sobota, 24 czerwca 2017

SEKRETY RODZINNE - WESELE!!


24 czerwca 2017 r.

    Dla mnie ślub, to zawsze powód do płaczu, nie do wesołości. Coś się nieodwołalnie kończy, coś się nowego zaczyna, ale nigdy nie wiadomo, jak to dalej będzie. Drugi człowiek, z którym się łączymy, jest zawsze zagadką. Czasami po fakcie, okazuje się, że wcale nie jest taki, jakiego oczekiwaliśmy i wówczas małżeństwo staje się koszmarem. Z własnego doświadczenia wiem, jak to strasznie boli, kiedy przekonujemy się na własnej skórze, iż błędnie oceniałyśmy człowieka, który został naszym mężem. Tego rozczarowania nie zapomina się do końca życia. 
   Myślałam o tym, stojąc przed lustrem u krawcowej i mierząc długą, nową suknię z kremowego nylonu. Miała obcisły stanik z dużym dekoltem odsłaniającym ramiona i bardzo szeroką spódnicę. Pod spodem halka krochmalona i sztywna jak deska, utrzymywała spódnicę na kształt krynoliny.
    Przeglądając się w lustrze, doszłam do wniosku, że wyglądam ładnie, także dzięki nowej, modnej fryzurze, jaką wymyśliłam, siedząc trzy godziny u fryzjera. Kazałam przefarbować sobie włosy na kasztan. Mamie się podobałam, ale tata uznał, że wyglądam jak: - ruda wiewiórka, a nie jego córka – zrymował na poczekaniu!
    
Krawcowa na klęczkach zaznaczała szpilkami obręb sukni.
- Widziałam niedawno w sklepiku, tam koło kina, śliczne sztuczne kwiaty. Na pani miejscu, kupiłabym te kremowe różyczki i przypięłabym je do dekoltu, bo goły. - powiedziała niewyraźnie, trzymając w ustach kilka szpilek.
- Tak pani myśli? - zastanawiałam się nad tym pomysłem, okręcając się wolno w miejscu, aby krawcowa mogła zaznaczyć równy obręb.
- Wydaje mi się, że tak będzie ładnie. Sama obszyję kwiatami dekolt, żeby pani nie musiała tego robić.
- W takim razie jutro je kupię i przyniosę do pani. Suknia musi być gotowa na niedzielę.
- Będzie gotowa, bo już niewiele jest do zrobienia. - oświadczyła krawcowa i podniosła się z kolan, pomagając mi zdjęć przymierzaną suknię i halkę.
    Nie znosiłam przymiarek, ale na wesele Alinki musiałam mieć piękną nową kreację. Latałyśmy z Alinką po sklepach, szukając odpowiednich materiałów, pantofelków, rękawiczek, torebek, bo wszystko musiało być pod kolor. Sprzątnęłyśmy jej mieszkanie, usuwając część mebli z saloniku do sąsiadów, żeby zrobić więcej miejsca na poprawiny.
    Samo wesele miało się odbyć w eleganckiej restauracji. Na szczęście nie w tym lokalu, w którym ja się zaręczałam. Urządzając wesele w restauracji, miałyśmy z głowy bufet i orkiestrę, bo wszystko było na miejscu. Ale mama Alinki, pani Wanda szalała, zadręczając kucharkę w lokalu nowymi zleceniami – żeby broń Panie Boże - gościom nie zabrakło jedzenia. Od znajomego gospodarza kupiła wieprzka i sama zrobiła kiełbasy i szynki, a ojciec Alinki pracowicie wędził wędliny w ogródku.
    Teść Witka okazał się draniem, bo proszony o sprzedanie prosiaka, odmówił! Kawał chama i tyle! Witek nie mógł przeboleć, że na ślubie siostry będzie musiał zaprezentować swoją małżonkę z niemowlakiem! Dobrze, że nie z teściem i resztą familii.
    Rano, w dzień ślubu, szaleństwo przygotowań osiągnęło swoje apogeum. Rodzice Alinki, zagarnąwszy do pomocy przyszłego zięcia, siedzieli w restauracji i w kościele, pilnując dekoracji i gotowanych potraw. Biedny Staszek musiał taszczyć kosze z serwisem, bo mama Alinki postanowiła podać potrawy na własnej porcelanie, a nie talerzach z restauracji. Moja mama pomagała jej w przygotowaniach, a tata z ojcem Alinki, robili sobie tylko znane koktajle, próbując je po kieliszku, i obaj mieli już od rana humory iście weselne.
    
Czerwcowy dzień był słoneczny i upalny. Już od wczesnych godzin rannych. Alinka uprosiła mnie, żebym przedślubny ranek spędziła razem z nią, pomagając w kosmetycznych zabiegach i przy toalecie ślubnej. Zabrałam więc z domu torebkę, zapakowałam do pudła moją nową suknię, pantofelki, rękawiczki i poszłam do jej mieszkania. Zanim weszłam na piąte piętro, byłam mokra od potu, czerwona jak burak i zadyszana. Zadzwoniłam, stojąc pod drzwiami i sapiąc jak lokomotywa pod parą.
    Alinka otworzyła mi drzwi, w perkalowym, domowym szlafroczku, mając włosy nawinięte na duże papiloty.
- Och, jak to dobrze, że jesteś! - zawołała, całując mnie w policzek. Twarz miała pokrytą grubą warstwą kremu nawilżającego. - Zmęczyłaś się? - spytała, wpuszczając mnie do mieszkania i zamykając drzwi na klucz.
- Cholera, ale upał! - jęknęłam, wyjmując z torebki chusteczkę i wycierając spoconą twarz. - Ledwie wlazłam na to twoje piętro. Jak sobie pomyślę, że przed nami cały dzień męki, a wieczorem jeszcze tańce, to robi mi się słabo.
- Nie będzie tak źle. - zaśmiała się panna młoda, popychając mnie do pokoju. - Rozbierz się, kiciu. Zrobimy sobie kąpiel w pianie! Dostałam w prezencie od pacjenta, francuski płyn do kąpieli. Pachnie bajecznie! Sama zobaczysz. No, zdejmij te łaszki! Ja już idę do łazienki, a ty zrób nam kawę.
    Z rozkoszą zrzuciłam z siebie kieckę, sandałki i halkę. W samych majtkach, staniku i boso, podreptałam do kuchni i nastawiłam wodę na kawę. Pomimo upału miałam wielką ochotę na mocną kawę, bo wstałam niemal o świcie i czułam senność. Krzątając się po kuchni, słyszałam jak Alinka podśpiewuje sobie w łazience i plusk wody w wannie. Nasypałam kawę do filiżanek, zalałam wrzątkiem i ustawiwszy naczynia na tacy, nogą otworzyłam sobie drzwi do łazienki.
- Można? - spytałam dla przyzwoitości.
- Jasne. Ostatecznie obie mamy cycki i jednakową całą resztę. Daj tę kawę! - Alisia wyciągnęła rękę pokrytą pianą i wziąwszy filiżankę, przełknęła łyk wonnej mokki.
    Spuściłam pokrywę od sedesu i usiadłam na niej. Łazienka była naprawdę elegancka. Ściany i podłoga wyłożone były zielono-żółtymi kafelkami. Wanna w której właśnie moczyła się moja przyjaciółka, śnieżnobiała i głęboka, wpuszczona w podłogę. Wystarczająco duża, aby młode małżeństwo mogło pobawić się w „rybki”, urządzając niewielką, sympatyczną orgię.
    Poza tym, był w niej jeszcze bidet! Szczyt zgniłego, zachodniego luksusu i rozpusty. Niesamowite! Pamiętam, jak nieszczęsny Staszek taszczył ten bidet, jadąc w pociągu z Krakowa do narzeczonej i narażając się na złośliwe komentarze podróżnych, którzy z reguły nie wiedzieli do czego on służy.
- Ale fajnie! - Alisia dopiła kawę i odstawiwszy filiżankę na brzeg wanny, dała nurka z głową pod wodę, pełną białej piany. Łazienka pachniała, niczym sklep perfumeryjny.
   
 Wetknęłam palec w pianę i powąchałam.
- Fiołki! - skomentowałam. - Na tym cholernym zachodzie to mają pomysły! No, panno młoda, wychodź z tej wanny, bo za godzinkę przyjdą nasze mamy, żeby asystować przy ślubnej toalecie. Teraz ja się muszę wykąpać, żeby pachnieć nie gorzej od ciebie!
    Zdjęłam resztę skąpej garderoby i zmieniwszy wodę w wannie, włożyłam do niej najpierw jedną nogę, a potem z głośnym westchnieniem rozkoszy, zanurzyłam się aż po szyję. Alinka wylała do wanny chyba w pół flakonu płynu do kąpieli i poczułam, że jestem w raju.
- Nie do wiary!
    To były jedyne słowa, jakie zdołałam wykrztusić. Woda była miękka jak aksamit i cudownie odświeżała moje spocone ciało. Alinka usiadła na skraju wanny i przypatrywała się mi uważnie.
- Tak się cieszę, że dochodzisz do zdrowia. - powiedziała serdecznie, całując mnie we włosy, a raczej w chusteczkę, którą zawiązałam, żeby nie popsuć sobie fryzury. - Ładnie i harmonijnie jesteś zbudowana. Szkoda, żebyś dalej męczyła się w cnocie. Znajdź sobie jakiegoś przystojnego i dobrego chłopaka i daj mu to, co tak skrzętnie ukrywasz między nogami. Radzę ci, jako twój lekarz.
- Uważaj co mówisz, pani doktor, bo to zabrzmiało, jak namowa do nierządu! - prychnęłam, ochlapując ją pianą. - Ty się lepiej przyznaj, czy nie jesteś dziewicą, bo pierwszy raz nie należy do przyjemności. No, Staszek, to nie takie bydlę jak Romanowicz, ale zawsze to trochę boli.
- Aniołku, w naszym stuleciu, spotkanie dwudziestodziewięcioletniej dziewicy, w dodatku lekarki, należy do ewenementu na skalę światową. Nie jestem dziewicą, ale powiem ci w zaufaniu, że udawałam ją przez ostatnie dwa tygodnie i Staś będzie napalony jak piec w wielkie mrozy!
- Mamma mia! W takim razie powiedz mi, jaki on jest w łóżku? W skali od jednego do dziesięciu.
    
Alinka podniosła oczy i przez chwilę wpatrywała się w sufit.
- No wiesz… - powiedziała w zamyśleniu. - Mówisz, że do dziesięciu? Nie, on chyba jest do piętnastu, a może więcej! - spojrzała na mnie z łobuzerskim uśmieszkiem. - Jutro nie próbuj złożyć mi wizyty, bo będę straaasznie zmęczona! - uniosła w górę nagie ramiona i przeciągnęła się zmysłowo. - Nie zazdrościsz? - rzuciła mi ukośne spojrzenie.
- Zapominasz, że byłam już mężatką, a Romanowicza można było zaliczyć w skali do dwudziestu. Ale to wcale nie było przyjemne, raczej straszne i poniżające.
    Nagle, zupełnie niespodziewanie, poczułam atak strachu. Serce zaczęło mi walić w piersiach jak młot. Miałam wrażenie jakbym się dusiła i mimo woli chwyciłam się za gardło. Usłużna pamięć ukazała mi obraz sprzed lat. Moją noc poślubną – a raczej dzień, kiedy stałam się kobietą. Siedziałam naga na zimnej podłodze w łazience, w moim warszawskim mieszkaniu, zakrwawiona, zbolała i bezgranicznie nieszczęśliwa, a z pokoju dobiegało głośne chrapanie mego dręczyciela.
- Izuniu, co ci jest? - usłyszałam głos Alinki. Zaniepokojona pochyliła się nade mną i wzięła za rękę, badając puls. - Rany boskie, dziewczyno, tak nie wolno! To już przeszłość, która nie wróci. Nigdy, słyszysz? Oddychaj równo i spokojnie. Zaraz dam ci lekarstwo.
- Czasem powraca. Przepraszam, kochanie, pomóż mi wyjść z wanny.
  

 Przy pomocy Alinki wynurzyłam się z piany, wytarłam szorstkim ręcznikiem i położyłam się naga na tapczanie. Alinka podłożyła mi poduszkę pod głowę i pogłaskała.
- Zaraz będzie dobrze. - szepnęła uspokajająco.
    Usłyszałam, że otwiera stalowy pojemnik, gdzie trzymała strzykawki i po chwili poczułam lekkie ukłucie w ramię. Psiakrew, musiało mi się to przytrafić akurat w dzień weselny! Już dosyć dawno nie potrzebowałam brać zastrzyków uspokajających.
- Poleż z dwadzieścia minut, a potem pomogę ci się ubrać, Jak przyjdą matki, to zaraz zabiorą się za mnie. - przerwała i poszła do kuchni nalać mi kompotu z czereśni. - Posłuchaj. Witek zaprosił kilku swoich kolegów, żeby babki miały z kim pląsać. Proszę cię. Izeczko, chociaż na moim weselu, bądź dla nich uprzejma i nie wysyłaj ich do wszystkich diabłów, jak zaproszą cię do tańca.
- Gdybym się nie bała, że upadnę, kiedy tylko spróbuję wstać, stłukłabym cię na kwaśne jabłko. - mruknęłam, czując się już o wiele lepiej.
- Kochanie, powinnaś mi raczej podziękować. Obiecuję, że będzie wspaniale. A jak poznasz jakiegoś fajnego chłopaka, obserwuj jakie ma kciuki. Chyba wiesz, co mówią o kciukach mężczyzn? Staś ma duże kciuki!... Och, jeszcze nigdy nikomu nie zwierzałam się z tego. - Alinka przycisnęła obie dłonie do policzków. - Ale my przecież znamy się od dziecka.
- Tak się cieszę, że będziesz szczęśliwa i że jest wam ze sobą dobrze. - poczułam, że mam oczy pełne łez. - No, już wstaję. Podaj mi coś do okrycia, bo świecę gołym tyłkiem.
    Przyjaciółka narzuciła na mnie duży kosmaty ręcznik, którym owinęłam się dokoła, niczym prześcieradłem. Usiadłam przy toaletce i zaczęłam robić makijaż „od wielkiego dzwonu” - jak powiadał tata. Alinka poprawiła mi zmiętoszoną nieco fryzurę i wyjęła z mojej torby nylonowe majtki, (pieruńsko grzały) i stanik „bardotkę”, bez ramiączek, gdyż suknia miała wielki dekolt. Umalowana i uczesana, narzuciłam na siebie sztywną halkę i lekką jak mgła kremową suknię, ozdobioną przy dekolcie różyczkami.
   
 Alinka odstąpiła kilka kroków i przypatrywała się mi z upodobaniem.
- Iza, ślicznie wyglądasz! - zawołała, klasnąwszy w dłonie. - Jeśli nie uwiedziesz dziś jakiegoś chłopaka, to powiem, że jesteś dupa wołowa!
- Może być cielęca. - sprostowałam. - No, siadaj przed lustrem, to ciebie uczeszę. c.d.n.