środa, 28 czerwca 2017

SEKRETY RODZINNE - TO BYŁ LOTNIK?


28 czerwca 2017 r.

   W czasie uroczystego obiadu, zaszło nowe, nieprzyjemne zdarzenie. Właśnie wznoszono toasty za zdrowie młodej pary, kiedy malec ponownie rozpoczął koncert. Weronka rozpięła suknię, nie krępując się gości, wyciągnęła duży cycek i zaczęła dziecko karmić. Zrobiło mi się niedobrze! Siedziałam obok młodej pani, więc pochyliwszy się jej do ucha szepnęłam zduszonym głosem:
- Alisiu, powiedz Witkowi, niech upomni żonę, żeby nie robiła toples w restauracji. Nie każdy lubi tego rodzaju widoki!
    Witek siedział po lewej stronie siostry. Alinka rzuciwszy okiem na bratową, sapnęła ze złości i coś poszeptała mu do ucha. Witek wstał i zbliżywszy się do żony, wziął ją za rękę i wyprowadził z sali. Przełknęłam ślinę i dla kurażu wypiłam cały kieliszek wina. 
   Po znakomitym obiedzie zaczęły się tańce. Zaraz też Orlicki zgłosił się po obiecany taniec. Grali jakiś powolny kawałek i mogłam sobie porozmawiać. Na szczęście nie byłam już tą zakompleksioną, nieśmiałą dziewczyną, jak przed laty i zachowywałam się swobodnie. Tym bardziej, że mój partner także tańczył bardzo spokojnie i kulturalnie, bez miażdżenia mi żeber w uścisku i wtulaniu się między moje nogi.
- Dawno pan zna Witka? - spytałam, przyglądając mu się uważnie.
- Od wielu lat. Razem kawał czasu spędziliśmy razem. Witek to dobry, serdeczny chłopak, ale źle trafił i jest nieszczęśliwy.
- Sam sobie jest winien. Bardzo często gotujemy sobie smutny los, na własne życzenie. Mówię to z doświadczenia. - zmarszczyłam brwi i szybko zmieniłam temat. - A pan ma żonę?
- Nie. Jestem kawalerem.
    
Przypomniało mi się, że Romanowicz powiedział mi to samo, w podobnych okolicznościach.
- Widocznie odpowiada panu kawalerski stan?
- Powiem pani szczerze; wcale mi nie odpowiada. Chciałbym się ożenić i założyć rodzinę, ale jeszcze nie trafiłem na kobietę, która przypadłaby do gustu mojej mamie. Ojciec poległ na wojnie, mama wychowywała mnie i młodszą o rok siostrę, która już jest mężatką. Bardzo kocham mamę i nie chcę sprawiać jej przykrości, sprowadzając do domu osobę nielubianą. Widzi pani, moja mama ma odrobinę konserwatywne poglądy i chce dla mnie żony, z tak zwanej „naszej sfery”!
    O, tego się nie spodziewałam. To był typ mężczyzny różniący się diametralnie od Romanowicza.
- Zaraz, pan się nazywa Orlicki, prawda?
- Owszem, a dlaczego pani pyta?
- Orlicki herbu Nowina, lub „Złotogoleńczyk”! Macie piękny starodawny herb, z czasów Bolesława Krzywoustego.
    Był taki zdumiony, że zatrzymał się w pół kroku.
- A skąd pani to wie?
- Bo ja, proszę pana, mam babcię, której pierwsze słowa przy poznaniu kogoś brzmią: - A kto go rodził? Odnoszę wrażenie, że moja babcia, oraz cała moja rodzina, bardzo prędko znalazłaby wspólny język z pana mamusią. Od dzieciństwa musiałam się uczyć heraldyki i rozpoznawać herby rodzinne. Nasza rodzina po mieczu i kądzieli ma korzenie ziemiańskie, stąd ja nie mogłam dostać się na studia, bo brakowało mi punktów za pochodzenie.
Herb  szlachecki  Nowina.
 - „Szukajcie, a znajdziecie”. mówi Pismo Święte! - roześmiał się serdecznie Orlicki. - Ale nie spodziewałem się, że znajdę to na weselu siostry przyjaciela. Panno Izabelo, koniecznie musimy się bliżej poznać. Ja dosyć często bywam w waszym mieście i mam nadzieję, że się spotykamy, prawda? Pogadamy sobie o naszych rodzinach.
    Na samą wzmiankę o spotkaniu zesztywniałam. Rozmowa do niczego mnie nie zobowiązywała i dlatego zachowywałam się swobodnie. Ale na spotkania nie zamierzałam się umawiać. Wykluczone, jeszcze za wcześnie! Odsunęłam się lekko od niego i powiedziałam chłodnym tonem:
- Ja nie jestem panną, panie Orlicki. Jestem wdową i nie spotykam się z mężczyznami. Przykro mi. - akurat wtedy orkiestra przestała grać, a mój partner odprowadził mnie do stołu. Podsunął mi krzesło, pomógł usiąść, skłonił się i rzekł półgłosem:
- Ufam, że pani zmieni zdanie. Czy wolno mi będzie jeszcze z panią zatańczyć?
- Nie widzę przeszkód. - odpowiedziałam uprzejmie i skinęłam mu głową.
    Alinka widocznie obserwowała nas i kiedy tylko usiadłam przy niej, uścisnęła mnie za rękę.
- Kochanie, tak się cieszę. Bronek to naprawdę wartościowy chłopak. Ładnie razem wyglądacie. Umówiliście się może?
- Proponował mi spotkanie, ale odmówiłam.
- Izuniu, dlaczego?
- Nie mogę jeszcze. Staram się zachowywać normalnie, ale nie potrafię zapomnieć o tym, co mnie spotkało. To we mnie tkwi jak drzazga i stale powraca we wspomnieniach i snach.
- Iza, jesteś młoda, musisz się przełamać i rozpocząć normalne życie. Także seksualne. Przy innym mężczyźnie zapomnisz o Romanowiczu. Witek tak się cieszył, że was zapoznał….
- Witek, jak żydowski handlarz, ożeniłby gęś z prosięciem, byle handel szedł. - powiedziałam ostro, ale zaraz zawstydziłam się i ucałowałam policzek przyjaciółki. - Przepraszam, najmilsza.
    Alinka westchnęła i pokiwała zrezygnowana głową.
- Mam nadzieję, że potrafisz się przełamać. Bo w przeciwnym razie…..
- No, dokończ!
- Do końca życia dręczyć cię będzie upiór Romanowicza. On ciebie zwycięży i wyrządzi ci największą krzywdę. Staniesz się zgorzkniała, apatyczna i samotna!
   
Przeszedł mnie dreszcz przerażenia, ale udałam, że jej słowa nie zrobiły na mnie wrażenia. Orkiestra znowu zaczęła grać skoczną sambę i Witek poprosił mnie do tańca.
- No, jak ci się podobał Bronek? Widziałem, że rozmawialiście z sobą bardzo wesoło. - zauważył, ściskając mi dłoń.
- Witek, jesteś moim przyjacielem, ale nie próbuj mnie swatać. Jak przyjdzie czas, sama się wyswatam!
- Kiciu, chciałem jak najlepiej. Znam go bardzo długo i wiem, że to wspaniały mężczyzna. Widziałem, że mu się bardzo podobałaś. Nalegał, żebym go z tobą zapoznał.
- Owszem jest miły, przystojny i dobrze wychowany. Moja babcia wpadłaby w zachwyt gdybym go jej przedstawiła. Bo ciągle jeszcze wypomina mi w listach tego ”nędznego komunistę”. Ale ja muszę sama zdecydować, czy chcę się z kimś spotykać, czy nie. Na razie pragnę mieć spokój i tyle.
    Witek wyraźnie posmutniał.
- Szkoda. - powiedział, nie kryjąc żalu. - Myślałem, ze on ci się spodoba.
- Witek, oboje zrobiliśmy w życiu fatalne głupstwo. Powinieneś mnie zrozumieć. Jestem pewna, że po rozwodzie z Weronką, długi czas będziesz dmuchał na zimne.
- Zrobisz jak zechcesz. - powiedział serdecznie, ale czułam, że sprawiłam mu przykrość.
    Wesele trwało do szóstej rano. Cały czas tańczyłam z kolegami Witka, ze Staszkiem i z Orlickim. Ten ostatni zachowywał się tak, jakby nic się nie wydarzyło. Był zabawny, opowiadając mi o życiowych przygodach swoich i Witka. Biedny Witek musiał wyjechać wcześniej, odwożąc tę swoją ordynarną małżonkę do domu, bo dziecko darło się jak opętane. Widocznie miało mokre pieluchy. Był wściekły, bo słyszałam, jak cicho i bardzo brzydko klął.
    Po krótkiej upalnej nocy, wstawał pogodny letni ranek. Słońce wytaczało się spoza porannych mgieł i znowu zapowiadał się upał. Goście powoli zaczynali się rozjeżdżać. Młoda para, pożegnawszy się ze wszystkimi, odjechała pierwsza. Byłam już bardzo zmęczona. Ostatecznie całą noc tańczyłam, pierwszy raz od wielu lat. Koledzy Witka podchodzili do mnie i żegnali się zapowiadając, że wkrótce się spotkamy na dansingu w kasynie. Ostatni podszedł Orlicki. Wyciągnęłam do niego rękę i powiedziałam z uśmiechem:
- Mam nadzieję, że nie ma pan do mnie żalu. Proszę mi wierzyć, że było mi bardzo miło poznać pana.
- Mnie również. Nie spodziewałem się, że Witek ma taką atrakcyjną koleżankę. W ogóle to było trochę niespodziewane spotkanie.
- Nie rozumiem?
- No bo widzi pani, ja nie zapomniałam, jak ślicznie pani wyglądała, siedząc w tej zaspie śnieżnej. Ma pani bardzo zgrabne nóżki!

   
 Dosłownie skamieniałam z zaskoczenia i wstydu. Gapiłam się na niego z otwartymi ustami, nie zdolna wyartykułować nawet słowa.         Roześmiał się i dodał:
- Przepraszam za moje zachowanie. Oczywiście gadałem głupstwa.
- Więc to był pan? - wydusiłam nareszcie z siebie, czując narastającą wściekłość.
- Tak, to byłem ja! Proszę mi wierzyć, że zrobię wszystko, aby pani zmieniła o mnie zdanie. - zanim zdobyłam się na odpowiedź, ujął moją rękę pocałował i wyszedł.
    Stałam dalej nieruchomo, jak kołek w płocie, lub żona Lota zamieniona w słup soli. Ogłupiała, wpatrywałam się w drzwi, którymi on wyszedł. O, jasna cholera, ale mnie Witek wrobił! Nie oglądając się na rodziców, popędziłam do telefonu i wykręciłam numer Witka. Telefon długo dzwonił, zanim ktoś podniósł słuchawkę i rozległ się zaspany głos mego przyjaciela.
- Kogo diabli niosą?
- Mnie! Witek, ty draniu! Czy ten Orlicki jest lotnikiem?
- Iza, wiesz, która jest godzina? Obudziłaś mnie, a dopiero co zasnąłem po wściekłej awanturze z tą pieruńską babą! - jęknął, ziewając do słuchawki.
- Nic mnie nie obchodzi twoja słodka żonka. Odpowiadaj na pytanie.
- Pewnie, że to lotnik, kapitan. Nie mówiłem ci? Skakaliśmy z jego śmigłowca.
- Niech cię cholera! Przedstawiłeś mi człowieka, który mnie w zimie obraził. Nazwał mnie czarownicą, wiedźmą, jędzą. Przez niego miałam nerwowy atak. Ty idioto, mogłeś mnie uprzedzić, że to lotnik. Nigdy ci tego nie daruję! - wrzasnęłam z furią i rzuciłam słuchawkę.
 
Śmigłowiec Mi 24
   Nazajutrz, kiedy siedziałam w biurze, męcząc się nad miesięcznym bilansem, nagle cały budynek zatrząsł się od potężnego huku. Nad naszym zakładem przeleciał ogromny bojowy śmigłowiec. Moja koleżanka z wrażenia dostała czkawki. Podbiegła do okna i pogroziła pięścią za odlatującą maszyną.
- Co to za sakramencki kretyn urządza sobie loty nad nami? - wykrzyknęła z oburzeniem. 
   Nie podejrzewała, że w ten hałaśliwy sposób pan Orlicki pożegnał się ze mną. Skubaniec, psiakrew! c.d.n.