piątek, 30 czerwca 2017

SEKRETY RODZINNE - ZNOWU TELEFON I NIEPOKOJĄCA WIZYTA.


 30 czerwca 2017 r.
  

 Tego roku wybierałam się nad morze tylko na tydzień, bo wydałam sporo pieniędzy na ślub Alinki, a także na kupno dobrego magnetofonu, na którym nagrywałam nadawane w radiu opery i operetki, oraz muzykę klasyczną. Właściwie, miałam wyjechać zaraz po weselu Alinki, ale kierownik kadr zatrzymał mnie, bo w zakładzie odbywało się zebranie zakładowej organizacji partyjnej, a ja miałam lekkie pióro, więc zawsze obarczano mnie rolą protokolanta. Jak zwykle, nudy na pudy i ględzenie.
    Na drugi dzień po ślubie, zadzwoniła Alinka, żeby poinformować mnie rozmarzonym głosem, że jest niebotycznie szczęśliwa, bo Staszek przeszedł daleko poza skalę dziesięć! Biedacy, mieli tylko dwa dni dla siebie, bo Alinka musiała wracać do pracy, a Staszek jechał do Krakowa. Miał już zwolnienie w kieszeni, ale należało odpracować jeszcze trzy miesiące. Oboje czekali z niecierpliwością dnia, kiedy nareszcie sprowadzi się do żony.
    Bogaty to on nie był. W posagu wznosił do wspólnego gospodarstwa dwa garnitury, trochę garnków i dwadzieścia krawatów, kupowanych na imieniny i urodziny przez kolegów i dalszych krewnych. Ubogi był wtedy żywot młodego lekarza. Ale prócz krawatów, wnosił uczciwy charakter, gorącą miłość do żony i dwie zdrowe ręce, które potrafiły pewnie i precyzyjnie operować, przywracając choremu zdrowie.
    
   W kolejnych dniach po weselu, spotkały mnie dwie niekoniecznie miłe niespodzianki. Zaraz na drugi dzień siedziałam sama w domu, bo rodzice korzystając z pięknego letniego dnia, wybrali się na przechadzkę. Ja wróciłam z zakładu obładowana dokumentami. Wzięłam je z sobą, nie chcąc siedzieć po godzinach w pracy, bo nikt mi za to nie płacił. Zagłębiona w rachunkach, aż podskoczyłam na ostry dźwięk telefonu. Czyjś męski głos upewnił się, że to właściwy numer i powiedział:
- Łączę!
    Czekałam, ściskając słuchawkę w dłoni i zastanawiając się, kto to może do mnie dzwonić. Zaraz napłynęły wspomnienia z mego pobytu w Warszawie, gdy zdarzało się, że Romanowicz telefonował, aby zamówić sobie coś na kolację. Ale wtedy łączyła mnie telefonistka z MON-u. Boże mój, czy ja nigdy już nie pozbędę się tych wspomnień?
- Pani Izabela? - usłyszałam męski głos w słuchawce i już wiedziałam kto zawraca mi głowę.
- Nie! Czarownica, wiedźma i jędza. Miło, że pan zadzwonił, bo właśnie przyleciałam na miotle z Łysej Góry i jestem zmęczona po udanym sabacie! - oznajmiłam zjadliwym tonem. - Czego pan sobie życzy?
- Jeszcze gniewa się pani na mnie? - usłyszałam bardzo pokorny głos, który mnie wcale nie wzruszył.
- O gniewie nie ma mowy, Co najwyżej o żalu, bo potraktował mnie pan wtedy wstrętnie.
- Ja, panią?
- Owszem. Jeżeli da mi pan chwilę czasu, udowodnię, że nie miał pan racji mówiąc to, co pan powiedział. Otóż nie jestem kompletną wariatką, biegając w szpilkach po śniegu. Wybierałam się do eleganckiej kawiarni, więc musiałam być odpowiednio ubrana. Zamówiłam taksówkę i autem pojechałam do lokalu. Byłam pewna, że w ten sam sposób wrócę do domu, ale nie przewidziałam, iż w lokalu będzie zepsuty telefon! Kawiarnia jest w rynku i tam taksówki nie jeżdżą. Więc co miałam zrobić? Czekać na rycerza na białym koniu? Było późno, wstaję bardzo wcześnie do pracy, więc zdecydowałam się iść pieszo. Co było dalej, nie muszę wspominać. A teraz może pan łaskawie oceni, kto wtedy zachował się bardzo niegrzecznie. Pan czy ja?

Kalina Jędrusik w filmie "Lekarstwo na miłość"
- Pani Izabelo, tak mi przykro. Przepraszam. Wracałem z zebrania, znudzony i zły. Niech mi pani wierzy, oniemiałem, widząc panią siedzącą na śniegu. Taką śliczną i bezradną.
- Panie Orlicki, nie wyglądałam wtedy wcale ślicznie, lecz po prostu śmiesznie i to doprowadzało mnie do wściekłości. Tym bardziej, kiedy usłyszałam, że jestem wariatką, bo latam w szpilkach po śniegu! No, wyjaśniliśmy sobie wszystko, wobec czego uważam, że możemy zakończyć rozmowę.
- Nie, jeszcze nie, proszę! - usłyszałam w słuchawce jego błagalny głos. - Pani Izo, dlaczego nie chce się pani spotkać ze mną? Przecież to panią do niczego nie zobowiązuje.
- Panie Orlicki, powiedziałam panu, że jestem wdową i nie spotykam się z mężczyznami.
- Przepraszam, pani mąż dawno zmarł? Szczęśliwy człowiek, musiała go pani bardzo kochać.
    Poczułam, że zaczynają mi się trząść ręce, a palce trzymające słuchawkę, zacisnęły się na niej z całej siły. Odetchnęłam głęboko i powiedziałam spokojnym tonem:
- Panie Orlicki, nie muszę odpowiadać na pańskie nietaktowne pytanie, ale odpowiem. Nienawidziłam mego zmarłego męża i byłam szczęśliwa, kiedy po kilku miesiącach małżeństwa, uwolniłam się od niego na zawsze. Dlatego unikam mężczyzn. To wszystko, co mam panu do powiedzenia. Żegnam!
    Odwiesiłam słuchawkę i rozpłakałam się zawodząco, jak stara baba.
                            -------------------------------------------------
    Na tym nie skończyły się niemiłe niespodzianki. Następnego dnia, wróciłam z pracy zmordowana, z bolącą głową. Zjadłam na obiad moją ulubioną zupę pomidorową z makaronem, nowe ziemniaczki z koperkiem oraz gulasz i mizerię. Powycierałam naczynia i usadowiłam się w fotelu z kubkiem kawy w rękach, oglądając w telewizji powtórkę wieczornego odcinka:„Czterech pancernych i psa”. 
   Wieczorem zamierzałam się spakować, bo wyjeżdżałam o czwartej rano, żeby zdążyć na pociąg do Kołobrzegu. Mama w kuchni szykowała mi kanapki na drogę, tata miał popołudniową zmianę i nie było go w domu. Nie słyszałam dzwonka do drzwi, ale po chwili do pokoju weszła mama i powiedziała, lekko zdziwionym tonem:
- Kochanie, pani do ciebie.
    Wstałam z fotela, nie mając pojęcia, co za pani wybrała się do mnie, akurat teraz, z wizytą. Niemal skamieniałam ze zdumienia, poznawszy we wchodzącej kobiecie żonę Witka. Mama, widząc moje zmarszczone brwi, stanęła z ręką na klamce, gotowa pośpieszyć mi w razie czego z pomocą. Kobieta nie bawiąc się w subtelności powiedziała:
- Ja to chciałam z panią Izą pogadać w cztery oczy!
    Mama, rzuciwszy mi porozumiewawcze spojrzenie, wzruszyła ramionami i wyszła, nie domykając drzwi. Kochane matczysko lubiło wiedzieć na czym stoi. Nie odezwałam się, tylko ruchem ręki zaprosiłam Weronkę, żeby usiadła. Nie musiałam jej zapraszam, sama rozsiadła się w fotelu, jak u siebie w chałupie, zakładając nogę na nogę, aż widać jej było tłuste uda.
- A ja tak sobie pomyślałam, że przyjdę do pani i pogadam. - odezwała się pierwsza, nie przejmując się moją chłodną miną.
- O czym? - postanowiłam także nie bawić się w subtelności, bo nie było z kim.
- O moim starym. On się miał do pani, co? Spaliście ze sobą? Tylko niech pani nie kłamie, bo ja się poznam na łgarstwie.
    Wstałam ponownie z fotela i patrząc na nią z góry, odezwałam się zimno:
- Radzę pani opuścić mój dom.
    Nie spodziewałam się tego, co nastąpiło. Zamiast wyjść, Weronka zaczęła płakać i głośno wyrzekać:

- Skurwysyn, rozprawiczył mnie i zrobił mi bachora. Ojciec pasem zlał mi dupę, że wzięłam sobie komucha! A teraz ten sukinsyn mnie zdradza i kurwi się z innymi, a ja, ślubna żona, siedzę z dzieciakiem w domu sama, bo on mnie się wstydzi Pańskie dziady, cholera! Mój ojciec mógłby was wszystkich kupić, a wy rżniecie hrabiów! To przyszłam, żeby się dowiedziedzieć, czy pani dalej śpi z moim chłopem?
    Nie wiedziałam, czy ją wypchnąć za drzwi, czy wybuchnąć śmiechem. Ale dla świętego spokoju Witka, postanowiłam z nią porozmawiać.
- Opowiada pani niedorzeczności. To pani sobie wmówiła, ze maż panią zdradza. Nikt pani nie kazał z nim romansować. Zrobiła to pani z własnej woli i wcale nie musiała pani mieć z nim dziecka. Są legalne sposoby, żeby go nie mieć. Witek jest uczciwy, bo ożenił się z panią, zamiast płacić alimenty. Chciała pani wyjść za oficera, i skarżyła się pani na Witka do jego dowódcy. Nigdy z pani mężem nie spałam. Nie rozumie pani, że kobieta i mężczyzna mogą się z sobą przyjaźnić? Alinka, Witek i ja, chodziliśmy do jednej szkoły i znamy się od małego dziecka. Nic więcej mnie z nim nie łączy, prócz serdecznej przyjaźni. Tylko dlatego, że kocham Alinkę i przyjaźnię się z Witkiem, odpowiadam pani, zamiast wyprosić panią z mieszkania. Znam Witka i wiem, że wcale pani nie zdradza, bo na razie wszystkie kobiety pani mu obrzydziła! A pani, zamiast narzekać i płakać, powinna wziąć się za siebie.Porządnie się ubrać, uczesać i iść do do szkoły, a także do pracy. Oficer musi mieć inteligentną żonę, a nie głupiego wiejskiego tłumoka!
- Do pracy i do szkoły? A kto mi wychowa małego? Pani go przecie nie weźmie!
- To wasze dziecko, nie moje. Są żłobki, a potem przedszkola. Tysiące kobiet radzi sobie z wychowaniem dzieci, a pani nie może? Ma pani rodzinę, niech dziadkowie zajmą się małym. To wszystko, co mogę pani poradzić. Niech pani przestanie umilać życie mężowi, bo w końcu odejdzie.
   
 Przestraszyłam się widząc, jak ona zmieniła się na twarzy.
- A niech skurwysyn tylko spróbuje! Moi bracia nauczą go rozumu! - powiedziała to z taką nienawiścią w głosie, że naprawdę zaniepokoiłam się o Witka. - A pani go broni, bo spaliście razem. Ja tam nie uwierzę w pani gadanie… Nie jestem głupia.
    Nie! Ona miała obsesję, zachowywała się nienormalnie i wprost ziała nienawiścią do swego męża i do mnie. Postanowiłam ratować sytuację.
- Niech mnie pani posłucha. - odezwałam się tak spokojnie, jak tylko mogłam. - Ja także byłam mężatką. Mój mąż znęcał się nade mną. Uciekłam od niego po pół roku i wróciłam do domu śmiertelnie chora. Do dziś choruję. Gdybym była zakochana w Witku, po prostu wyszłabym za niego za mąż, a nie za człowieka, którego poślubiłam z wielkiej miłości. Więc niech pani nie nachodzi ludzi i nie szuka winnych, tylko weźmie się za siebie. To najlepsza rada, jaką mogę pani dać!
    Miałam nadzieje, że kobieta zastanowi się nad tym, co powiedziałam, ale się pomyliłam.
- E, każdy tak może mówić. Ja tam wiem swoje! Lepiej niech pani mojego starego zostawi w spokoju. - prychnęła pogardliwie i nie przeprosiwszy mnie, wyszła bez pożegnania.
    Mama zajrzała do pokoju.
- Matko Boska, ona nie jest normalna! Bałam się o ciebie. Nigdy więcej jej tu nie wpuszczę. Witek chyba oszalał, wprowadzając do rodziny taką kobietę. Biedna Wandeczka, tak się martwi tym jego małżeństwem. Dobrze, że choć Alinka trafiła szczęśliwie.
- Boję się o Witka, mamo. Ale nie mogę mu powiedzieć o tej rozmowie, bo wpadłby w pasję i sprałby tę wariatkę. Zaraz porozmawiam z Alinką.
    Wykręciłam jej numer i czekałam dosyć długo, bo właśnie miała jakiś zabieg. W końcu odłożyłam słuchawkę, prosząc tylko, by powtórzono jej, że dzwoniłam w pilnej sprawie. Byłam zmęczona, rano czekała mnie podróż, więc nie poszłam do niej i dopiero późnym wieczorem, przez telefon, mogłam powtórzyć jej całą rozmowę z tą kopniętą w mózg bratową. Alinka bardzo się zdenerwowała, ale obie byłyśmy bezsilne, nie chcąc narażać Witka na nową, dziką awanturę z żoną. 
   Alinka obiecała, że nie powie o tym matce, lecz w najbliższym czasie skontaktuje się ze znajomym adwokatem i poradzi się go w tej sprawie. Pożegnałam się z nią, ale ciągle miałam przed oczami zmienioną z wściekłości twarz Weronki. c.d.n.