poniedziałek, 25 września 2017

SEKRETY RODZINNE - PODJĘŁAM DECYZJĘ!


25 września 2017 r.

   Przez moment panowała cisza.
- Panie majorze, proszę odejść, moja przyjaciółka źle się poczuła. - usłyszałam głos Alinki, i jej ciepła ręka ujęła moją dłoń, badając puls.
- Chyba mogę się dowiedzieć, co się dzieje z Romanowiczem, prawda? - major nie zamierzał odejść od stolika.
- On nie żyje. - wyszeptałam. - Chcę do domu.
    Witek poderwał się i zbliżywszy się do majora rzekł groźnym, ściszonym głosem:
- Towarzyszu majorze, nie wywołujcie awantury na zabawie! Musiałbym złożyć na was raport do dowódcy.
    Kilku młodych komandosów z jego oddziału, zauważywszy tę scenę, tak sprytnie manewrowało, że otoczyli majora groźnym kołem. Kochani chłopcy... Rzucił na nich okiem i wzruszywszy ramionami odszedł.
    Miałam wrażenie, że jestem przemarznięta do szpiku kości i trzęsłam się cała. Chwyciłam butelkę koniaku, nalałam sobie pełny kieliszek i wypiłam go chciwie. Powtórzyłam tę czynność jeszcze trzy razy. Poczułam zawroty w głowie i zrobiło mi się gorąco.
- Chcę do domu. - powtórzyłam.
    Alinka przesiadła się obok mnie i mocno ścisnęła mnie za rękę.
- Nie pojedziesz do domu! Zostaniesz na zabawie i razem z nami powitasz nowy rok! - powiedziała ostrym tonem. - Iza, Romanowicz umarł, już nie ma, jesteś wolna i masz prawo do życia i szczęścia. Ten głupiec już sobie poszedł.
- Kto to jest? - odezwałam się, próbując opanować drżenie.
- Szef Informacji. - wyjaśnił Witek ponurym głosem. - Skurwysyn, który każdego z nas ma na oku. Wielu poważnie zaszkodził.
- Prześladuje mnie ta cholerna Informacja Wojskowa. Romanowicz był z tej samej branży. - powiedziałam z rozdrażnieniem i zwróciłam się do Bronka: - Widzisz, ciągle będą szły za mną wspomnienia o tym moim przeklętym małżeństwie! Znowu zacznie mnie dręczyć zmora, od której nie mogę się uwolnić.
    Spuściłam głowę i kilka łez spadło na moją czarną suknię. Bronek pochylił się i pocałował mnie w usta.
- To wkrótce minie, kochanie. Ten człowiek nie chciał cię skrzywdzić, po prostu był pijany. Nie pozwól, żeby ten martwy potwór nawet po śmierci ciebie unieszczęśliwiał. Dosyć wycierpiałaś, gdy on żył.
- Pieprzyć jego pamięć! - wybuchnął Witek gniewnie. - Czekaj, złotko, zamelduję dowódcy, że ten skurwiel upił się i awanturował na zabawie.
    
   Opanowałam się już na tyle, że podziękowałam mu uśmiechem.
- Nie trzeba, Witeczku, niech go szlag trafi. Już czuję się lepiej i możemy zmienić temat. Przepraszam, zepsułam wam zabawę.
- Tobie zepsuto zabawę. - powiedział Staszek. - Chętnie bym temu facetowi poucinał to i owo. Ale masz rację, zapomnijmy o tym incydencie. Fajnie grają, zatańczymy?
- Z tobą, zawsze! - podniosłam się i poszliśmy na parkiet.
- Naprawdę dobrze się czujesz? - spytał, prowadząc mnie powoli i troszcząc się, żeby mnie ktoś nie potrącił w tłoku.
- Stasiu, po takiej kuracji koniakiem? Jestem wstawiona!- wyznałam, chwiejąc się lekko na nogach.
- To dobrze. Jakbyś potrzebowała, mam tabletki na ból głowy.
- Nie, już mi przeszło. - skłamałam, chociaż głowa bolała mnie nieznośnie. - Ale jakbyś miał ampułkę z truciznę, nie pogardzę!
- Nie gadaj głupstw. To tamtemu draniowi chętnie dałbym trutkę na szczury.
    Dochodziła północ. Na tarczy dużego zegara wiszącego na ścianie kasyna, wskazówki wolno zbliżały się do dwunastej godziny. Światła przygasły, świeciły się tylko kolorowe żaróweczki dokoła zegara. Zapłonęły świece na stolikach. Stałam przy Bronku, a jego ramię obejmowało mnie wpół. Wszyscy zebrani na sali, zaczęli głośno odliczać.
- Dziesięć, dziewięć, osiem, siedem, sześć, pięć, cztery, trzy, dwa, jeden! Hurra! Niech żyje Nowy Rok, tysiąc dziewięćset sześćdziesiąty ósmy!
    Całowaliśmy się i składali sobie wzajemnie życzenia. Objęłam Bronka za szyję i patrząc w jego dobre, błękitne oczy pełne miłości, szepnęłam mu do ucha:

- A czego tobie mam życzyć, kochany?
- Ty wiesz czego. - odszepnął, przytulając mnie mocno do siebie.
- Życzę ci zatem, żebyś zawsze szczęśliwie wracał na lotnisko i do domu, w którym ja będę na ciebie czekać. Kocham cię i mówię tak!!
-Izunia, naprawdę? - wykrzyknął uradowany. - Jesteś zdecydowana?
- Tak.
    Chwycił mnie na ręce i podniósł do góry, całując po twarzy i po sukni.
- Moja dziewczyna, moja żona! Alinka, Witek, Staszek, Iza powiedziała Tak! Bierzemy ślub.
- No, nareszcie! - wykrzyknęła Alinka. - Tak się cieszę, wszyscy życzymy wam szczęścia, prawda chłopcy? - zwróciła się do męża i brata.
    Powędrowałam w jej ramiona, a potem kolejno w objęcia Staszka i Witka.
    Witek poleciał do orkiestry i wtykając im do ręki pieniądze, kazał grać dla narzeczonych „Sto lat”. Ku mojemu zawstydzeniu, cała sala, przy akompaniamencie orkiestry, odśpiewała nam „Sto lat”. O mało się nie rozpłakałam, całując Bronka. Byłam szczęśliwa.
- To kiedy ten ślub? - odezwał Staszek - Muszę wiedzieć, żeby przygotować sobie frak, bo go trochę mole zjadły.
- Zdążysz. Nie tak prędko, bo przed nami jeszcze mnóstwo problemów do pokonania.
- W takim razie kiedy wyznaczycie datę ślubu? - spytała Alinka, uszczęśliwiona podjętą przeze mnie decyzją.
- Oj, chyba nie wcześniej, niż w pierwszych miesiącach przyszłego roku. - powiedziałam, patrząc na Bronka. - Może w marcu lub kwietniu.
    Wysunął dolną wargę i potrząsnął głową. Widziałam po jego minie, że ten termin nie przypadł mu do gustu, ale nie chciał sprzeczać się ze mną na zabawie. Pomimo bolącej mnie głowy, dosiedziałam do trzeciej i dopiero wtedy wyszliśmy z kasyna, zgrzani i z bolącymi nogami.
    
   Taksówek naturalnie nie było w pobliżu, więc poszliśmy piechotą. Noc była ciemna, z nisko wiszących chmur padał drobny śnieg, powoli tworząc zaspy. Ale nam to nie przeszkadzało. Szliśmy całą szerokością ulicy, roześmiani, głośno śpiewając mocno niecenzuralne piosenki. Staszek i Alinka pierwsi nas opuścili, skręcając w boczną uliczkę, prowadzącą do ich domu. Witek szedł z nami jeszcze kawałek, idąc do rodziców, gdzie mieszkał.

   Zostaliśmy w końcu tylko my dwoje, ale to nam nie przeszkadzało, bo co kawałek stawaliśmy, aby się pocałować. Do domu przyszliśmy przed świtem. Rodzice już spali, ale w pokoju tapczan był już posłany dla Bronka. Na stole stała przekąska i szklanka na herbatę. Mama pamiętała o moim gościu.
- No, teraz do łazienki i spać. - powiedziałam, rozpaczliwie ziewając. - Idź pierwszy, Broniu, bo ja zagrzeję jeszcze dla nas wodę na herbatę.
- A buziaka przed spaniem dostanę?
- Komu jak komu, ale tobie nie odmówię! - zaśpiewałam i pobiegłam do kuchni, stawiając czajnik na gazie.
   Prędko zrobiłam sobie i jemu herbatę i zaniosłam ją do pokoju. Bronek już umyty, w samych spodniach i gimnastiorce siedział na tapczanie, czekając na mnie. Pochyliłam się i pocałowałam go w usta. Porwał się i chwyciwszy mnie mocno, oddał mi pocałunek tak namiętnie, aż zrobiło mi się gorąco. Wiedziałam o czym myśli, ale na razie nie mogłam się jeszcze na to zdecydować.
- Dobranoc, Broneczku. Życzę ci pięknych snów. Jutro porozmawiamy o naszych sprawach.
- Kocham cię. - wyszeptał w moje włosy.
- Ja ciebie także. Nawet nie wyobrażasz sobie, jak bardzo.
    Położyłam się spać z myślą, że sprawiłam Bronkowi zawód. Zapewne miał nadzieję, że zostanę z nim tej nocy. Ale ja nie mogłam się jeszcze przełamać, szczególnie teraz, po zajściu w kasynie. Być może oddałabym się mu tej nocy, gdyby nie wspomnienie o Romanowiczu.
    Teraz już dokładnie przypomniałam sobie tego człowieka i okoliczności, nie tylko ślubu, ale i zaręczyn. Romanowicz zaprosił jego i jeszcze jednego oficera na nasze zaręczyny. Pamiętam, że spotkałam wtedy w lokalu Alinkę i Witka. Oboje ostrzegali mnie przed pochopnym krokiem, lecz wówczas nic do mnie nie docierało – byłam urzeczona urodą narzeczonego.
    
   Zgasiłam lampkę nocną i próbowałam zasnąć z obawą, że znowu przyśni mi się zmora, wywołana pechowym spotkaniem. Ale nic takiego się nie zdarzyło i całą noc przespałam spokojnie, szczęśliwa, że mój ukochany jest blisko mnie. c.d.n.

sobota, 23 września 2017

SEKRETY RODZINNE - MÓJ PECHOWY SYLWESTER


  23 września 2017 r.

   Rodzice postanowili spędzić Sylwestra w domu, choć moje matczysko lubiło sobie poskakać. Ale ze względu ma obecność Bronka, uznali, że lepiej będzie, pozostawić nas samych. Mama upiekła indyka, bo w Nowy Rok Bronek będzie na obiedzie. Zrobiła też sernik wiedeński, a serniki mojej mamy nie miały sobie równych! Nawet ciasto u Bliklego w Warszawie, nie miało tak doskonałego smaku. Ale to była jej słodka tajemnica, której nigdy nikomu nie zdradziła wiedząc, że ja nie mam talentu do pieczenia słodkości. Podejrzewałam, że mama musiała zapamiętać jakieś przepisy dworskie, z książki prababki. 
   Tata kupił koniak, bo Bronek dzwonił, że ma dla nas jakieś dobre wino francuskie. W pokoju jadalnym stało jeszcze drzewko,pięknie ubrane, wstawione pniem do wody, żeby dłużej zachowało igły i leśny zapach.
    Zaraz po obiedzie, zabrałam się do zrobienia makijażu i odświeżenia fryzury. Tego dnia musiałam wyglądać pięknie, bo chciałam podobać się Bronkowi. Kupiłam na tę okazję dosyć ciemny puder, żeby przy świetle lamp, nie sprawiać wrażenia, zjawy nie z tego świata, swoją jasną cerą. Upudrowana na opaleniznę, zyskałam na wyglądzie, bo oczy były bardziej wyraziste, a zęby bielsze. 
   
   Moją oryginalną suknię postanowiłam włożyć przed samym wyjazdem. Była długa, obcisła, a spódnica rozcięta z przodu aż poza kolana, wysoko ukazywała nogi. Krawcowa sprawiła, że cały przód sukni zachował bogaty haft, także przy podłużnym dekolcie i króciutkich rękawkach. Od ramion na plecy spływały dwa długie szale z białej gazy, spięte w talii ozdobną broszką i sięgające skraju sukni. Takiej kreacji z pewnością nie posiadała żadna inna kobieta. Miałam do niej śliczną białą pelerynkę z wełny, zrobioną dla mnie na drutach przez mamę Alinki, panią Wandę.
Małą czarną kochają wszystkie kobiety.
   Do czasu wyjazdu z domu, nosiłam wizytową granatową sukienkę i szpilki, choć mama jęczała, że zniszczę dywan i parkiet. Ale Bronek był wysoki i nie chciałam wyglądać przy nim jak kurdupel. Przez cały czas, co chwilę zerkałam z niecierpliwością na zegar, oczekując nadejścia pociągu. 
    Było już ciemno i nie widziałam wychodzących z dworca ludzi, lecz gdy tylko usłyszałam dzwonek, popędziłam do drzwi, żeby pierwsza powitać Bronka. Rzuciłam się mu na szyję, i pozwoliłam się całować. Za każdym razem zaskakiwał mnie jego wzrost, bo musiałam stawać na palcach, żeby go dosięgnąć. Sama celowo nie malowałam ust, żebym mogła go wycałować, nie zostawiając mu czerwonych śladów na twarzy i kołnierzyku koszuli.
    Z moich rąk przeszedł w ramiona mamy i uściski taty. Rodzice traktowali już Bronka jak przyszłego zięcia, witając za każdym razem z radością. Tym razem nie zamieszkał w hotelu wojskowym, lecz miał spędzić te dwa dni w naszym mieszkaniu, i spać w jadalni na tapczanie. Przed balem musiał zjeść obiad, wykąpać się i ogolić. Mama nakryła do stołu i podała mu obiad, a ja poszłam przygotować mu kąpiel i powiesić świeże ręczniki w łazience.
    Na szczęście miałam z góry zamówioną taksówkę u znajomego kierowcy, bo dostanie wieczorem w Sylwestra samochodu, graniczyło z cudem. Kiedy Bronek ubierał się w sypialni rodziców, ja w moim pokoju stroiłam się w balową suknię, perfumowałam francuskimi perfumami i malowałam przed lustrem usta. Czarne sandałki, oczywiście na szpilce, schowane były do torby. Wychodząc z domu, musiałam mieć na nogach wysokie kozaki, bo na ulicy był śnieg i mróz.
    
Do pokoju weszli rodzice, żeby mnie obejrzeć i bardzo się im podobałam. Nawet tata, raczej skąpy w pochwałach, kiwał z zadowoleniem głową. Okręciłam się dokoła, unosząc do góry ramiona i śmiałam się uszczęśliwiona piękną suknią. Wpięłam w uszy długie klipsy z imitacji brylancików i włożyłam na rękę złotą bransoletkę - noworoczny podarunek Bronka. Byłam gotowa do wyjścia!
- Iza. - odezwał się ojciec. - Najwyższy czas, żebyś podjęła stanowczą decyzję, rozumiesz?
    Omal się nie roześmiałam. Bronek miał w moim tacie gorliwego sprzymierzeńca.
- Rozumiem, Tupciu. - odpowiedziałam i pocałowałam ojca w policzek, bardzo delikatnie, żeby nie ubrudzić go szminką.
    Cmoknęłam mamę i zapukałam do sypialni oznajmiając, że możemy jechać. Bronek, wyświeżony, pachnący, w galowym lotniczym mundurze, był taki przystojny, że nie mogłam oderwać od niego oczu. Pomyślałam sobie, że miałam cholerne szczęście, żeby trafić na takiego chłopaka! Zachwyt był wzajemny, bo ja także wywarłam odpowiednie wrażenie.
    Bronek pomógł mi włożyć kożuch, sam ubrał płaszcz i czapkę. Żegnani przez rodziców wyszliśmy z domu. Na ulicy już czekała taksówka.

- Jesteś paskudna, bo nie odpisałaś na mój ostatni list! - odezwał się Bronek, biorąc mnie za rękę, gdy już znaleźliśmy się w aucie.
- Broneczku kochany, nie miałam czasu. Przysięgam! W pracy mam kupę roboty, a przede mną jeszcze egzaminy na studiach. Miej litość.
- Może się zlituję, ale nie prędko i nie za darmo. Coś za coś!
- Oho, to pozwól, że porozmawiamy o tym po balu, bo nie chcę sobie psuć zabawy.
- No zobaczymy. Mam nadzieję, że Witek nie przyprowadzi na zabawę małżonki, bo mogłaby nam „umilić” Sylwestra.
- Zapomniałam ci napisać, że Witek już nie mieszka z żoną, tylko u rodziców. Zbiera pieniądze na dobrego adwokata.
- Jak to? Przecież miał już odpowiednią kwotę. Nawet ty pożyczałaś mu pieniądze. - zdziwił się Bronek.
- Miał biedak pecha, bo Weronka gwizdnęła mu pieniążki, podpatrzywszy gdzie je chowa. - skłamałam, nie chcąc zdradzać sekretu przyjaciela. - Nie wspominaj mu o tym, bo biedak się wstydzi, że okradła go własna żona. Witek z Alinką pewnie już są w kasynie. Ale Staszek ma dyżur w szpitalu i przyjedzie później.
    Samochód zajechał przed wejście do kasyna, udekorowane światłami i ozdobami z gałązek świerkowych. Wysiedliśmy, a Bronek zapłacił kierowcy. W szatni zostawiliśmy swoje okrycia i weszliśmy do kasyna. Sala była jasno oświetlona kolorowymi żarówkami i pięknie przybrana zielenią drzew iglastych z szyszkami i różnobarwnymi festonami. Na każdym stoliku stała świeca, którą zapalimy o północy, gdy zgasną światła i zacznie się odliczanie.
    Na nasz widok Witek wstał z krzesła i przepychając się między ludźmi, szedł nam na spotkanie. Uśmiechał się, pokazując białe zęby. Nic dziwnego, że baby za nim szalały.
- Iza, Bronek, no wspaniale, że przyjechałeś. Chodźcie, mamy dobry stolik, nie za blisko orkiestry, bo Iza nie lubi, jak bęben wali jej w ucho. Alinka już czeka.
    Obaj mężczyźni uścisnęli się, a ja poszłam do stolika, gdzie siedziała Alinka. Na mój widok otwarła szeroko oczy i buzię.
- Izunia, skąd wytrzasnęłaś taką kieckę? Baby zeżrą ciebie dziś na surowo, bez soli. No, pokaż się bliżej,… Psiakrew, gdzieś ty znalazłaś taki materiał, i nic mi nie powiedziałaś? Taka z ciebie przyjaciółka?
- Złotko, nie indycz się, bo to prezent od Bronka. Materiał jest z Paryża, a nasza pani krawcowa zrobiła z niego kreację, jak od Diora.
- Masz szczęście, bo w przeciwnym razie, zawsze już dawałabym ci zastrzyki najgrubszą igłą. O, Broneczku, jak pięknie wyglądasz! No, daj mi buziaka. - Alinka cmoknęła go w policzek.
    Bronek ucałował jej obie ręce i usiadł koło mnie. Moja suknia rzeczywiście zwracała uwagę w kasynie, gdzie żony i nie żony oficerów, nosiły na sobie sukienki z pospolitych materiałów, przeważnie kupione w Domu Towarowym, lub szyte przez kiepskie krawcowe. Alinka także prezentowała się pięknie w swojej złotawej sukni z Anglii. Wprawdzie była w niej już poprzedniego Sylwestra, ale kto by o tym pamiętał? Siedziałyśmy ponadto z bardzo przystojnymi oficerami i znajdujące się z pobliżu kobiety, zerkały na nas zazdrośnie, a zarazem zalotnie na Bronka, bo Witka znały. 
     Mówiąc nawiasem, przespał się w łóżkach większości z nich!
    
   Orkiestra zagrała i mój partner poprosił mnie do tańca. Wstałam i o mało nie padłam na wznak, stwierdziwszy z osłupieniem, że na nogach mam ciężkie kozaki. Zapomniałam je zdjąć przy wejściu, a torba z pantofelkami znajdowała się w szatni. Westchnęłam z ubolewaniem nad swoim gapiostwem i powędrowałam do szatni, gdzie zdjęłam kozaki, ubierając sandałki. Bronek nie odstępował mnie na krok, pomagając mi ściągać wysokie buty i przyklęknął, aby zapiąć mi paski sandałków. Podziękowałam mu, gładząc jego jasną czuprynę.
    Czułam się taka szczęśliwa….
    Bawiliśmy się znakomicie, nie schodząc niemal z parkietu. Bronek i Witek świetnie tańczyli, a Alinka i ja również kochałyśmy balować, więc tańczyłyśmy, zamieniając się partnerami. Po jedenastej przyjechał Staszek i dalej bawiliśmy się w swoim małym kółku przyjaciół, opijając spotkanie alkoholem.
- Jak tam z twoimi egzaminami? - zagadnął mnie Staszek zabierając się do zjedzenia sałatki z szynką. Po długim, męczącym dyżurze był bardzo głodny.

- Stasiu, bądź człowiekiem i nie wspominaj mi o egzaminach na zabawie. - jęknęłam. - Przypomnij sobie, jak sam kułeś na drugim roku medycyny.
- Wybacz, kotku, ale miałem dziś cholerną harówkę i kiepsko mi myśleć. Jeszcze nie ma północy, a już mieliśmy na oddziale około piętnastu facetów w stanie wskazującym!… A między nimi babka, taki kociak z ciemnej prowincji. Urżnięta w cztery dupy! Miała rozbitą głowę, więc musiałem ją obejrzeć. Pochyliłem się nad nią, a ona łap mnie za spodnie w dyskretnym miejscu i rzęzi: - Doktorku, może pójdziemy gdzieś...? (tu użyła bardzo niecenzuralnego słówka) Ja jej mówię, żeby mnie puściła, bo muszę ją opatrzyć, a ta dalej mnie trzyma i proponuje mi seks. Dwie pielęgniarki musiały ją ode mnie odrywać, bo nie chciała puścić spodni. Opatrzyła ją lekarka, ja wolałem się nie zbliżać.
    
  Wybuchnęliśmy śmiechem, bo Staszek opowiadał to śmiertelnie poważnym tonem.
- Ej, szwagrze, przyznaj się. - zaśmiał się Witek. - Ona nie trzymała ciebie  tylko za spodnie, ale jeszcze za coś innego, prawda?
- Jestem lekarzem i obowiązuje mnie tajemnica lekarska. - odpowiedział Staszek z powagą i także się roześmiał.
    Alinka obrzuciła męża podejrzliwym wzrokiem.
- Chcę wierzyć, że oferta tej osoby, raczej nie sprawiła ci przyjemności. - powiedziała ściszonym głosem.
- Ależ skąd, kochanie. Za mocno trzymała! - powiedział Staszek i uświadomiwszy sobie co powiedział, wybuchnął śmiechem.
    Alinka także się uśmiechnęła, ale jakoś krzywo i zauważyłam, że pod stołem kopnęła męża w kostkę.
- Mój małżonek to psychiczny wampir. - stwierdziła kąśliwie. - Żywi się moją energią twórczą. Nawet nie zauważę, jak z dobrze zapowiadającego się lekarza, zostanę sprowadzona do roli gospodyni domowej, starannie pielęgnującej jego męskie ego i piorącej pieluchy dziecinne.
- To krzywdzące posądzenie. - bronił się Staszek. - A wszystko przez to, że jakaś pacjentka zachowała się nietaktownie.
- Nie dziwota. Dziewucha zobaczyła takiego przystojniaka i szajba jej odbiła. - skwitował wydarzenie Witek, robiąc do nas oko.
    Orkiestra zagrała tango, a Bronek podniósł się z krzesła i wziął mnie za rękę.
- Chodźmy tańczyć, zanim ta para skończy się kłócić. - powiedział, prowadząc mnie na parkiet.
- Biedny Staś jest z góry przegrany, bo Alinka już zdążyła wziąć go pod pantofel. - uśmiechnęłam się. - Wiem, jak oboje są w sobie zakochani.
- A my nie? - szepnął, pochylając się mi do ucha. - Jesteś przy mnie szczęśliwa?
- Bardzo, Broneczku.
- Ale nie aż tak bardzo, aby mnie poślubić?
- Widzisz, myślę, że żadne z nas nie należy do osób, które uważają małżeństwo za cel sam w sobie.
    
Na moment przystanął, a potem stwierdził zdecydowanie.
- Ja należę do takich mężczyzn.
- Błagam, zdobądź się jeszcze na odrobinę cierpliwości.
    Orkiestra przestała grać, a my powróciliśmy do stolika. Przez chwilę rozmawialiśmy o wydarzeniach światowych.
- Czy wiecie, - odezwał się Staszek. - że rząd Australii dopiero teraz przyznał Aborygenom, pełne prawa obywatelskie?
- Rychło w czas. - mruknęła Alinka – Sumienie ich ruszyło, jak premier Holt utopił się podczas kąpieli w oceanie. Żeby iść się kąpać nie umiejąc pływać?
- Podejrzewam, że rząd Stanów Zjednoczonych do dziś nie nadał praw Indianom. - wtrąciłam, będąc gorącą wielbicielką dzielnych wojowników.
- A dlaczego władze amerykańskie mają przejmować się losem Indian? - odezwał się Witek. - Odebrali im ziemię, wepchnęli do rezerwatów, ograbili ze wszystkiego i twierdzą, że USA to ojczyzna demokracji. Są głupcy, co im wierzą. Podobno w Grecji zanosi się na wojenkę. Król Grecji Konstantyn II uciekł z rodziną do Włoch, po nieudanej próbie obalenia junty wojskowej.
- Nie zawsze „cysorz” ma klawe życie. - zauważył Bronek, wspominając piosenkę śpiewaną przez Chyłę.
Król Grecji Konstantyn II z żoną Anną Marią.
   Zwróciłam uwagę, że jakiś starszy major, który wszedł niedawno na salę, przypatruje mi się uporczywie. Odwróciłam głowę, bo nie lubię, jak starsi mężczyźni gapią się na mnie cielęcym wzrokiem. Był po czterdziestce i miał już niewielki brzuszek. W mrokach pamięci majaczyła mi jego twarz, ale nie miałam pojęcia, skąd wydał mi się znajomym. Orkiestra zagrała sambę i Witek już zamierzał prosić mnie do tańca, kiedy do stolika podszedł właśnie ten oficer.
- Zatańczy pani ze mną? - odezwał się lekko schrypniętym głosem, świadczącym, że miał już dobrze w czubie.
- Dziękuję panu, ale wszystkie tańce mam zajęte. - odpowiedziałam uprzejmie.
- Odmawia pani? Mnie? - zdziwił się. - A, tego się nie spodziewałem!
    Spojrzałam na niego zdumiona takim stwierdzeniem. Przez moment patrzyłam na jego nalaną twarz i znowu cień jakichś wspomnień, pojawił się w mojej pamięci. Boże miłosierny, skąd ja znam tego człowieka? - zadałam sobie to pytanie, bo wiedziałam, że już go kiedyś, bardzo dawno temu widziałam. Ale kiedy i przy jakiej okazji?
- No, zatańczymy? - nalegał wyciągając do mnie rękę.
    Bronek zmarszczył brwi i wstał, patrząc na niego gniewnie.
- Majorze, proszę zostawić moją narzeczoną w spokoju. - oznajmił podniesionym tonem. - Powiedziała panu, że tańce ma zajęte..
- Pana narzeczoną? - wykrzyknął oficer – Od kiedy? Przecież ta pani jest mężatką! A co się dzieje z Romanowiczem? Antek pozwolił na to?
    Jego brutalny ton i wypowiedziane słowa sprawiły, że zrobiłam się śmiertelnie blada i zaczęłam drżeć. Jezu Chryste, skąd ja znam tego człowieka?
- Przepraszam, kim pan jest? - spytałam tak nieswoim głosem, że major popatrzył na mnie ze zdziwieniem, a Bronek z niepokojem.
- Pani mnie nie poznaje? Przecież byłem świadkiem na pani ślubie z Romanowiczem. Ma pani moje nazwisko na akcie ślubnym! Co się z nim dzieje?

    
   Przymknęłam oczy czując, że zaczyna huczeć mi w głowie, jakbym była w młynie. Major stał, czekając na moją odpowiedź. Ale ja nie byłam w stanie przemówić. c.d.n.

czwartek, 21 września 2017

SEKRETY RODZINNE - TRAGICZNY GRUDZIEŃ I PECHOWY SYLWESTER!


  21 września 2017 r.

   Dziś, idąc ulicą, spotkałam Pelę. Od czasu ostatniej rozmowy telefonicznej, nie odzywała się do mnie, a ja do niej. Dostrzegła mnie, skinęła głową i zrobiła taki ruch, jakby chciała do mnie podejść. Nie odpowiedziałam na ukłon i odwróciwszy głowę, prędko odeszłam. Nie mogłam jej wybaczyć, że wmieszała mnie do swego romansu z Witkiem. Nie znosiłam Weronki, ale wyobrażałam sobie jakbym ja się czuła w sytuacji, kiedy inna kobieta odebrałaby mi męża. Swoim egoistycznym zachowaniem Pela sprawiła, że Witek musiał opłacić jej zabieg i teraz nie ma pieniędzy na dobrego adwokata, żeby się rozwieść w końcu z żoną. Kiedyś Pelę lubiłam i dosyć często się spotykałyśmy, ale po tym co zaszło, nie zamierzam utrzymywać z nią dalej znajomości i widzieć jej na oczy. Nie zasługiwała na współczucie.
    Na Mikołaja dostałam od Bronka paczkę, a w niej francuskie perfumy i śliczny materiał na sukienkę – także francuski. Napisał mi w liście dołączonym do paczki, że perfumy i materiał przywiózł mu kolega, pilot samolotu pasażerskiego, mającego loty do Paryża. Materiał jest naprawdę piękny; czarny kaszmir, ze wspaniałym, jedwabnym, białym haftem, roślinnych wzorów na przodzie. Tańcząc z Bronkiem w kasynie na Sylwestra, będę miała prześliczną suknię. Bronek obiecał mi, że na pewno przyjedzie! Och, jak ja się będę bawić!
    
   Wspaniała była zabawa Barbórkowa, bo w tym roku nikt przed świętem nie zginał! Barbórka minęła bezkrwawo. Byłam na niej z rodzicami, a także z Alinką i Staszkiem. Potem dołączył do nas Witek. Wyprowadził się z domu i teraz mieszka z rodzicami, którzy odstąpili mu jeden pokój. Jestem z tego bardzo zadowolona, bo jego mama, pani Wanda, będzie miała oko na syna i nie pozwoli mu popełnić jakiegoś głupstwa. O jego romansie z Pelą nie wie, podobnie jak i Alinka. Ja i Staszek dochowaliśmy sekretu.
- Wiesz, - powiedział Staszek, gdy razem tańczyliśmy. - Zaczynam od nowego roku oszczędzać każdy grosz.
- Ciekawe z czego, bo oboje z Alisią groszem nie śmierdzicie. - zauważyłam rozsądnie.
- Będę brał nadgodziny. Alinka dostanie trochę grosza od rodziców i jakoś się zbierze.
- Na co zbieracie?
- W FSO wyprodukowali już nowy model Fiata 125p. Piękny wóz i koniecznie muszę go sobie kupić.
- Stasiu, przecież ty nawet na rowerze źle jeździsz, bo nie potrafisz utrzymać równowagi. Już z drugiego roweru ojca zrobiłeś „ósemkę!” A zamierzasz zasiąść za kierownicą samochodu? Żywa torpeda?
- Oj, Iza, nie opowiadaj, bo to tylko wroga propaganda i plotki. Wszystkiego można się nauczyć. Chcę mieć to auto i basta!
- W porządku, ale najpierw wykup na cmentarzu jakieś malownicze miejsce i zamów u kamieniarza gustowny grobowiec, bo ręczę, że w ciągu miesiąca rozwalisz auto i siebie. Byle nie żonę!
    Zmierzył mnie złym wzrokiem i powiedział:
- Są chwile, gdy się zastanawiam, czy nie sprawić ci solidnego lania. A może jakaś mała operacyjka, ślepa kiszka, czy coś innego?
- Propozycja kusząca, ale z niej raczej nie skorzystam. - roześmiałam się, widząc jego minę. - Stasiu, to wszystko w trosce o całość twojej osoby, a także pasażerów jakich będziesz wiózł.
- W takim razie zapraszam na pierwszą moją jazdę. Jeżeli dojedziesz cała i zdrowa do domu, to ja ci potem stłukę tyłek! Za karę.
  
Polski Fiat 125p.
   Wróciliśmy na miejsce i przez całą resztę wieczoru, dokuczaliśmy mu, nazywając go „królem szosy”. Obraził się na Alinkę, która zdradziła nam, że w dzieciństwie Staszek miał chorobę automobilową i ledwie wsiadł do auta, czy pociągu, zaraz „puszczał pawia”. Odgryzł się zaraz Alince oświadczając, że owszem, nawet niedawno pojechał do rygi, ale nie po podróży, tylko po gulaszu, ugotowanym rączkami kochanej żoneczki!     Bawiliśmy się niemal do rana. Niech żyje nam górniczy stan!
    Codziennie chodzę z bolącą głową, bo kuję nocami, przygotowując się do egzaminów. Podobno, kto przeżył pierwszy rok studiów, może mieć nadzieję, że dożyje ostatniego semestru i dyplomu. Ja nie jestem pewna czy przeżyję drugi rok, bo naprawdę trudno pogodzić prace w księgowości i studia. Ostatnio tata powiedział mi „komplement”, że wyglądam jak zmora i Bronek przestraszy się mnie. Rzeczywiście, bardzo zeszczuplałam, co mnie raczej nie martwi, ale często sypiam tylko cztery, lub pięć godzin, żeby opanować cały materiał z  semestru. 
   Chodzę zmęczona i mam podkrążone oczy. Mama stara się mnie dokarmić, czyli utuczyć, a moja kochana przyjaciółka konowałka, ładuje we mnie witaminy w tabletkach i w zastrzykach. Ta dziewczyna mnie wykończy! Całą pupę mam skłutą zastrzykami i boli mnie przy siadaniu, ale Alinka zapewnia, że zastrzyki dobrze mi zrobią!
   Koniec tego roku był naprawdę przerażający! Znowu straszna katastrofa! Tak się wszyscy cieszyli, że Barbórka minęła bezkrwawo!   Przyszła jednak po swoje ofiary, ale tym razem nie po górników.
    13 grudnia była ciemna i mroźna noc zimowa. Ludzie ze wsi Iwiny, i sąsiednich wiosek, znajdujących się w pobliżu kopalni miedzi 
Zakłady Górnicze "KONRAD"
"KONRAD", spali głęboko, kiedy o trzeciej nad ranem nadeszła śmierć.  
Fala z błota i osadów poflotacyjnych kopalni, z ogromnego stawu osadowego znajdującego się na wzgórzu, runęła na pogrążoną we śnie wieś w pobliżu kopalni i na sąsiednie wioski. Być może pod wpływem silnego mrozu, lub z innych przyczyn, powstała wyrwa w tamie stawu i tą wyrwą popłynęła z góry z ogromną szybkością fala błota. Z siłą taranu uderzyła w domy, wywalając drzwi i okna i wdzierając się do mieszkań, do stodół i obór.
    
Kto miał szybki refleks, uciekał na wyższe piętra domów i ocalał, ale ludzie znajdujący się na parterze, zaskoczeni we śnie, ginęli straszną śmiercią, tonąc w błocie. Niektórzy próbowali uciekać w samej bieliźnie, ale fala porywała ich i niosła ich zwłoki dalej, nawet o kilka kilometrów.
Grozę potęgowała noc i siarczysty mróz, ścinający błoto w lodową skorupę. 
   
Zniszczenia były ogromne i widoczne jeszcze przez wiele lat po katastrofie. Zginęło 18 osób, a 570 było poszkodowanych, 150 budynków gospodarczych zniszczonych w siedmiu wsiach, nie licząc potopionego bydła i upraw. Zniszczeniu uległa także stacja kolejowa, bo siła powodzi powyrywała szyny. Fala była tak potężna, że jak gigantyczny pług przeorała glebę i niszczyła wszystko na swojej drodze, na odległość wielu kilometrów. 
    Grozę sytuacji  powiększał również fakt, że fala powaliła słupy trakcji elektrycznej i telefonicznej. Nie było kontaktu z miejscami katastrofy.. Dopiero na drugi dzień radiostacja wojskowa, umieszczona przy kopalni, zaczęła łączyć z miastem. Tragedia wstrząsnęła ludźmi z pobliskich miast i miasteczek. Polskie radio i telewizja, powiadomiły o katastrofie w wiadomościach.
    
Trzeba przyznać, że władze stanęły na wysokości zadania. Pomoc przyszła natychmiast. Jeszcze tej samej nocy ruszyło wojsko, jadąc amfibiami na ratunek powodzianom. Rano przyleciał śmigłowcem któryś z ministrów, być może nawet sam premier Cyrankiewicz. Uruchomiono punkty ratunkowe dla poszkodowanych, zorganizowano wielkie dostawy żywności, środków czystości, odzieży i bielizny. Ale to wszystko było niczym, w porównaniu z tragedią ludzką po stracie najbliższych. W katastrofie zginęły również dzieci.
   
W Iwinach odsłonięto tablicę poświęconą pamięci ofiar katastrofy.
    To był straszny grudzień, który zapisał się w ludzkiej pamięci na zawsze. Wiele osób potonęło śmierć w błocie i odnajdywano ich zwłoki dopiero po kilku dniach. Ostatnią ofiarę katastrofy znaleziono 31 grudnia 1967 r. Miałam przeczucie, że nadchodzący rok 1968 będzie jeszcze dramatyczniejszy.
                                -------------------------------------

    Dzień Sylwestra wstał mroźny i od rana sypał śnieg. Nie poszłam do pracy, bo wzięłam sobie wolne za przepracowane nadgodziny w czasie bilansu rocznego. To była coroczna katorga, znienawidzona przeze mnie. Ciągnęła się tygodniami, zadręczając nas regularnie. Wszystkie byłyśmy złe jak osy i kłóciłyśmy się o jakieś nieważne drobiazgi.      Wstawałam o piątej, o wpół do siódmej jechałam do pracy, wracałam zwykle po godzinie dwudziestej drugiej, kiedy odwoził nas do domów zakładowy autobusik. Mama pilnowała, żebym jadła obiad, ale byłam taka zmęczona, że nie chciało mi się nawet ruszać szczęką. Wzięłam więc dzień wolnego, żeby na Sylwestra wyglądać jak człowiek, a nie jak upiór z opery.
    Bronek miał przyjechać popołudniowym pociągiem, więc stawałam na głowie, aby do tego czasu zrobić się na bóstwo. Poprzedniego dnia byłam u fryzjera, zamówionego jeszcze w listopadzie. Kazałam sobie nieco rozjaśnić włosy i zrobić hennę oraz manikiur. Kładąc się spać, zawiązałam na głowie chusteczkę, aby nie zgnieść fryzury i spałam dosłownie na jednym boczku i jednym oczkiem, gdyż w czasie mocnego snu, piękną koafiurę mógł szlag trafić.
    Paryska suknia była już gotowa, uszyta przez genialną panią krawcową i prezentowała się pięknie. Rano, mama nie pozwoliła mi zbyt wcześnie wstać, tylko kazała leżeć, z okładem rumiankowym na oczach i maseczką ze świeżych ogórków i miodu na gębie. Tata wszedł do mego pokoju, by o coś spytać i zobaczywszy mnie, prędko uciekł, wołając:
- Lusiu, ktoś nam córkę zamienił. Tam leży jakieś czupiradło!
    
   Nawet śmiać się nie mogłam, bo maseczka ściągała mi skórę.
Ale gdy już wstałam i wzięłam kąpiel, stwierdziłam, że wyglądam wcale, wcale. Miałam gładką, napiętą skórę, błyszczące oczy i byłam nareszcie wypoczęta, po wielodniowej harówce. Postanowiłam zjeść na obiad tylko drugie danie, żeby się nie przejadać i być lekka.
    W południe zadzwoniła Alinka.
- Wyobraź sobie, kotku, że te świntuchy, wpakowały dziś Stasiowi popołudniowy dyżur! - poskarżyła się z oburzeniem. - Przyjedzie do kasyna dopiero koło północy! A co ty teraz robisz?
- To samo, skarbie, co ty! Staram się, by oczarować Bronka.
- Aha. Ale on już jest oczarowany. O której przyjedzie?
- Pociąg przyjeżdża o siedemnastej dwadzieścia. O ile nie ma spóźnienia – na psa urok! W takim razie czekaj w domu, przyjedziemy po ciebie taksówką.
- Nie trzeba. Witek zabierze mnie do kasyna autem. Zajmiemy wam dobre miejsca. Z czego zrobiłaś maseczkę?
- A skąd wiesz, że ją robiłam?
- Bo znam ciebie, koteczku. - Alinka zaśmiała się serdecznie. - No więc z czego?
- Z ogórków i z miodu. Dobrze działa na skórę.
- Jejku, a skąd wytrzasnęłaś świeże ogórki? W grudniu?
- Znajomy taty ma szklarnię i sprzedał mi dwa ogórki, bo powiedziałam, że chcę zrobić mizerię do mięsa. A z czego ty masz maseczkę?

   - Z jajek. Teraz wyglądam jak Chińczyk, albo jak osoba ciężko chora na żółtaczkę. Ty to masz dobrze. - westchnęła Alinka. - No, to do zobaczenia w kasynie. - zakończyła rozmowę i odłożyła słuchawkę. c.d.n.

wtorek, 19 września 2017

SEKRETY RODZINNE - WIEŚCI DOBRE, CZY ZŁE, ALE ZAWSZE PRAWDZIWE.

 19 września 2017 r.

      1 wrzesień. Data, którą mama co roku oblewa łzami. Tego dnia skończyło się dla moich rodziców i dla mnie, cudowne, pogodne życie. A na całą naszą rodzinę spadły utrata majątku, śmierć i nieszczęścia.
   Tego dnia byłam z rodzicami w kinie na premierze filmu polskiego „Westerplatte” z gwiazdorską obsadą. O rządzie i politykach przedwojennych, miałam jak najgorszą opinię, podobnie jak i ojciec, więc wyszliśmy z kina zdenerwowani, przypomnieniem największej tragedii w dziejach Polski i świata.
    Dzwonił Bronek i powiedział, że ma dla mnie coś ładnego, bo kolega latający na samolotach pasażerskich, przywiózł mu to coś z Paryża. Byłam bardzo ciekawa niespodzianki, ale  Bronek  nic nie chciał mi powiedzieć. Paskudny!
    No i mamy wielką uroczystość państwową. Z oficjalną wizytą rządową przyjechał do Polski prezydent Republiki Francji pan Charles de Gaulle, witany w Polsce entuzjastycznie. Był w kilku miastach, m. inn. na Wybrzeżu i na Śląsku. W Zabrzu wygłosił słynne przemówienie stwierdzając, że jest to najbardziej śląskie miasto, a zatem najbardziej polskie. Pan de Gaulle, związany był z Polską od roku 1920, kiedy służył w wojskowej misji francuskiej, jako młody oficer. Przydzielony był do sztabu generała Rydza-Śmigłego, odznaczony krzyżem Virtuti Militari i stopniem majora. Proponowano mu nawet pozostanie w wojsku polskim, ale on wolał wrócić do Francji. Elegancki erudyta, pochodzący ze szlachty francuskiej,  bardzo sympatyczny, wszędzie otoczony był sympatią Polaków.
Polacy wiwatują na część Charlesa de Gaulle'a
  Bywalec salonów warszawskich i polskich dworów, w Warszawie upodobał sobie cukiernię Bliklego i często tam chodził na ciasta. Był także w Walewicach, gdzie urodził się syn Marii Walewskiej i Napoleona I, Aleksander Walewski, późniejszy minister spraw zagranicznych Francji. To de Gaulle'owi i jego wysiłkom, i próbom zatarcia hańby klęski i rządów Vichy, zawdzięcza Francja, że nie została potraktowana jako kraj kolaborujący z Niemcami, bo tak właśnie było.
    Francuzki na potęgę puszczały się z przystojnymi blondynami w mundurach Feldgrau i w „blaszanych kapeluszach”,jak powiadał Wiech. Żyły z nimi jawnie, przyjmując prezenty i pieniądze. Wielkie i słynne aktorki francuskie, jak Edith Piaf,  jeździły do Niemiec i występowały na koncertach. Znana aktorka filmowa Arletty, była kochanką oficera niemieckiego, zakochaną w nim do szaleństwa. Kiedy po wojnie  sądzono ją za kolaborację, krzyknęła: - Serce mam francuskie, ale dupę mam międzynarodową!
Arletty.
    Podobnie słynna projektantka strojów Coco Chanel, miała niemieckiego kochanka i spędzała z nim rajskie chwile w pięknych kurortach. Kolaborantem był znany aktor francuski Sacha Guitry, oraz pieśniarz i aktor Maurice Chevalier, który we wrześniu 1939 r, śpiewał  piosenkę: - Nie będziemy umierać za Gdańsk!
    Słynna piękność  filmowa Danielle Darrieux również występowała w czasie wojny w filmach. W okresie II wojny światowej, we Francji urodziło się ponad 200 tysięcy dzieci ze związków francusko – niemieckich. Kobiety puszczające się z Niemcami, nazywano obrazowo „kolaborantkami horyzontalnymi”, czyli leżącymi na plecach.
   Charles de Gaulle uratował honor Francji, stając na czele rządu emigracyjnego i rozpoczynając walkę z Niemcami. To jemu zawdzięcza Francja, że wzięta była za czwartego sojusznika i otrzymała część okupowanych Niemiec.
    Tak wygląda sprawiedliwość dziejowa!
    Polska, która od pierwszego, do ostatniego dnia  wojny, walczyła z niemieckim najeźdźcą, nie była w ogóle brana pod uwagę w procesie Norymberskim i podziale Niemiec na cztery części: amerykańską, brytyjską, francuską i radziecką. Okazało się wtedy, że nie jesteśmy sprzymierzeńcem, tylko chłopcem do bicia i mięsem armatnim.
                                      ----------------------------------------------------------

    Byłam z Alinką i Staszkiem na znakomitej polskiej komedii filmowej, pod tytułem: „Sami swoi”. Miała znakomite dialogi, świetne sceny komediowe i wspaniałą grę aktorów Władysława Kowalskiego i Władysława Hańczę, w rolach dwóch skłóconych sąsiadów. Były zabawne sytuacje, podkreślające cechy charakterów Polaków z kresów wschodnich. Wiele dialogów użytych w filmie, stało się codziennymi powiedzonkami.
    „Sąd sądem, a sprawiedliwość musi być po naszej stronie!” oraz „Wicia wierzchem jedzie. Na kocie?”
"Kargul, podejdź no do płota!"
    To ostatnie powiedzonko tak mi się spodobało, że jak tylko Witek pojawił się na horyzoncie, wołałam do Alinki: - Wicia wierzchem jedzie!
    A ona podpowiadała ze zdumieniem: - Na kocie?   
                                ------------------------------------------------
   1 października i wznowienie roku akademickiego. Jestem Już na drugim roku! No, no! Znowu czekają mnie wyjazdy na wykłady, noclegi w hotelach i nocne wkuwanie. często mam tej męki powyżej uszu, ale gdyby ktoś powiedział mi  - zrezygnuj - moja odpowiedź brzmiałaby nie!
   Często korespondujemy z Bronkiem. Piszę do niego o sprawach, o jakich nigdy bym mu w oczy nie powiedziała. On także wyjawia mi swoje przemyślenia, szczególnie na temat współżycia dwojga ludzie w małżeństwie, ale nie tylko. Ostatnio podzielił się ze mną wiadomością, że amerykański pilot Pete Knigth na samolocie rakietowym X15 ustanowił rekord prędkości obowiązujący  aktualnie (7274/km/h). Bronek chyba mu zazdrościł! Mam chłopaka wariata!
    Prezenter w wiadomościach telewizyjnych z niemałą dozą ironii powiadomił, telewidzów, o wystąpieniu Francji ze struktur wojskowych NATO. W związku z powyższym, 16. X. br.  NATO musiało zmienić siedzibę z Paryża na Brukselę. Nic dziwnego, NATO, to zbrojne ramię USA w Europie, a Republika Francuska nie kocha za bardzo Ameryki, jak i Wielkiej Brytanii. Odezwanie się po angielsku w Paryżu, to wielkie faux pas, za które można nawet dostać od Francuza po mordzie. Z wielką radością Paryżanie pozbyli się lokatora z NATO.
    5 listopada amerykański satelita ATS-3 po raz pierwszy w historii ludzkości, sfotografował tarczę ziemi. Takie widoki mogło oglądać jedynie oko Boga. Trwa mordercza i ludobójcza wojna w Wietnamie.  Samoloty amerykańskie zrzuciły na cele w Wietnamie Północnym ponad 600.000 ton bomb. Ale Jankesom ciężko idzie wojenka, pomimo okrutnych metod stosowanych wobec cywilnej ludności wietnamskiej, przypominających zbrodnie hitlerowców. Trudne warunki terenowe, dżungla, tropikalny klimat i twardy opór Wietnamczyków sprawiają, iż Amerykanie co nieco dostają w kość, i zamiast z tarczą, wracają w trumnach! Wcale ich nie żałuję!
Żołnierze USA, "kolebki demokracji w świecie".
    Zresztą społeczeństwo amerykańskie także nie popiera tej wojny i raz za razem zrywają się protesty, szczególnie młodych Amerykanów, z kręgu hipisów. Ten ruch młodzieżowy, który wyszedł z USA, trafił już nawet do Polski, choć tutaj nie jest tak wulgarny i nihilistyczny jak w Stanach. Polacy są ludźmi wierzącymi, a hipisi są przeciwnikami, Kościoła, jakiejkolwiek władzy i właściwie wszystkiego, co nazywamy państwowością. Są nihilistami i pacyfistami, dlatego wojna w Wietnamie wywołuje ich sprzeciw. Żyją w komunach, co nie podoba się starszemu pokoleniu. Mają także charakterystyczny sposób ubierania – im gorzej, tym ładniej! Podobno nazywają się „dzieci kwiaty”. Hm, do kwiatów im daleko, bo żyjąc w prymitywnych warunkach, mile nie pachną. W Polsce kariery nie zrobią.
Hipisi.
   Wiadomość z wielkiego świata: szach Iranu Pahalawi ukoronował swą drugą małżonkę Farah na cesarzową, po raz pierwszy w dziejach  cesarstwa perskiego. Wyobrażam sobie ten przepych, podobno do Teheranu, zjechali się na tę uroczystość arystokracji z całego świata.
    21 listopada nasz ludowy Sejm, uchwalił ustawę powszechnego obowiązku obrony Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej.  No cóż, jak nas ktoś napadnie, to będziemy PRL-u bronić, ze Związkiem Radzieckim na czele!
    Radio Wolna Europa o mało nie wyskoczy z portek! W Teatrze Narodowym w Warszawie, wystawiono „Dziady” Adama Mickiewicza, w reżyserii Kazimierza Dejmka. Rolę Gustawa-Konrada powierzono słynnemu aktorowi Gustawowi Holoubkowi. To była rewelacja w dziejach teatru polskiego. Holoubek, nie tyle zagrał, co stał się Konradem, a jego monologi i Wielka Improwizacja, oraz opowieści uwięzionej młodzieży, zostały przyjęte przez widownię wprost entuzjastycznie. A sceny z warszawskiego salonu, oraz balu u Nowosilcowa, spotkały się z takim odzewem widowni, że władze partyjne postanowiły w to ingerować.
W roli Senatora wspaniały Zdzisław Mrożewski
   Na początek, zezwolono Dejmkowi na wystawianie sztuki tylko raz w tygodniu i ograniczeniu biletów dla młodzieży szkolnej tylko do 100. Podobno na spektaklu miał być sam ambasador ZSRR w Warszawie, Awierkij Aristow. Zobaczywszy grę Holoubka i reakcję publiczności, wyszedł mocno zniesmaczony i odprowadzany gwizdami. Nie wiem, czy to prawda, ale faktem jest, że reżyser Dejmek, będący jednocześnie dyrektorem Teatru Narodowego, może mieć na przyszłość przechlapane w partii.
    Najzabawniejszy jest fakt, iż przedstawienie Mickiewiczowskich „Dziadów”, miało uświetnić uroczystości 50 rocznicy rewolucji październikowej! No i uświetniło, chociaż nie tak, jak to sobie wyobrażali towarzysze z KC PZPR-u.
Może się zaczyna?
   Wątek rosyjskiej przemocy wobec Polski, wyraziście podkreślany przez aktorów, oraz akcenty religijne, wzbudziły spontaniczne reakcje patriotyczne publiczności, wyrażane podczas każdego przedstawienia. Radio Wolna Europa przepowiada, że sprawa może mieć bardzo poważne konsekwencje. No, zobaczymy.
     Mój Boże, zadzwoniła do mnie Alinka, strasznie zdenerwowana.
    - Co robisz? - spytała roztrzęsionym głosem.
    - Wkuwam. - odpowiedziałam zgodnie z prawdą, bo siedziałam przy biurku i wbijałam sobie w czaszkę prawnicze mądrości.
    - Włącz telewizor, zaraz będą wiadomości. - powiedziała Alinka.
    Odłożyłam trzymaną książkę i przestraszona próbowałam ją wybadać:
    - Co się stało?
    - Mówię ci, włącz telewizor! - powtórzyła podniesionym tonem. - W Szczecinie zdarzyła się straszna katastrofa tramwajowa. Rano dzwonił do mnie kolega lekarz ze Szczecina i powiedział, że szpitale są przepełnione i potrzebują neurochirurgów. Zaraz tam jadę.
    - Jezus Maria, ale dlaczego ty?
    - Przecież ci mówię; potrzebują lekarzy mojej specjalności. No, bywaj. Jak przyjadę to ci wszystko opowiem. - prędko zakończyła rozmowę i odłożyła słuchawkę.
    Zerwałam się z krzesła i pobiegłam włączyć telewizor. Za kilka minut były wiadomości i rzeczywiście podali informację o katastrofie w Szczecinie, ale o szczegółach dowiedziałam się dopiero od Alinki.  
    7 grudnia o 6,35 rano, jechał tramwaj przeładowany do granic możliwości ludźmi, udającymi się do pracy. W trzech wagonach, około 500 pasażerów stało nawet na stopniach zapchanych wozów. Tramwaj zjeżdżał bardzo pochyłą ulicą, zbiegającą ku Odrze, mającą na końcu dodatkowo ostry zakręt. Gdy motorniczy zamierzał zahamować na zakręcie, okazało się, że zepsuły się hamulce, umożliwiające hamowanie silnikami. Rozpędzony i przeładowany tramwaj wyskoczył z szyn i się przewrócił. Drugi wagon z rozpędu uderzył w słup trakcyjny i przełamał się na dwie części, które sunąc siłą rozpędu w dół ulicy, miażdżyły ludzi.
 
    Zginęło 15 osób, 42 były ciężko ranne, a  ponad 100 osób odniosło lżejsze rany. Ale na tym nie koniec. Tragicznie zakończyła się akcja ratownicza. Tramwaj podnoszony przez dźwig, zerwał się z liny i runął na rannych ludzi leżących jeszcze na ulicy. Była to najtragiczniejsza katastrofa tramwajowa w dziejach Polski. c.d.n.
                             ---------------------------------------------

niedziela, 17 września 2017

SEKRETY RODZINNE - "CO TAM PANIE, W POLITYCE?"


17 września 2017 r.

   Na powitanie gości, tata wyciągnął z kredensu gruziński koniak, ja z mamą, zaparzyłyśmy kawę. Prędko pokroiłam kruchy placek z wiśniami, opowiadając mamie o mojej przygodzie lotniczej,
- Ja bym, za Boga, nie wsiadła do śmigłowca. - westchnęła mama, patrząc na mnie z podziwem. - A ty się nie bałaś?
- Jezu, myślałam, że zemdleję, albo zacznę „haftować”. Ale gdy otwarłam oczy i zobaczyłam ten wspaniały bezkres nieba i ziemi, to już myślałam tylko o tym, żeby lecieć godzinami. Zresztą Bronek był taki troskliwy i gdybym się źle poczuła, natychmiast by wylądował.
    W pokoju Bronek pochwalił się, że ochrzciłam jego maszynę swoim imieniem.
- Powinniście już chrzcić swoje dzieci, a nie maszynę. - mruknął pod nosem tata.
    Bronek zerknął na mnie i dyplomatycznie udał, że nie dosłyszał ojcowej uwagi.
   Przy koniaku rozmawialiśmy, o polityce.
- Nie wiem, czy słyszeliście, - odezwał się Staszek. - że córka Stalina, Swietłana Alliłujewa, będąc w Indiach na pogrzebie swego hinduskiego kochanka, w New Delhi udała się do ambasady amerykańskiej i poprosiła o azyl. Wyjechała do Stanów.
Swietłana z ojcem.
 - Podobno ze wszystkich swoich dzieci, Stalin kochał ja najbardziej. Synów nie znosił. Żyła w luksusie i zmieniała mężczyzn jak rękawiczki. - zauważył Bronek.
- Wiedziała o zbrodniach ojca, a nawet czerpała z nich korzyści. - stwierdził Witek surowo. - Nie rozumiem, dlaczego potomstwo zbrodniarzy i ludobójców, ma się tak dobrze? Dzieci dostojników hitlerowskich zachowują „świetlaną pamięć” o swoich ojcach. Córka Himmlera, wspiera dawnych kolegów ojca z SS, pomagając im w ucieczce za granicę. Podobnie zachowuje się córka Göringa. Według mnie, powinny być karane odosobnieniem i skazane na niedostatek.
- To byłoby niehumanitarne. - zauważył Staszek. - Dzieci nie odpowiadają za czyny rodziców.
- Ale korzystają z ich zbrodni! - Witek uniósł się gniewem. - A czy mordowanie milionów dzieci w czasie wojny, w obozach koncentracyjnych, w egzekucjach i w Powstaniu Warszawskim, miało coś wspólnego z humanizmem?
- Tak czy owak, - wtrącił Staszek - Kreml ma problemy z córeczką Stalina. W USA, początkowo będzie sensacją, a potem, jak już ją odpowiednio wykorzystają, przestaną się nią interesować.. Wtedy pozna rozkosze kapitalizmu.
 Stara Swietłana na krótko przed śmiercią. 
 - Mówcie co chcecie, - rzekłam po namyśle - ale ja nie rozumiem Swietłany. - Uciekła z ojczyzny, zapierając się ojca. Dziennikarzom ujawniała jego tajemnice i szkalowała go. Miała trzech mężów i mnóstwo kochanków. Zostawiła troje  swoich dzieci i uciekła, nie przejmując się ich losem. Nawet do nich nie napisała. Szukała taniego rozgłosu. Zdradziła swoją ojczyznę Rosję. Anglicy mówią „ W złym, czy w dobrym, to moja ojczyzna”. Ja zdaję sobie sprawę, że Stalin odpowiedzialny był za zbrodnie popełnione na milionach ludzi, ale dla niej był kochającym ojcem. Gdyby się postarała, może potrafiłaby mieć na niego jakiś pozytywny wpływ. Ale ona zajęta była kolejnymi kochankami. Ja bym się własnego ojca nie wyparła, choćby okrzyknięto go zbrodniarzem. Dla mnie zawsze byłby ojcem!
 
Swietłana dziennikarzom udziela wywiadu w Nowym Jorku.

- Może masz rację. - zgodził się Bronek. - Ja również nie powiedziałbym złego słowa na rodziców. Jak twierdził Napoleon I, „swoje brudy należy prać w domu”, a nie rozgłaszać publicznie.
Izraelczycy wypierają rdzennych mieszkańców Jerozolimy.
- O wiele większy problem ma Egipt z Izraelem, który solidnie przetrzepał mu skórę. - ojciec bardzo interesował się wojną egipsko-izraelską. - W ciągu sześciu dni Żydzi potrafili się z Egipcjanami uporać, zajmując cały Półwysep Synaj, Wzgórza Golan, a potem Judeę z Jerozolimą i Samarią. A w telewizji mówili, że 28 czerwca Żydzi zaanektowali wschodnią część Jerozolimy. Obawiam się, że to znowu będzie zarzewiem nowej wojny.
Wschodnia część Jerozolimy.
 - Niestety, w tej wojnie ucierpiały także polskie statki handlowe, uwięzione na Jeziorze Gorzkim w Kanale Sueskim. - rzekł Bronek.
- Jakie statki? - zainteresował się tata.
- Nasze dziesięciotysięczniki: MS „Bolesław Bierut” i MS „Djakarta”1. - wyjaśn8ił Bronek. - Mam kolegę na „Djakarcie”. Sądzę, że nic im się nie stanie. Na szczęście mamy prawie największą flotę handlową w Europie.
Polski statek handlowy "MS Dżakarta"
 - Co? Nawet w Egipcie Bieruta nie lubią? - roześmiał się Witek, a potem zmienił temat. - Podobno w maju, w Las Vegas, odbył się ślub Elvisa Presleya. Amerykanki wpadły w rozpacz.
- Nie znoszę tego faceta. - powiedziałam, dolewając sobie odrobinę koniaku. - Jak na niego patrzę, mam wrażenie, ze widzę uzuchwalonego fryzjerczyka. Te jego podrygi, ten arogancki wrzask, i to rzępolenie na gitarze z rozkraczonymi nogami. Ohyda! Nie, to nie dla mnie! Niech się nim zachwycają Amerykanie.
Ślub Elvisa Presleya.
- On stał się modny na całym świecie. - odparł Bronek.
- Mam nadzieję, że ty się nim nie zachwycasz? - łypnęłam na niego groźnie okiem.
 - Ja zachwycam się przede wszystkim tobą. - odparł z galanterią.
- Widzę, że moja córka jeszcze przed ślubem wzięła cię pod pantofel. - stwierdził ojciec z żartobliwym ubolewaniem.
- A kiedy wasz ślub? - spytał Staszek.
- Jak przyjdzie na to czas. - odburknęłam niegrzecznie.
    Mama widząc moją złą minę, szybko rozładowała napięcie, zapraszając panów na kolację.
    Chłopcy siedzieli niemal do północy, a odchodząc, zabrali z sobą Bronka. Nie mogliśmy się nawet dłużej pocałować na pożegnanie. c.d.n.
                                                             ------------------------------------------------------
1Dwa polskie statki handlowe zostały uwięzione w Kanale Sueskim na osiem lat!