wtorek, 25 lipca 2017

SEKRETY RODZINNE - ALINKA MA KŁOPOTY!


  25 lipca 2017 r.
Rodzinne spotkania w XIX wieku
   Przyszło mi na myśl kilka złośliwych komentarzy, ale żadnego z nich nie powiedziałam głośno. Zmieniliśmy temat i powrócił dobry nastrój, zakropiony kilkoma kieliszkami czerwonego wina. Bronek posłał mi łobuzerskie spojrzenie.
- Proszę się nie martwić, dam sobie z nią radę.- powiedział do ojca.
- Ciekawe jak? - prychnęłam drwiąco, widząc jego spokojny uśmiech.
- Latem wezmę cię do mego śmigłowca i przelecimy się trochę.
- Bardzo chętnie, wcale się nie boję. - oznajmiłam zuchowato, choć ciarki przemknęły mi po plecach. Przeszliśmy potem z Bronkiem do mego pokoju, bo chciałam mu pokazać moją bibliotekę i płyty lubianej przez niego muzyki poważnej.
- Wiesz, - rzekł mi przed pożegnaniem. - Bardzo chciałbym żebyś poznała moją mamę i siostrę. Nasze rodziny powinny się poznać. Przecież wiesz, że traktuję znajomość z tobą bardzo poważnie.

- Wiem. Posłuchaj mnie. Ja także traktuję poważnie naszą znajomość. Ale nie chcę być popędzana. Wszystko musi przyjść z czasem. Co nagle, to po diable, a ja już raz popełniłam w życiu fatalny błąd.
- Uważasz, że przypominam twego męża?
- Na szczęście ani trochę. Dlatego spotykam się z tobą. Proszę cię, bądź cierpliwy, daj mi czas na oswojenie się z nową sytuacją. - poczułam ostry ból głowy, przycisnęłam palce do skroni i odetchnęłam głęboko. - Zrób to dla mnie!
- Zawsze będzie tak, jak ty chcesz. - powiedział, przyciągając mnie do siebie.
    Wspięłam się na palce i zarzuciłam mu po raz pierwszy ramiona na szyję. Zareagował momentalnie, obejmując mnie mocno i całując do utraty tchu. Po chwili oderwał wargi od moich ust i cicho wymówił moje imię:
- Izunia, moja Zunia! Zunieczka! Posłuchaj, nigdy inne kobiety nie były dla mnie ważne. Dopiero ty.... Już wtedy, gdy siedziałaś w tej zaspie wiedziałem, że jesteś tą dziewczyną, której szukałem przez całe życie.
- Odmroziłam sobie siedzenie. - mruknęłam ponuro na wspomnienie tej przygody.
- Mimo to, byłaś przeurocza. - zaśmiał się, tuląc mnie do siebie i całując koniec mego nosa. - Będę strasznie tęsknił, bo zobaczymy się dopiero w przyszłym roku.
   Pocałowałam go w policzek i pogładziłam jego gęstą, jasną czuprynę.
- Stałeś się dla mnie kimś bardzo ważnym, Broniu. Będę czekać na ciebie.
                                   -------------------------------------------------
    Jesień była coraz późniejsza i bardziej przykra. Często siąpił lodowaty deszcz i zamieniał ulice w błotniste bajorka. Zmrok zapadał już o szesnastej po południu i trwał do ósmej rana. Ciężko mi było jeździć na wykłady i nocami wkuwać nudne prawne formułki, ale postanowiłam, że mój chłopak koniecznie musi mieć żonę z wyższym wykształceniem. Moim marzeniem było dostać się na drugi rok studiów na Uniwersytet Jagielloński. Nieważne, że Kraków był daleko. Ale ta elitarna uczelnia przyjmowała przeważnie studentów z prominenckich rodzin, synów i córki sekretarzy partii, oraz młodzież pochodzenia robotniczo-chłopskiego. Szczególnie chłopi pchali się masowo na wyższe studia, pragnąc potem pozostać w mieście, z dala od rodzinnej wiochy.
 
Uniwersytet Jagielloński Collegium Maius

   Wprawdzie studia zaoczne rządziły się nieco innymi zasadami niż stacjonarne, lecz mimo to, dostać się na UJ było bardzo trudno. Po napadzie na mnie, ojciec za każdym razem wychodził po mnie na dworzec i przyprowadzał mnie do domu. Już wysiadając z wagonu, dostrzegałam jego wysoką sylwetkę stojącą na peronie, w ciemnym ortalionowym płaszczu. Ortalion, to był największy hit odzieżowy tamtych lat. Ten płaszcz kupiłam ojcu na imieniny, stojąc trzy godziny w piekielnej kolejce przed sklepem odzieżowym i wydzierając go z rąk stojącej za mną pani, która rozwarła na mnie gębę i sklęła od chamek!
    Tego dnia byłam zmęczona, jak przysłowiowy pies, bo poprzedniego wieczora powróciłam z wykładów, bardzo trudnych i wymagających żelaznych nerwów. Profesor „Kosiarka”, chyba miał złą noc i wyżywał się na nas, wyrywając do odpowiedzi, niby szczeniaków z podstawówki. Niemal ścięłam się z prawa rzymskiego, bo na moment miałam zaćmienie umysłu. Ze zmęczenia, po prostu zapomniałam, czego się uczyłam i jak się nazywam. Z nagła wyrwana do odpowiedzi, zaczęłam się jąkać i dukać. W oczach profesora ujrzałam już płomień mściwej radości, lecz w ostatniej chwili przypomniałam sobie tę cholerną formułkę i wyrecytowałam ją bez błędu. Był zawiedziony, ale już nie mógł mnie udupić.
    Ten dzień był naprawdę pechowy, bo w pracy miałam mnóstwo kłopotów z jakąś fakturą, która była lecz zniknęła, diabli ją wiedzą gdzie. Szukałyśmy jej wszystkie, bo faktury zażyczył sobie dyrektor ekonomiczny i dopiero, kiedy byłyśmy u kresu rozpaczy, znalazła się! Leżała w biurku u Wiesi! Wróciłam z pracy do domu taka zmęczona, że nie miałam wcale apetytu, mimo że obiad, jak zawsze, był pyszny. Mamlałam leniwie drugie danie, marząc o położeniu się do łóżka i zaśnięciu.
    Nie ruszyłam się nawet wtedy, gdy zadzwonił telefon. Westchnęłam tylko pomyślawszy, jacy szczęśliwi byli ludzie w czasach, kiedy nie było jeszcze telefonów i zamiast tego, pisano do siebie długie listy. Telefon dzwonił jak wściekły, a ja nie ruszałam się z krzesła.
- Kotuniu, ktoś dzwoni! - zawołała z kuchni mama.
- A niech dzwoni. To on ma interes, nie ja. - powiedziałam ospale, nadziewając na widelec kawałek pieczeni.
    
  Mama nie była taka cierpliwa i przybiegła z kuchni, chwytając aż czerwoną już chyba słuchawkę telefonu. Powiedziała :
- Halo? - i uśmiechnięta wyciągnęła telefon w moją stronę. - Do ciebie, kiciu.
- Jeeezu! - jęknęłam z rozpaczą, - Dlaczego nie ma mnie w domu?
- No, odbierz. - ponagliła mnie mama. - To Alinka.
- Widocznie chce mnie dobić! - powiedziałam wstając i idąc do biurka. - Cześć, Alisiu. Co słychać? - wybełkotałam, przełykając pośpiesznie mięso.
- Izuniu, słoneczko ty moje, słodka pralinko. Powiem ci dwie wielkie nowiny. Jedna dobra, a druga zła. Od której zacząć?
- Oho, jak już słoneczko i pralinka, to pewnie coś niemiłego. - mruknęłam. - Gadaj!
- Dziś w nocy przyjeżdża Staszek! - wypaliła, niebotycznie szczęśliwa. - Nareszcie będę miała męża w domu! Załatwił wszelkie formalności, zameldował się w naszym mieście i przyjeżdża. Od poniedziałku zaczyna pracę w moim szpitalu.
    Ucieszyłam się, bo bardzo lubiłam Stasia i wiedziałam, że Alinka jest w siódmym niebie.
- To wspaniale. Przy sposobności musimy to oblać. A ta zła wiadomość?
    W telefonie przez dłuższą chwilę zapadła cisza.
- Oniemiałaś, skarbie? - spytałam słodko, bo już czułam, że ta nowina powali mnie na kolana.
- Izuchna, jesteś przyjaciółką? Kochasz mnie troszeczkę? - rozległ się w słuchawce pokorny głosik.
- Kocham cię, ale nie daj mi dłużej czekać, bo mnie szlag trafi, a mama oskarży ciebie o znęcanie się nad pacjentką.
- Już mówię! Wyobraź sobie, że dwie koleżanki poszły na zwolnienie, bo mają grypę. A kolega neurochirurg złamał nogę i jestem sama na dyżurze. Mam mnóstwo pacjentów, bo ludzie właśnie dziś postanowili porozbijać sobie głowy i połamać kręgosłupy.
- No dobrze, ale ja nie zastąpię ciebie przy stole operacyjnym. - zauważyłam trzeźwo. - Powinnaś być szczęśliwa, że Staszek przyjeżdża i że nadal cię kocha, choć nie wiem za co.
    W telefonie znowu zapadła cisza i usłyszałam rzewne chlipnięcie pani doktor.
- Iza, jak on zobaczy ten bajzel w domu, to się zaraz odkocha! - załkała. - Przez dwa tygodnie byłam taka zapracowana, że do domu szłam tylko przespać się i rano z powrotem do szpitala. W ludowej ojczyźnie młoda lekarka ma ciężkie życie. Jak Stach wejdzie do tego burdelu, to pewnie weźmie ze mną rozwód, bo pomyśli, że jestem flejtuch. Izunia, skarbie, ratuj!
- Co mam zrobić? - spytałam słabym głosem, chwytając się biurka.
- Może byś tam trochę posprzątała? Tylko trochę, nie musisz się wysilać. Co niepotrzebne wrzucaj do szafy, albo do wersalki. Potem sama posprzątam. Ale teraz nie mogę się urwać nawet na moment. Mój słodki cukiereczku….
    
  Przysiadłam na krześle czując, że za moment zemdleję, albo zacznę ohydnie kląć.
- Ale pogrzeb na twój koszt! - wycedziłam niemal szeptem.
- Jaki pogrzeb? - zdziwiła się serdecznie Alinka.
- Mój! - ryknęłam basem. - Kupisz mi gustowną trumnę i nową suknię. Zamówisz fryzjera, bo nieuczesana, nie pójdę na tamten świat. Zawsze mi mówili, żebym się trzymała z daleka od konowałów!
- Izuchna, pójdziesz?
- Nie! Zaniosą mnie! Przecież nie mam kluczy, idiotko. Palcem otworzę drzwi?
- Aha, racja. To zaraz poślę do ciebie woźnego z kluczami. Niech jedzie karetką na sygnale, byle prędzej.
- Świetnie, pani doktor, może się po drodze rozwali. - powiedziałam z nadzieją.
- Dziękuję, mój skarbie. Jesteś równiacha! - wykrzyknęła Alinka z entuzjazmem, odkładając słuchawkę.
    Woźny się nie rozwalił i w rekordowo szybkim czasie dostarczył mi klucze. Na samą myśl, ze muszę brnąć w tym błocku i w ciemnościach na drugi koniec miasta, dostałam zimnych dreszczy. Klnąc pod nosem, włożyłam na siebie byle co, i wezwałam taksówkę.
- Żegnaj, mamo! - powiedziałam żałobnym tonem, wychodząc z domu.
    
    Pod domem Alinki, zapłaciłam taksówkarzowi należność i zaczęłam wspinać się na piąte piętro, przeklinając swój los na każdym stopniu. Stanęłam pod drzwiami i poszukałam kluczy. Weszłam do przedpokoju i skrzywiłam się z niesmakiem. To mieszkanie nie było chyba wietrzone od miesiąca! 
   Na wieszaku wisiały jakieś stare i nowe ciuchy, pod nim leżał połamany przez wiatr parasol i dwie pary brudnych bucików. Było ciemno i śmierdziało. Podejrzliwie pociągnęłam nosem, czując zapach alkoholu. Czyżby Alinka wieczorem urżnęła się co nieco? Wzruszyłam ramionami i weszłam do kuchni. Zanim zapaliłam światło, stanęłam jak wryta, bo w ciemności usłyszałam coś, jakby czyjś oddech.
    Ktoś tu był! Drżąc z przerażenia, sięgnęłam w panice do kontaktu i zapaliłam światło. Potem bardzo głośno i bardzo brzydko zaklęłam. c.d.n.