poniedziałek, 26 czerwca 2017

SEKRETY RODZINNE - NOWE ZNAJOMOŚCI.


26 czerwca 2017 r.

   W braku czegoś lepszego, miałam talent do czesania. Wszystkie koleżanki przed Sylwestrem i jakąś większą imprezą wybierały się do mnie, prosząc o fryzurę. Nie znosiłam tego, ale dla świętego spokoju wymyślałam im na głowach różne cudeńka. Ja bym się w takiej fryzurze nie pokazała nawet śpiącemu mężowi, ale one były zadowolone! Jednak moją ukochaną przyjaciółkę uczesałam naprawdę pięknie. W tym czasie modne były duże koki, mocno zlane lakierem do włosów. Alinka miała gęste, ciemne włosy, idealnie nadające się do tej fryzurki. Kiedy kok był gotowy, spryskałam ją pachnącym lakierem do włosów i wetknęłam kilka ozdobnych szpilek.
    Dzwonek do drzwi oznajmił, że przyszły mamy. Staszek nie miał już rodziców, tylko brata, także lekarza, na praktyce w Londynie. Teraz we trzy zabrałyśmy się za Alinkę.
- A gdzie Staś? - spytała zduszonym głosem, bo matka właśnie wkładała na nią śnieżnobiałą halkę.
- Został z ojcem i tatą Izy. Nie wypada, żeby narzeczony widział pannę młodą przed wyjazdem do kościoła. To przynosi pecha.
- Jezus Maria! - wrzasnęła Alinka z przerażeniem. - Upiją mi chłopaka i nie będę miała wcale z niego pociechy w noc poślubną.
- Nie bój się, Witek go pilnuje.
- Sam przyjechał?
- Nie. - mama Alinki wydała z siebie przejmujące i ostentacyjne westchnienie. - Przywiózł z sobą Weronkę, bo nie chciała go samego puścić. Wzięła z sobą dziecko.
- Przecież ten dzieciak ma dopiero sześć miesięcy. Chce z nim siedzieć na weselu? - Alinka z niezadowoleniem potrząsnęła głową. - Obawiam się, że jak orkiestra zacznie grać, mały rozpocznie „koncert”!
 
Suknie ślubne z lat 1966
   Pani Wanda, mama Alinki na moment przerwała ubieranie córki i położyła dłoń na jej ramieniu.
- Nie wiem, może grzeszę. Ale nie potrafię polubić tej kobiety i dziecka. Tak, oczywiście, to mój wnuk, ale ja zawsze marzyłam o innej synowej. Ładnej, reprezentacyjnej, inteligentnej. Takiej, z którą Witek mógłby się wszędzie pokazać. Kiedyś myślałam, że to Iza zostanie moją synową. O, z takiego wnuka byłabym dumna!
    Moja mama także westchnęła współczująco i objęła ją ramieniem.
- Cóż, nie było nam to danym. Losy naszych dzieci ułożyły się inaczej, nie po naszej myśli. Ale za to pan Staś, jest dobrym i uczciwym człowiekiem, Alinka będzie z nim szczęśliwa.
- Ja także uważam, że będzie najszczęśliwszą kobietą na świecie. A ponadto Staszek jest przystojny. - stwierdziłam zadowolona. - Każda kobieta musiałaby z dwa dni poleżeć w grobie, żeby jej serce nie zabiło na jego widok.
    Alinka udała, że przygląda mi się podejrzliwie.
- Mam nadzieję, że twoje serce jest spokojnie? - groźnie ujęła się pod boki.
- No wiesz, ja nie leżałam dwa dni w grobie. - zaświergotałam beztrosko.
- To da się zrobić. Przecież jestem lekarką.
- A gdzie przysięga Hipokratesa?
- Na moment o niej zapomnę. - Alinka roześmiała się i pozwoliła matce narzucić na siebie białą jak śnieg suknię ślubną.
    Usiadła ostrożne na krześle, a ja upięłam na jej włosach długi welon. Pani Wanda zapłakała, a ja także poczułam skurcz w gardle, bo Alinka wyglądała w ślubnym stroju jak marzenie. Spojrzałam na mamę. Ona także była bardzo wzruszona, bo zawsze marzyła, żeby ubierać mnie do kościelnego ślubu. W przeciwieństwie do dnia dzisiejszego, mój ślub był smutny, żeby nie rzec ponury, stosownie do dnia pochmurnego i zalanego strugami deszczu.
    Kiedy panna młoda była już ubrana, a godzina wyjazdu do kościoła zbliżała się szybko, rozdzwonił się dzwonek przy drzwiach. Najpierw przyszedł Witek ze Staszkiem, wbrew obawom Alinki całkiem trzeźwym. Potem przybiegła Pela, w różowej kreacji, a po niej ojciec Alinki i mój tata, obaj w szampańskich humorach.
    Przed dom zajechały auta. W jednym z nich siedział kolega Witka, mający być z nim drugim świadkiem młodej pary. Wciągnęłam na ręce długie białe rękawiczki i wsunęłam stopy w białe wysokie szpilki. Wsiadłam do drugiego auta, razem z Pelą i moimi rodzicami, bo pani Wanda z mężem, jechali razem z córką, zaś Witek ze swoim świadkiem.
    Ceremonia w kościele była naprawdę uroczysta, bo ślub Alince dawał nasz dawny szkolny katecheta, którego i ja prosiłam niegdyś na swój ślub. Niestety, przy ślubach cywilnych księża są nieobecni. Cywilny ślub Alinka miała przed kilkoma dniami, ale bardzo skromny i tylko w obecności najbliższej rodziny i przyjaciół. Po ceremonii, Staszek wyjechał do Krakowa, bo pani Wanda nawet słyszeć nie chciała, żeby córka spała z „obcym jeszcze mężczyzną”!   

Zaraz po kościelnym ślubie, pojechaliśmy już prosto do restauracji, przybranej kwiatami i lampionami. Lokal tego dnia zamknięty dla publiczności, pełen był kolegów i znajomych młodej pary. Z powodu upału, w sali puszczono w ruch wentylatory i czułam na szyi przyjemny powiew. Muszę przyznać, że po zastrzyku zaaplikowanym mi przez Alinkę, poczułam się zupełnie dobrze, a w kościele nawet nie płakałam. Stoliki ustawione były w podkowę i pięknie udekorowane białymi różami. Na każdym stała świeca, które zapalimy po zmierzchu.
    Nareszcie mogłam poznać żonę Witka. Nie przyszła z mężem do mieszkania Alinki, ani nie była w kościele. Na własne żądanie pozostała w restauracji, obżerając się lodami. Nie rozumiem, jak Witek, taki przystojny chłopak, mógł ulec choć na chwilę tej kobiecie, Musiał być naprawdę szalenie napalony, albo potężnie wstawiony! Niewysoka, dosyć cycata, twarz miała płaską, bez wyrazu i ciemnoblond włosy, niemodnie uczesane w tak zwanego „baranka”. Tą fryzurę musiał jej robić jakiś wiejski fryzjer, bo w mieście nikt tak się nie czesał. Ubrana była w ciemnozieloną suknię, także niemodną i źle uszytą, a na nogach miała sandały na płaskim obcasie. W sumie – głośno skrzecząca pospolitość.
    Szeptem zapytałam Witka, dlaczego nie kupił jej czegoś lepszego do ubrania? Odparł z ponurą miną, że ona zna się lepiej od niego na ciuchach, bo uważa, że jest ubrana elegancko. Obraziła się na niego, kiedy zaproponował, aby sprawiła sobie nową sukienkę. Szpilek nie nosi, bo się przewraca.
- Boże! - jęknęłam z rozpaczą., - Gdzieś ty taką babę wytrzasnął? Przecież na wsi, dziewczęta dbają teraz o siebie, używają kosmetyków i lubią się ubrać.
- Wiesz, jak mówi moja siostra, myślałem wtedy inną częścią ciała niż głową. - zaśmiał się sarkastycznie. - A ty, ładnie wyglądasz. - w jego oczach pojawiło się szczere uznanie. - Wypoczęta, uśmiechnięta, śliczna! - podszedł bliżej. - Pachniesz podniecająco!
- Witek, nie podniecaj się zanadto, bo żonka patrzy. Nie chcę mieć przez ciebie awantury. Za bardzo się kiedyś podnieciłeś i dziś ponosisz tego konsekwencje. Słuchaj, czy ona nie umie mówić?
- Mówi, najczęściej to, co jej przyjdzie do głowy. Jej tata nazywa mnie pieprzonym komunistą, a ona mnie „pańciem”! Ale dosyć o niej.   
                                                                                                                                                                                                                                       
 - Zaprosiłem kolegów, sami fajni chłopcy. Chcesz ich poznać?
    Rzeczywiście, w sali pełno było młodych mężczyzn w mundurach. Byli między nimi komandosi, dwóch lotników i paru oficerów piechoty. Rozmawiali, palili papierosy, popijali koktajle i śmiali się, wszyscy weseli i sympatyczni. Przynajmniej z pozoru…. Romanowicz także wyglądał sympatycznie! 
   O nie, czy wspomnienie o tym człowieku będzie mnie prześladować do końca życia? Na przekór ponurym myślom poprosiłam Witka, żeby mi kolegów przedstawił. Wziął mnie pod rękę i razem podeszliśmy do grupy wojskowych.
- Panowie, - odezwał się Witek z udana powagą. - Mam zaszczyt i przyjemność zaprezentować was, mojej kochanej kumpeli z lat dziecinnych. Razem chodziliśmy do szkoły, zbieraliśmy dwóje i dostawaliśmy w tyłek od rodziców, za podarte gatki. Teraz my dostajemy w dupcię od dowódców za inne grzechy. Izabelo, to moi koledzy. No, przedstawcie się chłopcy.
    Roześmiałam się i wyciągnęłam rękę, witając się kolejno z każdym. Czułam się w tym momencie znowu młoda i ładna, wiedząc, że się im podobam. Jeden z mężczyzn, będący drugim świadkiem na ślubie, był w cywilnym eleganckim ciemnym garniturze i pod krawatem. Witek skinął na niego i rzekł do mnie:
- A to jest mój serdeczny przyjaciel, dwojga imion, Bronisław Alfred Orlicki. A ta dama, to Izabela, kumpela od serca mojej siostry i moja. Musisz wiedzieć, że kiedyś kochałam się w niej na zabój!
- Witek, nie łżyj. Z wielkiej miłości, waliłeś mnie tornistrem w łeb, ciągnąłeś za warkocze i kradłeś mi jabłka na śniadanie. Niech mu pan nie wierzy, on zawsze miał bujną fantazję.
- Patrząc na panią, ja mu wierzę. - powiedział Orlicki, całując mnie w rękę. - Podobno kto się czubi, ten się lubi. Dziecinne bójki nie przeszkadzają dorosłej miłości. Czy pozwoli pani, że zarezerwuję sobie u pani pierwszy tanieć?
- Mądrze robisz, Bronek, bo potem się nie dopchasz! - oznajmił Witek i po przyjacielsku klepnął mnie w pupę. Odwzajemniłam mu się solidnym pchnięciem łokciem w żebra.
- Będzie mi miło. - odpowiedziałam, i na złość Witkowi, okrasiłam słowa anielskim uśmiechem.
    Ponieważ byłam w towarzystwie Witka, mogłam otwarcie przyjrzeć się Orlickiemu. Był wysokim mężczyzną, mocno opalonym, chyba już po trzydziestce, o bardzo jasnych włosach i niebieskich oczach. Miał miły uśmiech, ukazujący zadbane zęby. Sprawiał sympatyczne wrażenie, ale ja nie potrafiłam pozbyć się podejrzliwości pamiętając, jaki przystojny był Romanowicz, kiedy go pierwszy raz zobaczyłam w lokalu. Potem, gdy walił moją głową o ścianę, albo wyrywał mi włosy z głowy, już mi się taki miły nie wydawał.
    
Pomyślawszy o tym, zacisnęłam pięści, usiłując się opanować. Jezu, to już mi zostanie do końca życia! Wzięłam się w garść i przeprosiwszy panów, poszłam, się przywitać z żoną Witka, - wypadało! Kiedy podeszłam, właśnie pożerała następną porcję lodów i spojrzała na mnie spod oka.
- Pani jest żoną Witka, prawda?- zagaiłam, nie siląc się na oryginalność. - Ja jestem Iza, Znamy się z Witkiem i Alinką od małego dziecka. Cieszę się, że mam okazję poznać panią.
    Kobieta zatrzymała łyżeczkę w pół drogi do ust i spojrzała na mnie przebiegle, zmrużonymi oczami.
- Widziałam jak się pani czuliła do mego starego. - wymamrotała z pełnymi ustami lodów.
- Przecież to mój kolega. Żartujemy tylko i nie ma w tym nic nagannego. - powiedziałam, urażona jej tonem.
- Ja tam wiem swoje. Witek jest kurwiarz i tyle! - oświadczyła kobieta i dodała. - Ja to kiedyś panią odwiedzę, żeby mnie pani nauczyła, jak się cudzych mężów odbija. Ja to bym się nawet wstydziła w takiej kiecce pokazywać chłopom gołe ciało.
    Teraz już byłam naprawdę rozgniewana.
- Jeżeli nie potrafi pani odróżnić podrywania mężczyzny od zwykłej przyjaźni, to pani sprawa. To moje ciało i mogę je pokazywać kiedy chcę i komu chcę! Przepraszam, zamierzałam być uprzejmą! - wycedziłam zimno i odwróciwszy się na pięcie, odeszłam.
    Zgrzytnęłam zębami. Cholerna krowa! Weszłam do bocznego pokoju, gdzie pani Wanda i moja mama rozczulały się nad wrzeszczącym niemowlakiem. Musiałam być blada, bo moja mamcia, swoim sokolim okiem, zaraz spostrzegła, że jestem zdenerwowana.
- Stało się coś, Izuniu? - spytała, podchodząc do mnie.
- Teraz dopiero mogę współczuć Witkowi, ale i podziwiać jego głupotę. Jak on może wytrzymać z tą ordynarną babą nawet przez godzinę? - wybuchnęłam ze złością.
Pani Wanda uśmiechnęła się smutnie.
- Sama widzisz, co najlepszego zrobił. Ale powiedz nam, moje dziecko, co zaszło?
    Nie miałam zamiaru niczego ukrywać i powtórzyłam naszą rozmowę z żoną Witka. Pani Wanda miała łzy w oczach.
- Mój Boże, jak ona śmiała tak się zachować wobec ciebie? Może to nie etyczne, ale marzę o tym, żeby mój syn się z nią rozwiódł. Aaa! – zaśpiewała, kołysząc drącego się przeraźliwie dzieciaka.

- Na pani miejscu zajęłabym się Alinką i gośćmi, a dziecko oddałabym matce. Mogła je zostawić u rodziców. Na uroczystości weselne nie zabiera się niemowląt. - syknęłam, obserwując z niesmakiem wrzeszczącego malucha.
    Leżał w nieświeżym beciku i chyba dawno matka go nie kąpała, bo śmierdział! Nie przepadałam za dziećmi.
- Kochanie, powiesz o tym Witkowi? - spytała pani Wanda, patrząc na mnie z niepokojem.
- Nie powiem, bo mógłby ją sprać. a ona nie wygląda mi na taką, która się da bić. - odpowiedziałam, starając się ukryć gniew, bo było mi bardzo żal pani Wandy, i mimo wszystko Witka. Zasługiwał na lepszą żonę.
Do pokoju weszła Alinka i natychmiast spostrzegła nasze miny.
- Mówi mi mój mały paluszek, że ktoś zachował się po chamsku! - zawołała od progu, patrząc na mnie. - Iza, ona ci ubliżyła?
- Nie, kochanie. Ona nie może mnie obrazić, ale posądziła, że uwodzę jej męża i nie spodobała się jej moja, jak to określiła „kiecka”, w której pokazuję gołe ciało.
    Alinka klapnęła na najbliższe krzesło, aż jej leciutka suknia uniosła się dokoła niej jak obłok.
- Wiedziałam, że Weronka musiała nagadać ci głupot, bo i mnie oznajmiła, że moje przyjaciółki romansują z jej mężem! Niech mi mamusia da tego dzieciaka, bo od jego wrzasku pękną mi bębenki. Weronka nie ma co robić i z nudów plecie byle co, obżerając się okropnie. Lepiej niech zajmie się dzieckiem. Boże, za jakie grzechy Witek obdarzył mnie taką bratową! - jęknęła z rozpaczą, wychodząc z dzieckiem do sali.
    Poszłam za nią. Alinka energicznie podeszła do znowu jedzącej coś bratowej i bez ceremonii wepchnęła jej dziecko na kolana.
- Zajmij się małym, bo krzyczy. Może głodny. Mama nie ma czasu żeby go niańczyć, bo chyba zauważyłaś, że mam tu przyjęcie ślubne. A tak przy sposobności, dziecko należy kąpać i od czasu do czasu prać mu bieliznę. Zamiast pieklić się o męża, zatroszcz się o synka!
   
 Weronka spojrzała na nią krzywym okiem i odpowiedziała z jadowitym uśmieszkiem:
- Synuś ma ciotkę lekarkę, to też mogłaby go wykąpać, czy coś wyprać, no nie? Przecie to twój bratanek! Korona ci z głowy nie spadnie.
Alinka poczerwieniała ze złości, ale odrzekła spokojnie:
- Chętnie zaopiekuję się dzieckiem, kiedy ty zachorujesz. Ale na razie jesteś zdrowa i twoim obowiązkiem jest zadbanie o synka. Jestem lekarzem, ale nie pediatrą od chorób dziecinnych, tylko chirurgiem neurologiem. Mogę ci dać lekarstwo na twoje ataki nieuzasadnionej zazdrości. A poza tym proszę, żebyś nie obrażała moich przyjaciół i gości, i na miłość boska uspokój tego dzieciaka! To jest sala weselna, a nie żłobek!
    Drżąc z tłumionej wściekłości, Alinka oddaliła się z pośpiechem. Uśmiechnęłam się, wyobrażając sobie, że moja przyjaciółka najchętniej wpakowałaby nieudanej bratowej najbardziej tępą i grubą igłę w tłustawy tyłek.
- Wygląda na to, ze jesteś bardziej zdenerwowana ode mnie. - odezwałam się i w przypływie czułości, pogłaskałam młodą panią po policzku.
- Sama słyszałaś! Jezu, naprawdę nie mam nic przeciwko dziewczętom we wsi. Niektóre są wartościowymi, dobrymi i inteligentnymi kobietami. Mam trzy koleżanki, lekarki, pochodzące ze wsi. Ale Weronka, jest wyjątkowo wredną, niechlujną i nieprzyjemną zdzirą, z którą nie da się żyć. Trzeba będzie pomyśleć o jakimś dobrym adwokacie, aby uwolnił Witka od tej zmory. Oczywiście na dziecko będzie płacił, bo to jego syn. A niech to diabli!...