poniedziałek, 31 lipca 2017

SEKRETY RODZINNE - SPOTKANIE PO LATACH.


31 lipca 2017 r.

   Wynosząc kubeł ze śmieciami, fatalnie się przeziębiłam. Za to Alinka była nieziemsko uszczęśliwiona, bo nie tylko mieszkanie było dokładnie wysprzątane, ale jeszcze miała czym poczęstować głodnego męża. Nazajutrz zadzwoniła do mnie, wprost piejąc z zachwytu na moją cześć i oznajmiając, że Staszek zjadł dwie porcje wątróbki, która była boska!….
   Odpowiedziałam jej mruknięciem, bo bolało mnie gardło i byłam całkiem do kitu! W przychodni zakładowej, lekarz stwierdził ostre zapalenie oskrzeli i gardła. Dal mi tydzień zwolnienia i wysłał do domu naszą zakładową karetką. Łykając antybiotyki i płucząc gardło, przemęczyłam się kilka dni. Trzeba przyznać, że moi przyjaciele zadbali o mnie. Witek w rewanżu za uratowanie go od zapalenia płuc, przyniósł mi bukiet goździków i bombonierkę, a Alinka zafundowała mi nowe kozaki, na które miałam szaloną ochotę, ale nie posiadałam wtedy pieniędzy. Mamy jednakową wielkość stopy, rozmiar 38 i możemy wymieniać się butami.
   
  Tylko z Bronkiem był kłopot, bo kiedy nie pisał listu lecz telefonował, musiała za mnie mówić mama, a ja tylko uczestniczyłam w rozmowie, od czasu do czasu pomrukując uprzejmie. Ale nic nie trwa wiecznie, nawet choroba. Nareszcie wstałam z łoża boleści i powędrowałam do pracy i na wykłady. Pogoda diametralnie się zmieniła i zamiast deszczu, ścisnął mróz i zaczął padać śnieg.
    Jadąc pociągiem, patrzyłam na ciągnące się po sam horyzont białe pola i nagie, bezlistne drzewa, wyciągające ku niebu czarne konary. Tego dnia jechałam na wykłady w wielkim strachu, bo miałam tyle pracy w zakładzie, że przynosiłam dokumenty do domu, siedząc nad nimi do późnej nocy, i naprawdę nie miałam kiedy się pouczyć.
    Zbliżał się okres świąteczny i w pociągu był tłok. Stałam na korytarzu, przyciśnięta do okna i miałam możność nieco odetchnąć świeżym powietrzem wiejącym ze szpar, bo w wagonie niemal wszyscy palili papierosy i było aż szaro od dymu. Miasto, do którego jechałam, oddalone było od mego miejsca zamieszkania, przeszło dwie godziny jazdy. Stojąc na korytarzu, mogłam wprawdzie podziwiać mijany krajobraz za oknem, ale nogi weszły mi za ten czas w dolną część ciała i bolały, bo miałam eleganckie kozaki na wysokiej szpilce.


   Niepisanym zwyczajem obowiązującym wśród nas, był staranny ubiór każdego zaocznego studenta. Panie ubierały się na wykłady w najlepsze ciuchy, a panowie w garnitury wizytowe i byli pod krawatem. Starannym ubiorem podkreślaliśmy nasz szacunek dla profesorów i uczelni. Zamyślona gapiłam się na uciekający w tył pejzaż zimowy – ciche, jakby zamarłe wsie, zagajniki przysypane śniegiem i od czasu do czasu wysmukłą wieżę jakiegoś kościółka. Znudzona ziewałam, zasłaniając usta dłonią i niecierpliwie oczekiwałam przyjazdu na miejsce. Potem musiałam jeszcze jechać kawał drogi tramwajem do centrum miasta, gdzie znajdował się uniwersytet. Na miejsce przyjeżdżałam zmęczona, z wywieszonym językiem, i obawą, że spóźniłam się na wykłady. A spóźnienia profesorowie nie tolerowali.
    Byłam taka zamyślona, że skoczyłam nerwowo, kiedy ktoś dotknął mego ramienia. Odwróciłam się gwałtowanie i szeroko otwarłam oczy, widząc przed sobą niezwykle przystojnego oficera marynarki.
- Iza, czy to ty, czy tylko twój duch? - zagadnął mnie, z dobrze zapamiętanym z dawnych lat, kpiącym uśmiechem.
    Przez chwilę gapiłam się na niego w osłupieniu, a potem wydałam z siebie przeraźliwy pisk.
- Zbyszek! Kochany, ale spotkanie po latach!
    Przepchnął się pomiędzy ludźmi, bliżej mnie i objął mnie w talii.
- Czy stary kumpel ze szkolnej ławy dostanie całusa?
- Nawet dziesięć. - wykrzyknęłam z entuzjazmem i zarzuciwszy mu ramiona na szyję, pocałowałam go w usta. Przedłużył mocny pocałunek, ku zgorszeniu stojących obok nas bab.
- Czekaj, kochanie, muszę znaleźć jakieś miejsce dla nas. - powiedział i rozglądnął się za konduktorem.
    Poprzednio pociąg stanął na jakiejś stacji i kiedy ruszył, konduktor sprawdzał nowym pasażerom bilety. Zbyszek podszedł do niego i coś mu szepnął do ucha. Konduktor skinął głową i kazał poczekać aż wróci. Miejsce zaraz się znalazło, w pustym służbowym przedziale.
- Jak to zrobiłeś? - odezwałam się zdumiona.

- Dałem mu pięć dolarów! - przyznał się Zbyszek bezczelnie. - Dziecko drogie, waluta amerykańska otwiera u nas wszystkie drzwi. Nie widzieliśmy się wieczność, więc powiedz, co u ciebie słychać.
    Pomógł mi zdjąć futro. Usiadłam na skraju kanapki w puszystym różowym golfie i granatowej spódniczce, i patrzyłam na niego oczami pełnymi łez. Zbyszek!…Tyle wspomnień w lat szkolnych. Pamiętam, że gdy byłam w Warszawie, prosił Alinkę i moją mamę o telefon do mnie. Oczywiście nie dostał go, a po kilku latach Alinka wspomniała, że się ożenił. Zbyszek usiadł koło mnie i mocno uścisnął mi rękę.
- Czy pamiętasz, że ostatni raz widzieliśmy się przed Urzędem Stanu Cywilnego, w dzień mego ślubu? - odezwałam się, usiłując opanować chęć do płaczu.
- Pamiętam. - powiedział, ściągając brwi. - Wróciłem do domu i postanowiłem odebrać sobie życie. Ale tata wyperswadował mi ten zamiar, przy pomocy pasa. Bez żartów, Iza, byłem w tobie naprawdę zakochany, taką pierwszą młodzieńczą miłością, którą pamięta się chyba do końca życia. Trudno mi było zapomnieć o tobie. Mówiła mi kiedyś Alinka, że twoje małżeństwo okazało się nieudane.
   Pokiwałam głową.
- Nieudane? Zbyszku, ja wyszłam za potwora, sadystę bez sumienia i honoru. Uciekłam od niego po pół roku, bo wcześniej mi się nie udało. Do dzisiaj muszę być pod opieką lekarza, bo wróciłam do domu na wpół obłąkana.
- O ile pamiętam, on był majorem. Nie mogłaś wnieść skargi do jego dowódcy?
- Skargę? Zbyszku, wiesz co to było GZI?
- Aż za dobrze! Miałem z tymi skurwielami co nieco do czynienia.
- No więc mój mąż był oficerem GZI, w MON-ie. Przesłuchiwał podejrzanych o niechęć do władzy ludowej i torturował ich, a potem mnie!
- Jezus Maria, dziewczyno, w coś ty się wpakowała? - wykrzyknął Zbyszek z przerażeniem. - Nie szukał ciebie potem?
- Nie. Wylali go z wojska za szwindle, rozwiodłam się z nim, a potem on umarł. I tak się skończyło moje marzenie o małżeństwie. - powiedziałam spuszczając głowę. - To już przeszłość, do której boję się wracać nawet myślą. Dlaczego nie przyjechałaś na ślub Alinki? Posłała ci zaproszenie. - zmieniłam temat.
Zaśmiał się.
- Kochanie, dostałem to zaproszenie niemal po pół roku. Ona wychodziła za mąż, a ja wtedy płynąłem po Morzu Chińskim!
- Dalej pływasz w rejsach dalekowschodnich? Dlaczego odszedłeś z Marynarki Wojennej?
Mundur   wyjściowy oficera Marynarki Handlowej.
 - Bo trafiłem w niej na takiego sukinsyna, jak twój mąż. Tak mi umilał życie, że postanowiłem odejść z wojska i przejść do marynarki handlowej. Potrzebowali inżynierów-mechaników więc nie szukałem długo pracy. Najpierw byłem zastępcą kapitana na dużym statku handlowym, pływającym w żegludze dalekomorskiej do Stanów i Kanady, a po kilku latach sam objąłem dowodzenie na nowym statku, który miał pływać w rejsy na Daleki Wschód.
Kiedy mówił, przypatrywałam mu się z nieukrywanym podziwem. Pięknie mu było w marynarskim mundurze. Był naprawdę szalenie przystojnym mężczyzną. c.d.n.