wtorek, 8 sierpnia 2017

SEKRETY RODZINNE - SYLWESTROWA NOWINA!


  8 sierpnia 2017 r.

   Boże Narodzenie – moje ulubione święta! Zawsze oczekiwane z niecierpliwością. Kilka cudownych, promiennych dni, pod koniec tego ponurego i ciemnego miesiąca. Już na dwa tygodnie przed świętami, mama zagniatała ciasto na piernik, waląc je bezlitośnie wałkiem. Czytałam kiedyś, że w litewskich dworach, ciasto na piernik wkładano do łodzi i okładano wiosłem, żeby spulchniało!
    Bardzo lubiłam piernik z bakaliami i świąteczny makowiec. Sama piekłam przed wigilią chrusty, które z kolei uwielbiał tata. Nasz dyrektor ekonomiczny był człowiekiem zaradnym i przed świętami, w zamian za nasze surowce, zawsze otrzymywaliśmy ryby na wigilię, słodycze oraz inne, trudno dostępne w sklepach produkty.
    W ogóle grudzień obfitował w przyjemne niespodzianki. Najpierw była uroczysta Barbórka, pochód z pochodniami, Karczma Piwna, (tylko dla mężczyzn) i świetna zabawa do rana. Potem był święty Mikołaj i coś schowanego pod poduszkę. Ja dostałam od rodziców śliczny angorowy sweter i bombonierkę. Mama ode mnie otrzymała w prezencie, nowe góralskie pantofle domowe na futerku i barwną apaszkę, a tata elegancką bonżurkę i koszulę non iron.
    
Bronek obiecał w liście, że dostanę od niego prezent, jak przyjedzie w odwiedziny. Między przyjaciółmi wymienialiśmy zabawne drobiazgi. Alince dałam śliczną laleczkę z Cepelii, a Staszkowi fajkę, bo palił tytoń. Pamiętałam także o Witku, otrzymał w prezencie diabełka z rózgą, a było to niedwuznaczne ostrzeżenie. Ten chłopak aż się prosił o awanturę. Przed świętami zadzwonił do mnie, składając mi życzenia. Niewinnym tonem wspomniałam, że chyba widziałam go w nocy na ulicy z jakąś kobietą, ale zaparł się, przysięgając, że to nie był on.
Żebym go nie znała, to bym uwierzyła!
Wigilia nie była dniem wolnym od pracy. Ale kto by się w tym dniu przejmował pracą? Po prostu przyjeżdżaliśmy do zakładu odświętnie ubrani. Dyrekcja i Rada Zakładowa, zawsze na święta dawały nam jakąś premię. W zakładowym sklepiku kupowaliśmy słodycze, potem wszyscy składaliśmy sobie życzenia wesołych świąt, i po 13-tej jechaliśmy do domów.
   Zaraz po przyjeździe, wzięłam się do krojenia ziemniaków na świąteczna sałatkę, Tata w pokoju strugał pień drzewka, by wszedł do stojaka. Klął pod nosem, bo do takich robót, miał dwie lewe ręce. W całym mieszkaniu rozchodził się zapach choinki, którą tata wywalczył, stojąc w dużej kolejce na targowisku. Ja miałam jeszcze jedno maleńkie drzewko w swoim pokoju i sama go przystroiłam. Z pawlacza, mama wyciągnęła pudła z bańkami i ozdobami choinkowymi, które się wtedy robiło ręcznie. Od kuchennych zajęć oderwał mnie telefon.

-Córciu, odbierz, bo ja nie dam rady. - posłyszałam głos taty i weszłam do pokoju, wycierając ręce. Podniosłam słuchawkę i usłyszałam głos Alinki.
- Kochanie, raz jeszcze życzę tobie i twoich rodzicom bardzo zdrowych i wesołych świąt. Tylko się nie przejadaj, bo ci biedacy na dyżurach w szpitalu też chcą mieć wolną chwilkę.
- Obiecuję, że się nie przejem i nie będę zawracała głowy lekarzom. - roześmiałam się. - Gdzie będziecie na wigilii?
- Jak to gdzie? U rodziców! Mama by chyba odchorowała, jakby nas tam nie było. Zresztą wiesz sama, jak ja gotuję. Zrobiłabym Staszkowi zupkę z muchomorów i byłby znajomy pogrzeb. Bronek nie dzwonił?
- Jeszcze nie, ale wiem, że jest u swojej mamy. Alisiu, a co z Witkiem?
- Też będzie na wigilii razem z rodziną, bo jego zgaga zabrała dzieciaka pojechała do swoich na wieś, a to kawał drogi od nas. Zresztą wiesz, że Witek przyłożył teściowi i teraz są jawnymi wrogami.
- Słuchaj, złotko. Tak między nami. Spytaj brata, czy nie kręci z jakaś babką.
- A co się stało? - głos Alinki natychmiast się zmienił i przestał być wesoły.
- Na razie nic, ale znam Witka i wiem, że długo bez baby nie wytrzyma. Po prostu boję się o niego. Sama wiesz, jak łatwo wpada w kłopoty.
- Rany boskie, coś wiesz na ten temat?
- Tylko się domyślam, ale staraj się go przycisnąć, może tobie się zwierzy. Mnie się przysięgał, ze żyje cnotliwie, jak święty Antoni. Ale ja w te jego świętości nie wierzę, bo znam go zbyt dobrze. Przypomnij sobie, jak się ta jego wariatka odgrażała na wypadek, gdyby ją zdradził.
-Pamiętam. Dobrze, obiecuję, że wezmę go na dywanik. W razie czego przygotuję zastrzyk skopolaminy, - zażartowała, ale ja wiedziałam, że Alinka jest przerażona.
-Przepraszam skarbie, że niepokoję ciebie przed świętami, ale w wigilię Witek będzie na luzie i może zechce się otworzyć. Nie martw się, kochanie, może to tylko moja wyobraźnia stwarza urojone zagrożenia. Ucałuj swoich staruszków ode mnie, bo mama zamierza jeszcze dzwonić do twojej matuli. Słodki buziak ode mnie dla Stasia.
- Dzięki. On dziś ma dyżur i wróci do domu dopiero około północy. - poinformowała mnie Alinka. - Będziemy czekać na niego z wigilią.
    Pogadałyśmy jeszcze chwilę i odwiesiłam słuchawkę.

- Psiakrew! - wrzasnął tata i podskoczył, machając dłonią. - Szlag by to trafił!
- Tupciu, co się stało? - zawołałam, odwracając się od biurka.
- Skaleczyłem się w palec. Idź, poszukaj bandaża.
- Co ty tak klniesz? - zapytała mama wchodząc do pokoju. - Dziś wigilia.
- Skaleczyłem się w rękę. - oznajmił tata, pokazując lekko krwawiący palec.
- Tylko tyle? A narobiłeś takiego krzyku, jakbyś obciął sobie ramię. - mama z politowaniem wzruszyła ramionami i wyjęła z kredensu salaterkę.
- Ile zapłaciłeś za to drzewko? - zainteresowała się nagle, oglądając choinkę już uwolnioną od sznurków. Drzewko było wysokie, gęste i sięgało sufitu. Było śliczne.
- Osiemdziesiąt złotych! - mruknął tata, podając mi zraniona rękę, żebym ją zabandażowała.
- Przepłaciłeś! - powiedziałam stanowczo. - U nas w zakładzie ładne drzewka były po 50 złotych.
- Ale nie mogłem pozwolić, żeby to moja córka taszczyła choinkę. Chyba jest w tym domu mężczyzna! - oburzył się tata.
- Mój ty, mężczyzno! - rozczuliła się mama i pocałowała tatę w łysinkę. - No, bierzmy się do roboty, bo o piątej siadamy do stołu. Iza, zabij karpia, bo ja nie mogę! Potem możesz ubrać drzewko. Nie zapomnij o świeczce z tamtego roku!
     
   Ani mama, ani ojciec nie byli w stanie zabić ryby miotającej się na desce. Ja kiedyś także nie wyobrażałam sobie tego, ale gdy przyjechałam z Warszawy, byłam już twarda. Na wszelki wypadek mówiłam sobie, ze to głowa Romanowicza, i wtedy waliłam tłuczkiem bez cienia litości.
Jeszcze przed sama wigilią zadzwonił Bronek i jego mama. Razem złożyli nam życzenia. Wszyscy byliśmy bardzo wzruszeni, bo pani Orlicka była naprawdę szalenie miłą, kulturalną kobietą i szybko nawiązała z nami serdeczny kontakt. Bronek spytał, czy wybieram się na Sylwestra? Odpowiedziałam, że nie, gdyż nie zaliczyłam jednego przedmiotu i muszę się solidnie wziąć do nauki.
- A ty, Broniu, - spytałam podstępnie - idziesz na zabawę?
- Kotuniu, bez ciebie nigdzie nie chodzę. A gdybym nawet chciał, to moja mama własnym ciałem zasłoniłaby mi drzwi wejściowe, niby Rejtan. Uważa, że gdy mam taką śliczną dziewczynę, o której poważnie myślę, to nie wypada żebym się włóczył po dansingach i flirtował z dziewczętami.
- To podziękuj mamusi, bo gdybym się dowiedziała, że zabawiasz się, kiedy ja muszę wkuwać, to koniec ze znajomością. Jasne?
- Tak jest, proszę pani mecenas! - jęknął rozpaczliwie, a potem roześmiał się i szepnął. - Kocham cię!
   
    Dzieląc się opłatkiem, pomyślałam, że ten rok był dla nas pomyślny i nawet szczęśliwy. Patrząc w wilgotne, kochające oczy rodziców, dziękowałam Bogu, że pozwolił mi nareszcie otrząsnąć się ze zmory przeszłości i powrócić do normalnego życia. Dziękowałam losowi, że przez stłuczony na lodzie kuper, poznałam wspaniałego mężczyznę, który jest mi bardzo bliski.
    Aha, zapomniałam napisać, że 12 listopada mieliśmy całkowite zaćmienie słońca! A w samą wigilię radziecka sonda Łuna 13 wylądowała na Księżycu! Czego to ludzie nie wymyślą.
Łuna 13
                                       ---------------------------------------------
   
   Święta minęły „jak sen jaki złoty” i człowiek znowu musiał wziąć się galopem do pracy. Kułam jak szalona, obiecując sobie, nigdy więcej nie dać się schwytać w pułapkę naszej Kosiarki.
    Przyrzekłam sobie, że na żadne wyskoki w tym roku nie pójdę, choć Alisia kusiła mnie balem w kasynie. Ale zbliżał się Sylwester i wszystko stanęło na głowie w szale zakupów. Ganiałyśmy po sklepach, oglądając materiały i pantofelki. Wiedziałam, że w styczniu przyjedzie Bronek i wtedy z pewnością wybierzemy się na karnawałową zabawę. Musiałam mieć szałową kieckę i odpowiednie szpilki.
    Dorwałam w modnym sklepie odzieżowym białą koronkę i postanowiłam uszyć z niej suknię wieczorową, długą i kloszową. Alinka była w lepszym położeniu, bo szwagier, czyli brat Staszka, mieszkający w Anglii, przysłał bratowej piękny, złotawy materiał mieniący się dżetami. Na jej widok wszystkie baby pozielenieją z zazdrości. Załatwiwszy się z zakupami, znowu zabrałam się do nauki. Kiedy na chwilę przestawałam wbijać sobie do głowy mądrości prawa rzymskiego, zastanawiałam się głęboko, kim była ta kobieta, z którą w nocy szedł Witek.
   Wprawdzie była w dużym kożuchu, który zniekształcał kształt sylwetki, a jednak mimo wszystko, było w niej coś znajomego. Wiedziałam, że muszę znać te osobę i dosyć często ją widywać. Cholera, kim jest ta baba? Bardzo się bałam, żeby żona Witka nie wzięła jej przypadkiem za mnie, bo wtedy mogłaby napuścić na mnie swoich braciszków-bandytów.
    
   W Sylwestra znowu rozdzwonił się telefon i kolejni przyjaciele zgłaszali się z życzeniami. Kochałam Sylwestra i ten cały przed balowy zawrót głowy. U fryzjera kilometrowe kolejki – ja zawsze zamawiałam sobie wizytę u znajomej mistrzyni grzebienia, tydzień wcześniej, Potem szczególnie ostry i staranny makijaż, by pasował do sztucznego światła. Na koniec ubieranie nowej sukni przed lustrem i podziwianie własnej osoby, jakby co nieco innej, piękniejszej. Mama oglądała mnie uważnie, poprawiając jeszcze to i owo, i nareszcie wychodziłam z domu modląc się, żeby nowe szpilki nie obtarły mi pięt.
    Jednak tego roku nie poszłam na żadną zabawę, tylko leżałam w swoim pokoju na tapczanie, trzymając przed sobą podręcznik z łacińskimi słówkami, które usiłowałam wbić do głowy. Co chwilę otwierały się drzwi i mama lub tata wchodzili na palcach, składając na stoliki jakiś przysmak, w obawie, żeby biedne dziecko nie umarło z głodu.
   Dziękowałam nie podnosząc głowy znad książki, bo poprawkowy egzamin z logiki czekał mnie w połowie lutego i do tego czasu musiałam opanować materiał po prostu na medal. Nastawiłam sobie radio i kiwałam się sennie, słuchając śpiewu Aznavoura i jego słynnej „Isabelle”. Półgłosem nuciłam razem z nim i łzy spływały mi po policzkach na rzewną myśl, jakbym cudownie bawiła się w kasynie, gdyby Bronek mógł dziś przyjechać.
Śpiewa Charles Aznavour
    Byłam zmęczona, bo w pracy przygotowałyśmy bilans roczny, przed kontrolą przysięgłego księgowego, i chociaż był to ostatni dzień w roku, z pracy przyjechałam dopiero o 16-tej z bolącą głową. Dlatego zamiast siedzieć z rodzicami w pokoju i oglądać program telewizyjny, wolałam pouczyć się w samotności. Odkładając na chwilę podręcznik, wyobraziłam sobie, jak Alinka robi furorę w swojej złocistej sukni, ze zgniłego Zachodu! Poszli na bal sylwestrowy całą rodzinką, z ojcem i mamą. Witek oczywiście był z nimi, ale sam, bo jego Weronka jeszcze siedziała u rodziny w lubelskim. Byłam bardzo ciekawa jak i z kim się bawi, bo Alinka wspomniała, że w święta wcale nie chciał z nią rozmawiać i gdzieś sobie poszedł. Ten cholerny dureń szukał guza! Po prostu czułam to przez skórę.
 Głowa zaczęła mnie potężnie łupać, więc wzięłam dwie aspiryny, gdyż coś zanosiło mi się na przeziębienie. Odłożyłam podręcznik i usiadłam na tapczanie, rzuciwszy okiem na zegar. Dochodziło wpół do dwunastej. Wkrótce północ; zawyją syreny i gwizdki parowozów, wystrzelą w ciemne, pochmurne niebo kolorowe rakiety z jednostki i milicji. W telewizji prezenterzy pięknie ubrani, wzniosą kieliszki z szampanem, a orkiestra zagra Moniuszkowskiego mazura z opery „Halka” lub „Strasznego dworu”. Za oknem świat zrobił się nieopisanie piękny, zasypany puszystym, świeżym śniegiem.
    
   Już miałam wyjść z pokoju i przyłączyć się do rodziców, gdy uchyliły się drzwi i zajrzała mama.
- Kotuniu, masz telefon. - powiedziała, przyglądając mi się bacznie. - Źle się czujesz?
    Przed okiem mojego matczyska nie uszła najmniejsza zmiana na mojej twarzy.
- Telefon? - zdziwiłam się. - O tej porze? Od kogo?
- Panna Pela chce z tobą rozmawiać.
- Co, dzisiaj sobie o mnie przypomniała? - jęknęłam, podnosząc się z tapczana, bo prócz głowy bolały mnie kości.
    Przyszło mi na myśl, że Pela od pewnego czasu nie odzywała się do mnie. Dziwne.
- No idź, kochanie. Może ona chce ci złożyć życzenia. - ponagliła mnie mama. - Niedługo koniec roku.
    Westchnęłam i nie śpiesząc się, udałam się do pokoju. Tata obserwujący program w telewizji, odwrócił tylko głowę i pokazał mi gestem, żebym szybko skończyła rozmowę.
- Słucham. - powiedziałam podnosząc słuchawkę z biurka. Byłam przekonana, że usłyszę dźwięki muzyki z jakiejś sali dansingowej, ale w słuchawce była cisza. - No, słucham! - powtórzyłam już zniecierpliwiona.
- Iza, musisz mi pomóc!- usłyszałam wysoki ze zdenerwowania głos Peli. - Nie mam się do kogo zwrócić, więc dzwonię do ciebie.
- Myślałam, że jesteś na jakiejś zabawie. Co się stało?
- Jesteś przyjaciółką Aliny, więc możesz mi pomóc. Ona jest lekarzem.
- Pela, ja naprawdę nic nie rozumiem. Jest Sylwester, za dużo wypiłaś?
- Nie gadaj bzdur. Jestem trzeźwa i chcę żebyś mi pomogła, bo sama nie wiem, co mam zrobić.
    
   Ten telefon zaczął mnie wkurzać! Co ona sobie wyobrażą, że może zawracać mi głowę o tej porze, i mówić do mnie tym tonem? Przecież nie wyrządziłam jej żadnej krzywdy, nawet ją lubiłam.
- Może w końcu wyjaśnisz mi, co się stało? - powiedziałam, siląc się na uprzejmość.
- Jestem w ciąży! - usłyszałam w odpowiedzi.
    Zdębiałam. Za Chiny Ludowe nie domyśliłabym się takiej wiadomości. Ale ostatecznie to była jej sprawa osobista i nie widziałam powodu, żeby mnie o tym powiadamiać w Sylwestra.
- Pelu, nie wiem co powiedzieć. Ale to przecież nie jest problem. Jak ja mogę ci pomóc?
- Pogadaj z Aliną, ona jest twoją przyjaciółką.
- A co ona ma z tym wspólnego? - spytałam już podniesionym głosem.
- Nie wiesz? - syknęła Pela. - Nie udawaj, że nie wiesz kto zrobił mi to dziecko!
- Nie wiem, do cholery! - wrzasnęłam, straciwszy resztkę cierpliwości.
- Witek, braciszek Aliny i twój kumpel! - krzyknęła z pasją, a mnie z wrażenia opadła ręka z telefonem.  c.d.n.