piątek, 4 sierpnia 2017

SEKRETY RODZINNE - WIECZORNE POLAKÓW ROZMOWY.


4 sierpnia 2017 r.

   O spotkaniu ze Zbyszkiem wspomniałam tylko Alince. Mamie nie mogłam nic powiedzieć, bo kiedyś bardzo Zbyszka lubiła, a nawet obie ze Zbyszkową mamą myślały, żeby nas pożenić! Podobno po moim wyjeździe, Zbyszek tak mocno przeżył rozstanie, że rodzice zdecydowali się na wyjazd do Krakowa, nie chcąc, żeby powracał do miasta, które mu tak wiele przypominało.
  Gdybym, broń Panie Boże, powiedziała mamie, jakie jedwabne życie ma Zbyszkowa żona, mama z pewnością przez tydzień wymawiałaby mi, że za niego nie wyszłam, bo nie musiałabym teraz harować zarobkowo i zarazem studiować! Miałabym gosposię, dom, samochód i męża z dolarami!
    Ech, „co tam marzyć o kochaniu – dla mnie nie ma róż”1 - podśpiewywałam sobie pod nosem, ubierając się do wyjścia. Alinka zaprosiła mnie na małą popijawę z okazji przyjazdu Staszka. Nie musiałam stroić się do gości, bo zaproszona byłam tylko ja. Wciągnęłam spodnie, wchodzące właśnie w modę i sweter z golfem, a na nogi wygodne buty, bo u Alinki ubierałam kapcie. Narzuciłam na siebie płaszcz z kapturem, bo pogoda była fatalna. Padał śnieg i prędko zamarzał, a temperatura spadła do – 7o C.
  
    Powiadomiłam moich staruszków, że idę do Alinki i posławszy im całusa, zbiegłam po schodach. Na ulicy powitała mnie oślepiająca biel świeżo spadłego śniegu. Z czarnego jak aksamit nieba, ciągle spływały białe płatki śniegu, osiadając na moich rzęsach i włosach, wysuwających się spod kaptura. Tata koniecznie chciał wezwać taxi, ale ja wolałam przejść się piechotą. Przez pół dnia siedziałam w pracy zgięta nad biurkiem i pieszy spacer w mroźny wieczór był idealny dla zdrowia.
    Szłam raźno przed siebie, wsłuchując się w śnieg chrupiący pod butami. Byłam w różowym humorze, bo dziś otrzymałam długi i bardzo czuły list od Bronka. Po forsownych ćwiczeniach sprawnościowych, jechał nazajutrz do Zakopanego, aby poprawić kondycję i przejść badania lekarskie. Z Zakopanego wracał do domu na święta Bożego Narodzenia. Pisał, że bardzo tęskni za mną i zaraz po Nowym Roku postara się o przepustkę i wpadnie do mnie. Prosił, żebym ucałowała od niego rodziców. Kiedy był u nas z wizytą zauważyłam, jak bardzo przylgnął do taty. On, biedaczysko, ojca nie miał.
    Cieszyłam się już z góry na jego przyjazd, układając smaczne menu i planując, gdzie pójdziemy się zabawić. Pogwizdując pod nosem dziarskiego marsza, kroczyłam raźno przez opustoszałe ulice miasta. Gdzieniegdzie rozlegał się ryk motoru samochodu, który zabuksował w zaspie i próbował z niej wyleźć. Pięć pięter w bloku, przebyłam w rekordowym tempie i zadzwoniłam do drzwi.
Usłyszałam szybkie kroki i zaraz wpadłam w ramiona mojej Alinki.
- O, jak fajnie, że przyszłaś! Chodź, chodź, właśnie pieczeń dochodzi w piekarniku. - wykrzyknęła głośno, a pochyliwszy się mi do ucha, wyszeptała spanikowana: - Izuchna, powiedz, co mam z tym mięsem zrobić, bo chyba się przypaliło! Ratuj!
    Mrugnęłam do niej uspokajająco i zrzuciwszy przy jej pomocy płaszcz i buty, włożyłam rozdeptane kapcie i powędrowałam do pokoju. Staś, wygodnie rozparty siedział w fotelu i oglądał dziennik telewizyjny. Na odgłos moich kroków, podniósł się z fotela i podszedł do mnie.

- Nareszcie jesteś mężem swojej żony! - zawołałam ze śmiechem. - Mogę ucałować twoje oblicze?
- Jasne, skarbie. Na tę okazję goliłem się aż dwa razy! - pochylił swoją tyczkowatą figurę i serdecznie mnie wycałował. - Alinka chyba nie domyśla się, że ja wiem, kto usmażył tę wątróbkę na moje powitanie! - rzekł półgłosem. - Ale ja znam talenty kulinarne mojej małżonki. W łóżku jest asem, ale przy kuchni raczej się nie sprawdza.
- Są stołówki i restauracje, więc zawsze możecie się tam pożywić. Ale w łóżku nikt ci żony nie zastąpi, więc ciesz się, tym, co masz.
- Właśnie się cieszę. Chcesz wina?
- Owszem. Daj mi kieliszek czerwonego. Aha, muszę sprawdzić, co Alinka ma w piekarniku. Udawaj, że się tym nie interesujesz i zajmij się telewizją.
    Weszłam do kuchni i pociągnęłam nosem. Nie, chyba mięso nie było spalone, może zanadto się przysmażyło, Trzeba zobaczyć.
- Alisiu, sprzątałaś kuchnię? - spytałam z rozpędu, otwierając piekarnik.
- A co, nie widać? - zdziwiła się moja przyjaciółka.
- Widać. Tę dużą pajęczynę nad oknem. Ja jej nie zostawiłam…
- No wiesz, cukiereczku, jakoś jej nie zauważyłam. A co z tym mięsem? Można będzie je podać? Staszek chyba nie wie, że ja nie umiem gotować. - westchnęła, biorąc szczotkę do zamiatania i zdejmując pajęczynę.
- Słabo oceniasz inteligencję swego męża, ale żyj złudzeniami. - powiedziałam sykając, bo brytfanna była gorąca i parzyła mi palce.
  Mięso okazało się jednak nieco przypalone, ale to był drobiazg. Wyjęłam je i położyłam na desce do krojenia. Prędko usunęłam spalone miejsca, a samą wołowinę podzieliłam na plastry. Podlałam ją winem z mego kieliszka i doprawiłam pieprzem, solą i odrobiną maggi, bo Alisia nigdy jedzenia nie przyprawiała, uważając to za marnowanie czasu. Wsunęłam pieczeń ponownie do piecyka, aby doszła w sosie i spojrzałam na Alinkę.
- A co do mięsa? - zapytałam.
- No, chyba ziemniaki, bo nic innego nie mam.
   Machnęłam ręka, wiedząc z doświadczenia, że moja ukochana przyjaciółka, zna się równie dobrze gotowaniu, jak ja na kosmonautyce. Nie pytając już o nic, wygoniłam ją do pokoju, a sama wzięłam się do przyrządzenia sałatki ziemniaczanej. Na szczęście w lodówce były jajka, dwa pomidory oraz konserwowe korniszony, musztarda, olej i szczypior. Ukręciłam majonez, pokroiłam ziemniaki w kosteczkę i razem z jajkami na twardo, korniszonami, pomidorami oraz szczypiorkiem i musztardą, zalałam jarzyny majonezem, Doprawiłam i skosztowałam. 
   No, moja mama przez trzy dni by płakała, ale ja uznałam, że mogło być gorzej i przełożyłam sałatkę do salaterki, a mięso na półmisek. W głębi lodówki znalazłam natkę pietruszki, która posłużyła mi do przybrania potraw.
    Przy głośnych brawach zgłodniałych przyjaciół, wniosłam potrawy do pokoju i postawiłam na niskim stole z szklaną płytą.

- Ach, co tak przepysznie pachnie? - zagadnął Staszek, łykając ślinkę i przysuwając fotel do stołu.
- Alinka przygotowała pieczeń i sałatkę ziemniaczaną. - oznajmiłam, broniąc honoru przyjaciółki. - Ja ją tylko doprawiłam i zrobiłam majonez, bo Alinka jest zmęczona.
- Właśnie to widzę. Dobrze mieć w domu dobrą gospodynię. - powiedział Staszek z powagą, nakładając sobie na talerz solidną porcję.   Zauważyłam, że z trudem powstrzymuje się od śmiechu.
- To nie ja, tylko Iza! - pisnęła żałośnie Alinka. - Ja, Stasiu, nie umiem gotować. Przestaniesz mnie kochać?
    Musiał ucałować biedną grzesznicę i zapewnić ją, że to mu nie przeszkadza, bo mogą stołować się w szpitalu. Alinka odetchnęła i z apetytem wzięła się do jedzenia. c.d.n.

1„Co tam marzyć o kochaniu, o bogdance i róż rwaniu. Dla nas nie ma róż!” - słynny wiersz, a potem pieśń z okresu Powstania Styczniowego, poety lwowskiego, Mieczysława Romanowskiego, który poległ w swojej pierwszej bitwie, k. Józefowa w 1863 r.