czwartek, 27 lipca 2017

SEKRETY RODZINNE - TERAZ JA MAM KŁOPOTY!


  27 lipca 2017 r.

- Co tu, do cholery, robisz, ty moczymordo?
   Na środku kuchni siedział Witek i spał, złożywszy głowę na kuchennym stole. Na kilometr czuć było od niego woń alkoholu, czego po prostu nie znosiłam, bo przypominały mi się libacje Romanowicza. Widok pijanego Witka po prostu mnie wkurzył, bo miałam sprzątać, a nie trzeźwić pijanego wojaka. Sama byłam w takim stanie, że tylko siąść i płakać.
- Witek, do wszystkich diabłów, podnieś dupę i wynoś się stąd! - wrzasnęłam podchodząc do niego.
    W odpowiedzi usłyszałam gardłowe:
- Hrrrrrrrr!
    Zaklęłam ponownie i otworzyłam szeroko okno, aż lodowaty strumień powietrza wdarł się do mieszkania. Witek wstrząsnął się i chrapanie się urwało. Uniósł głowę i łypnął na mnie przekrwionym okiem.
- Iza? Co ty tu robisz?
- To ja się pytam, co ty tu robisz? Skąd masz klucze? - zapytałam, mierząc go spojrzeniem pełnym złości. - Po co tu przyszedłeś? Nie masz własnej chałupy?
- Nie mam. Alisia dała mi kiedyś klucz. Zostaw mnie w spokoju.
- Co ty sobie wyobrażasz, że ja tu przyszłam dla przyjemności? Telefonowała Alinka, że w nocy przyjeżdża Staszek. Chcesz, żeby wszedł do tego burdelu? Przecież on jest czyścioch. Zobaczy i ucieknie, a potem rozwiedzie się z twoją siostrą. Rozumiesz?

- To sprzątaj… - usłyszałam senną odpowiedź i Witek znowu złożył głowę na stole.
    A żeby cię!… Z wściekłością chwyciłam go za włosy i uniosłam jego głowę do góry.
- Witek, mówię po dobroci. Wstań, idź do łazienki, ogarnij się i umyj zęby, bo cuchniesz wódą. Jak ty wyglądasz?
- Nie chcę.
- Nie?... - rozwarłam palce, a jego głowa stuknęła o stół, aż jęknął i chwiejnie podniósł się z miejsca.
- Jezu, ty diablico! Ja mam trzy ćwierci do śmierci, a ten babsztyl robi mi dziurę w głowie. Chcę umrzeć!
- Zasłużyłeś sobie na to. Nie słyszałeś co mówiłam? Staszek przyjeżdża, a Alinka ma dyżur w szpitalu i nie może się stamtąd urwać. Muszę posprzątać mieszkanie. Mam ciebie wymieść razem ze śmieciami?
    
   Witek spojrzał na mnie przekrwionymi oczami i pociągnął rzewnie nosem. Stał taki przygarbiony i żałosny, że zrobiło mi się go żal. Ale nie mogłam pozwolić sobie na sentymenty, bo czas naglił, a mieszkanie przypominało chlewik. Nagle wpadła mi do głowy szatańska myśl. Udałam, że się rozczuliłam i spojrzałam na Witka łaskawiej.
- Wituś, zrobię ci mocnej kawy i dam coś do przegryzienia. - powiedziałam słodko. - Ale najpierw musisz się umyć i otrzeźwić.
- Dobra z ciebie dziewczyna. Zaczynam cię kochać!
- Chodź do łazienki. - chwyciłam go mocno za rękę i pociągnęłam za sobą. Szedł, powłócząc nogami i chwiejąc się z boku na bok.
Z trudem dowlekłam go do łazienki i powiedziałam rozkazującym tonem:
- Zdejmuj mundur i koszulę!

Popatrzył na mnie ze zdumieniem.
- Po co mam się rozbierać? Masz zamiar uprawiać ze mną seks?
- Jakbym chciała się z tobą kochać, zawlekłabym cię na tapczan, a nie do wanny. No, dalej, rozbieraj się!
Wzruszył ramionami i posłusznie zdjął bluzę mundurową i koszulę. Wskazałam, żeby zdjął gimnastiorkę, która jeszcze miał na sobie. Potrząsnął głową, ale zdjął. Wtedy chwyciłam go za szyję, przegięłam do wanny i puściłam na niego zimny prysznic. Próbował się wyrywać i klął głośno, ale lodowaty strumień wody podziałał i Witek zaczął trzeźwieć.

- No, teraz umyj zęby i wypłucz usta. Ja za ten czas zrobię ci kawę i coś do przegryzienia. - rzuciłam mu duży frotowy ręcznik i wyszłam z łazienki.
Wróciłam do kuchni i zaczęłam szukać kawy i jajek. Nastawiłam wodę na gazie i prędko usmażyłam jajecznicę z czterech jaj. Witek musiał się wzmocnić, bo zamierzałam go wykorzystać. Bynajmniej nie seksualnie, ale do pomocy w sprzątaniu! Przyszedł z łazienki z przytomniejszą twarzą i rozejrzał się po kuchni.
- Co tu tak fajnie pachnie? Zrobiłaś mi jajecznicę? Kochana dziewczyna, bo nie jadłem obiadu. A kawa będzie?
- Będzie. Powiedz mi dlaczego tak się uchlałeś i co po przyszedłeś do mieszkania Alinki?
- A gdzie miałem pójść? W domu mam przechlapane, bo dałem po mordzie kochanemu teściowi i wylałem go na zbity pysk z mego mieszkania. Ale ta zgaga urządziła mi takie piekło, że musiałem uciekać. Wypiłem trochę za dużo, i nie miałem dokąd iść, bo mamy nie chciałem straszyć, więc przyszedłem do Alinki.

   Słuchałam jego powieści zaniepokojona. Zdawałam sobie sprawę, że naraził się bardzo niebezpiecznym ludziom.
- A dlaczego pobiłeś teścia? - zapytałam, zalewając wrzątkiem kawę w ceramicznym kubku.
- Musiałem mu wlać, bo zaczął rządzić się w moim domu, jak we własnej oborze i nazywał mnie pieprzonym komunistą. Groził, że mnie posieka kosą. No to nie wytrzymałem, dałem mu w ryj i wyrzuciłem za drzwi, a ta małpa zaczęła rzucać we mnie talerzami i garnkiem z zupą! Wtedy wyszedłem i już!
- Rozumiem, że się zdenerwowałeś, ale musisz uważać, To źli ludzie, mogą zrobić ci krzywdę. Zjedz i wypij kawę, potem pomożesz mi sprzątnąć ten bałagan.
- Stary jestem, nie mam siły. - stęknął, siadając przy stole i przysuwając bliżej patelnię z jajkami. Łyknął kawy i westchnął. - Czemu ja się z tobą nie ożeniłem, tylko z tą zmorą?
- Bo zapomniałeś mi się oświadczyć. A ty myślisz, że ja mam siłę do sprzątania?Jestem zmęczona jak pies, ale muszę Alince pomóc.
    Rozejrzałam się bacznie po kuchni. No, nie wyglądała najlepiej. Białe kafelki przy zlewie nie były myte od miesiąca. W zlewie leżało co najmniej dziesięć garnków i tyleż talerzy – wszystkie brudne! Szklanek i kubków nie liczyłam. Linoleum na podłodze naniesione było błotem, widocznie moja przyjaciółka nie zdejmowała butów w przedpokoju. Kosz na śmieci był pełen, brzydko woniał, a odpadki wylewały się z niego na podłogę. Białe mebelki, które obie wybierałyśmy w sklepie, także potrzebowały gwałtownie wody i mydła.

   W sypialni tapczan był nie posłany, a pościel nieświeża. Wykładzina nie odkurzona, a w drugim pokoju także brakowało tylko dziada z babą! Rozpacz w ciapki! Boże święty, kiedy ja to posprzątam? Ale nawet w myślach nie winiłam Alinki. Ona naprawdę była strasznie zapracowana. Jako znakomity specjalista neurochirurg, miała mnóstwo pacjentów i niemal stałe dyżury w szpitalu. Przychodziło późnym wieczorem lub w nocy, nieludzko zmęczona i rzucała się na tapczan. Kiedy miała sprzątać? W ustroju socjalistycznym, młodzi lekarze gosposi nie miewali.
    Poszukałam fartucha, ubrałam go i wzięłam się do mycia garów. Za ten czas Witek wypił kawę i wyskrobał do czysta patelnie.
- Wituś, przestań się lenić, bo tu chodzi o szczęście twojej siostry. Bierz kubeł i wynieś śmiecie do śmietnika. - powiedziałam, odwracając się od zlewu.
- Jestem jeszcze pijany! - mruknął naburmuszony. - I wcale nie mam ochoty słuchać twego zrzędzenia.
- Jesteś dobrym bratem, czy nie? Uważaj, bo jak mnie wnerwisz, potrafię być gorsza niż twojej zgaga! Bierz kubeł i szoruj! - krzyknęłam rozkazująco i tupnęłam nogą.

   Podniósł się leniwie, ziewnął i spojrzał na mnie z urazą.
- Baby są gorsze, od dżumy i cholery, razem wziętych. - stwierdził z goryczą, a potem wziął kubeł i lekko chwiejąc się na nogach, opuścił kuchnię, starając się zrobić to z godnością.
    Zmyłam naczynia, powycierałam i wzięłam się za meble w kuchni. Witek nie przychodził. Gdzie on, do cholery, ugrzązł? - zastanawiałam się rzuciwszy okiem na zegar. Nie było go już z piętnaście minut, a do śmietnika miał dosłownie kilka kroków. Uporawszy się z meblami, poszukałam szmaty do podłogi i nawinąwszy ją na szczotkę do zamiatania, zaczęłam zmywać podłogę w kuchni. Witka dalej nie było.
    Zaczęłam podejrzewać, ze porzucił gdzieś kubeł i powędrował do koszar. O, to by miał u mnie przechlapane! Z zaciętymi z gniewu ustami, wyszłam na klatkę schodową i zaświeciłam światło. Nagle potknęłam się o coś i o mało nie wylądowałam na posadzce. Pod drzwiami, Witek spał snem sprawiedliwego, podłożywszy sobie pod głowę rogóżkę! Kubeł stał obok niego, nadal pełny i śmierdzący! A to drań!….

   Niemal płacząc, chwyciłam ten pieroński kubeł i zbiegłam z piątego piętra. Na dworze owiało mnie przejmujące do kości zimno. Skuliłam się, biegnąc do śmietnika, bo byłam tylko w cienkim sweterku, zgrzana i spocona. Powróciłam do mieszkania, rzucając mięsem na każdym stopniu. Witek spał, smacznie pochrapując. Nie mogłam pozwolić żeby się przeziębił, więc chwyciłam go za kołnierz munduru i wytężając wszystkie siły, zaciągnęłam do przedpokoju. Przestałam się nim zajmować i wzięłam się energicznie do sprzątnięcia pokojów. Kiedy mieszkanie przestało przypominać chlewik, a zaczęło wyglądać jak normalna ludzka siedziba, spojrzałam na zegarek. Było po siedemnastej!


   Boże wielki, kiedy ja odpocznę? Tego dnia czekało mnie jeszcze kucie   łacińskich słówek i przeczytanie kilku stron Kodeksu Karnego. Musiałam także zajrzeć do Konstytucji, bo nasz Kosiarka uwielbiał łapać nas na nieznajomości Artykułów, paragrafów, czy ustępów Konstytucji. Ze złośliwą radością oznajmiał nam głośno, że nadajemy się raczej do dojenie krów w państwowym PGR-ze, niż studiowaniu prawa! Dixi!
   Chrapanie w przedpokoju ucichło i zamiast tego usłyszałam mruczenie, a potem coś spadło i się rozbiło. O Jezu! Wypadłam z kuchni niby rakieta napędzana wściekłością, i ujrzałam, jak Witek z niewinną miną, gramoli się z chodnika, na którym leżał. Obok niego poniewierały się skorupy z dużego rozbitego ceramicznego wazonu, służącego do wkładania mokrych parasolek.
- Witek, ty skunksie, kto to sprzątnie? - wysyczałam, wskazując palcem skorupy.
- No, co ty, Izunia, przecież ja nie chciałem. To tak samo się stłukło. - wymamrotał, chwytając się wieszaka i próbując stanąć w pozycji pionowej.
   Zlękłam się, że wyrwie wieszak razem z gwoździami ze ściany i pomogłam mu wstać.
- A co ja tu robię w przedpokoju? - zdziwił się naiwnie.
- Tutaj ciebie zawlokłam, bo spałeś na schodach na rogóżce, nie wyrzuciwszy śmieci.
- Nie pamiętam. - oświadczył, ale po błysku jego oczu poznałam, że wcale nie jest tak pijany, jak udaje. - To nie mogłaś mnie już zawlec na tapczan?
- Nie bądź taki dowcipny. Bierz zmiotkę i łopatkę i sprzątnij te skorupy, bo ja już nie mam siły, żeby się schylić. - poleciłam surowo.

    Mimo czerwonych oczu i bladej gęby, Witek miał w sobie taki urok, że nie potrafiłam się na niego gniewać.
- Czekaj, poskarżę się na ciebie Alince. - powiedziałam. - Zamiast mi pomóc, narobiłeś mi kłopotu. Jak mogłeś się tak urżnąć? Masz słabą głowę i taki z ciebie komandos, jak z koziej dupy trąba!
- Iza, nie obrażaj oficera Ludowego Wojska Polskiego! Nie marudź, za to nauczę cię chwytów i walki wręcz.
- Takiś mocny? To dlaczego nie zastosowałeś tych chwytów w domu, tylko zwiałeś? Witek, sprzątnij te skorupy, bo naprawdę dam ci w łeb!
  Westchnął rozdzierająco, ale posprzątał resztki z wazonu. Stwierdziwszy, że mieszkanie pachnie czystością, gotowałam się do wyjścia. Witek jeszcze myszkował w kuchni, zaglądając do lodówki i szafek.

- Iza, Staszek przyjeżdża w nocy?
- Uhm. W końcu dotarło do ciebie.
- Kotku, ale co moja siostra poda mu do jedzenia, kiedy lodówka pusta, a w szafce nie ma chleba? - usłyszałam głos Witka i zachwiałam się na nogach.
- Nie! - jęknęłam.- Dobry Boże, tylko nie to!
- Oj, sama zobacz. W lodówce dwa jajka i kawałek spleśniałego serka. Nic więcej.
- Witek, która godzina? Sklepy jeszcze otwarte?
- Nie ma osiemnastej. W Supersamie powinno być otwarte.
    Wypadłam do przedpokoju i narzuciłam na siebie płaszcz.
-Witek, dzwoń po taryfę! Muszę coś kupić do zjedzenia i ugotować, żeby Alinka mogła czymś Staszka poczęstować.
- Pojadę z tobą. - zaproponował.
- Nie mam siły żeby cię dźwigać, ty pijaku. Dzwoń, do diabła!
   
   Na szczęście sklep był jeszcze otwarty. Pośpiesznie zrobiłam zakupy, ku niezadowoleniu sprzedawczyń, którym spieszyło się do domu. Taksówką wróciłam do mieszkania Alinki i zabrałam się do gotowania. Na szczęście dostałam wątróbkę cielęcą i zrobiłam ją w sosie. Za ten czas, kazałam Witkowi obrać ziemniaki i ugotowałam je. Wystarczyło potem usmażyć je na patelni i podać do wątróbki. Jęcząc ze zmęczenia, zrobiłam jeszcze sałatkę z pomidorów i wstawiłam ją do lodówki.
   
  No, tym razem mogłam już pójść do domu. Mieszkanie lśniło czystością, lodówka była pełna, a na kuchence stała apetyczna wątróbka w sosie. 
 Witek siedział przy kuchennym stole i przypatrywał mi się z ciekawością.
- Wyjdziesz ze mną i pójdziesz do koszar, albo do mamy. Nie chcę, żebyś mi tu nabrudził. Witek, przysięgam, zabiję ciebie, gdybyś jeszcze coś sknocił. Ubieraj się, idziemy!
    Podszedł do mnie i ująwszy mnie pod boki, uniósł do góry, a potem postawił na podłodze i pocałował w usta.
- Gdybym miał taką żonę, to na klęczkach dziękowałbym za nią Bogu.  Ten Bronek ma szczęście!
- Trzeba było myśleć głową, a nie klejnotem rodzinnym. - prychnęłam złośliwie, zatrzaskując za nami drzwi wejściowe.
     Uff! Nie ma to, jak mieć przyjaciół.   c.d.n.