piątek, 14 lipca 2017

SEKRETY RODZINNE - TO BYŁ TYLKO NAPAD!


14 lipca 2017 r.

   Napastnik puścił moje włosy i z całej siły pchnął mnie na pień kasztana. Poczułam straszny ból w ramieniu i bezwładnie osunęłam się na ziemię. Pochylił się nade mną i wyszarpnął torbę, którą trzymałam w zaciśniętej kurczowo dłoni.
- Kurwa, gdzie masz pieniądze?
    Ponownie pochylił się i niespodziewanie poczułam na gardle ukłucie ostrza noża.
- W kieszeni. - jęknęłam. - Mam trzysta złotych. Niech mnie pan nie zabija…
   W miejscu, gdzie ostrze noża dotykało mojej skóry na gardle, poczułam ból i kołnierz kurtki oraz szalik zrobiły się dziwnie mokre.
Boże, żeby chodziło mu tylko o pieniądze, pomyślałam. Bo jeśli to wampir, to żywa z jego rąk nie wyjdę. Sięgnął do mojej kieszeni i wyciągnął z niej portmonetkę z bilonem i kilkoma banknotami. Szarpnięciem postawił mnie na nogi i dokładnie przeszukał moje kieszenie. Nie znalazł nic, poza chusteczką do nosa i ołówkiem, którym pisałam w brulionie uwagi. Wyobraziłam sobie, że teraz kiedy mnie już okradł, może mnie zabić. Wystarczyło silne cięcie po szyi, a przecięta arteria z tryskającą fontanną krwi, pozbawi mnie życia w ciągu kilku minut.
    
Otwarł torbę i wytrzepał ją na środku chodnika. Wypadły z niego książki i moja piżama. Zaklął i pchnął mnie mocno jak szmacianą lalkę. Z ogromną siłą bezwładu upadłam dłońmi i kolanami na żwirową alejkę parku i krzyknęłam z bólu. Poczułam ponownie uderzenie w głowę i chyba na moment straciłam przytomność, bo nie wiem kiedy się oddalił. Nie słyszałam jego kroków, gdy poprzednio nadchodził, ani kiedy odszedł, a słuch mam znakomity. Znaczyło to, że musiał mieć buty na gumowej podeszwie, bo chodził bezszelestnie, jak kot.
    
Byłam sama na ciemnej, pustej ulicy w cieniu wielkich kasztanowców. Strach sprawił, że złapałam torbę, wrzuciłam do niej rzeczy i zaczęłam się czołgać w stronę domu. Posuwałam się na czworakach, ciągnąć za sobą torbę. Każdy oddech w bolącej krtani palił mnie jak ogień, drapał w gardle i w płucach. Przeczołgałam się przez jezdnię i nareszcie dotarłam do bramy domu. Przez jakiś czas leżałam w sieni, zwinięta w kłębek, drżąc ze strachu i z zimna, bo przez wpół otwarte drzwi wpadał lodowaty wiatr.
   Chciałam głośno wezwać pomocy, ale wstydziłam się pokazać ludziom, taka zbita i pokrwawiona. Musiałam się ruszyć, wejść na czwarte piętro i wezwać milicję. Wspinanie się po schodach kompletnie mnie osłabiło. Ledwie żywa dotarłam do drzwi i uderzyłam w nie pięścią. Usłyszałam kroki i drzwi się otworzyły, a na mnie padł snop jasnego światła lampy w przedpokoju.
- Rany boskie, Iza, co ci się stało? - usłyszałam okrzyk taty i jego mocne ręce wciągnęły mnie do mieszkania.
    Byłam w domu, bezpieczna w czterech ścianach naszego mieszkania.
-Tatku, dzwoń po milicje. Zostałam napadnięta. - powiedziałam, a raczej wychrypiałam niemal szeptem.
- Dziecko, musisz natychmiast jechać do szpitala. Wzywam pogotowie!
   Z kuchni wybiegła mama i z okrzykiem przerażenia upadła przy mnie na kolana, ocierając mi twarz z krwi, sączącej się dalej z ranki na szyi. Szalik i kołnierz kurtki mokre były od krwi i brudziły mi twarz. Rodzice pomogli mi wstać i zaprowadzili do mego pokoju. Nareszcie mogłam zdjąć pokrwawioną kurtkę i się położyć. Mama pobiegła do łazienki i przyniosła mokry ręcznik, którym wytarła mi twarz, szyję, dłonie i kolana, z których padając, zdarłam sobie naskórek. Pończochy były w strzępach, podobnie jak i czubki butów. Mama przyniosła mi gorącej herbaty. Wypiłam ją duszkiem i poczułam się nieco lepiej. Za to silniej mnie bolały zdarte dłonie i kolana oraz skaleczona szyja, o rozbitej głowie nawet nie wspominam.
    
   Po chwili usłyszeliśmy pogotowie pędzące na sygnale. Karetka zatrzymała się pod domem. Lekarz i pielęgniarka wbiegli po schodach. Przy otwartych drzwiach już czekał na nich ojciec.
- Co pani dolega? - zapytał lekarz, oglądając mnie uważnie.
- Jak pan widzi. Zostałam napadnięta, okradziona i skaleczona nożem w szyję. Mam rozbitą głowę.
    Oczy młodej pielęgniarki zaokrągliły się z przerażenia.
- Może to był wampir? - pisnęła.
- Gdyby tak było, nie rozmawiałabym teraz z panią. - odburknęłam gniewnie.
- Rankę na szyi trzeba zaszyć. - uznał lekarz. - Pojedzie pani z nami do szpitala. Zalecałbym zostać tam z dzień, dwa na obserwacji.
- Czy dzisiaj ma dyżur pani doktor Alicja? - spytałam, wymieniając jej nazwisko.
- Tak. Ale na oddziale neurologicznym.
- W takim razie proszę mnie zawieść na oddział neurologiczny. Tam zostanę opatrzona i lekarka zajmie się mną.
    Lekarz skinął głową, a pielęgniarka owinęła mi szyję, pokaleczone dłonie i kolana bandażem i umocniła plastrem. Zanim zabrano mnie do szpitala, przyjechali milicjanci i zaczęli zadawać mi mnóstwo pytań. Byłam tak osłabiona i zbolała, jeszcze pod wpływem szoku, że lekarz stanął w mojej obronie oświadczając, że nie można mnie obecnie przesłuchiwać, bo muszę być zbadana w szpitalu.
    Milicjanci nie byli tym zachwyceni, ale widząc moją trupio bladą twarz, zadowolili się jedynie kilkoma pytaniami, gdzie i kiedy zostałam napadnięta i odjechali, polecając mi stawić się w Komendzie, jak wydobrzeję. Ojciec chciał jechać ze mną do szpitala, ale prosiłam żeby został z przerażoną mamą, bo moją osobą z pewnością zaopiekuje się Alinka. Nie myliłam się.
- Izuniu! - moja przyjaciółka omal nie padła, na widok mojej osoby posiniaczonej i w pokrwawionych bandażach. - O Jezu! - podbiegła do mnie i przykucnęła, dotykając palcami mojej twarzy. - Kochanie, co ci się stało? Upadłaś?
- Allisu, daj mi coś na uśmierzenie bólu. Zostałam napadnięta i okradziona. Ten bydlak cudem nie poderżnął mi gardła. Niewiele brakowało. Boże, myślałam że to wampir i że żywa nie wyjdę z jego rąk.
- Zaraz kochanie, zaraz się tobą zajmiemy. Siostro Zuzanno, proszę do mnie!
    
   Kiedy do sali zabiegowej weszła starsza pielęgniarka, Alinka rzuciła jej kilka poleceń. Otoczyły mnie białe fartuchy pielęgniarek, patrzących na mnie ze strachem. Podejrzewały, że to jednak mógł być wampir! Zajęto się mną bardzo troskliwie… Moim zdaniem aż za troskliwie. Zrobiono mi zdjęcie kręgosłupa szyjnego i głowy. Dostałam serię zastrzyków, przeciwtężcowych, przeciw zakażeniu i czy ja wiem, przeciw czemu jeszcze? Zmieniono mi opatrunki i zszyto rankę na szyi. Oglądając zranienie, Alinka zbladła. Potem powiedziała mi, że nóż ukłuł mnie dosłownie o milimetry od arterii. Silniejsze ukłucie i już bym nie żyła!
    Alinka upierała się, pragnąć zatrzymać mnie w szpitalu na obserwacji, ale stanowczo zaprotestowałam. Pragnęłam znaleźć się w domu, przy rodzicach i odreagować stres. Moja kochana Alisia zrozumiała mnie, jak zwykle i osobiście zapakowała mnie do sanitarki, każąc kierowcy odwieść mnie i zaprowadzić do mieszkania. Obiecała, że przyjdzie nazajutrz i zmieni mi opatrunki. Wypisała mi L-4 i zobowiązała się, przez woźnego dostarczyć zwolnienie  do mego zakładu pracy.
    Byłam jej ogromnie wdzięczna za tę przyjaźń i siostrzaną miłość jaką mi okazywała. Ja nie miałam rodzeństwa, ona miała tylko brata, więc darzyłyśmy się naprawdę siostrzanym uczuciem i nie miałyśmy przed sobą tajemnic. Przed samym odjazdem, zatrzymała mnie na moment i ujmując moje dłonie szepnęła:
- Kochanie, czy on… czy on nie próbował cię zgwałcić?
- Alisiu, skarbie, jemu zależało na moich pieniądzach, a nie na moim tyłku! - odpowiedziałam, zdobywając się na szubieniczny humor.
   
  
Po kilkunastu minutach znalazłam się w domu. Nakarmiona, wypieszczona i wzmocniona kieliszkiem koniaku, leżałam na swojej ukochanej wersalce słuchając muzyki z radia. Z sypialni dochodziły ciche głosy rodziców, komentujących mój wypadek.
    Nazajutrz z samego rana zjawili się dwaj oficerowie milicji, aby mnie przesłuchać. Z ich sugestii domyśliłam się, że chcieli koniecznie dowiedzieć się, czy ten człowiek nie był jednak wampirem. Kazali sobie kilkakrotnie opisać jego zachowanie, pytali, czy nie próbował dotykać mnie w intymnych miejscach i czy ktoś go przepłoszył, czy też odszedł sam?
    Jak mogłam, starałam się im pomóc, bo współczułam milicjantom próbującym znaleźć potwora i dobrać mu się do skóry. To była już nie tylko sprawa kryminalna, lecz państwowa i polityczna, ze względu na śmierć bratanicy Gierka.
- Czy widziała pani, że ktoś za panią idzie? - zadał mi pytanie młody porucznik milicji.
- Nie. Sądzę, że miał gumowe podeszwy, bo wcale go nie słyszałam, a słuch mam znakomity. Zjawił się niespodziewanie i uderzył mnie w tył głowy, odginając ją za włosy do tyłu.
    Obaj milicjanci spojrzeli na siebie porozumiewawczo. Ten sposób ataku właściwy był dla wampira.
- Szarpał mnie za włosy pchnął na drzewo i powiedział: - Kurwa, gdzie masz pieniądze?
- Jaki miał głos i jak wyglądał?
- Głos miał jakby przepity. Nie wiem jak wyglądał, bo cały czas był za mną. Nie widziałam go. Powiedziałam, że mam w kieszeni trzysta złotych. Wyjął portmonetkę, potem wytrzepał moją torbę i odniosłam wrażenie, że był wściekły, bo nie znalazł więcej pieniędzy. Pchnął mnie na ziemię i poszedł. Chyba na moment straciłam przytomność, gdyż nie słyszałam jak odchodzi. Temu człowiekowi chodziło tylko o pieniądze, - rozwiałam ich podejrzenia.
- Ktoś go spłoszył?
- Nie. Sam odszedł stwierdziwszy, że nic więcej cennego nie mam. Ulica cały czas była pusta. Gdyby chciał, mógł mnie zaszlachtować jak prosiaka, bo wbijał mi nóż w szyję, mijając o włos arterię.
- Skąd pani wie o tym?
- Powiedziała mi to moja przyjaciółka, lekarka, która mnie opatrywała w szpitalu.
   
Widziałam, że obaj milicjanci byli zawiedzeni faktem, że to jednak nie był wampir! Obaj życzyli mi powrotu do zdrowia i wyszli. Mama była tak zdenerwowana moją przygodą, że z nerwów dostała kolki wątrobianej i znowu trzeba było wzywać pogotowie.
    Zaraz po obiedzie przyszła Alinka, ale nie sama, tylko z Witkiem. Całowali mnie i rozczulali się nade mną. Nic dziwnego, byłam w bardzo kiepskim stanie. Dopiero nazajutrz poczułam, jak bardzo jestem poobijana. Bolała mnie głowa, ręce i kolana. Nie mogłam bez bólu podnieść ramienia, którym uderzyłam o drzewo.
    Kiedy opowiedziałam Witkowi co mi się przydarzyło, jego oczy stały się ponure.
- Cholera, żałuję, że mnie tam nie było! Zrobiłbym z bydlaka papkę!
- Witeczku, on miał nóż! - zauważyłam.
- A ty myślisz, że ja nie mam noża? Przecież uczymy się walczyć i zabijać sztyletem, jestem komandosem!
- Wiem, jesteś wspaniałym chłopcem, mój ty bohaterze, ale lepiej, że tam ciebie nie było. Myślałam, że ten drań jest wampirem i ma zamiar mnie zabić, ale on tylko potrzebował pieniędzy. To spotkanie mogło się zakończyć o wiele gorzej.
- Moim zdaniem za wcześnie wstałaś. - wtrąciła się Alinka. - Powinnaś jeszcze leżeć. Zmienię ci zaraz opatrunki i musisz się położyć.
- Na pocieszenie powiem ci, że Bronek wraca. - powiedział Witek z uśmiechem. - Myślę, że do tego czasu wydobrzejesz i spotkasz się z nim.
- Byle nie w tym stanie! - zawołałam z udawanym przestrachem. - Uciekłby na mój widok.
- Nie wierzę, za bardzo zależy mu na tobie. Sam nie wiem, co w niego wstąpiło, bo zwykle był bardzo wybredny wobec dziewczyn. - Witak posłał mi szelmowskie spojrzenie.
- Dziękuję ci, kochany. Jak to dobrze mieć dobrego przyjaciela. - mruknęłam. - Widocznie uznał, że w braku czegoś lepszego, mogę uchodzić za jego ideał.
- Mój braciszek jest źle wychowanym pacanem. Zupełnie zgłupiał od czasu, kiedy się ożenił. - oświadczyła Alinka i wymierzyła Witkowi mocnego klapsa.
- Nie bij go, kochanie. On już dostał od życia potężne lanie. A propos, jak się zachowuje twoja połowica?
- Niekiedy mam ochotę ją zamordować. Zachowuje się coraz gorzej. Sprowadza do naszego domu swoich braciszków. A ci urządzają w mieszkaniu pijackie libacje, aż skarżą się sąsiedzi. Nic nie mogę na to poradzić i wolę uciekać z domu, żeby nie doszło do rękoczynów. Weronka to brudas i nie potrafi dobrze zadbać o dziecko.
- Tak. Zauważyłam, że mały ma odleżyny. - potwierdziła Alinka. - Ale ja mówię, a ona robi swoje. To znaczy nic nie robi. Witek fatalnie trafił.
- Starałeś się o dobrego adwokata? - zadałam pytanie, nie okazując jak bardzo boję się o niego.
 - Owszem, ale trochę to jeszcze potrwa. Dobry adwokat kosztuje, a ja dopiero zbieram pieniądze. Ciężko mi to idzie, bo muszę niemal wszystkie pieniądze oddawać Weronce. Wyobraźcie sobie, że poszła do naszego płatnika i kazała sobie pokazać, ile zarabiam! Powiedziała mu, że nie oddaję jej pensji i biedna głoduje. Teraz już wie, ile dostaję pieniędzy, i zmusza mnie, żebym oddawał jej lwią część zarobków.

- Zmora! - syknęłam z oburzeniem. - Witek, ja ci pożyczę pieniądze. Proszę ciebie, staraj się unikać awantur w domu. Ta kobieta może być niebezpieczna. Prawda, Alisiu?
- Niestety tak. Zauważyłam, że jest niezrównoważona emocjonalnie.
    Alinka spojrzała na mnie i obie pomyślałyśmy jednocześnie o wizycie Weronki u mnie i jej groźbach. Na szczęście Witek nic o tym nie wiedział.  c.d.n.