czwartek, 20 lipca 2017

SEKRETY RODZINNE - MIŁA WIZYTA.


 20 lipca 2017 r.


   Byłam uszczęśliwiona, bo wbrew moim przewidywaniom, Orlicki po wysłuchaniu mojej dramatycznej historii, nie przeraził się i ze mną nie zerwał. Przeciwnie, robił wszystko, żebym nabrała o sobie lepszego mniemania i starał się mnie pocieszyć. Podśpiewując, nalałam wrzącej wody do kubka z kawą i zrobiłam mamci herbatę, bo ona piła kawę dopiero po śniadaniu.
- Pieseczku, a co podamy gościowi? - spytałam, skrobiąc łyżką patelnię po jajecznicy.
- Iza, bo ogłuchnę! - zawołała mama, zatykając uszy. Nie znosiła tego skrobania. - Może zrobię sernik na zimno? Jest jeszcze wino francuskie. Do tego kawa. Co ty na to?
- Bo ja wiem? - zastanawiałam się, wsparta łokciem o stół. - Nie! Raczej nie sernik. Pamiętam, Bronek kiedyś wspomniał, że bardzo lubi kruchy placek z owocami. Upieczesz?
- Postaram się.
- Jesteś słodka, jak pralinka! - cmoknęłam mamę w policzek i rewanżując się, obiecałam przyjechać trochę wcześniej z zakładu i zająć się obiadem.
    Wstał także tata i pijąc poranną herbatę, omawiał ze mną szczegóły wizyty Bronka. Wychodząc z domu wciąż śpiewałam, choć na ulicy było paskudnie i dalej siąpił deszcz ze śniegiem. Jadąc zatłoczonym i nieco cuchnącym autobusem do pracy, rozmyślałam o mojej znajomości z Orlickim. Podobał mi się atrakcyjny oficer lotnictwa i cieszyłam się, że ja także przypadłam mu do gustu. Dobrze czuliśmy się w swoim towarzystwie, on doceniał moją pracę i studia. Był czarujący, a oprócz tego miał nienaganne maniery, nie próbując wykorzystać obecnie swojej dosyć wyraźnej przewagi.
    W pracy zachowywałam się tak wesoło i swobodnie, że koleżanki zaczęły przypatrywać się mi ze zdziwieniem. Zwykle byłam poważna i zasadnicza.
- Iza, co w ciebie wstąpiło? - zagadnęła mnie Wiesia.
- A co? Nie podobam się wam?
- Owszem, ale jesteś jakaś odmieniona. Czy ty przypadkiem się nie zakochałaś?
- Wiesiulko! Żadna kobieta przypadkiem się nie zakocha. Musi mieć do tego powody. Chyba się nie zakochałam. Po prostu dziś mam dobry humor i tyle! - zakończyłam rozmowę, pochylając głowę nad długą kolumną cyfr.
    Koleżanki wymieniły między sobą znaczące spojrzenia, ale ja już się tym nie przejmowałam. Nucąc pod nosem szalenie modną piosenkę Marino Mariniego: „Nie płacz, kiedy odjadę”, zliczałam przez kilka godzin długie kolumny cyfr. Zaraz po pierwszej udałam się do kadr i poprosiłam o wcześniejsze zwolnienie z ważnych powodów rodzinnych. Kadrowa wzniosła oczy ku sufitowi i westchnęła:
Słynny piosenkarz włoski z lat sześćdziesiątych, Marino Marini.
 - Znam ja te wasze rodzinne powody. Pewnie idziesz na randkę z jakimś facetem?
- Nie. To bardzo miły facet przychodzi dziś do nas w odwiedziny i muszę być wcześniej w domu! - wyznałam szczerze.
- A to co innego. Dobrze, jedź do domu. Bo już myślałam, że zamierzasz wstąpić do klasztoru.
- O, co to. to nie! - wzdrygnęłam się z udawaną zgrozą i posłałam jej dłonią całusa.
    W domu wzięłam się galopem do obiadu. Mama zdumiona moją energią, przypatrywała mi się spod oka, ale nie uczyniła żadnej uwagi. Zaraz po obiedzie wskoczyłam w wygodny frotowy szlafrok i zasiadłam przed lustrem do makijażu. Sprzed lustra odpłynęłam bardzo wypiękniona i zadowolona ze swego wyglądu. Ubrałam biały puszysty golf i stalowoniebieską spódniczkę, dosyć krótką, nie kryjącą kolan. Na stoliku w pokoju postawiłam flakon z kwiatami, kupionymi przez mamę i zmieniłam serwetę, na bardziej elegancką, ręcznie haftowaną. Przygotowałam filiżanki, talerzyki i srebrne łyżeczki. Mama nie dała mi ich do Warszawy, więc ocalały.
   Krzątając się po mieszkaniu, jednocześnie przypominałam sobie pierwsza wizytę Romanowicza. Wtedy także tak krążyłam po domu pragnąc, aby wyglądał jak najpiękniej. O Boże, nie! – jęknęłam i spojrzałam do lustra w przedpokoju. Ale to już nie byłam ja z tamtych lat. Brakowało mi grubego warkocza na plecach, uśmiechniętej buzi, uroczej pierwszą młodością i tej ufności, jaką wówczas żywiłam do wszystkich ludzi, nie wyobrażając sobie, że na świecie istnieje prawdziwe zło. Z tafli lustra patrzyła teraz na mnie dorosła kobieta, o smutnych oczach, mająca za sobą ciężkie przeżycia. Tamta dziewczyna sprzed lat już nie istniała.

- Pieseczku, czy placek ci się udał? - zagadnęłam mamę, sprawdziwszy, że mieszkanie jest nienagannie wysprzątane.
- Owszem. W warzywniaku dostałam kilo śliwek. Chodź, skosztuj sama jak smakuje.
    Mama uchyliła drzwiczki kredensu i na półce zobaczyłam już pokrojony placek, posypany cukrem pudrem. Jak zwykle, mama upiekła arcydzieło! Nie mogłam się oprzeć pokusie i zjadłam kawałek drugi kawałek. Niebo w gębie!
    Bronek przyszedł punktualnie, co do minuty. Mamie przyniósł piękne kwiaty, mnie gustowną bransoletkę, a tacie poszukiwaną przez niego od dawna książkę: ”Pamiętniki Franka”, czyli wspomnienia gubernatora Generalnej Guberni Hansa Franka. Wczoraj, przy kolacji, wspomniałam o niej Bronkowi. Jakim sposobem dostał tę książkę w ciągu jednego dnia, kiedy tata szukał jej od roku, nie mam pojęcia. To już była jego tajemnica.
   Rodzice przyjęli mego gościa bardzo uprzejmie i serdecznie. Atmosfera była zupełnie inna, niż wówczas, gdy zaprosiłam Romanowicza. Orlicki był człowiekiem z dobrej, polskiej rodziny, szczerym i otwartym. Nie musieliśmy się go obawiać i unikać tematów politycznych. Przy kawie i cieście, opowiadał nam o swoich przeżyciach w wojsku, gdzie traktowano go, jak kogoś wrogiego i sekowano. Ale on był uparty, bo lotnictwo było jego wymarzonym zawodem i wytrzymał prześladowania, inwigilowanie i szkodzenie. Lecz nadal obserwowano go bardzo uważnie, zwlekając z awansem. Był kapitanem, podczas gdy jego koledzy z tego samego roku, mieli już stopnie majora.

- Ja z powodu prześladowań zrezygnowałem z wojska, choć zawsze mi się wydawało, że nie potrafię żyć bez munduru. - wspomniał ojciec.
Przypomniałam sobie, jakie to było dla niego ciężkie przeżycie. Wtedy poważnie się rozchorował na nerwy i serce. Uwielbiałam tatę w oficerskim mundurze, bo wyglądał w nim naprawdę pięknie.
    Bronek zachwycał się plackiem stwierdzając, że nawet jego mama nie piecze tak dobrze. Udowadniał to, sięgając po chwili po następny kawałek. Mama zaczęła wypytywać go o rodzinę. Odpowiadał chętnie, widocznie zadowolony z jej zainteresowania.
- Moja mamusia jest kierowniczką dużej biblioteki miejskiej, a siostra studiowała inżynierię maszyn ciężkich. Jej mąż także jest inżynierem, ale silników okrętowych. Mama sama nas wychowała, bo ojciec, porucznik rezerwy, poległ w 1939 roku pod Kockiem. Ja miałem wówczas pięć lat, a siostra urodziła się dopiero w grudniu. Matczysko ciężko pracowało, żeby nas wychować i dać jakieś wykształcenie. Mieliśmy niewielki mająteczek koło Przemyśla, ale po 1945 roku odebrano nam tę ziemię. Nasi krewni także wszystko stracili w czasie reformy rolnej. Na szczęście mama przed wojną studiowała na UJ filologię polską, więc mogła pracować jako nauczycielka. Ale wolała być bibliotekarką, bo zawsze kochała książki. Dorabiała, dając korepetycje z języka polskiego, niemieckiego i literatury. Żeby przeżyć, trzeba było przenieść się z Małopolski, aż na Pomorze, bo w dużym mieście łatwiej o pracę i o naukę. Mama bardzo ojca kochała i nigdy więcej nie wyszła za mąż, choć wiem, że miała duże powodzenie. Jest szczęśliwa, bo nie musiała rozstawać się z dziećmi. Ja, kiedy nie latam, mieszkam u mamy. Siostra ma już własny dom i czteroletniego synka, mego ulubieńca. Ale mieszka w tym samym mieście i codziennie kontaktuje się z mamą.
- Ma pan wspaniałą matkę, panie Bronku. - zauważyła mama z powagą. - Poświęciła wam całe swoje życie.
- Zdaję sobie z tego sprawę i staram się nie sprawiać jej zmartwień. - uśmiechnął się. - Być może dlatego jeszcze jestem kawalerem. Nie chciałem wprowadzać do rodziny osoby, która źle by się czuła w naszym środowisku. Ale to już przeszłość. Ja wiem, że poznałem dziewczynę mego życia, ale nie jestem pewny, czy Iza jest tego samego zdania.
    Roześmiałam się, ale nie odpowiedziałam. c.d.n.