poniedziałek, 31 lipca 2017

POWSTAŃCOM WARSZAWSKIM W 73 ROCZNICĘ POWSTANIA.


                                Bolesławiec 1 sierpnia 2017 r.
 


    Starszy pan o pooranej zmarszczkami twarzy, posuwa się mozolnie przy pomocy „balkonika”. Przygarbiona pani o rzadkich siwych włosach, idzie wspierając się na dwóch laskach. Jakiś inny pan, w bardzo podeszłym wieku, prowadzony jest przez posiwiałego syna i śliczną młodą prawnuczkę. Idą z trudem, jak co roku, na uroczystości kolejnej rocznicy 1 SIERPNIA 1944 r.
    Ich wielkiego święta!
   Mieli wtedy po osiemnaście, dwadzieścia parę lat. Byli młodzi, pełni energii i entuzjazmu, kochali Polskę, swoją stolicę Warszawę znali jak własną, pustą kieszeń, i z całej duszy nienawidzili okrutnego, bezwzględnego okupanta. Marzyli o tym od lat, aby nareszcie dobrać mu się do skóry. Pomścić z bronią w ręku lata poniżenia i straszliwych zbrodni popełnianych na narodzie polskim. „ O chwyć za miecz historii. I uderz i uderz!” - pisał wówczas młodziutki, ale już wspaniale zapowiadający się poeta Krzysztof Kamil Baczyński. Byli tacy młodzi i ufni….

   Pan z „balkonikiem” miał wtedy dwadzieścia lat i nogi jelenia, gdy ze swoim batalionem szedł do szturmu na budynek PAST-y. Może miał pseudo „Ryś” „Sokół”, a może „Orzeł”.
Przygarbiona pani, wspierająca się na dwóch laskach, skończyła właśnie tego roku siedemnaście lat, przyjmując pseudonim „Oleńka”, jak ukochana pana Kmicica. Ale nazywali ją „Brzoza”, bo jej długie jasne włosy powiewały za nią, kiedy biegła z meldunkiem do swego dowódcy, lekko przeskakując gruzy Alei Jerozolimskich i chroniąc się przed „gołębiarzem” - strzelcem wyborowym, polującym na wszystko, co żyje.
  
  
   Sędziwy pan prowadzony przez rodzinę, w 1944 roku nie musiał prosić nikogo o pomoc. Był silnym, wysokim chłopcem z rozwianą jasną czupryną i łobuzerskim błyskiem w oku. Śmiał się, kiedy dostawali rozkaz do ataku i podśpiewywał sobie: „ A gdy cię trafi kula jaka, poprosisz pannę, da ci buziaka Hej!” Dostał buziaka, choć wcale nie był ranny.
Sanitariuszki z oddziału "GUSTAW"
   Ona była sanitariuszką, a on zakochał się w niej na umór. Przysięgali sobie w te gwiaździste noce sierpniowe, że już nigdy się nie rozstaną, a jak tylko wojna się skończy, wezmą ślub. Taki z wielką pompą, powozami i banderią kolegów na koniach. No i koniecznie przejście pod szpalerem z szabel! Są przecież polskimi żołnierzami!
    Nie było ślubu, ani szpaleru z szabel. Z bezsilną rozpaczą patrzył, jak dziewczyna biegnie po rannego, a pociski z ciężkiego karabinu maszynowego, stebnują jej sukienkę na plecach i wbijają się w czaszkę. Leżała z rozrzuconymi ramionami, taka niewielka i bezbronna, pod straszną nawałą ogniową nie pozwalającą nikomu ruszyć się z miejsca. Myślał, że przyjdzie po nią nocą i zabierze jej ciało. Ale nocą nadleciały Ju 87 Stukasy i celna bomba zrzucona na sąsiedni dom, zasypała zwałem gruzów jej zwłoki. Nigdy jej już nie odnalazł.
    Przez całe dekady szli świętować ten szczególny dzień, niosąc w sercach pamięć o tych, co już odeszli, i sami oczekując wezwania na wieczną wartę. Każdego roku jest ich mniej, ubywają schorowani, często żyjący w niedostatku lub samotności. Nie zawsze jest się komu pożalić, nie często ktoś chce wysłuchać ich wspomnień.
   
 Idą ostatni z walecznych na Powązki, odwiedzić przyjaciół. Powiedzieć im, że pamiętaja i że już sami gotują się do lotu... Eliza Orzeszkowa pisała o powstańcach styczniowych: GLORIA VICTIS. - Chwała zwyciężonym. To samo można by napisać o nich: ostatnich żyjących bohaterach, powstańcach warszawskich.
Fotografia powstańca styczniowego 1863 rok.
    Wielu z nich miało w swoim rodowodzie powstańców. Listopadowych, Styczniowych,a nawet tych z Legionów generała Dąbrowskiego, żołnierzy księcia Józefa Poniatowskiego.Legionów Naczelnika Piłsudskiego. Dziadków, pradziadków. To oni przekazywali swoim potomkom, wolę walki o niepodległość. Legendarny dowódca kompanii „Rudy” w baonie „Zośka” Andrzej Morro, czyli Andrzej Romocki, ze strony ojca i matki miał dziadków powstańców z roku 1863. Jego ojciec minister Paweł Romocki, był legionistą, potem jako minister nadzorował sprowadzenie do Polski szczątków Wieszcza Juliusza Słowackiego. Jego dwaj synowie Andrzej i Janek (Bonawentura) od najmłodszych lat słyszeli o powstańczej walce swoich przodków i ojca.
Andrzej Romocki "Morro" lub "Amorek"
   Podobnie niegdyś wcześniej dorastał owiany legendą powstania, późniejszy wyzwoliciel Polski, Marszałek Józef Piłsudski. To Matka, którą bardzo kochał, opowiadała mu o zrywie Polaków w 1863 roku. I o tragicznym końcu tej walki. Piłsudski swój kult do powstania i jego żołnierzy okazywał na każdym kroku. Na rozkaz Marszałka, nawet generał na widok wiekowego powstańca, stawał na baczność i salutował mu. Ostatni weterani powstania mieli wysokie emerytury i stałą opiekę państwa. Dożywali swoich lat w spokoju i dobrobycie, otoczeni czcią i szacunkiem narodu.
Weterani Powstania Styczniowego w II Rzeczypospolitej.
   Bohaterowie naszych czasów nie mieli tyle szczęścia. Po wojnie byli solą w oku stalinowskich rządów. Nazywani „zaplutymi karłami reakcji”, byli sekowani, aresztowani, torturowani, a nawet zabijani. Zamknięte szczelnie wagony towarowe wiozły ich daleko od ojczyzny, na wschód, szlakiem pradziadów z roku 1863. Często musieli się ukrywać lub emigrować za granicę. Władza Ludowa ich nie znosiła, bowiem w większości była to młodzież inteligencka, często o szlacheckich, lub arystokratycznych korzeniach. O powstaniu raczej się nie wspominało, a jeżeli już, to tylko o walce ludu Warszawy z najeźdźcą! Dopiero po VIII Plenum Komitetu Centralnego PZPR i dojściu Gomułki do władzy, zelżał nieco terror i zaczęły się ukazywać książki poświęcone bohaterskiej walce polskiej młodzieży w powstaniu.Powstanie często nazywane było i jest przez historyków i pisarzy – zbrodnią.
    
Gdyby zapytać Londyńczyka, Holendra, lub Szwajcara, czy wyobrażają sobie zbrojne powstanie w swoich stolicach – chyba uznaliby pytającego za wariata. Warszawa także była wielkim milionowym miastem, nieco zniszczonym po roku 1939, ale jeszcze pełnym wspaniałych pamiątek z przeszłości i zabytkowej zabudowy. Warszawa była także centralnym punktem podziemnych władz polskich, z całą jego skomplikowaną strukturą państwa. Warszawa była głównym miejscem zgromadzenia Armii Krajowej i mózgiem, skąd szły rozkazy do wszystkich cywilnych i wojskowych placówek w kraju.
Na tajnych spotkaniach młodzieży AK-owskiej, mówiono o przyszłym powstaniu. Zapewniano młodych ludzi o pomocy, jaka otrzymamy od nadchodzącej wielkimi krokami Armii Czerwonej, od Stanów zjednoczonych Ameryki, Wielkiej Brytanii, a już na pewno od znajdującego się w Anglii Wojska Polskiego, komandosów polskich, którzy zostaną zrzuceni do Warszawy. Tak mówiono młodym żołnierzom AK i oni wierzyli w to do ostatka.
 
Wtedy sprzedano polskie kresy wschodnie.Teheran 1943 r.

   Ale nic z tego nie było prawdą! Już w Teheranie 1.XII.1943 roku, prezydent USA Roosevelt i Stalin, uzgodnili ze sobą strefę wpływów. Polska przypadła Stalinowi wraz z całymi kresami wschodnimi. Stalinowi zaś wcale nie zależało na tym, aby w Polsce jego wojska spotkały się z Armią Krajową, wtedy jeszcze dosyć silną liczebnie i sprawnie dowodzoną. Co ciekawe, Emigracyjnemu Rządowi Polskiemu w Londynie, także powstanie nie wydawało się mądrym rozwiązaniem problemów i Wódz Naczelny WP gen. Sosnkowski, jak również gen. Władysław Anders, byli przeciwni powstaniu, zdając sobie sprawę z niesprzyjających stosunków politycznych. Wysłany do Warszawy generał Okulicki (Niedźwiadek) lub (Kobra), wiózł stanowczy rozkaz Rządu zabraniający rozpoczynania powstania. To, co się potem stało, stanowi do dzisiaj tajemnicę. Dlaczego Okulicki przejął władzę po Bór- Komorowskim i dał rozkaz do walki zbrojnej?
 
gen. Leopold Okulicki pseud. "Niedzwiadek" i " Kobra"

   Komu zależało na wznieceniu w milionowej stolicy Polski powstania, a raczej decydującej bitwy? W pierwszym rzędzie Stalinowi, który wkraczając do Polski, nie zamierzał zawracać sobie głowy buntem Polaków, przeciwko wprowadzonej przez niego władzy – Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego w Lublinie. W 1944 r. okupowana Polska miała największą w Europie podziemną siłę zbrojną, Armię Krajową, oraz podziemne władze konspiracyjne, doskonale zakonspirowane. Z chwilą wybuchu powstania rząd się dekonspirował, a Armia Krajowa zaczynała beznadziejną walkę, nie posiadając odpowiedniej ilości broni; samolotów, artylerii i czołgów. Na rozkaz szła do walki niemal z gołymi rękami.

  „Bo na Tygrysy mamy Visy”: - tak młodzi żołnierze śpiewali w Warszawie. Często nie mieli nawet Visów, tylko butelkę z benzyną. Gdy wiadomość o wybuchu powstania doszła do prezydenta Roosevelta, był zdumiony, bo nie rozumiał, o co Polakom chodzi. Churchill wpadł we wściekłość i wezwawszy premiera Rządu Emigracyjnego Stanisława Mikołajczyka,, zrugał ich nieparlamentarnymi słowami stwierdzając, iż Polacy raz jeszcze dowiedli, że są beznadziejnymi głupcami i na polityce się nie wyznają! Zapowiedział, żeby nie liczyli na żadna pomoc, gdyż Wielka Brytania ma własne problemy do rozwiązania.
   
   Wybuch powstania był również radosną niespodzianką dla Adolfa Hitlera, który, nie bez racji, widział w stolicy Polski ucieleśnienie oporu. Powstanie dało mu okazję do zmiażdżenia walki zbrojnej i obrócenia miasta w morze ruin. Możemy tylko w przybliżeniu podawać liczbę poległych i zaginionych. Nikt nigdy nie poda prawdziwej cyfry ofiar tej potwornej masakry. Takie były kulisy wybuchu powstania warszawskiego.
Ale młodzi żołnierze-powstańcy nic o tym nie wiedzieli. Cieszyli się, że nareszcie mogą pomścić na wrogu lata niewoli i upodlenia. Lata strasznej, niewyobrażalnej męki. Szli do walki z ogromną odwaga i pogardą śmierci, mając nadzieję, że wywalczą wolną i niepodległą ojczyznę. Nie wiedzieli, że byli ofiarami politycznych matactw.
    
   Dziś są tragicznymi bohaterami lat czterdziestych. Należy się im najwyższy szacunek, cześć i uznanie rodaków. Należą się im przywileje i troskliwa opieka państwa polskiego, gdyż dali z siebie wszystko – swoją młodość, krew i życie z miłości do ojczyzny. Niestety, nawet dzisiaj 28 lat po odzyskania niepodległości, pozywa się starych, blisko stuletnich, schorowanych ludzi przed sądy, aby rozstrzygnąć, czy byli na usługach UB, czy też nie! To już nie skandal, lecz hańba!
Nie pozwalajmy nikomu zakłócać ostatnich lat, a może nawet dni ich życia i zniesławiać ich nazwisk, przez instytucje i ludzi, którzy nawet nie rozumieją czasów w jakich ci ostatni bohaterowie żyli. Oddajmy Im należną cześć.
                                    CHWAŁA ZWYCIĘŻONYM  
     

SEKRETY RODZINNE - SPOTKANIE PO LATACH.


31 lipca 2017 r.

   Wynosząc kubeł ze śmieciami, fatalnie się przeziębiłam. Za to Alinka była nieziemsko uszczęśliwiona, bo nie tylko mieszkanie było dokładnie wysprzątane, ale jeszcze miała czym poczęstować głodnego męża. Nazajutrz zadzwoniła do mnie, wprost piejąc z zachwytu na moją cześć i oznajmiając, że Staszek zjadł dwie porcje wątróbki, która była boska!….
   Odpowiedziałam jej mruknięciem, bo bolało mnie gardło i byłam całkiem do kitu! W przychodni zakładowej, lekarz stwierdził ostre zapalenie oskrzeli i gardła. Dal mi tydzień zwolnienia i wysłał do domu naszą zakładową karetką. Łykając antybiotyki i płucząc gardło, przemęczyłam się kilka dni. Trzeba przyznać, że moi przyjaciele zadbali o mnie. Witek w rewanżu za uratowanie go od zapalenia płuc, przyniósł mi bukiet goździków i bombonierkę, a Alinka zafundowała mi nowe kozaki, na które miałam szaloną ochotę, ale nie posiadałam wtedy pieniędzy. Mamy jednakową wielkość stopy, rozmiar 38 i możemy wymieniać się butami.
   
  Tylko z Bronkiem był kłopot, bo kiedy nie pisał listu lecz telefonował, musiała za mnie mówić mama, a ja tylko uczestniczyłam w rozmowie, od czasu do czasu pomrukując uprzejmie. Ale nic nie trwa wiecznie, nawet choroba. Nareszcie wstałam z łoża boleści i powędrowałam do pracy i na wykłady. Pogoda diametralnie się zmieniła i zamiast deszczu, ścisnął mróz i zaczął padać śnieg.
    Jadąc pociągiem, patrzyłam na ciągnące się po sam horyzont białe pola i nagie, bezlistne drzewa, wyciągające ku niebu czarne konary. Tego dnia jechałam na wykłady w wielkim strachu, bo miałam tyle pracy w zakładzie, że przynosiłam dokumenty do domu, siedząc nad nimi do późnej nocy, i naprawdę nie miałam kiedy się pouczyć.
    Zbliżał się okres świąteczny i w pociągu był tłok. Stałam na korytarzu, przyciśnięta do okna i miałam możność nieco odetchnąć świeżym powietrzem wiejącym ze szpar, bo w wagonie niemal wszyscy palili papierosy i było aż szaro od dymu. Miasto, do którego jechałam, oddalone było od mego miejsca zamieszkania, przeszło dwie godziny jazdy. Stojąc na korytarzu, mogłam wprawdzie podziwiać mijany krajobraz za oknem, ale nogi weszły mi za ten czas w dolną część ciała i bolały, bo miałam eleganckie kozaki na wysokiej szpilce.


   Niepisanym zwyczajem obowiązującym wśród nas, był staranny ubiór każdego zaocznego studenta. Panie ubierały się na wykłady w najlepsze ciuchy, a panowie w garnitury wizytowe i byli pod krawatem. Starannym ubiorem podkreślaliśmy nasz szacunek dla profesorów i uczelni. Zamyślona gapiłam się na uciekający w tył pejzaż zimowy – ciche, jakby zamarłe wsie, zagajniki przysypane śniegiem i od czasu do czasu wysmukłą wieżę jakiegoś kościółka. Znudzona ziewałam, zasłaniając usta dłonią i niecierpliwie oczekiwałam przyjazdu na miejsce. Potem musiałam jeszcze jechać kawał drogi tramwajem do centrum miasta, gdzie znajdował się uniwersytet. Na miejsce przyjeżdżałam zmęczona, z wywieszonym językiem, i obawą, że spóźniłam się na wykłady. A spóźnienia profesorowie nie tolerowali.
    Byłam taka zamyślona, że skoczyłam nerwowo, kiedy ktoś dotknął mego ramienia. Odwróciłam się gwałtowanie i szeroko otwarłam oczy, widząc przed sobą niezwykle przystojnego oficera marynarki.
- Iza, czy to ty, czy tylko twój duch? - zagadnął mnie, z dobrze zapamiętanym z dawnych lat, kpiącym uśmiechem.
    Przez chwilę gapiłam się na niego w osłupieniu, a potem wydałam z siebie przeraźliwy pisk.
- Zbyszek! Kochany, ale spotkanie po latach!
    Przepchnął się pomiędzy ludźmi, bliżej mnie i objął mnie w talii.
- Czy stary kumpel ze szkolnej ławy dostanie całusa?
- Nawet dziesięć. - wykrzyknęłam z entuzjazmem i zarzuciwszy mu ramiona na szyję, pocałowałam go w usta. Przedłużył mocny pocałunek, ku zgorszeniu stojących obok nas bab.
- Czekaj, kochanie, muszę znaleźć jakieś miejsce dla nas. - powiedział i rozglądnął się za konduktorem.
    Poprzednio pociąg stanął na jakiejś stacji i kiedy ruszył, konduktor sprawdzał nowym pasażerom bilety. Zbyszek podszedł do niego i coś mu szepnął do ucha. Konduktor skinął głową i kazał poczekać aż wróci. Miejsce zaraz się znalazło, w pustym służbowym przedziale.
- Jak to zrobiłeś? - odezwałam się zdumiona.

- Dałem mu pięć dolarów! - przyznał się Zbyszek bezczelnie. - Dziecko drogie, waluta amerykańska otwiera u nas wszystkie drzwi. Nie widzieliśmy się wieczność, więc powiedz, co u ciebie słychać.
    Pomógł mi zdjąć futro. Usiadłam na skraju kanapki w puszystym różowym golfie i granatowej spódniczce, i patrzyłam na niego oczami pełnymi łez. Zbyszek!…Tyle wspomnień w lat szkolnych. Pamiętam, że gdy byłam w Warszawie, prosił Alinkę i moją mamę o telefon do mnie. Oczywiście nie dostał go, a po kilku latach Alinka wspomniała, że się ożenił. Zbyszek usiadł koło mnie i mocno uścisnął mi rękę.
- Czy pamiętasz, że ostatni raz widzieliśmy się przed Urzędem Stanu Cywilnego, w dzień mego ślubu? - odezwałam się, usiłując opanować chęć do płaczu.
- Pamiętam. - powiedział, ściągając brwi. - Wróciłem do domu i postanowiłem odebrać sobie życie. Ale tata wyperswadował mi ten zamiar, przy pomocy pasa. Bez żartów, Iza, byłem w tobie naprawdę zakochany, taką pierwszą młodzieńczą miłością, którą pamięta się chyba do końca życia. Trudno mi było zapomnieć o tobie. Mówiła mi kiedyś Alinka, że twoje małżeństwo okazało się nieudane.
   Pokiwałam głową.
- Nieudane? Zbyszku, ja wyszłam za potwora, sadystę bez sumienia i honoru. Uciekłam od niego po pół roku, bo wcześniej mi się nie udało. Do dzisiaj muszę być pod opieką lekarza, bo wróciłam do domu na wpół obłąkana.
- O ile pamiętam, on był majorem. Nie mogłaś wnieść skargi do jego dowódcy?
- Skargę? Zbyszku, wiesz co to było GZI?
- Aż za dobrze! Miałem z tymi skurwielami co nieco do czynienia.
- No więc mój mąż był oficerem GZI, w MON-ie. Przesłuchiwał podejrzanych o niechęć do władzy ludowej i torturował ich, a potem mnie!
- Jezus Maria, dziewczyno, w coś ty się wpakowała? - wykrzyknął Zbyszek z przerażeniem. - Nie szukał ciebie potem?
- Nie. Wylali go z wojska za szwindle, rozwiodłam się z nim, a potem on umarł. I tak się skończyło moje marzenie o małżeństwie. - powiedziałam spuszczając głowę. - To już przeszłość, do której boję się wracać nawet myślą. Dlaczego nie przyjechałaś na ślub Alinki? Posłała ci zaproszenie. - zmieniłam temat.
Zaśmiał się.
- Kochanie, dostałem to zaproszenie niemal po pół roku. Ona wychodziła za mąż, a ja wtedy płynąłem po Morzu Chińskim!
- Dalej pływasz w rejsach dalekowschodnich? Dlaczego odszedłeś z Marynarki Wojennej?
Mundur   wyjściowy oficera Marynarki Handlowej.
 - Bo trafiłem w niej na takiego sukinsyna, jak twój mąż. Tak mi umilał życie, że postanowiłem odejść z wojska i przejść do marynarki handlowej. Potrzebowali inżynierów-mechaników więc nie szukałem długo pracy. Najpierw byłem zastępcą kapitana na dużym statku handlowym, pływającym w żegludze dalekomorskiej do Stanów i Kanady, a po kilku latach sam objąłem dowodzenie na nowym statku, który miał pływać w rejsy na Daleki Wschód.
Kiedy mówił, przypatrywałam mu się z nieukrywanym podziwem. Pięknie mu było w marynarskim mundurze. Był naprawdę szalenie przystojnym mężczyzną. c.d.n.

czwartek, 27 lipca 2017

SEKRETY RODZINNE - TERAZ JA MAM KŁOPOTY!


  27 lipca 2017 r.

- Co tu, do cholery, robisz, ty moczymordo?
   Na środku kuchni siedział Witek i spał, złożywszy głowę na kuchennym stole. Na kilometr czuć było od niego woń alkoholu, czego po prostu nie znosiłam, bo przypominały mi się libacje Romanowicza. Widok pijanego Witka po prostu mnie wkurzył, bo miałam sprzątać, a nie trzeźwić pijanego wojaka. Sama byłam w takim stanie, że tylko siąść i płakać.
- Witek, do wszystkich diabłów, podnieś dupę i wynoś się stąd! - wrzasnęłam podchodząc do niego.
    W odpowiedzi usłyszałam gardłowe:
- Hrrrrrrrr!
    Zaklęłam ponownie i otworzyłam szeroko okno, aż lodowaty strumień powietrza wdarł się do mieszkania. Witek wstrząsnął się i chrapanie się urwało. Uniósł głowę i łypnął na mnie przekrwionym okiem.
- Iza? Co ty tu robisz?
- To ja się pytam, co ty tu robisz? Skąd masz klucze? - zapytałam, mierząc go spojrzeniem pełnym złości. - Po co tu przyszedłeś? Nie masz własnej chałupy?
- Nie mam. Alisia dała mi kiedyś klucz. Zostaw mnie w spokoju.
- Co ty sobie wyobrażasz, że ja tu przyszłam dla przyjemności? Telefonowała Alinka, że w nocy przyjeżdża Staszek. Chcesz, żeby wszedł do tego burdelu? Przecież on jest czyścioch. Zobaczy i ucieknie, a potem rozwiedzie się z twoją siostrą. Rozumiesz?

- To sprzątaj… - usłyszałam senną odpowiedź i Witek znowu złożył głowę na stole.
    A żeby cię!… Z wściekłością chwyciłam go za włosy i uniosłam jego głowę do góry.
- Witek, mówię po dobroci. Wstań, idź do łazienki, ogarnij się i umyj zęby, bo cuchniesz wódą. Jak ty wyglądasz?
- Nie chcę.
- Nie?... - rozwarłam palce, a jego głowa stuknęła o stół, aż jęknął i chwiejnie podniósł się z miejsca.
- Jezu, ty diablico! Ja mam trzy ćwierci do śmierci, a ten babsztyl robi mi dziurę w głowie. Chcę umrzeć!
- Zasłużyłeś sobie na to. Nie słyszałeś co mówiłam? Staszek przyjeżdża, a Alinka ma dyżur w szpitalu i nie może się stamtąd urwać. Muszę posprzątać mieszkanie. Mam ciebie wymieść razem ze śmieciami?
    
   Witek spojrzał na mnie przekrwionymi oczami i pociągnął rzewnie nosem. Stał taki przygarbiony i żałosny, że zrobiło mi się go żal. Ale nie mogłam pozwolić sobie na sentymenty, bo czas naglił, a mieszkanie przypominało chlewik. Nagle wpadła mi do głowy szatańska myśl. Udałam, że się rozczuliłam i spojrzałam na Witka łaskawiej.
- Wituś, zrobię ci mocnej kawy i dam coś do przegryzienia. - powiedziałam słodko. - Ale najpierw musisz się umyć i otrzeźwić.
- Dobra z ciebie dziewczyna. Zaczynam cię kochać!
- Chodź do łazienki. - chwyciłam go mocno za rękę i pociągnęłam za sobą. Szedł, powłócząc nogami i chwiejąc się z boku na bok.
Z trudem dowlekłam go do łazienki i powiedziałam rozkazującym tonem:
- Zdejmuj mundur i koszulę!

Popatrzył na mnie ze zdumieniem.
- Po co mam się rozbierać? Masz zamiar uprawiać ze mną seks?
- Jakbym chciała się z tobą kochać, zawlekłabym cię na tapczan, a nie do wanny. No, dalej, rozbieraj się!
Wzruszył ramionami i posłusznie zdjął bluzę mundurową i koszulę. Wskazałam, żeby zdjął gimnastiorkę, która jeszcze miał na sobie. Potrząsnął głową, ale zdjął. Wtedy chwyciłam go za szyję, przegięłam do wanny i puściłam na niego zimny prysznic. Próbował się wyrywać i klął głośno, ale lodowaty strumień wody podziałał i Witek zaczął trzeźwieć.

- No, teraz umyj zęby i wypłucz usta. Ja za ten czas zrobię ci kawę i coś do przegryzienia. - rzuciłam mu duży frotowy ręcznik i wyszłam z łazienki.
Wróciłam do kuchni i zaczęłam szukać kawy i jajek. Nastawiłam wodę na gazie i prędko usmażyłam jajecznicę z czterech jaj. Witek musiał się wzmocnić, bo zamierzałam go wykorzystać. Bynajmniej nie seksualnie, ale do pomocy w sprzątaniu! Przyszedł z łazienki z przytomniejszą twarzą i rozejrzał się po kuchni.
- Co tu tak fajnie pachnie? Zrobiłaś mi jajecznicę? Kochana dziewczyna, bo nie jadłem obiadu. A kawa będzie?
- Będzie. Powiedz mi dlaczego tak się uchlałeś i co po przyszedłeś do mieszkania Alinki?
- A gdzie miałem pójść? W domu mam przechlapane, bo dałem po mordzie kochanemu teściowi i wylałem go na zbity pysk z mego mieszkania. Ale ta zgaga urządziła mi takie piekło, że musiałem uciekać. Wypiłem trochę za dużo, i nie miałem dokąd iść, bo mamy nie chciałem straszyć, więc przyszedłem do Alinki.

   Słuchałam jego powieści zaniepokojona. Zdawałam sobie sprawę, że naraził się bardzo niebezpiecznym ludziom.
- A dlaczego pobiłeś teścia? - zapytałam, zalewając wrzątkiem kawę w ceramicznym kubku.
- Musiałem mu wlać, bo zaczął rządzić się w moim domu, jak we własnej oborze i nazywał mnie pieprzonym komunistą. Groził, że mnie posieka kosą. No to nie wytrzymałem, dałem mu w ryj i wyrzuciłem za drzwi, a ta małpa zaczęła rzucać we mnie talerzami i garnkiem z zupą! Wtedy wyszedłem i już!
- Rozumiem, że się zdenerwowałeś, ale musisz uważać, To źli ludzie, mogą zrobić ci krzywdę. Zjedz i wypij kawę, potem pomożesz mi sprzątnąć ten bałagan.
- Stary jestem, nie mam siły. - stęknął, siadając przy stole i przysuwając bliżej patelnię z jajkami. Łyknął kawy i westchnął. - Czemu ja się z tobą nie ożeniłem, tylko z tą zmorą?
- Bo zapomniałeś mi się oświadczyć. A ty myślisz, że ja mam siłę do sprzątania?Jestem zmęczona jak pies, ale muszę Alince pomóc.
    Rozejrzałam się bacznie po kuchni. No, nie wyglądała najlepiej. Białe kafelki przy zlewie nie były myte od miesiąca. W zlewie leżało co najmniej dziesięć garnków i tyleż talerzy – wszystkie brudne! Szklanek i kubków nie liczyłam. Linoleum na podłodze naniesione było błotem, widocznie moja przyjaciółka nie zdejmowała butów w przedpokoju. Kosz na śmieci był pełen, brzydko woniał, a odpadki wylewały się z niego na podłogę. Białe mebelki, które obie wybierałyśmy w sklepie, także potrzebowały gwałtownie wody i mydła.

   W sypialni tapczan był nie posłany, a pościel nieświeża. Wykładzina nie odkurzona, a w drugim pokoju także brakowało tylko dziada z babą! Rozpacz w ciapki! Boże święty, kiedy ja to posprzątam? Ale nawet w myślach nie winiłam Alinki. Ona naprawdę była strasznie zapracowana. Jako znakomity specjalista neurochirurg, miała mnóstwo pacjentów i niemal stałe dyżury w szpitalu. Przychodziło późnym wieczorem lub w nocy, nieludzko zmęczona i rzucała się na tapczan. Kiedy miała sprzątać? W ustroju socjalistycznym, młodzi lekarze gosposi nie miewali.
    Poszukałam fartucha, ubrałam go i wzięłam się do mycia garów. Za ten czas Witek wypił kawę i wyskrobał do czysta patelnie.
- Wituś, przestań się lenić, bo tu chodzi o szczęście twojej siostry. Bierz kubeł i wynieś śmiecie do śmietnika. - powiedziałam, odwracając się od zlewu.
- Jestem jeszcze pijany! - mruknął naburmuszony. - I wcale nie mam ochoty słuchać twego zrzędzenia.
- Jesteś dobrym bratem, czy nie? Uważaj, bo jak mnie wnerwisz, potrafię być gorsza niż twojej zgaga! Bierz kubeł i szoruj! - krzyknęłam rozkazująco i tupnęłam nogą.

   Podniósł się leniwie, ziewnął i spojrzał na mnie z urazą.
- Baby są gorsze, od dżumy i cholery, razem wziętych. - stwierdził z goryczą, a potem wziął kubeł i lekko chwiejąc się na nogach, opuścił kuchnię, starając się zrobić to z godnością.
    Zmyłam naczynia, powycierałam i wzięłam się za meble w kuchni. Witek nie przychodził. Gdzie on, do cholery, ugrzązł? - zastanawiałam się rzuciwszy okiem na zegar. Nie było go już z piętnaście minut, a do śmietnika miał dosłownie kilka kroków. Uporawszy się z meblami, poszukałam szmaty do podłogi i nawinąwszy ją na szczotkę do zamiatania, zaczęłam zmywać podłogę w kuchni. Witka dalej nie było.
    Zaczęłam podejrzewać, ze porzucił gdzieś kubeł i powędrował do koszar. O, to by miał u mnie przechlapane! Z zaciętymi z gniewu ustami, wyszłam na klatkę schodową i zaświeciłam światło. Nagle potknęłam się o coś i o mało nie wylądowałam na posadzce. Pod drzwiami, Witek spał snem sprawiedliwego, podłożywszy sobie pod głowę rogóżkę! Kubeł stał obok niego, nadal pełny i śmierdzący! A to drań!….

   Niemal płacząc, chwyciłam ten pieroński kubeł i zbiegłam z piątego piętra. Na dworze owiało mnie przejmujące do kości zimno. Skuliłam się, biegnąc do śmietnika, bo byłam tylko w cienkim sweterku, zgrzana i spocona. Powróciłam do mieszkania, rzucając mięsem na każdym stopniu. Witek spał, smacznie pochrapując. Nie mogłam pozwolić żeby się przeziębił, więc chwyciłam go za kołnierz munduru i wytężając wszystkie siły, zaciągnęłam do przedpokoju. Przestałam się nim zajmować i wzięłam się energicznie do sprzątnięcia pokojów. Kiedy mieszkanie przestało przypominać chlewik, a zaczęło wyglądać jak normalna ludzka siedziba, spojrzałam na zegarek. Było po siedemnastej!


   Boże wielki, kiedy ja odpocznę? Tego dnia czekało mnie jeszcze kucie   łacińskich słówek i przeczytanie kilku stron Kodeksu Karnego. Musiałam także zajrzeć do Konstytucji, bo nasz Kosiarka uwielbiał łapać nas na nieznajomości Artykułów, paragrafów, czy ustępów Konstytucji. Ze złośliwą radością oznajmiał nam głośno, że nadajemy się raczej do dojenie krów w państwowym PGR-ze, niż studiowaniu prawa! Dixi!
   Chrapanie w przedpokoju ucichło i zamiast tego usłyszałam mruczenie, a potem coś spadło i się rozbiło. O Jezu! Wypadłam z kuchni niby rakieta napędzana wściekłością, i ujrzałam, jak Witek z niewinną miną, gramoli się z chodnika, na którym leżał. Obok niego poniewierały się skorupy z dużego rozbitego ceramicznego wazonu, służącego do wkładania mokrych parasolek.
- Witek, ty skunksie, kto to sprzątnie? - wysyczałam, wskazując palcem skorupy.
- No, co ty, Izunia, przecież ja nie chciałem. To tak samo się stłukło. - wymamrotał, chwytając się wieszaka i próbując stanąć w pozycji pionowej.
   Zlękłam się, że wyrwie wieszak razem z gwoździami ze ściany i pomogłam mu wstać.
- A co ja tu robię w przedpokoju? - zdziwił się naiwnie.
- Tutaj ciebie zawlokłam, bo spałeś na schodach na rogóżce, nie wyrzuciwszy śmieci.
- Nie pamiętam. - oświadczył, ale po błysku jego oczu poznałam, że wcale nie jest tak pijany, jak udaje. - To nie mogłaś mnie już zawlec na tapczan?
- Nie bądź taki dowcipny. Bierz zmiotkę i łopatkę i sprzątnij te skorupy, bo ja już nie mam siły, żeby się schylić. - poleciłam surowo.

    Mimo czerwonych oczu i bladej gęby, Witek miał w sobie taki urok, że nie potrafiłam się na niego gniewać.
- Czekaj, poskarżę się na ciebie Alince. - powiedziałam. - Zamiast mi pomóc, narobiłeś mi kłopotu. Jak mogłeś się tak urżnąć? Masz słabą głowę i taki z ciebie komandos, jak z koziej dupy trąba!
- Iza, nie obrażaj oficera Ludowego Wojska Polskiego! Nie marudź, za to nauczę cię chwytów i walki wręcz.
- Takiś mocny? To dlaczego nie zastosowałeś tych chwytów w domu, tylko zwiałeś? Witek, sprzątnij te skorupy, bo naprawdę dam ci w łeb!
  Westchnął rozdzierająco, ale posprzątał resztki z wazonu. Stwierdziwszy, że mieszkanie pachnie czystością, gotowałam się do wyjścia. Witek jeszcze myszkował w kuchni, zaglądając do lodówki i szafek.

- Iza, Staszek przyjeżdża w nocy?
- Uhm. W końcu dotarło do ciebie.
- Kotku, ale co moja siostra poda mu do jedzenia, kiedy lodówka pusta, a w szafce nie ma chleba? - usłyszałam głos Witka i zachwiałam się na nogach.
- Nie! - jęknęłam.- Dobry Boże, tylko nie to!
- Oj, sama zobacz. W lodówce dwa jajka i kawałek spleśniałego serka. Nic więcej.
- Witek, która godzina? Sklepy jeszcze otwarte?
- Nie ma osiemnastej. W Supersamie powinno być otwarte.
    Wypadłam do przedpokoju i narzuciłam na siebie płaszcz.
-Witek, dzwoń po taryfę! Muszę coś kupić do zjedzenia i ugotować, żeby Alinka mogła czymś Staszka poczęstować.
- Pojadę z tobą. - zaproponował.
- Nie mam siły żeby cię dźwigać, ty pijaku. Dzwoń, do diabła!
   
   Na szczęście sklep był jeszcze otwarty. Pośpiesznie zrobiłam zakupy, ku niezadowoleniu sprzedawczyń, którym spieszyło się do domu. Taksówką wróciłam do mieszkania Alinki i zabrałam się do gotowania. Na szczęście dostałam wątróbkę cielęcą i zrobiłam ją w sosie. Za ten czas, kazałam Witkowi obrać ziemniaki i ugotowałam je. Wystarczyło potem usmażyć je na patelni i podać do wątróbki. Jęcząc ze zmęczenia, zrobiłam jeszcze sałatkę z pomidorów i wstawiłam ją do lodówki.
   
  No, tym razem mogłam już pójść do domu. Mieszkanie lśniło czystością, lodówka była pełna, a na kuchence stała apetyczna wątróbka w sosie. 
 Witek siedział przy kuchennym stole i przypatrywał mi się z ciekawością.
- Wyjdziesz ze mną i pójdziesz do koszar, albo do mamy. Nie chcę, żebyś mi tu nabrudził. Witek, przysięgam, zabiję ciebie, gdybyś jeszcze coś sknocił. Ubieraj się, idziemy!
    Podszedł do mnie i ująwszy mnie pod boki, uniósł do góry, a potem postawił na podłodze i pocałował w usta.
- Gdybym miał taką żonę, to na klęczkach dziękowałbym za nią Bogu.  Ten Bronek ma szczęście!
- Trzeba było myśleć głową, a nie klejnotem rodzinnym. - prychnęłam złośliwie, zatrzaskując za nami drzwi wejściowe.
     Uff! Nie ma to, jak mieć przyjaciół.   c.d.n.

wtorek, 25 lipca 2017

SEKRETY RODZINNE - ALINKA MA KŁOPOTY!


  25 lipca 2017 r.
Rodzinne spotkania w XIX wieku
   Przyszło mi na myśl kilka złośliwych komentarzy, ale żadnego z nich nie powiedziałam głośno. Zmieniliśmy temat i powrócił dobry nastrój, zakropiony kilkoma kieliszkami czerwonego wina. Bronek posłał mi łobuzerskie spojrzenie.
- Proszę się nie martwić, dam sobie z nią radę.- powiedział do ojca.
- Ciekawe jak? - prychnęłam drwiąco, widząc jego spokojny uśmiech.
- Latem wezmę cię do mego śmigłowca i przelecimy się trochę.
- Bardzo chętnie, wcale się nie boję. - oznajmiłam zuchowato, choć ciarki przemknęły mi po plecach. Przeszliśmy potem z Bronkiem do mego pokoju, bo chciałam mu pokazać moją bibliotekę i płyty lubianej przez niego muzyki poważnej.
- Wiesz, - rzekł mi przed pożegnaniem. - Bardzo chciałbym żebyś poznała moją mamę i siostrę. Nasze rodziny powinny się poznać. Przecież wiesz, że traktuję znajomość z tobą bardzo poważnie.

- Wiem. Posłuchaj mnie. Ja także traktuję poważnie naszą znajomość. Ale nie chcę być popędzana. Wszystko musi przyjść z czasem. Co nagle, to po diable, a ja już raz popełniłam w życiu fatalny błąd.
- Uważasz, że przypominam twego męża?
- Na szczęście ani trochę. Dlatego spotykam się z tobą. Proszę cię, bądź cierpliwy, daj mi czas na oswojenie się z nową sytuacją. - poczułam ostry ból głowy, przycisnęłam palce do skroni i odetchnęłam głęboko. - Zrób to dla mnie!
- Zawsze będzie tak, jak ty chcesz. - powiedział, przyciągając mnie do siebie.
    Wspięłam się na palce i zarzuciłam mu po raz pierwszy ramiona na szyję. Zareagował momentalnie, obejmując mnie mocno i całując do utraty tchu. Po chwili oderwał wargi od moich ust i cicho wymówił moje imię:
- Izunia, moja Zunia! Zunieczka! Posłuchaj, nigdy inne kobiety nie były dla mnie ważne. Dopiero ty.... Już wtedy, gdy siedziałaś w tej zaspie wiedziałem, że jesteś tą dziewczyną, której szukałem przez całe życie.
- Odmroziłam sobie siedzenie. - mruknęłam ponuro na wspomnienie tej przygody.
- Mimo to, byłaś przeurocza. - zaśmiał się, tuląc mnie do siebie i całując koniec mego nosa. - Będę strasznie tęsknił, bo zobaczymy się dopiero w przyszłym roku.
   Pocałowałam go w policzek i pogładziłam jego gęstą, jasną czuprynę.
- Stałeś się dla mnie kimś bardzo ważnym, Broniu. Będę czekać na ciebie.
                                   -------------------------------------------------
    Jesień była coraz późniejsza i bardziej przykra. Często siąpił lodowaty deszcz i zamieniał ulice w błotniste bajorka. Zmrok zapadał już o szesnastej po południu i trwał do ósmej rana. Ciężko mi było jeździć na wykłady i nocami wkuwać nudne prawne formułki, ale postanowiłam, że mój chłopak koniecznie musi mieć żonę z wyższym wykształceniem. Moim marzeniem było dostać się na drugi rok studiów na Uniwersytet Jagielloński. Nieważne, że Kraków był daleko. Ale ta elitarna uczelnia przyjmowała przeważnie studentów z prominenckich rodzin, synów i córki sekretarzy partii, oraz młodzież pochodzenia robotniczo-chłopskiego. Szczególnie chłopi pchali się masowo na wyższe studia, pragnąc potem pozostać w mieście, z dala od rodzinnej wiochy.
 
Uniwersytet Jagielloński Collegium Maius

   Wprawdzie studia zaoczne rządziły się nieco innymi zasadami niż stacjonarne, lecz mimo to, dostać się na UJ było bardzo trudno. Po napadzie na mnie, ojciec za każdym razem wychodził po mnie na dworzec i przyprowadzał mnie do domu. Już wysiadając z wagonu, dostrzegałam jego wysoką sylwetkę stojącą na peronie, w ciemnym ortalionowym płaszczu. Ortalion, to był największy hit odzieżowy tamtych lat. Ten płaszcz kupiłam ojcu na imieniny, stojąc trzy godziny w piekielnej kolejce przed sklepem odzieżowym i wydzierając go z rąk stojącej za mną pani, która rozwarła na mnie gębę i sklęła od chamek!
    Tego dnia byłam zmęczona, jak przysłowiowy pies, bo poprzedniego wieczora powróciłam z wykładów, bardzo trudnych i wymagających żelaznych nerwów. Profesor „Kosiarka”, chyba miał złą noc i wyżywał się na nas, wyrywając do odpowiedzi, niby szczeniaków z podstawówki. Niemal ścięłam się z prawa rzymskiego, bo na moment miałam zaćmienie umysłu. Ze zmęczenia, po prostu zapomniałam, czego się uczyłam i jak się nazywam. Z nagła wyrwana do odpowiedzi, zaczęłam się jąkać i dukać. W oczach profesora ujrzałam już płomień mściwej radości, lecz w ostatniej chwili przypomniałam sobie tę cholerną formułkę i wyrecytowałam ją bez błędu. Był zawiedziony, ale już nie mógł mnie udupić.
    Ten dzień był naprawdę pechowy, bo w pracy miałam mnóstwo kłopotów z jakąś fakturą, która była lecz zniknęła, diabli ją wiedzą gdzie. Szukałyśmy jej wszystkie, bo faktury zażyczył sobie dyrektor ekonomiczny i dopiero, kiedy byłyśmy u kresu rozpaczy, znalazła się! Leżała w biurku u Wiesi! Wróciłam z pracy do domu taka zmęczona, że nie miałam wcale apetytu, mimo że obiad, jak zawsze, był pyszny. Mamlałam leniwie drugie danie, marząc o położeniu się do łóżka i zaśnięciu.
    Nie ruszyłam się nawet wtedy, gdy zadzwonił telefon. Westchnęłam tylko pomyślawszy, jacy szczęśliwi byli ludzie w czasach, kiedy nie było jeszcze telefonów i zamiast tego, pisano do siebie długie listy. Telefon dzwonił jak wściekły, a ja nie ruszałam się z krzesła.
- Kotuniu, ktoś dzwoni! - zawołała z kuchni mama.
- A niech dzwoni. To on ma interes, nie ja. - powiedziałam ospale, nadziewając na widelec kawałek pieczeni.
    
  Mama nie była taka cierpliwa i przybiegła z kuchni, chwytając aż czerwoną już chyba słuchawkę telefonu. Powiedziała :
- Halo? - i uśmiechnięta wyciągnęła telefon w moją stronę. - Do ciebie, kiciu.
- Jeeezu! - jęknęłam z rozpaczą, - Dlaczego nie ma mnie w domu?
- No, odbierz. - ponagliła mnie mama. - To Alinka.
- Widocznie chce mnie dobić! - powiedziałam wstając i idąc do biurka. - Cześć, Alisiu. Co słychać? - wybełkotałam, przełykając pośpiesznie mięso.
- Izuniu, słoneczko ty moje, słodka pralinko. Powiem ci dwie wielkie nowiny. Jedna dobra, a druga zła. Od której zacząć?
- Oho, jak już słoneczko i pralinka, to pewnie coś niemiłego. - mruknęłam. - Gadaj!
- Dziś w nocy przyjeżdża Staszek! - wypaliła, niebotycznie szczęśliwa. - Nareszcie będę miała męża w domu! Załatwił wszelkie formalności, zameldował się w naszym mieście i przyjeżdża. Od poniedziałku zaczyna pracę w moim szpitalu.
    Ucieszyłam się, bo bardzo lubiłam Stasia i wiedziałam, że Alinka jest w siódmym niebie.
- To wspaniale. Przy sposobności musimy to oblać. A ta zła wiadomość?
    W telefonie przez dłuższą chwilę zapadła cisza.
- Oniemiałaś, skarbie? - spytałam słodko, bo już czułam, że ta nowina powali mnie na kolana.
- Izuchna, jesteś przyjaciółką? Kochasz mnie troszeczkę? - rozległ się w słuchawce pokorny głosik.
- Kocham cię, ale nie daj mi dłużej czekać, bo mnie szlag trafi, a mama oskarży ciebie o znęcanie się nad pacjentką.
- Już mówię! Wyobraź sobie, że dwie koleżanki poszły na zwolnienie, bo mają grypę. A kolega neurochirurg złamał nogę i jestem sama na dyżurze. Mam mnóstwo pacjentów, bo ludzie właśnie dziś postanowili porozbijać sobie głowy i połamać kręgosłupy.
- No dobrze, ale ja nie zastąpię ciebie przy stole operacyjnym. - zauważyłam trzeźwo. - Powinnaś być szczęśliwa, że Staszek przyjeżdża i że nadal cię kocha, choć nie wiem za co.
    W telefonie znowu zapadła cisza i usłyszałam rzewne chlipnięcie pani doktor.
- Iza, jak on zobaczy ten bajzel w domu, to się zaraz odkocha! - załkała. - Przez dwa tygodnie byłam taka zapracowana, że do domu szłam tylko przespać się i rano z powrotem do szpitala. W ludowej ojczyźnie młoda lekarka ma ciężkie życie. Jak Stach wejdzie do tego burdelu, to pewnie weźmie ze mną rozwód, bo pomyśli, że jestem flejtuch. Izunia, skarbie, ratuj!
- Co mam zrobić? - spytałam słabym głosem, chwytając się biurka.
- Może byś tam trochę posprzątała? Tylko trochę, nie musisz się wysilać. Co niepotrzebne wrzucaj do szafy, albo do wersalki. Potem sama posprzątam. Ale teraz nie mogę się urwać nawet na moment. Mój słodki cukiereczku….
    
  Przysiadłam na krześle czując, że za moment zemdleję, albo zacznę ohydnie kląć.
- Ale pogrzeb na twój koszt! - wycedziłam niemal szeptem.
- Jaki pogrzeb? - zdziwiła się serdecznie Alinka.
- Mój! - ryknęłam basem. - Kupisz mi gustowną trumnę i nową suknię. Zamówisz fryzjera, bo nieuczesana, nie pójdę na tamten świat. Zawsze mi mówili, żebym się trzymała z daleka od konowałów!
- Izuchna, pójdziesz?
- Nie! Zaniosą mnie! Przecież nie mam kluczy, idiotko. Palcem otworzę drzwi?
- Aha, racja. To zaraz poślę do ciebie woźnego z kluczami. Niech jedzie karetką na sygnale, byle prędzej.
- Świetnie, pani doktor, może się po drodze rozwali. - powiedziałam z nadzieją.
- Dziękuję, mój skarbie. Jesteś równiacha! - wykrzyknęła Alinka z entuzjazmem, odkładając słuchawkę.
    Woźny się nie rozwalił i w rekordowo szybkim czasie dostarczył mi klucze. Na samą myśl, ze muszę brnąć w tym błocku i w ciemnościach na drugi koniec miasta, dostałam zimnych dreszczy. Klnąc pod nosem, włożyłam na siebie byle co, i wezwałam taksówkę.
- Żegnaj, mamo! - powiedziałam żałobnym tonem, wychodząc z domu.
    
    Pod domem Alinki, zapłaciłam taksówkarzowi należność i zaczęłam wspinać się na piąte piętro, przeklinając swój los na każdym stopniu. Stanęłam pod drzwiami i poszukałam kluczy. Weszłam do przedpokoju i skrzywiłam się z niesmakiem. To mieszkanie nie było chyba wietrzone od miesiąca! 
   Na wieszaku wisiały jakieś stare i nowe ciuchy, pod nim leżał połamany przez wiatr parasol i dwie pary brudnych bucików. Było ciemno i śmierdziało. Podejrzliwie pociągnęłam nosem, czując zapach alkoholu. Czyżby Alinka wieczorem urżnęła się co nieco? Wzruszyłam ramionami i weszłam do kuchni. Zanim zapaliłam światło, stanęłam jak wryta, bo w ciemności usłyszałam coś, jakby czyjś oddech.
    Ktoś tu był! Drżąc z przerażenia, sięgnęłam w panice do kontaktu i zapaliłam światło. Potem bardzo głośno i bardzo brzydko zaklęłam. c.d.n.

niedziela, 23 lipca 2017

SEKRETY RODZINNE - ŚWIĘTO KOŚCIELNE, CZY PAŃSTWOWE?


  23 lipca 2017 r.
Dwor w Burbiszkach. Należał do von Bayden-Bażeńskich. Emilia Bażeńska, córka właściciela, w tym dworze poślubiła pisarza Kornela Makuszyńskiego.
   - Moja rodzina także straciła majątek na kresach. - wspomniał ojciec. - A dom, który wybudował mój ojciec przed wojną, dostał się w ręce UB-owców. Wyrzucili z niego moją matkę, sędziwą staruszkę i siostrę, zmuszając je do szukania nowego dachu nad głową. Młodsza siostra była więziona i w czasie przesłuchania połamano jej palce, a była pianistką. Jej mąż inżynier, zaginął w pierwszych dniach wojny we Lwowie. Żyliśmy od trzystu lat na kresach, bo te ziemie, otrzymał za zasługi wojenne, jeden z naszych przodków, od króla Zygmunta III Wazy. Wszystkie dokumenty, akty nadania, zostały podarte przez UB-owców w czasie nagłej rewizji i aresztowania siostry. Zniszczyli nasze drzewo genealogiczne, w większej części nie do odtworzenia, bo kościoły i urzędy na kresach już nie istnieją. Wiele polało się tam polskiej krwi, wiele mogił kryje polskie kości, poległych rycerzy i żołnierzy polskich, ale dziś to już obce państwo, w którym pozostałości po Polakach są niszczone lub ukrywane.
- Moja rodzina także ma korzenie na kresach. - rzekł Bronek. - W naszych stronach Ukraińcy w 1945 roku, zaczęli mordować Polaków. Mamę i nas uratował oficer radziecki, który wywiózł nas samochodem, dosłownie w przeddzień napadów. Sąsiedzi mieszkający w pobliskim dworze zginęli straszną śmiercią. Żeby nie ten dobry Rosjanin już byśmy dawno nie żyli.
    Nie lubiłam wracać pamięcią do tragicznych wspomnień, więc wstałam z krzesła i powiedziałam do Bronka:
- Chodź ze mną do kuchni.
    Mama i ojciec spojrzeli na mnie ze zdumieniem, a ja wzięłam Bronka za rękę i pociągnęłam za sobą.
- Co tak pięknie pachnie? - spytał, pociągając nosem.
    Otwarłam piekarnik i wyjęłam z niego przykryty pokrywą półmisek, pełen pierożków z mięsem, polanych smalcem ze skwarkami. Podałam jeden pierożek Bronkowi.
- Żołnierze lubią konkrety. Masz, spróbuj, czy ci smakuje.
    Pierożek zniknął w mgnieniu oka.
- Iza, po prostu przepyszny! - mlasnął i rozpromienił się. - Twoja mamusia genialnie gotuje.
- To nie mamusia, tylko ja gotowałam. Chcesz więcej?
- A można?
- Pewnie. Jak ci smakuje, to zaraz nałożę ci pierogi na talerz. - powiedziałam, wyjmując z kredensu porcelanowy talerz.
    Pierożki polałam skwarkami i razem z widelcem podałam Bronkowi. Usiadł przy kuchennym stole i z wielkim apetytem zabrał się do jedzenia.


- Dziewczyno, kto cię nauczył tak świetnie gotować? - spytał, nie przerywając jedzenia.
- Jako młoda panna umiałam zagotować wodę na herbatę. Nic więcej. Ale w Warszawie, gdy źle przyrządziłam jedzenie, mój kat pytał mnie uprzejmie: - Chcesz w mordę? Nie chciałam, ale i tak dostawałam w mordę i pięścią w zęby. Musiałam się prędko nauczyć gotowania, aby uniknąć bicia. Na szczęście miałam cudowną sąsiadkę, której zawdzięczam życie. Ona uczyła mnie gotowania, a po powrocie do domu, edukację uzupełniła moja mama.
    Bronek przestał jeść i patrzył na mnie w milczeniu.
- Taki mężczyzna nie jest wart, żeby żyć. - szepnął cicho.
- O, przepraszam. Wcale nie chciałam, żeby to tak zabrzmiało. Nie powinnam opowiadać takich rzeczy przy jedzeniu. To już przeszłość, ale niekiedy powraca, dlatego boję się o ciebie.
- Iza, przyprowadź pana kapitana do pokoju. Co robisz w kuchni? - zawołała mama.
- Częstuję naszego gościa pierogami. Już idziemy. Broniu, weź talerz i chodźmy, bo nie wypada, żeby gość siedział w kuchni.
- Ja naprawdę nie wiem, co mam więcej chwalić. - powiedział, wkraczając z talerzem do pokoju. - Czy ten przepyszny placek, dzieło mamy, czy te znakomite pierożki, dzieło córki. Jest pan szczęśliwym człowiekiem, mając takie dwie gospodynie. - zwrócił się do ojca.
- Czasami są strasznie kłótliwe, ale jakoś wytrzymuję z nimi. - oznajmił tata z powagą. - Czy zechce pan potem zagrać ze mną w partyjkę szachów? Iza odstąpi mi pana na godzinkę, prawda?
- No, niechbym spróbowała odmówić! - westchnęłam z rezygnacją. - Tato, niechże on skończy jeść!
- Ależ z największą przyjemnością, bo lubię grać w szachy. - Bronek prędko uporał się z ostatnimi pierogami i odniósł talerz do kuchni, myjąc go nad zlewem.
- Widzisz? - mama posłała ojcu oskarżycielskie spojrzenie. - Pan Bronek umył talerz, a ty nawet powycierać po myciu nie chcesz.
- Stary jestem i kości mnie bolą. - oświadczył tata jękliwym tonem i powstał z fotela, przygotowując stolik do gry w szachy.

- Leniuch! - mruknęła mama pod nosem.
- Panie Bronku, niech się pan nie żeni, bo kobiety nie szanują mężów, nawet starych. - odgryzł się tata, wzruszając ramionami.
- Ale pan jakoś to wytrzymuje? - powiedział Orlicki wesoło.
- Bo już nie mam innego wyboru. - westchnął tata i zaczął rozstawiać pionki na szachownicy.
    Zatrzymywany przez rodziców i mnie, Bronek siedział u nas do późnego wieczora. Pamiętam, że rozmawialiśmy bardzo wesoło, komentując gafy naszych politycznych władców. Bronek wspaniale naśladował rozwlekły głos Gomułki i fatalną składnię zdań w jego przemówieniach.
Obchody Millenium. Gomyłka przemawia w Poznaniu.
    A było o czym mówić, bo rok 1966 był rokiem Tysiąclecia Państwa Polskiego. Na tym tle dochodziło do bardzo ostrych zadrażnień pomiędzy Komitetem Centralnym PZPR, a Kościołem w Polsce. Partia postanowiła, że obchody będą świeckie, natomiast kardynał Wyszyński, w każdej homilii podkreślał, że chodzi o przyjęcie chrztu przez księcia Mieszka I, i wejście Polski do kręgu krajów chrześcijańskich o kulturze zachodniej. Trzeba przyznać, że władze partyjne postawiły sobie ambitne zadanie uczczenia Tysiąclecia Państwa Polskiego. 1000 Szkół na Tysiąclecie! Nie było to hasło rzucone na wiatr, bo szkoły powstały i stoją do dzisiaj. Wyprodukowano dużego Fiata, oraz wybudowano wiele osiedli i bloków mieszkalnych. Kościół ze swojej strony robił absolutnie wszystko, żeby podkreślić religijną stronę doniosłej uroczystości Millenium.
Arcybiskup Karol Wojtyła 3 Maja 1966 na Jasnej Górze.
    Na tym tle doszło po poważnych starć. 3 maja na Jasnej Górze odbyły się centralne uroczystości Millenium, a mszę celebrował arcybiskup Karol Wojtyła. W tym samym dniu w Katowicach odbyła się wielka manifestacja z okazji 45-lecia III Powstania Śląskiego, włączonego do obchodów Tysiąclecia.
Prymas Stefan Wyszyński i arcybiskup Wojtyła na Jasnej Górze.
    26 maja w Brzegu, nastąpiło dramatyczne w skutkach starcie pomiędzy wiernymi, a ZOMO. Sprawa poszła o niepłacenie podatków przez dziekana tamtejszego kościoła księdza Makarskiego. Władze, za zaległości podatkowe, postanowiły zająć budynek, tak zwaną wikarówkę, gdzie odbywały się lekcje katechezy. Budynek miał być zaadoptowany na przychodnię. Lecz ZOMO-wców mających asystować w eksmisji, powitały protesty zgromadzonych tam ponad dwóch tysięcy ludzi, ZOMO zaczęło rozpędzać protestujących stosując pałki i granaty gazowe. 
26 maja 1966 r. w Brzegu.
   Jeden z granatów wpadł do dziecinnego wózka. Wtedy rozpoczęła się prawdziwa walka, trwająca w całym mieście do wieczora. Rozruchy brzeskie były najostrzejszą konfrontacją po wypadkach poznańskich z 1956 roku. Aresztowano wiele osób, wyroki były surowe. 
   Bronek wychowany przez bardzo religijną matkę, był oburzony „aresztowaniem” kopii obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej, peregrynującego po kraju. Sam obraz odesłano na Jasną Górę, a w dalszej pielgrzymce uczestniczyły tylko same ramy obrazu.
- To skandal! - rzekł nie kryjąc gniewu. - Ludzie powinni mieć prawo do praktyk religijnych. Jesteśmy narodem katolickim.
- A kto im zabrania? - odezwałam się zimno, bo nauki wychowania socjalistycznego nie poszły w las. - Przecież mogą iść do kościoła i modlić się. Milicja do kościołów nie wchodzi. Ale obwożenie się z obrazami po Polsce, gdzie dochodzi do konfrontacji z milicją, jest moim zdaniem, narażaniem wiernych na konflikt z władzą. To średniowiecze.
- To był obraz Matki Boskiej! - upierał się Bronek. - Obrazu się bali?
Peregrynacja kopii obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej.
   - Z pewnością nie, bo jest strasznie kiczowaty! - powiedziałam lekko, narażając się na groźne spojrzenie mamy. - Po prostu chcieli zapobiec awanturom na tle religijnym. Broniu, przyznaj, że Kościół często sam prowokuje do starć z milicją. Polityczne kazania, odmowa płacenia podatków, wyciąganie wiernych na ulice. Przecież zdają sobie sprawę, że władze nie będą tolerować tego rodzaju zachowań. Ostatecznie wszyscy płacimy podatki, więc Kościół również nie powinien być wyjątkiem.
- Izabela! - w głosie mamy brzmiała ostrzegawcza nuta. - Może porozmawiasz o pogodzie?
Millenium. Defilada Wojskowa 22 lipca 1966r.
- Nie, to bardzo ważny temat! - zawołał Bronek z ożywieniem. - A pamiętasz te zajścia 26 czerwca w Warszawie, kiedy milicja rozpędziła uczestników uroczystości milenijnych i pobiła ludzi? Za to 22 lipca urządzono defiladę wojskową, spędzając żołnierzy z całej Polski. Defiladę przyjmował sam marszałek Spychalski! Uniknąłem tego spędu, bo akurat miałem kilka dni urlopu, ale moi koledzy lotnicy mieli za swoje. Ludzie byli tak przemęczeni, że doszło nawet do paru kraks, ale o tym się nie mówi.
 
Millenium Defilada 22 lipca 1966 r

- Broneczku, żyjemy w państwie bezwyznaniowym, więc trudno oczekiwać, żeby władza tolerowała samowolę duchowieństwa, pamiętającego jeszcze czasy przedwojenne. Przypomnij sobie, że Kościół w Polsce był wówczas najbogatszym obszarnikiem ziemskim. Bogatszym od Radziwiłłów, Potockich i Lubomirskich, razem wziętych. A zresztą istnieją przecież księża, którzy pogodzili się z ustrojem i służą państwu.
- Owszem, tak zwani „księżą patrioci”! Iza, to są tajni agenci Służby Bezpieczeństwa, a przedtem UB. Nie radziłbym ci chodzić do nich do spowiedzi.
Millenium Defilada wojskjowa 22 lipca 1966 r.
 - Możesz być spokojny, nie chodzę do spowiedzi! To nie jest sakrament tylko wymysł papieża Innocentego z XII wieku, walczącego z kacerzami. - oznajmiłam z całym spokojem, patrząc mu prosto w oczy. - Nie jestem dewotką, ale w sprawach wiary mam swoje zdanie, i będziesz musiał się z tym pogodzić, albo zrezygnować ze znajomości ze mną.
- Iza, rany boskie! - jęknęła mama. - Panie Broneczku, przepraszam, ona dziś chyba wstała lewą nogą.
- Iza ma prawo do własnego zdania. Jeżeli myślisz, że mnie tym zniechęcisz, to się pomyliłaś. - Orlicki ujął moją rękę leżącą na poręczy fotela i ucałował. - Nie mam zamiaru ingerować w twoje życie prywatne. Porozmawiamy o tym innym razem, nie psujmy sobie wieczoru.
- A mówiłem panu, że kobiety są kłótliwe. - zauważył ojciec, patrząc na mnie ironicznie. c.d.n.