Witka? - spytałam, przyglądając mu się uważnie.
- Od wielu lat. Razem kawał czasu spędziliśmy razem. Witek to dobry, serdeczny chłopak, ale źle trafił i jest nieszczęśliwy.
- Sam sobie jest winien. Bardzo często gotujemy sobie smutny los, na własne życzenie. Mówię to z doświadczenia. - zmarszczyłam brwi i szybko zmieniłam temat. - A pan ma żonę?
- Nie. Jestem kawalerem.
    
Przypomniało mi się, że Romanowicz powiedział mi to samo, w podobnych okolicznościach.
- Widocznie odpowiada panu kawalerski stan?
- Powiem pani szczerze; wcale mi nie odpowiada. Chciałbym się ożenić i założyć rodzinę, ale jeszcze nie trafiłem na kobietę, która przypadłaby do gustu mojej mamie. Ojciec poległ na wojnie, mama wychowywała mnie i młodszą o rok siostrę, która już jest mężatką. Bardzo kocham mamę i nie chcę sprawiać jej przykrości, sprowadzając do domu osobę nielubianą. Widzi pani, moja mama ma odrobinę konserwatywne poglądy i chce dla mnie żony, z tak zwanej „naszej sfery”!
    O, tego się nie spodziewałam. To był typ mężczyzny różniący się diametralnie od Romanowicza.
- Zaraz, pan się nazywa Orlicki, prawda?
- Owszem, a dlaczego pani pyta?
- Orlicki herbu Nowina, lub „Złotogoleńczyk”! Macie piękny starodawny herb, z czasów Bolesława Krzywoustego.
    Był taki zdumiony, że zatrzymał się w pół kroku.
- A skąd pani to wie?
- Bo ja, proszę pana, mam babcię, której pierwsze słowa przy poznaniu kogoś brzmią: - A kto go rodził? Odnoszę wrażenie, że moja babcia, oraz cała moja rodzina, bardzo prędko znalazłaby wspólny język z pana mamusią. Od dzieciństwa musiałam się uczyć heraldyki i rozpoznawać herby rodzinne. Nasza rodzina po mieczu i kądzieli ma korzenie ziemiańskie, stąd ja nie mogłam dostać się na studia, bo brakowało mi punktów za pochodzenie.
Herb  szlachecki  Nowina.
 - „Szukajcie, a znajdziecie”. mówi Pismo Święte! - roześmiał się serdecznie Orlicki. - Ale nie spodziewałem się, że znajdę to na weselu siostry przyjaciela. Panno Izabelo, koniecznie musimy się bliżej poznać. Ja dosyć często bywam w waszym mieście i mam nadzieję, że się spotykamy, prawda? Pogadamy sobie o naszych rodzinach.
    Na samą wzmiankę o spotkaniu zesztywniałam. Rozmowa do niczego mnie nie zobowiązywała i dlatego zachowywałam się swobodnie. Ale na spotkania nie zamierzałam się umawiać. Wykluczone, jeszcze za wcześnie! Odsunęłam się lekko od niego i powiedziałam chłodnym tonem:
- Ja nie jestem panną, panie Orlicki. Jestem wdową i nie spotykam się z mężczyznami. Przykro mi. - akurat wtedy orkiestra przestała grać, a mój partner odprowadził mnie do stołu. Podsunął mi krzesło, pomógł usiąść, skłonił się i rzekł półgłosem:
- Ufam, że pani zmieni zdanie. Czy wolno mi będzie jeszcze z panią zatańczyć?
- Nie widzę przeszkód. - odpowiedziałam uprzejmie i skinęłam mu głową.
    Alinka widocznie obserwowała nas i kiedy tylko usiadłam przy niej, uścisnęła mnie za rękę.
- Kochanie, tak się cieszę. Bronek to naprawdę wartościowy chłopak. Ładnie razem wyglądacie. Umówiliście się może?
- Proponował mi spotkanie, ale odmówiłam.
- Izuniu, dlaczego?
- Nie mogę jeszcze. Staram się zachowywać normalnie, ale nie potrafię zapomnieć o tym, co mnie spotkało. To we mnie tkwi jak drzazga i stale powraca we wspomnieniach i snach.
- Iza, jesteś młoda, musisz się przełamać i rozpocząć normalne życie. Także seksualne. Przy innym mężczyźnie zapomnisz o Romanowiczu. Witek tak się cieszył, że was zapoznał….
- Witek, jak żydowski handlarz, ożeniłby gęś z prosięciem, byle handel szedł. - powiedziałam ostro, ale zaraz zawstydziłam się i ucałowałam policzek przyjaciółki. - Przepraszam, najmilsza.
    Alinka westchnęła i pokiwała zrezygnowana głową.
- Mam nadzieję, że potrafisz się przełamać. Bo w przeciwnym razie…..
- No, dokończ!
- Do końca życia dręczyć cię będzie upiór Romanowicza. On ciebie zwycięży i wyrządzi ci największą krzywdę. Staniesz się zgorzkniała, apatyczna i samotna!
   
Przeszedł mnie dreszcz przerażenia, ale udałam, że jej słowa nie zrobiły na mnie wrażenia. Orkiestra znowu zaczęła grać skoczną sambę i Witek poprosił mnie do tańca.
- No, jak ci się podobał Bronek? Widziałem, że rozmawialiście z sobą bardzo wesoło. - zauważył, ściskając mi dłoń.
- Witek, jesteś moim przyjacielem, ale nie próbuj mnie swatać. Jak przyjdzie czas, sama się wyswatam!
- Kiciu, chciałem jak najlepiej. Znam go bardzo długo i wiem, że to wspaniały mężczyzna. Widziałem, że mu się bardzo podobałaś. Nalegał, żebym go z tobą zapoznał.
- Owszem jest miły, przystojny i dobrze wychowany. Moja babcia wpadłaby w zachwyt gdybym go jej przedstawiła. Bo ciągle jeszcze wypomina mi w listach tego ”nędznego komunistę”. Ale ja muszę sama zdecydować, czy chcę się z kimś spotykać, czy nie. Na razie pragnę mieć spokój i tyle.
    Witek wyraźnie posmutniał.
- Szkoda. - powiedział, nie kryjąc żalu. - Myślałem, ze on ci się spodoba.
- Witek, oboje zrobiliśmy w życiu fatalne głupstwo. Powinieneś mnie zrozumieć. Jestem pewna, że po rozwodzie z Weronką, długi czas będziesz dmuchał na zimne.
- Zrobisz jak zechcesz. - powiedział serdecznie, ale czułam, że sprawiłam mu przykrość.
    Wesele trwało do szóstej rano. Cały czas tańczyłam z kolegami Witka, ze Staszkiem i z Orlickim. Ten ostatni zachowywał się tak, jakby nic się nie wydarzyło. Był zabawny, opowiadając mi o życiowych przygodach swoich i Witka. Biedny Witek musiał wyjechać wcześniej, odwożąc tę swoją ordynarną małżonkę do domu, bo dziecko darło się jak opętane. Widocznie miało mokre pieluchy. Był wściekły, bo słyszałam, jak cicho i bardzo brzydko klął.
    Po krótkiej upalnej nocy, wstawał pogodny letni ranek. Słońce wytaczało się spoza porannych mgieł i znowu zapowiadał się upał. Goście powoli zaczynali się rozjeżdżać. Młoda para, pożegnawszy się ze wszystkimi, odjechała pierwsza. Byłam już bardzo zmęczona. Ostatecznie całą noc tańczyłam, pierwszy raz od wielu lat. Koledzy Witka podchodzili do mnie i żegnali się zapowiadając, że wkrótce się spotkamy na dansingu w kasynie. Ostatni podszedł Orlicki. Wyciągnęłam do niego rękę i powiedziałam z uśmiechem:
- Mam nadzieję, że nie ma pan do mnie żalu. Proszę mi wierzyć, że było mi bardzo miło poznać pana.
- Mnie również. Nie spodziewałem się, że Witek ma taką atrakcyjną koleżankę. W ogóle to było trochę niespodziewane spotkanie.
- Nie rozumiem?
- No bo widzi pani, ja nie zapomniałam, jak ślicznie pani wyglądała, siedząc w tej zaspie śnieżnej. Ma pani bardzo zgrabne nóżki!

   
 Dosłownie skamieniałam z zaskoczenia i wstydu. Gapiłam się na niego z otwartymi ustami, nie zdolna wyartykułować nawet słowa.         Roześmiał się i dodał:
- Przepraszam za moje zachowanie. Oczywiście gadałem głupstwa.
- Więc to był pan? - wydusiłam nareszcie z siebie, czując narastającą wściekłość.
- Tak, to byłem ja! Proszę mi wierzyć, że zrobię wszystko, aby pani zmieniła o mnie zdanie. - zanim zdobyłam się na odpowiedź, ujął moją rękę pocałował i wyszedł.
    Stałam dalej nieruchomo, jak kołek w płocie, lub żona Lota zamieniona w słup soli. Ogłupiała, wpatrywałam się w drzwi, którymi on wyszedł. O, jasna cholera, ale mnie Witek wrobił! Nie oglądając się na rodziców, popędziłam do telefonu i wykręciłam numer Witka. Telefon długo dzwonił, zanim ktoś podniósł słuchawkę i rozległ się zaspany głos mego przyjaciela.
- Kogo diabli niosą?
- Mnie! Witek, ty draniu! Czy ten Orlicki jest lotnikiem?
- Iza, wiesz, która jest godzina? Obudziłaś mnie, a dopiero co zasnąłem po wściekłej awanturze z tą pieruńską babą! - jęknął, ziewając do słuchawki.
- Nic mnie nie obchodzi twoja słodka żonka. Odpowiadaj na pytanie.
- Pewnie, że to lotnik, kapitan. Nie mówiłem ci? Skakaliśmy z jego śmigłowca.
- Niech cię cholera! Przedstawiłeś mi człowieka, który mnie w zimie obraził. Nazwał mnie czarownicą, wiedźmą, jędzą. Przez niego miałam nerwowy atak. Ty idioto, mogłeś mnie uprzedzić, że to lotnik. Nigdy ci tego nie daruję! - wrzasnęłam z furią i rzuciłam słuchawkę.
 
Śmigłowiec Mi 24
   Nazajutrz, kiedy siedziałam w biurze, męcząc się nad miesięcznym bilansem, nagle cały budynek zatrząsł się od potężnego huku. Nad naszym zakładem przeleciał ogromny bojowy śmigłowiec. Moja koleżanka z wrażenia dostała czkawki. Podbiegła do okna i pogroziła pięścią za odlatującą maszyną.
- Co to za sakramencki kretyn urządza sobie loty nad nami? - wykrzyknęła z oburzeniem. 
   Nie podejrzewała, że w ten hałaśliwy sposób pan Orlicki pożegnał się ze mną. Skubaniec, psiakrew! c.d.n.

poniedziałek, 26 czerwca 2017

SEKRETY RODZINNE - NOWE ZNAJOMOŚCI.


26 czerwca 2017 r.

   W braku czegoś lepszego, miałam talent do czesania. Wszystkie koleżanki przed Sylwestrem i jakąś większą imprezą wybierały się do mnie, prosząc o fryzurę. Nie znosiłam tego, ale dla świętego spokoju wymyślałam im na głowach różne cudeńka. Ja bym się w takiej fryzurze nie pokazała nawet śpiącemu mężowi, ale one były zadowolone! Jednak moją ukochaną przyjaciółkę uczesałam naprawdę pięknie. W tym czasie modne były duże koki, mocno zlane lakierem do włosów. Alinka miała gęste, ciemne włosy, idealnie nadające się do tej fryzurki. Kiedy kok był gotowy, spryskałam ją pachnącym lakierem do włosów i wetknęłam kilka ozdobnych szpilek.
    Dzwonek do drzwi oznajmił, że przyszły mamy. Staszek nie miał już rodziców, tylko brata, także lekarza, na praktyce w Londynie. Teraz we trzy zabrałyśmy się za Alinkę.
- A gdzie Staś? - spytała zduszonym głosem, bo matka właśnie wkładała na nią śnieżnobiałą halkę.
- Został z ojcem i tatą Izy. Nie wypada, żeby narzeczony widział pannę młodą przed wyjazdem do kościoła. To przynosi pecha.
- Jezus Maria! - wrzasnęła Alinka z przerażeniem. - Upiją mi chłopaka i nie będę miała wcale z niego pociechy w noc poślubną.
- Nie bój się, Witek go pilnuje.
- Sam przyjechał?
- Nie. - mama Alinki wydała z siebie przejmujące i ostentacyjne westchnienie. - Przywiózł z sobą Weronkę, bo nie chciała go samego puścić. Wzięła z sobą dziecko.
- Przecież ten dzieciak ma dopiero sześć miesięcy. Chce z nim siedzieć na weselu? - Alinka z niezadowoleniem potrząsnęła głową. - Obawiam się, że jak orkiestra zacznie grać, mały rozpocznie „koncert”!
 
Suknie ślubne z lat 1966
   Pani Wanda, mama Alinki na moment przerwała ubieranie córki i położyła dłoń na jej ramieniu.
- Nie wiem, może grzeszę. Ale nie potrafię polubić tej kobiety i dziecka. Tak, oczywiście, to mój wnuk, ale ja zawsze marzyłam o innej synowej. Ładnej, reprezentacyjnej, inteligentnej. Takiej, z którą Witek mógłby się wszędzie pokazać. Kiedyś myślałam, że to Iza zostanie moją synową. O, z takiego wnuka byłabym dumna!
    Moja mama także westchnęła współczująco i objęła ją ramieniem.
- Cóż, nie było nam to danym. Losy naszych dzieci ułożyły się inaczej, nie po naszej myśli. Ale za to pan Staś, jest dobrym i uczciwym człowiekiem, Alinka będzie z nim szczęśliwa.
- Ja także uważam, że będzie najszczęśliwszą kobietą na świecie. A ponadto Staszek jest przystojny. - stwierdziłam zadowolona. - Każda kobieta musiałaby z dwa dni poleżeć w grobie, żeby jej serce nie zabiło na jego widok.
    Alinka udała, że przygląda mi się podejrzliwie.
- Mam nadzieję, że twoje serce jest spokojnie? - groźnie ujęła się pod boki.
- No wiesz, ja nie leżałam dwa dni w grobie. - zaświergotałam beztrosko.
- To da się zrobić. Przecież jestem lekarką.
- A gdzie przysięga Hipokratesa?
- Na moment o niej zapomnę. - Alinka roześmiała się i pozwoliła matce narzucić na siebie białą jak śnieg suknię ślubną.
    Usiadła ostrożne na krześle, a ja upięłam na jej włosach długi welon. Pani Wanda zapłakała, a ja także poczułam skurcz w gardle, bo Alinka wyglądała w ślubnym stroju jak marzenie. Spojrzałam na mamę. Ona także była bardzo wzruszona, bo zawsze marzyła, żeby ubierać mnie do kościelnego ślubu. W przeciwieństwie do dnia dzisiejszego, mój ślub był smutny, żeby nie rzec ponury, stosownie do dnia pochmurnego i zalanego strugami deszczu.
    Kiedy panna młoda była już ubrana, a godzina wyjazdu do kościoła zbliżała się szybko, rozdzwonił się dzwonek przy drzwiach. Najpierw przyszedł Witek ze Staszkiem, wbrew obawom Alinki całkiem trzeźwym. Potem przybiegła Pela, w różowej kreacji, a po niej ojciec Alinki i mój tata, obaj w szampańskich humorach.
    Przed dom zajechały auta. W jednym z nich siedział kolega Witka, mający być z nim drugim świadkiem młodej pary. Wciągnęłam na ręce długie białe rękawiczki i wsunęłam stopy w białe wysokie szpilki. Wsiadłam do drugiego auta, razem z Pelą i moimi rodzicami, bo pani Wanda z mężem, jechali razem z córką, zaś Witek ze swoim świadkiem.
    Ceremonia w kościele była naprawdę uroczysta, bo ślub Alince dawał nasz dawny szkolny katecheta, którego i ja prosiłam niegdyś na swój ślub. Niestety, przy ślubach cywilnych księża są nieobecni. Cywilny ślub Alinka miała przed kilkoma dniami, ale bardzo skromny i tylko w obecności najbliższej rodziny i przyjaciół. Po ceremonii, Staszek wyjechał do Krakowa, bo pani Wanda nawet słyszeć nie chciała, żeby córka spała z „obcym jeszcze mężczyzną”!   

Zaraz po kościelnym ślubie, pojechaliśmy już prosto do restauracji, przybranej kwiatami i lampionami. Lokal tego dnia zamknięty dla publiczności, pełen był kolegów i znajomych młodej pary. Z powodu upału, w sali puszczono w ruch wentylatory i czułam na szyi przyjemny powiew. Muszę przyznać, że po zastrzyku zaaplikowanym mi przez Alinkę, poczułam się zupełnie dobrze, a w kościele nawet nie płakałam. Stoliki ustawione były w podkowę i pięknie udekorowane białymi różami. Na każdym stała świeca, które zapalimy po zmierzchu.
    Nareszcie mogłam poznać żonę Witka. Nie przyszła z mężem do mieszkania Alinki, ani nie była w kościele. Na własne żądanie pozostała w restauracji, obżerając się lodami. Nie rozumiem, jak Witek, taki przystojny chłopak, mógł ulec choć na chwilę tej kobiecie, Musiał być naprawdę szalenie napalony, albo potężnie wstawiony! Niewysoka, dosyć cycata, twarz miała płaską, bez wyrazu i ciemnoblond włosy, niemodnie uczesane w tak zwanego „baranka”. Tą fryzurę musiał jej robić jakiś wiejski fryzjer, bo w mieście nikt tak się nie czesał. Ubrana była w ciemnozieloną suknię, także niemodną i źle uszytą, a na nogach miała sandały na płaskim obcasie. W sumie – głośno skrzecząca pospolitość.
    Szeptem zapytałam Witka, dlaczego nie kupił jej czegoś lepszego do ubrania? Odparł z ponurą miną, że ona zna się lepiej od niego na ciuchach, bo uważa, że jest ubrana elegancko. Obraziła się na niego, kiedy zaproponował, aby sprawiła sobie nową sukienkę. Szpilek nie nosi, bo się przewraca.
- Boże! - jęknęłam z rozpaczą., - Gdzieś ty taką babę wytrzasnął? Przecież na wsi, dziewczęta dbają teraz o siebie, używają kosmetyków i lubią się ubrać.
- Wiesz, jak mówi moja siostra, myślałem wtedy inną częścią ciała niż głową. - zaśmiał się sarkastycznie. - A ty, ładnie wyglądasz. - w jego oczach pojawiło się szczere uznanie. - Wypoczęta, uśmiechnięta, śliczna! - podszedł bliżej. - Pachniesz podniecająco!
- Witek, nie podniecaj się zanadto, bo żonka patrzy. Nie chcę mieć przez ciebie awantury. Za bardzo się kiedyś podnieciłeś i dziś ponosisz tego konsekwencje. Słuchaj, czy ona nie umie mówić?
- Mówi, najczęściej to, co jej przyjdzie do głowy. Jej tata nazywa mnie pieprzonym komunistą, a ona mnie „pańciem”! Ale dosyć o niej.   
                                                                                                                                                                                                                                       
 - Zaprosiłem kolegów, sami fajni chłopcy. Chcesz ich poznać?
    Rzeczywiście, w sali pełno było młodych mężczyzn w mundurach. Byli między nimi komandosi, dwóch lotników i paru oficerów piechoty. Rozmawiali, palili papierosy, popijali koktajle i śmiali się, wszyscy weseli i sympatyczni. Przynajmniej z pozoru…. Romanowicz także wyglądał sympatycznie! 
   O nie, czy wspomnienie o tym człowieku będzie mnie prześladować do końca życia? Na przekór ponurym myślom poprosiłam Witka, żeby mi kolegów przedstawił. Wziął mnie pod rękę i razem podeszliśmy do grupy wojskowych.
- Panowie, - odezwał się Witek z udana powagą. - Mam zaszczyt i przyjemność zaprezentować was, mojej kochanej kumpeli z lat dziecinnych. Razem chodziliśmy do szkoły, zbieraliśmy dwóje i dostawaliśmy w tyłek od rodziców, za podarte gatki. Teraz my dostajemy w dupcię od dowódców za inne grzechy. Izabelo, to moi koledzy. No, przedstawcie się chłopcy.
    Roześmiałam się i wyciągnęłam rękę, witając się kolejno z każdym. Czułam się w tym momencie znowu młoda i ładna, wiedząc, że się im podobam. Jeden z mężczyzn, będący drugim świadkiem na ślubie, był w cywilnym eleganckim ciemnym garniturze i pod krawatem. Witek skinął na niego i rzekł do mnie:
- A to jest mój serdeczny przyjaciel, dwojga imion, Bronisław Alfred Orlicki. A ta dama, to Izabela, kumpela od serca mojej siostry i moja. Musisz wiedzieć, że kiedyś kochałam się w niej na zabój!
- Witek, nie łżyj. Z wielkiej miłości, waliłeś mnie tornistrem w łeb, ciągnąłeś za warkocze i kradłeś mi jabłka na śniadanie. Niech mu pan nie wierzy, on zawsze miał bujną fantazję.
- Patrząc na panią, ja mu wierzę. - powiedział Orlicki, całując mnie w rękę. - Podobno kto się czubi, ten się lubi. Dziecinne bójki nie przeszkadzają dorosłej miłości. Czy pozwoli pani, że zarezerwuję sobie u pani pierwszy tanieć?
- Mądrze robisz, Bronek, bo potem się nie dopchasz! - oznajmił Witek i po przyjacielsku klepnął mnie w pupę. Odwzajemniłam mu się solidnym pchnięciem łokciem w żebra.
- Będzie mi miło. - odpowiedziałam, i na złość Witkowi, okrasiłam słowa anielskim uśmiechem.
    Ponieważ byłam w towarzystwie Witka, mogłam otwarcie przyjrzeć się Orlickiemu. Był wysokim mężczyzną, mocno opalonym, chyba już po trzydziestce, o bardzo jasnych włosach i niebieskich oczach. Miał miły uśmiech, ukazujący zadbane zęby. Sprawiał sympatyczne wrażenie, ale ja nie potrafiłam pozbyć się podejrzliwości pamiętając, jaki przystojny był Romanowicz, kiedy go pierwszy raz zobaczyłam w lokalu. Potem, gdy walił moją głową o ścianę, albo wyrywał mi włosy z głowy, już mi się taki miły nie wydawał.
    
Pomyślawszy o tym, zacisnęłam pięści, usiłując się opanować. Jezu, to już mi zostanie do końca życia! Wzięłam się w garść i przeprosiwszy panów, poszłam, się przywitać z żoną Witka, - wypadało! Kiedy podeszłam, właśnie pożerała następną porcję lodów i spojrzała na mnie spod oka.
- Pani jest żoną Witka, prawda?- zagaiłam, nie siląc się na oryginalność. - Ja jestem Iza, Znamy się z Witkiem i Alinką od małego dziecka. Cieszę się, że mam okazję poznać panią.
    Kobieta zatrzymała łyżeczkę w pół drogi do ust i spojrzała na mnie przebiegle, zmrużonymi oczami.
- Widziałam jak się pani czuliła do mego starego. - wymamrotała z pełnymi ustami lodów.
- Przecież to mój kolega. Żartujemy tylko i nie ma w tym nic nagannego. - powiedziałam, urażona jej tonem.
- Ja tam wiem swoje. Witek jest kurwiarz i tyle! - oświadczyła kobieta i dodała. - Ja to kiedyś panią odwiedzę, żeby mnie pani nauczyła, jak się cudzych mężów odbija. Ja to bym się nawet wstydziła w takiej kiecce pokazywać chłopom gołe ciało.
    Teraz już byłam naprawdę rozgniewana.
- Jeżeli nie potrafi pani odróżnić podrywania mężczyzny od zwykłej przyjaźni, to pani sprawa. To moje ciało i mogę je pokazywać kiedy chcę i komu chcę! Przepraszam, zamierzałam być uprzejmą! - wycedziłam zimno i odwróciwszy się na pięcie, odeszłam.
    Zgrzytnęłam zębami. Cholerna krowa! Weszłam do bocznego pokoju, gdzie pani Wanda i moja mama rozczulały się nad wrzeszczącym niemowlakiem. Musiałam być blada, bo moja mamcia, swoim sokolim okiem, zaraz spostrzegła, że jestem zdenerwowana.
- Stało się coś, Izuniu? - spytała, podchodząc do mnie.
- Teraz dopiero mogę współczuć Witkowi, ale i podziwiać jego głupotę. Jak on może wytrzymać z tą ordynarną babą nawet przez godzinę? - wybuchnęłam ze złością.
Pani Wanda uśmiechnęła się smutnie.
- Sama widzisz, co najlepszego zrobił. Ale powiedz nam, moje dziecko, co zaszło?
    Nie miałam zamiaru niczego ukrywać i powtórzyłam naszą rozmowę z żoną Witka. Pani Wanda miała łzy w oczach.
- Mój Boże, jak ona śmiała tak się zachować wobec ciebie? Może to nie etyczne, ale marzę o tym, żeby mój syn się z nią rozwiódł. Aaa! – zaśpiewała, kołysząc drącego się przeraźliwie dzieciaka.

- Na pani miejscu zajęłabym się Alinką i gośćmi, a dziecko oddałabym matce. Mogła je zostawić u rodziców. Na uroczystości weselne nie zabiera się niemowląt. - syknęłam, obserwując z niesmakiem wrzeszczącego malucha.
    Leżał w nieświeżym beciku i chyba dawno matka go nie kąpała, bo śmierdział! Nie przepadałam za dziećmi.
- Kochanie, powiesz o tym Witkowi? - spytała pani Wanda, patrząc na mnie z niepokojem.
- Nie powiem, bo mógłby ją sprać. a ona nie wygląda mi na taką, która się da bić. - odpowiedziałam, starając się ukryć gniew, bo było mi bardzo żal pani Wandy, i mimo wszystko Witka. Zasługiwał na lepszą żonę.
Do pokoju weszła Alinka i natychmiast spostrzegła nasze miny.
- Mówi mi mój mały paluszek, że ktoś zachował się po chamsku! - zawołała od progu, patrząc na mnie. - Iza, ona ci ubliżyła?
- Nie, kochanie. Ona nie może mnie obrazić, ale posądziła, że uwodzę jej męża i nie spodobała się jej moja, jak to określiła „kiecka”, w której pokazuję gołe ciało.
    Alinka klapnęła na najbliższe krzesło, aż jej leciutka suknia uniosła się dokoła niej jak obłok.
- Wiedziałam, że Weronka musiała nagadać ci głupot, bo i mnie oznajmiła, że moje przyjaciółki romansują z jej mężem! Niech mi mamusia da tego dzieciaka, bo od jego wrzasku pękną mi bębenki. Weronka nie ma co robić i z nudów plecie byle co, obżerając się okropnie. Lepiej niech zajmie się dzieckiem. Boże, za jakie grzechy Witek obdarzył mnie taką bratową! - jęknęła z rozpaczą, wychodząc z dzieckiem do sali.
    Poszłam za nią. Alinka energicznie podeszła do znowu jedzącej coś bratowej i bez ceremonii wepchnęła jej dziecko na kolana.
- Zajmij się małym, bo krzyczy. Może głodny. Mama nie ma czasu żeby go niańczyć, bo chyba zauważyłaś, że mam tu przyjęcie ślubne. A tak przy sposobności, dziecko należy kąpać i od czasu do czasu prać mu bieliznę. Zamiast pieklić się o męża, zatroszcz się o synka!
   
 Weronka spojrzała na nią krzywym okiem i odpowiedziała z jadowitym uśmieszkiem:
- Synuś ma ciotkę lekarkę, to też mogłaby go wykąpać, czy coś wyprać, no nie? Przecie to twój bratanek! Korona ci z głowy nie spadnie.
Alinka poczerwieniała ze złości, ale odrzekła spokojnie:
- Chętnie zaopiekuję się dzieckiem, kiedy ty zachorujesz. Ale na razie jesteś zdrowa i twoim obowiązkiem jest zadbanie o synka. Jestem lekarzem, ale nie pediatrą od chorób dziecinnych, tylko chirurgiem neurologiem. Mogę ci dać lekarstwo na twoje ataki nieuzasadnionej zazdrości. A poza tym proszę, żebyś nie obrażała moich przyjaciół i gości, i na miłość boska uspokój tego dzieciaka! To jest sala weselna, a nie żłobek!
    Drżąc z tłumionej wściekłości, Alinka oddaliła się z pośpiechem. Uśmiechnęłam się, wyobrażając sobie, że moja przyjaciółka najchętniej wpakowałaby nieudanej bratowej najbardziej tępą i grubą igłę w tłustawy tyłek.
- Wygląda na to, ze jesteś bardziej zdenerwowana ode mnie. - odezwałam się i w przypływie czułości, pogłaskałam młodą panią po policzku.
- Sama słyszałaś! Jezu, naprawdę nie mam nic przeciwko dziewczętom we wsi. Niektóre są wartościowymi, dobrymi i inteligentnymi kobietami. Mam trzy koleżanki, lekarki, pochodzące ze wsi. Ale Weronka, jest wyjątkowo wredną, niechlujną i nieprzyjemną zdzirą, z którą nie da się żyć. Trzeba będzie pomyśleć o jakimś dobrym adwokacie, aby uwolnił Witka od tej zmory. Oczywiście na dziecko będzie płacił, bo to jego syn. A niech to diabli!...

sobota, 24 czerwca 2017

SEKRETY RODZINNE - WESELE!!


24 czerwca 2017 r.

    Dla mnie ślub, to zawsze powód do płaczu, nie do wesołości. Coś się nieodwołalnie kończy, coś się nowego zaczyna, ale nigdy nie wiadomo, jak to dalej będzie. Drugi człowiek, z którym się łączymy, jest zawsze zagadką. Czasami po fakcie, okazuje się, że wcale nie jest taki, jakiego oczekiwaliśmy i wówczas małżeństwo staje się koszmarem. Z własnego doświadczenia wiem, jak to strasznie boli, kiedy przekonujemy się na własnej skórze, iż błędnie oceniałyśmy człowieka, który został naszym mężem. Tego rozczarowania nie zapomina się do końca życia. 
   Myślałam o tym, stojąc przed lustrem u krawcowej i mierząc długą, nową suknię z kremowego nylonu. Miała obcisły stanik z dużym dekoltem odsłaniającym ramiona i bardzo szeroką spódnicę. Pod spodem halka krochmalona i sztywna jak deska, utrzymywała spódnicę na kształt krynoliny.
    Przeglądając się w lustrze, doszłam do wniosku, że wyglądam ładnie, także dzięki nowej, modnej fryzurze, jaką wymyśliłam, siedząc trzy godziny u fryzjera. Kazałam przefarbować sobie włosy na kasztan. Mamie się podobałam, ale tata uznał, że wyglądam jak: - ruda wiewiórka, a nie jego córka – zrymował na poczekaniu!
    
Krawcowa na klęczkach zaznaczała szpilkami obręb sukni.
- Widziałam niedawno w sklepiku, tam koło kina, śliczne sztuczne kwiaty. Na pani miejscu, kupiłabym te kremowe różyczki i przypięłabym je do dekoltu, bo goły. - powiedziała niewyraźnie, trzymając w ustach kilka szpilek.
- Tak pani myśli? - zastanawiałam się nad tym pomysłem, okręcając się wolno w miejscu, aby krawcowa mogła zaznaczyć równy obręb.
- Wydaje mi się, że tak będzie ładnie. Sama obszyję kwiatami dekolt, żeby pani nie musiała tego robić.
- W takim razie jutro je kupię i przyniosę do pani. Suknia musi być gotowa na niedzielę.
- Będzie gotowa, bo już niewiele jest do zrobienia. - oświadczyła krawcowa i podniosła się z kolan, pomagając mi zdjęć przymierzaną suknię i halkę.
    Nie znosiłam przymiarek, ale na wesele Alinki musiałam mieć piękną nową kreację. Latałyśmy z Alinką po sklepach, szukając odpowiednich materiałów, pantofelków, rękawiczek, torebek, bo wszystko musiało być pod kolor. Sprzątnęłyśmy jej mieszkanie, usuwając część mebli z saloniku do sąsiadów, żeby zrobić więcej miejsca na poprawiny.
    Samo wesele miało się odbyć w eleganckiej restauracji. Na szczęście nie w tym lokalu, w którym ja się zaręczałam. Urządzając wesele w restauracji, miałyśmy z głowy bufet i orkiestrę, bo wszystko było na miejscu. Ale mama Alinki, pani Wanda szalała, zadręczając kucharkę w lokalu nowymi zleceniami – żeby broń Panie Boże - gościom nie zabrakło jedzenia. Od znajomego gospodarza kupiła wieprzka i sama zrobiła kiełbasy i szynki, a ojciec Alinki pracowicie wędził wędliny w ogródku.
    Teść Witka okazał się draniem, bo proszony o sprzedanie prosiaka, odmówił! Kawał chama i tyle! Witek nie mógł przeboleć, że na ślubie siostry będzie musiał zaprezentować swoją małżonkę z niemowlakiem! Dobrze, że nie z teściem i resztą familii.
    Rano, w dzień ślubu, szaleństwo przygotowań osiągnęło swoje apogeum. Rodzice Alinki, zagarnąwszy do pomocy przyszłego zięcia, siedzieli w restauracji i w kościele, pilnując dekoracji i gotowanych potraw. Biedny Staszek musiał taszczyć kosze z serwisem, bo mama Alinki postanowiła podać potrawy na własnej porcelanie, a nie talerzach z restauracji. Moja mama pomagała jej w przygotowaniach, a tata z ojcem Alinki, robili sobie tylko znane koktajle, próbując je po kieliszku, i obaj mieli już od rana humory iście weselne.
    
Czerwcowy dzień był słoneczny i upalny. Już od wczesnych godzin rannych. Alinka uprosiła mnie, żebym przedślubny ranek spędziła razem z nią, pomagając w kosmetycznych zabiegach i przy toalecie ślubnej. Zabrałam więc z domu torebkę, zapakowałam do pudła moją nową suknię, pantofelki, rękawiczki i poszłam do jej mieszkania. Zanim weszłam na piąte piętro, byłam mokra od potu, czerwona jak burak i zadyszana. Zadzwoniłam, stojąc pod drzwiami i sapiąc jak lokomotywa pod parą.
    Alinka otworzyła mi drzwi, w perkalowym, domowym szlafroczku, mając włosy nawinięte na duże papiloty.
- Och, jak to dobrze, że jesteś! - zawołała, całując mnie w policzek. Twarz miała pokrytą grubą warstwą kremu nawilżającego. - Zmęczyłaś się? - spytała, wpuszczając mnie do mieszkania i zamykając drzwi na klucz.
- Cholera, ale upał! - jęknęłam, wyjmując z torebki chusteczkę i wycierając spoconą twarz. - Ledwie wlazłam na to twoje piętro. Jak sobie pomyślę, że przed nami cały dzień męki, a wieczorem jeszcze tańce, to robi mi się słabo.
- Nie będzie tak źle. - zaśmiała się panna młoda, popychając mnie do pokoju. - Rozbierz się, kiciu. Zrobimy sobie kąpiel w pianie! Dostałam w prezencie od pacjenta, francuski płyn do kąpieli. Pachnie bajecznie! Sama zobaczysz. No, zdejmij te łaszki! Ja już idę do łazienki, a ty zrób nam kawę.
    Z rozkoszą zrzuciłam z siebie kieckę, sandałki i halkę. W samych majtkach, staniku i boso, podreptałam do kuchni i nastawiłam wodę na kawę. Pomimo upału miałam wielką ochotę na mocną kawę, bo wstałam niemal o świcie i czułam senność. Krzątając się po kuchni, słyszałam jak Alinka podśpiewuje sobie w łazience i plusk wody w wannie. Nasypałam kawę do filiżanek, zalałam wrzątkiem i ustawiwszy naczynia na tacy, nogą otworzyłam sobie drzwi do łazienki.
- Można? - spytałam dla przyzwoitości.
- Jasne. Ostatecznie obie mamy cycki i jednakową całą resztę. Daj tę kawę! - Alisia wyciągnęła rękę pokrytą pianą i wziąwszy filiżankę, przełknęła łyk wonnej mokki.
    Spuściłam pokrywę od sedesu i usiadłam na niej. Łazienka była naprawdę elegancka. Ściany i podłoga wyłożone były zielono-żółtymi kafelkami. Wanna w której właśnie moczyła się moja przyjaciółka, śnieżnobiała i głęboka, wpuszczona w podłogę. Wystarczająco duża, aby młode małżeństwo mogło pobawić się w „rybki”, urządzając niewielką, sympatyczną orgię.
    Poza tym, był w niej jeszcze bidet! Szczyt zgniłego, zachodniego luksusu i rozpusty. Niesamowite! Pamiętam, jak nieszczęsny Staszek taszczył ten bidet, jadąc w pociągu z Krakowa do narzeczonej i narażając się na złośliwe komentarze podróżnych, którzy z reguły nie wiedzieli do czego on służy.
- Ale fajnie! - Alisia dopiła kawę i odstawiwszy filiżankę na brzeg wanny, dała nurka z głową pod wodę, pełną białej piany. Łazienka pachniała, niczym sklep perfumeryjny.
   
 Wetknęłam palec w pianę i powąchałam.
- Fiołki! - skomentowałam. - Na tym cholernym zachodzie to mają pomysły! No, panno młoda, wychodź z tej wanny, bo za godzinkę przyjdą nasze mamy, żeby asystować przy ślubnej toalecie. Teraz ja się muszę wykąpać, żeby pachnieć nie gorzej od ciebie!
    Zdjęłam resztę skąpej garderoby i zmieniwszy wodę w wannie, włożyłam do niej najpierw jedną nogę, a potem z głośnym westchnieniem rozkoszy, zanurzyłam się aż po szyję. Alinka wylała do wanny chyba w pół flakonu płynu do kąpieli i poczułam, że jestem w raju.
- Nie do wiary!
    To były jedyne słowa, jakie zdołałam wykrztusić. Woda była miękka jak aksamit i cudownie odświeżała moje spocone ciało. Alinka usiadła na skraju wanny i przypatrywała się mi uważnie.
- Tak się cieszę, że dochodzisz do zdrowia. - powiedziała serdecznie, całując mnie we włosy, a raczej w chusteczkę, którą zawiązałam, żeby nie popsuć sobie fryzury. - Ładnie i harmonijnie jesteś zbudowana. Szkoda, żebyś dalej męczyła się w cnocie. Znajdź sobie jakiegoś przystojnego i dobrego chłopaka i daj mu to, co tak skrzętnie ukrywasz między nogami. Radzę ci, jako twój lekarz.
- Uważaj co mówisz, pani doktor, bo to zabrzmiało, jak namowa do nierządu! - prychnęłam, ochlapując ją pianą. - Ty się lepiej przyznaj, czy nie jesteś dziewicą, bo pierwszy raz nie należy do przyjemności. No, Staszek, to nie takie bydlę jak Romanowicz, ale zawsze to trochę boli.
- Aniołku, w naszym stuleciu, spotkanie dwudziestodziewięcioletniej dziewicy, w dodatku lekarki, należy do ewenementu na skalę światową. Nie jestem dziewicą, ale powiem ci w zaufaniu, że udawałam ją przez ostatnie dwa tygodnie i Staś będzie napalony jak piec w wielkie mrozy!
- Mamma mia! W takim razie powiedz mi, jaki on jest w łóżku? W skali od jednego do dziesięciu.
    
Alinka podniosła oczy i przez chwilę wpatrywała się w sufit.
- No wiesz… - powiedziała w zamyśleniu. - Mówisz, że do dziesięciu? Nie, on chyba jest do piętnastu, a może więcej! - spojrzała na mnie z łobuzerskim uśmieszkiem. - Jutro nie próbuj złożyć mi wizyty, bo będę straaasznie zmęczona! - uniosła w górę nagie ramiona i przeciągnęła się zmysłowo. - Nie zazdrościsz? - rzuciła mi ukośne spojrzenie.
- Zapominasz, że byłam już mężatką, a Romanowicza można było zaliczyć w skali do dwudziestu. Ale to wcale nie było przyjemne, raczej straszne i poniżające.
    Nagle, zupełnie niespodziewanie, poczułam atak strachu. Serce zaczęło mi walić w piersiach jak młot. Miałam wrażenie jakbym się dusiła i mimo woli chwyciłam się za gardło. Usłużna pamięć ukazała mi obraz sprzed lat. Moją noc poślubną – a raczej dzień, kiedy stałam się kobietą. Siedziałam naga na zimnej podłodze w łazience, w moim warszawskim mieszkaniu, zakrwawiona, zbolała i bezgranicznie nieszczęśliwa, a z pokoju dobiegało głośne chrapanie mego dręczyciela.
- Izuniu, co ci jest? - usłyszałam głos Alinki. Zaniepokojona pochyliła się nade mną i wzięła za rękę, badając puls. - Rany boskie, dziewczyno, tak nie wolno! To już przeszłość, która nie wróci. Nigdy, słyszysz? Oddychaj równo i spokojnie. Zaraz dam ci lekarstwo.
- Czasem powraca. Przepraszam, kochanie, pomóż mi wyjść z wanny.
  

 Przy pomocy Alinki wynurzyłam się z piany, wytarłam szorstkim ręcznikiem i położyłam się naga na tapczanie. Alinka podłożyła mi poduszkę pod głowę i pogłaskała.
- Zaraz będzie dobrze. - szepnęła uspokajająco.
    Usłyszałam, że otwiera stalowy pojemnik, gdzie trzymała strzykawki i po chwili poczułam lekkie ukłucie w ramię. Psiakrew, musiało mi się to przytrafić akurat w dzień weselny! Już dosyć dawno nie potrzebowałam brać zastrzyków uspokajających.
- Poleż z dwadzieścia minut, a potem pomogę ci się ubrać, Jak przyjdą matki, to zaraz zabiorą się za mnie. - przerwała i poszła do kuchni nalać mi kompotu z czereśni. - Posłuchaj. Witek zaprosił kilku swoich kolegów, żeby babki miały z kim pląsać. Proszę cię. Izeczko, chociaż na moim weselu, bądź dla nich uprzejma i nie wysyłaj ich do wszystkich diabłów, jak zaproszą cię do tańca.
- Gdybym się nie bała, że upadnę, kiedy tylko spróbuję wstać, stłukłabym cię na kwaśne jabłko. - mruknęłam, czując się już o wiele lepiej.
- Kochanie, powinnaś mi raczej podziękować. Obiecuję, że będzie wspaniale. A jak poznasz jakiegoś fajnego chłopaka, obserwuj jakie ma kciuki. Chyba wiesz, co mówią o kciukach mężczyzn? Staś ma duże kciuki!... Och, jeszcze nigdy nikomu nie zwierzałam się z tego. - Alinka przycisnęła obie dłonie do policzków. - Ale my przecież znamy się od dziecka.
- Tak się cieszę, że będziesz szczęśliwa i że jest wam ze sobą dobrze. - poczułam, że mam oczy pełne łez. - No, już wstaję. Podaj mi coś do okrycia, bo świecę gołym tyłkiem.
    Przyjaciółka narzuciła na mnie duży kosmaty ręcznik, którym owinęłam się dokoła, niczym prześcieradłem. Usiadłam przy toaletce i zaczęłam robić makijaż „od wielkiego dzwonu” - jak powiadał tata. Alinka poprawiła mi zmiętoszoną nieco fryzurę i wyjęła z mojej torby nylonowe majtki, (pieruńsko grzały) i stanik „bardotkę”, bez ramiączek, gdyż suknia miała wielki dekolt. Umalowana i uczesana, narzuciłam na siebie sztywną halkę i lekką jak mgła kremową suknię, ozdobioną przy dekolcie różyczkami.
   
 Alinka odstąpiła kilka kroków i przypatrywała się mi z upodobaniem.
- Iza, ślicznie wyglądasz! - zawołała, klasnąwszy w dłonie. - Jeśli nie uwiedziesz dziś jakiegoś chłopaka, to powiem, że jesteś dupa wołowa!
- Może być cielęca. - sprostowałam. - No, siadaj przed lustrem, to ciebie uczeszę. c.d.n.

środa, 14 czerwca 2017

POWIADOMIENIE O WZNOWIENIU PUBLIKACJI "SEKRETÓW RODZINNYCH"




                                                                                                  14 czerwca 2017 r.


                            MOI  MILI  CZYTELNICY!

MAM WIELKĄ PRZYJEMNOŚĆ POWIADOMIĆ WAS, ŻE 24 CZERWCA WZNAWIAM PUBLIKOWANIEM DALSZEJ CZĘŚCI POWIEŚCI   "SEKRETY  RODZINNE" 
                                  Z LETNIM  POZDROWIENIEM 

                                                AUTORKA

wtorek, 13 czerwca 2017

JAK NAS WIDZĄ!


                                                                         Bolesławiec 13 czerwca 2017r.
  
  
  Wczoraj, w programie TVP I, telewidzowie mieli wątpliwą przyjemność obejrzeć pierwszy odcinek amerykańskiego serialu pt. „Wichry wojny” według scenariusza pisarza pochodzenia żydowskiego Hermana Wouka. Z zasady nie oglądam telewizji państwowej, gdyż nic ciekawego tam zobaczyć, a tym bardziej usłyszeć nie można. Ale tym razem, ponieważ lubię filmy wojenne, dałam się skusić i zasiadłam przed telewizorem.
    Pod koniec serialu gorzko tej decyzji pożałowałam, gdyż po pierwsze: - miałam ochotę wyrzucić niewinny telewizor za okno, a po drugie: tak się zdenerwowałam, że przez część nocy nie mogłam zasnąć, posyłając pod adresem pana Kurskiego, obecnego szefa TVP, kwieciste wiązanki!
    Pan Kurski chyba upadł na głowę, schodząc ze schodów, fundując rodakom obrzydliwy, antypolski szmatławiec. W dodatku powtórkę!         Najpierw więc widzimy, jak to dyplomaci amerykańscy i angielscy zachwycają się hitlerowskimi Niemcami i samym Adolfem, z góry zakładając, iż Polska, nad którą już zbierają się czarne chmury, nie będzie się bronić, chyba, że Stalin jej pomoże. Reżyser serialu wydumał sobie, że Stalin nie zamierzał dopuścić, aby armia niemiecka wkroczyła do Polski, więc Hitler prędko zawarł ze Stalinem pakt o nieagresji.
Pakt Ribbentrop - Mołotow.
   Ale to małe piwo, bo ciąg dalszy był jeszcze gorszy. Syn tego amerykańskiego dyplomaty, zatrudnia się u starego żydowskiego naukowca, mieszkającego w Sienie we Włoszech. Od niego dowiadujemy się, że Polska to „dziki i niecywilizowany”, czyli barbarzyński kraj. Jeżeli był to naukowiec z prawdziwego zdarzenia, a nie zwykły żydowski kłapciuch, to powinien wiedzieć, że Polska była państwem od tysiąca lat.
    Rzecz dziwna, w tym „dzikim, niecywilizowanym” czyli barbarzyńskim kraju, mieszka cała żydowska rodzina onego „naukowca” i jego krewna, młoda Żydówka, wychowana w Ameryce, wybiera się do Polski, na rodzinne wesele. Dzieje się to wszystko na kilka dni przed Wrześniem 1939 r. Żydówka z młodym Amerykaninem lecą do dzikiej Polski. Lotnisko w Warszawie wygląda jak zaorany ugór i rośnie na nim trawka, a personel witający pasażerów uniżenie, w strojach niby ludowych, kłania się nisko, gadając coś w żargonie, bo innego języka nie umie. Niecywilizowani biedacy!
 
Hotel Bristol w Warszawie.
   W hotelu, przypuszczalnie „Bristolu”, bo Żydówka gada coś o Paderewskim, wygląda na to, że jesteśmy w kraju gdzie wszyscy są Żydami, zapewne po to, żeby
tępych tubylców ucywilizować! Dyplomata amerykański w Warszawie też jest Żydem, nawet kelner, polecający barszcz czerwone, również wygląda na Żyda.
   Koniec końców, mimo przestróg, Żydówka z Amerykaninem, wybiera się na rodzinne wesele do podkrakowskiej miejscowości. Podróżują samochodem, bo jak można się domyślić, w tym dzikim kraju, pociągów jeszcze nie wynaleziono. Jadą przez Oświęcim i Żydówka zauważa, że Austriacy nazwali kiedyś to miasto Auschwitz!  Idiotyzm! Na miejscu, zagranicznych gości wita znajomy Topol ze „Skrzypka na dachu”, starszy Żyd i zaprasza ich, do żydowskiej wioski. Polaków w tym kraju nie ma!
   Hitler powiada, że o 5,30 niemieckie samoloty bombardują coś w Polsce. Chyba nie był dobrze poinformowany, bo niemieckie samoloty o 4,30 zbombardowały Wieluń, a nie Warszawę. W ogóle aktor grający Adolfa, sprawia wrażenie kretyna. Ale mniejsza o to, bo w kraju nazywanym przez pomyłkę Polską, a nie „Ziemią obiecaną”, jest wojna. Żydowska rodzina własnym autem jedzie do Warszawy, aby stamtąd lecieć (!) do Włoch. Po drodze zatłoczonej uciekającymi Żydami, bo nie wiadomo kto to ucieka, młoda Żydówka podziwia kłusujących obok auta polskich kawalerzystów z lancami przystrojonymi biało-czerwonymi proporczykami. Pokazani są tylko po to, żeby Żydówka dziwiła się, jak polscy kawalerzyści będą atakować czołgi. Konno i z lancami?
Aktorzy z serialu "Wichry wojny"
   Do tego idiotycznego wizerunku kawalerii polskiej, atakującej na koniach niemieckie czołgi, przyczynił się niestety kiedyś film Wajdy „Lotna”. Więc Żydzi jadą sobie samochodem, a tubylcy idą pieszo, bo wiadomo, „dziki kraj” i samochodów w Polsce nie ma. Niemcy trochę ich ostrzeliwują z samolotów, ale nie bardzo, bo nawet konie przy wozach wcale się tego ostrzału nie boją i stoją spokojnie.
   Gorsi od Niemców, narodu jakby nie było kulturalnego, okazują się polscy żołdacy. Zatrzymują samochód z żydowską rodziną i koniecznie chcą ich brutalnie wylegitymować. Amerykanin bohatersko staje w ich obronie, oznajmiając, że to jego narzeczona. Polski żołdak, ohydny facet, z twarzą pełną ropiejących wrzodów, wyżywa się na biednej żydowskiej rodzinie, zabierając bohaterskiego Jankesa do dowódcy.
   Drugi, równie paskudny żołdak polski, na odmianę niechlujnie obrośnięty (ci dzicy Polacy, nie znają jeszcze maszynki, czy brzytwy do golenia) zagląda do samochodu, zerkając lubieżnie na Żydówkę, a ona odwraca z obrzydzeniem i pogardą głowę, Oczywiście, wychowana w USA, nie wyobraża sobie podobnego chamstwa, jak w tej Polsce!
Polscy "bandyci" z AK. Serial "Nasze matki nasi ojcowie".
    Z prawdziwie świętą cierpliwością obejrzałam do końca ten amerykański gniot, trzęsąc się ze złości i posyłając pod adresem pana Kurskiego, coraz to bardziej kwieciste wiązanki. Przyszło mi na myśl, że serial ten, niekiedy bardzo przypomina niemiecki szmatławiec pt. „Nasze matki, nasi ojcowie”. O dobrych Niemcach, kochających Żydów, i bardzo podłych Polakach z AK. Pomyślałam sobie z gniewem, że powoli stajemy się narodem, który pozwala sobie pluć na głowę, bo myśli, że to deszcz pada.
Ci dobrzy Niemcy, kochający Żydów.
   Gdyby podobny film, o antypolskich akcentach wyświetlono w Polsce przedwojennej, to właściciel kina wyleciałby z hukiem i trzaskiem z interesu i długo szukałby nowej pracy. Zaś widzowie roznieśliby takie kino na drobne kawałki, ponieważ wtedy wiedziano, co to jest duma narodowa i honor.
    Oglądając filmy zauważyłam, że jeszcze nigdy w kinie amerykańskim Polacy nie byli przedstawieni pozytywnie. Weźmy choćby znany film z Harrisonem Fordem „Ścigany”. Występujący tam Polacy, którzy wynajmują mu mieszkanie, to przestępcy, Syn pijak, handluje narkotykami. Odnoszę wrażenie, że twórcy amerykańscy, w większości pochodzenia żydowskiego, bardzo nas nie lubią. Widzowie amerykańscy, pod wpływem tych obrazów, urobili sobie bardzo niechlubny wizerunek Polski. Małego, nic nie znaczącego kraju, bez przeszłości, który wiecznie jest pod czyjąś okupacją.
   Najbardziej rażącym przykładem antypolskiej propagandy, jest słynny film amerykański „Casablanca”, nakręcony zaraz po wybuchu II wojny światowej. Scenarzysta na bohatera walczącego z hitlerowskim najeźdźcą, wybrał sobie Czecha, choć wiadomo, że Czesi z Niemcami wcale nie walczyli. Bohater pozytywny nie może być Polakiem!
Czeski bohater walczący z nazizmem, w filnie "Casablanca".
   Nikt Amerykanów nie uczy, że w czasie gdy w Ameryce, na miejscu dzisiejszego Białego Domu i Kapitolu, załatwiały się skunksy, wielka Rzeczpospolita wpływała na losy świata, roznosząc w pył najpotężniejsze armie ówczesnej Europy: krzyżackie, tureckie, szwedzkie, rosyjskie, niosąc zachodnią kulturę do państw nadbałtyckich. To potężna Rzeczpospolita, jako pierwsza w nowożytnej historii, połączyła się Unią Lubelską z Litwą.   Ale Jankesi o tym nie wiedzą.  Nie wiedzą także, że król polski Kazimierz Wielki, łaskawie przyjął do Polski uchodźców żydowskich, którzy w przyszłości nie zawsze pamiętali o lojalności wobec Polaków.
    Jeżeli w telewizji polskiej nadal będziemy oglądać seriale i filmy o treści jawnie antypolskiej, to nie widzę powodu, żeby Polacy mieli za taką telewizję płacić abonament.