wtorek, 18 lipca 2017

SEKRETY RODZINNE - JESTEM SZCZĘŚLIWA!


18 lipca 2017 r.


   Zaczęłam opowiadać od początku, od tego fatalnego w skutkach dansingu, na którym poznałam Romanowicza. Orkiestra zaczęła grać, pary poruszały się rytmicznie po parkiecie, a ja mówiłam. Orlicki oparł się ramionami o stolik i wpatrywał się we mnie szeroko rozwartymi oczami, nie przerywając mi ani słowem, ani gestem. Kiedy opowiadałam jak mąż zgwałcił mnie w pierwszy dzień naszego małżeństwa, zauważałam że Bronek zacisnął pięści. Mówiłam bez osłonek o wszystkich brudach i okropieństwach, jakie przeżyłam. Kiedy doszłam do momentu, gdy mąż przyłożył mi lufę pistoletu do głowy, żeby zmusić mnie do ustępstwa, Orlicki przerwał mi, gwałtownie chwytając mnie za rękę.
- To dlatego zemdlałaś, jak Witek żartem dotknął palcem twojej głowy?- zawołał. - Boże, ten potwór zasłużył na śmierć! Zabiłbym go, gdyby jeszcze żył!
- Na szczęście dla mnie i dla ciebie, nie żyje. - westchnęłam.
    Nie zdradziłam, w jaki sposób uwolniłam się od męża i co łączyło mnie z Borysem. To była moja tajemnica i wiedziała o niej jedynie Alinka – nikt więcej. Wspomniałam tylko, że dowództwo dowiedziawszy się o hazardowej grze Romanowicza, zwolniło go z wojska, wykrywszy przy tym jakieś jego większe szwindle. Za to bardzo dokładnie wyjaśniłam moją chorobę, zaistniałą na skutek ciężkich przeżyć.
- Posłuchaj mnie, Bronku. - dodałam. - Ja naprawdę nie wiem, czy uda mi się wrócić do zdrowia. Bardzo często miewam zwidy, wracam do przeszłości i wtedy jestem znowu w Warszawie, ponownie przeżywając to, co już przeszłam. Nie chcę ciebie narażać na moje humory i zmienne nastroje. Znajdziesz sobie dziewczynę bez takiej przeszłości, jak moja. Obawiam się, że ta trauma pozostanie we mnie już do końca życia. Wolę zostać sama i nie wiązać się z nikim.


- Nie wolno ci tak mówić! - krzyknął, w porywie gniewu. - Masz prawo do życia jak każda inna kobieta. Nie zniechęcisz mnie do siebie. Iza, pozwól, mi sprawić, aby te straszne wspomnienia, stały się z biegiem czasu nic nie znaczącym epizodem w twoim życiu. Zależy mi na tobie bardziej niż myślisz. Chcę, żebyś poznała moją rodzinę. Mama była zachwycona twoim zdjęciem, bardzo pragnie ciebie poznać, moja siostra również. Marzę, żeby zawieźć ciebie do mojej rodziny i przedstawić, jako swoją dziewczynę!
- Na razie o tym nie myśl! Jeżeli zależy ci na mnie, możemy się spotykać, ale bez żadnych zobowiązań na przyszłość. Rozumiesz? Ja na poważny związek jeszcze nie jestem gotowa. Dlatego wolałabym naszą znajomość traktować na zasadzie przyjaźni, a nie romansu. Daję ci wybór. Jeżeli nie przystaniesz na moje warunki, to nasza znajomość musi się skończyć.
- Zgadzam się na wszystko, co zechcesz. - powiedział poważnie i położył swoją rękę na mojej dłoni leżącej na stoliku. - Nigdy już nie będziesz sama, bo ja będę przy tobie. Wiesz, nie potrafię sobie wyobrazić, jak mężczyzna może skazać swoją żonę na głodówkę. Jak może ją bić do krwi i wykorzystywać seksualnie? Przecież to jest żywy człowiek, czujący i myślący, a nie jakiś twór wyobraźni.
- On nie był normalnym mężczyzną, tylko wynaturzonym sadystą i erotomanem. On był potworem!
- Posłuchaj, mówiłem mojej mamie, że poznałem wspaniałą dziewczynę, pokazywałem jej twoje zdjęcia. Czy mam powiedzieć rodzinie, że byłaś mężatką?
- Nie! - wzdrygnęłam się, wydzierając rękę z jego uścisku. - Nie chcę do tego wracać. Musiałabym wspomnieć coś o moim mężu, a to byłoby dla mnie koszmarem. Mam panieńskie nazwisko, więc nikt nie musi wiedzieć o mojej przeszłości.
- Zrobię, to co zechcesz. - powtórzył, patrząc mi w oczy. Pochylił się i pocałował mnie w policzek. - Tak strasznie dużo wycierpiałaś. - szepnął, a ja szybko spuściłam oczy, żeby nie dostrzegł w nich łez.
- Kiedy wracasz do jednostki? - spytałam, opanowawszy wzruszenie.

- Jutro jeszcze tu będę. Pojutrze wyjeżdżam. Obawiam się, że przed nowym rokiem już się nie zobaczymy. Będę miał szkolenia, potem dwa tygodnie wypoczynku w Zakopanem. W święta muszę być w domu, bo mama nie wyobraża sobie Bożego Narodzenia beze mnie. Będę do ciebie pisał i telefonował, żebyś wiedziała, że stale jesteś w moich myślach… i w sercu. - dodał ciszej i czulej.
- Jesteś wierzący? - zdziwiłam się, bo przeważnie oficerowie nie byli religijni.
- Owszem, nawet praktykujący. A ty?
- No wiesz, nie zawsze byłam wdzięczna Bogu za moje życie. - odparłam wymijająco.
- A jednak sprawił, że wróciłaś do domu i żyjesz.
    Skinęłam głową, nie chcąc się z nim sprzeczać, lecz pomyślałam, że to nie była zasługa Boga, tylko Borysa, który uwolnił mnie od męża-bestii. Postanowiłam zmienić temat i powiedziałam:
- Jeżeli znajdziesz jutro trochę czasu po południu, to zapraszam na kawę do nas. Tylko muszę sprawdzić, czy rodzice będą mieli wolne popołudnie. Tata udziela się w ZBoWiD-zie, a mama lubi nieraz wpaść do pani Wandy na ploteczki. Pozwolisz, że zatelefonuję do domu?
- Ależ oczywiście.
    Wstałam od stolika i przeszłam do szatni, gdzie był telefon. Zgłosił się tata.
- Co się stało? Nie jesteś w restauracji?
- Jestem, ale dzwonię, żeby spytać, czy jutro będziecie z mamą w domu, bo zaprosiłam Bronka na kawę. Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko temu?
- Pewnie, że nie mam. Owszem, dobrze zrobiłaś. Jutro miałem pójść na zebranie, ale zostanę w domu. Zaproś go w naszym imieniu. Aha, spytaj czy gra w szachy?
- Dobrze. W takim razie ucałuj mamę i powiedz jej, że niedługo przyjadę. Pa!
    Odwiesiłam telefon i wróciłam do stolika. Bronek spojrzał na mnie pytająco.
- Rodzice zapraszają ciebie, a tata kazał mi spytać, czy grasz w szachy?
- Gram i bardzo lubię szachy. A dlaczego pytasz?
   
 Zaczęłam się śmiać.
- Bo tata będzie uszczęśliwiony, że znalazł partnera i nie musi wieczorem ganiać do taty Alinki. No, zatańczymy jeszcze ze dwa tańce i odstawisz mnie do domu, bo muszę jeszcze trochę powkuwać paragrafów Kodeksu Cywilnego. Wstaję o świcie, aby zdążyć do autobusu pracowniczego.
    Pan w recepcji wezwał taksówkę i czekając na samochód, tańczyliśmy kilka razy. Na złość gapiącym się na Bronka babom, przytuliłam się do niego na parkiecie, opierając policzek o jego brodę, bo był ode mnie o wiele wyższy. Uśmiechnął się domyślnie i pocałował mnie w policzek. Wracaliśmy do domu, siedząc w aucie przytuleni do siebie. Przy pożegnaniu Bronek pochylił się i pocałował mnie lekko w usta. Nie zdążyłam oddać mu pocałunku, bo wsiadł do taksówki i odjechał.
   Na drugi dzień obudziłam się o świcie sama, nie czekając na wściekły terkot budzika. Dzień był ohydny, padał śnieg z deszczem, a niebo przypominało brudną ścierkę do podłogi. Ale ja, nie leniąc się, jak zwykle, wyskoczyłam z posłania i w podskokach pobiegłam do łazienki. Przygotowałam sobie kąpiel i kiedy z prysznica spłynęły na mnie strumienie ciepłej wody, zaczęłam głośno podśpiewywać, chociaż od czasów szkolnych tego nie robiłam.
    
   Nucąc sobie: „ Oj, Halino, oj jedyna, dziewczyno moja. To wina twoja!” - raźno wycierałam się włochatym ręcznikiem, aż skóra się zaczerwieniła. Potem już wysuszona, z ręcznikiem na głowie, weszłam do kuchni i dalej nucąc, nastawiłam wodę na kawę i przyszykowałam sobie śniadanie. Mama zaalarmowana odgłosami w kuchni, wstała z łóżka i zdumiona uchyliła drzwi:
- Kotuniu, źle się czujesz? Tak wcześnie wstałaś...
    Zajrzała do kuchni i osłupiała.
- Zrobiłaś sobie śniadanie? Izuniu, co tobie?
- Nic, mamciu. Fajnie jest żyć! - roześmiałam się.
   Zdałam sobie sprawę, że czuję się szczęśliwa. Ostatnimi czasy bywałam zadowolona lub ucieszona, ale nie szczęśliwa. Prawdziwe szczęście jak dotąd wymykało mi się z rąk. Dziś czułam, że jestem szczęśliwa. Dlaczego miałoby być inaczej? Miałam wspaniałego chłopca, któremu na mnie naprawdę zależało. Wczoraj byłam z nim na zabawie, a dziś przyjdzie do nas z wizytą. Bronek bardzo mi się podobał, może nawet więcej niż podobał, ale o tym nie chciałam teraz myśleć. Jeszcze za wcześnie. c.d.n.