czwartek, 28 września 2017

SEIKRETY RODZINNE - NIE JESTEM Z SIEBIE ZADOWOLONA.


  28 września 2017 r.
Wiek XIX Rodzina przy stole.
    Przez krótką chwilę siedzieliśmy w milczeniu.
    Tata posłał mi groźne spojrzenie i stuknął palcem w stół.
- Izabela, zwracam ci uwagę, że zachowujesz się niegrzecznie! Zmień ton! Natychmiast!
- Tu quoque?1 Tata też przeciwko mnie? - jednak łacina jest dobra na każdą okoliczność, pomyślałam trochę rozżalona. - Myślisz, że jak już się pobierzemy, to nie będziemy się kłócić? - dodałam buntowniczym tonem.
- Ależ ja się wcale nie obrażam. - roześmiał się Bronek. - Przecież wiem, że ona ma humorki. Przekonałem się o tym już w pierwszej godzinie naszej znajomości. Pamiętasz?
- Owszem, pamiętam! - warknęłam. - Nazwałeś mnie wiedźmą i jędzą, a także wariatką chodzącą po lodzie w szpilkach!
- Oho, słuchaj, Lusiu. Dowiemy się dziś czegoś nowego o naszej córce. - powiedział ojciec zaintrygowany słowami Bronka.
- Tato to też! - prychnęłam gniewnie.
    Ale mama była dyplomatką i nie chcąc dopuścić do prawdziwej kłótni, rzekła do mnie:
- Chodź, dziecko, pomożesz mi przy obiedzie. Trzeba zmienić obrus i nakryć do stołu.
    Obrażona wstałam i nie obdarzywszy obu panów nawet spojrzeniem, poszłam za mamą do kuchni. Wyjmując naczynia z kredensu, tak nimi hałasowałam, że mama spojrzała na mnie ze zdziwieniem.
- Kotuniu, powinnaś być dziś bardzo szczęśliwa, tymczasem zachowujesz się niegrzecznie. A przecież Bronek to taki dobry, kochany chłopiec.
    Usiadłam na krześle i spuściłam głowę, wpatrując się w płytki na podłodze.
- Ja wiem, mamo. Bardzo go kocham, ale wczoraj znowu miałam dejavu z przeszłości.. Diabli wiedzą, skąd wylazł oficer, który był świadkiem na moim ślubie z Romanowiczem. Dopytywał się, co się z nim stało i dlaczego, będąc mężatką, jestem narzeczoną Bronka! Myślałam, że zemdleję! Dopiero Witek go przepędził, bo nie chciał odejść. Rozumiesz teraz, dlaczego mam taki humor, a nie inny? Przeszłość wraca do mnie wtedy, gdy jestem szczęśliwa. Na samą myśl o nowym małżeństwie czuję  strach i niechęć.   .
   
  Mama zatrzymała się w pół kroku, trzymając w rękach głęboki talerz.
- Córeczko, przecież Bronek nie jest niczemu winien. - powiedziała cicho.
- Jest mi bardzo przykro, lecz nie potrafię się niekiedy opanować. Może jednak nie powinnam wychodzić za mąż.
- Dziecko, unieszczęśliwisz jego i siebie. Gdybyś zmieniła zdanie, do końca życia będziesz tego żałować. - mama patrzyła na mnie ze współczuciem i zarazem z niepokojem w oczach.
    Wzięłam talerze i sztućce, położyłam na tacy i zaniosłam do pokoju.    Tata i Bronek siedzieli już na fotelach przed telewizorem, skąd dobiegały piękne walce Straussa, grane przez Filharmoników wiedeńskich w Koncercie Noworocznym. Podeszłam do Bronka, pochyliłam się, objęłam go za szyję i całując, szepnęłam:
- Przepraszam, kochany.
- No, tak właśnie trzeba. - rzekł ojciec z zadowoleniem.
    Bronek rzucił mi jedno ze swoich spojrzeń. Nie wiem, co myślał, ale natychmiast oddał mi pocałunek i przemocą posadził mnie sobie na kolanach.
- Ja Izę znam. - odezwał się do taty. - Ona ma złote serce, ale lubi się złościć.
    Gładziłam go po jasnej czuprynie, myśląc z rozpaczą: „Gdybyś ty wiedział, o Boże, gdybyś wiedział!”
- Dzwoniłem już do mamy. - powiedział do mnie. - Ogromnie się ucieszyła. Koniecznie musicie się poznać. Jak będę miał dzień wolnego, przylecę po ciebie i zabiorę cię do mamy. Zapoznam ciebie z moją siostrą i jej rodziną.
- To będzie dla mnie wielka przyjemność. - zgodziłam się nieszczerze. - Jednak nie wcześniej, jak w czasie wakacji. Przede mną ważne egzaminy i zamknięcie tego cholernego bilansu rocznego. W lutym przyjeżdża biegły. Zacznie się piekiełko i zgrzytanie zębów, jak się cokolwiek nie będzie zgadzać. No, puść mnie, bo muszę nakryć do stołu.
    Wysunęłam się z jego objęć i wyjęłam z kredensu śnieżny obrus oraz serwetki, rozkładając je na stole. Z kuchni przyniosłam talerze i sztućce, a następnie wazę z rosołem. Do rosołu mama zawsze robiła domowy makaron, tak cieniutki, jak fabryczny, znakomity w smaku. Na drugie, prócz indyka z Sylwestra, były nasze ulubione zawijane rolady w sosie pieczeniowym z drożdżowymi pyzami gotowanymi na parze, oraz ćwikła. Do mięsa podałam francuskie wino przywiezione przez Bronka.
    
   Obiad bardzo mu smakował; zauważywszy z jakim apetytem je, dołożyłam mu repetę. W czasie posiłku zamienialiśmy tylko pojedyncze słowa uznania dla talentów mamy.
- Zamierzacie gdzieś wyjść? - spytał ojciec, kiedy po zmyciu naczyń, usiedliśmy ponownie przy kawie i ciastach.
    Posłałam Bronkowi pytające spojrzenie.
- Nie wiem, jak Iza, ale ja wolałbym pozostać w domu i odpocząć. Jutro znowu służba i loty.
- A gdzie polecisz? - zagadnęłam, zapominając, że mam do czynienia z oficerem.
- Nie wiem, kochanie. - odrzekł, kryjąc starannie rozbawienie. - Chcę zaproponować ci w lecie wczasy w Sopocie i w górach. W tamtym roku nam nie wyszło z urlopami. Lubisz jeździć samochodem?
- No pewnie.
- W takim razie pojedziemy tam własnym autem!
- Nie, żartujesz! - wykrzyknęłam zdumiona.
- Mówię poważnie. Staszek opowiadał, że zbiera pieniądze na własnego Fiata 125p, więc postanowiłem zrobić ci przyjemność i także kupić samochód.
- Fiata? - ojciec potrząsnął głową. - Podobno bardzo trudno go kupić, bo jest wielu chętnych.
- Nie, nie Fiata. Może kupię Warszawę 210, bo to wcale niezły wóz. Kolega, który miał dojścia za granicę, proponuje mi kupno amerykańskiego samochodu De Soto Fireflite. Ale to duży wóz i nie wszędzie się zmieści.
    Słuchałam go olśniona. Będziemy jeździć swoim samochodem!
- Broniu, - zauważyłam z zachwytem – ten samochód De Soto, to przecież krążownik szos! On ma z tyłu takie skrzydełka? Musi kosztować majątek.
- No, tani nie jest, ale mama sprzedała coś ze swojej biżuterii i chyba będzie mnie na niego stać, ale…
- Lepiej go nie kupuj. - powiedziałam po namyśle. - To amerykański wóz. Jak się popsuje, gdzie kupisz części zamienne?
- No właśnie. Mam bardzo rozsądną przyszłą żonę! - pochwalił przyszły mąż i pocałował mnie w czubek nosa. - Ale, - dodał z uśmiechem – moja dziewczyna pięknie by się prezentowała w takim wozie. Więc może jednak kupię!
- A części? - przypomniałam.
    Bronek roześmiał się.
- Kochanie, nie wyobrażasz sobie jakich mamy genialnych mechaników. Są jak czarodzieje, potrafią dorobić absolutnie wszystkie części.
- Wierzę. Czytałam w książkach lotniczych Arcta, Meissnera, czy Króla, o zdolnościach polskich mechaników lotniczych. Broneczku, a jak ten samochód wygląda?
Samochód De Soto Fireflite.

- Jest długi, ma skrzydełka, ciemno bordowy, fotele w kolorze czerwonym.
- Och! - wydalam z siebie westchnienie. - Będę musiała kupić sobie zbroję!
- Co po? - zdziwił się serdecznie Bronek.
- Bo zostanę żywcem zjedzona przez zazdrosne babsztyle. Rozumiesz? Kobieta drugiej kobiecie przebaczy nawet zbrodnię, z wyjątkiem tej samej sukni na zabawie i pięknego auta, z przystojnym kierowcą.
- Nic się nie bój, ja ciebie obronię. - oświadczył Bronek, całując mnie w policzek. - Przyjadę samochodem dopiero w lecie, jak będę miał urlop. Mam w planie Sopot i Zakopane. Co moja pani na to?
    Zamiast odpowiedzi, wycałowałam go, nie krępując się rodziców. Patrzyli na nas z rozrzewnieniem, uszczęśliwieni, że nareszcie podjęłam słuszną decyzję.
    Bronek miał pociąg dopiero po 22-ej. Siedzieliśmy więc, rozmawiając o aktualnych sprawach i naszej przyszłości. Po kolacji zaciągnęłam go do swojego pokoju i kazałam mu położyć się na tapczanie, żeby wypoczął przed długą podróżą. Sama usiadłam obok na fotelu i puszczałam płyty z piękną muzyką operową, jaką oboje lubiliśmy.
- Iza, - odezwał się cicho – dlaczego ty nie chcesz mieszkać z moją mamą? Przecież ona tak się cieszy, że będzie miała synową, przyjmie ciebie z radością.
    Usiadłam obok niego i próbowałam wytłumaczyć mu moje obiekcje.
- Broniu, ja naprawdę nie mam żadnych zastrzeżeń do twojej mamusi. Pragnę ją poznać i z pewnością staniemy się sobie bardzo bliskie. Ale jest jeden poważny szkopuł – moi rodzice! Ty mieszkasz w dużym mieście, daleko na Pomorzu. Twoja mamusia ma w pobliżu córkę, zięcia, wnuka. Całą rodzinę, a moi rodzice mają tylko mnie! Jak ja wyjadę, zostaną zupełnie sami. Tatuś w przyszłym roku przechodzi na emeryturę i wyobraź sobie, jak samotne i smutne będzie ich życie. Kiedy wyjechałam do Warszawy i przestałam się do nich odzywać, bo nie mogłam powiedzieć im prawdy o sobie, biedna mama i ojciec przeżywali katusze. Oczywiście, teraz to coś zupełnie innego, bo rodzice znają i kochają ciebie, jak syna. Ale mimo wszystko, będą bardzo samotni.
- Rozumiem i nie zamierzam podejmować żadnej ważnej decyzji bez ich zgody. - odrzekł. - Zresztą mamy jeszcze czas i jestem pewien, że uda nam się zadowolić wszystkich.
    Razem z rodzicami odprowadziłam Bronka do pociągu. Pożegnanie, jak zawsze, bywa przykre. Mama miała mokre oczy, żegnając go.
- Szczęśliwej drogi, synu. - rzekł na pożegnanie ojciec. - Wracaj, jak tylko służba ci pozwoli, bo masz tu nową rodzinę.
    
   Przytuliłam się do Bronka, a kiedy pochylił się nade mną, pożegnałam go bardzo długim, czułym pocałunkiem i patrzyłam, jak wsiada do wagonu, spuszcza okno i macha do nas dłonią. Pociąg powoli ruszył i po chwili tylko czerwona latarnia w tyle ostatniego wagonu, jeszcze przez jakiś czas migotała, aż w końcu znikła.
    Wróciliśmy do domu w milczeniu. c.d.n.
1Ty także? - słowa wypowiedziane przez Juliusza Cezara do Brutusa, w momencie gdy otrzymał od niego śmiertelny cios. Tu w przenośni.

środa, 27 września 2017

SEKRETY RODZINNE - PIERWSZY DZIEŃ NOWEGO ROKU 1968!


  27 września 2017 r.

   Spałam jak zabita, bardzo zmęczona po zabawie. Dopiero o jedenastej usłyszałam pukanie do drzwi i głos Bronka:
- Wstawaj, śpiochu, pół dnia minęło!
- Po jakiego diabła mnie budzisz? Chcę spać!
- Nic z tego. Zaraz wstaniesz, ubierzesz się pięknie i wszyscy pójdziemy do kościoła na noworoczną sumę.
-To idźcie sobie, ja śpię!
- Skarbie, nie prowokuj, bo wejdę do pokoju i wlepię ci kilka mocnych klapsów!
- Szlachetny kawalerze. - jęknęłam zbolałym tonem. - Pozwól znękanej po balu damie, nieco odpocząć. Albowiem nie jestem w stanie podnieść się z łoża.
- Ja ci pomogę! - ofiarował się z ochotą mój przyszły mąż.
- Cholerny dewot i kawał drania i ja mam za takiego wyjść za mąż? - buntowałam się, próbując wytargować jeszcze trochę snu, ale nic z tego nie wyszło.
- Broniu, - usłyszałam zz drzwiami głos taty - ona kompletnie się wyrodziła. Zrobiła się z niej ateistka, marksistka, leninistka, i woli iść do kawiarni, niż do kościoła.
- Niech się tatuś nie martwi, ja sobie z nią poradzę. - zapewnił tatę Bronek i jeszcze energiczniej zapukał do drzwi. - Iza, wstań, złotko, bo wejdę do pokoju i wyleję ci na głowę kubeł zimnej wody..

   Wystawiłam jedną nogę i prędko schowałam ją pod kołdrę. Po chwili wystawiłam drugą nogę i postanowiłam nakryć się kołdrą wraz z głową i spać dalej. Niestety, do pokoju weszła mama, uśmiechnięta i zanim zdążyłam się nakryć, pochyliła się nade mną, całując mnie w czoło.
- Broneczek już nam mówił! Tacy jesteśmy z ojcem szczęśliwi… Długo na to czekaliśmy. Będziesz miała wspaniałego męża, córeczko.
- Mamo, ja jestem śpiąca… - jęknęłam spod kołdry. - A Bronek jest podły!
- Wstań, kochanie, wstań. Przecież Broneczek wieczorem wyjeżdża. Musicie porozmawiać o ślubie.
    Rozdzierająco ziewnęłam, bo chciało mi się rozpaczliwie spać, ale mama stała nade mną, jak kat nad grzeszną duszą, i musiałam w końcu podnieść się z posłania. Narzuciłam na siebie szlafrok i pomaszerowałam do łazienki. Po drodze zobaczyłam tatę i Bronka popijających winko.
- Jutro się wyśpisz, kochanie, - zawołał Bronek, kiedy mijałam drzwi jadalni.
- Jutro idę do roboty! - warknęłam.
- Pośpiesz się złotko, bo spóźnimy się na nabożeństwo. - ponaglił mnie jeszcze.
- Apostoł, kurwa! - mruknęłam, ale cichutko, bo inaczej nawarzyłabym sobie piwa.
    Pod prysznicem poczułam się nieco bardziej przytomna i myjąc się, celowo głośno nuciłam: Piosnka się na usta rwie, SP! SP!
                                     Do roboty! Do roboty!
- No sam widzisz, co z niej wyrosło. - westchnął ojciec na tyle głośno, że go usłyszałam. - To pobyt w Warszawie tak ją odmienił.
    Już raźniej powróciłam do swego pokoju, żeby coś ubrać na siebie i zrobić makijaż. W jadalni wszyscy siedzieli przy obficie zastawionym stole. Na mój widok, Bronek podniósł się, objął mnie i pocałował mocno w usta.
- Będę miał żonę śpiocha. - powiedział ze śmiechem.
- Jeżeli będziesz mnie budził, tak jak dziś, to w ogóle nie będziesz miał żony, bo uroczyście ciebie się wyrzeknę! - zagroziłam. - Jeszcze nie jesteśmy po ślubie i zawsze mogę się rozmyślić.
     
   Usiadłam przy stole i nałożyłam sobie na talerzyk dzwonko śledzia w śmietanie, bo miałam niesmak w ustach po wczorajszej pijatyce.
Marudziłam, ale ponaglana przez rodzinę, nareszcie włożyłam futro i wyszliśmy z domu. Dzień był mroźny, ale pogodny, Ulice zasypane były śniegiem, którego nikt przez święta nie sprzątał. Lecz niebo na wschodzie już zaciągało się chmurami, zapowiadającymi nadciągającą śnieżycę. Martwiłam się, że Bronek może mieć utrudnioną podróż, bo pociągi z pewnością zaczną się spóźniać.
    W kościele, jak zwykle przy święcie, było mnóstwo ludzi i tylko mama usiadła, bo jakiś starszy pan ustąpił jej miejsca w ławce. Ojciec, Bronek i ja staliśmy. Bolały mnie nogi, krzyż i głowa. Z całej siły zaciskałam wargi, żeby szeroko nie ziewnąć i nie napiszę, co wtedy myślałam, żeby nie wypaść na bezbożnika.
    Jednak po chwili zwróciłam uwagę na Bronka i żarliwość, z jaką się modlił, nie zważając na ryk organów i fałszujące śpiewy zebranych w kościele ludzi. Ja nie umiałam tak serdecznie się modlić. Nie wiem dlaczego. Chyba jednak tata miał trochę racji; byłam już niemal agnostyczką i nabożeństwa kościelne nie robiły na mnie wrażenia.
    Pod koniec mszy, ludzie z uniesieniem śpiewali „Boże coś Polskę”, a ja znowu przekornie pomyślałam, że od wieków za dużo roboty zwalamy na Pana Boga, a za mało sami staramy się sobie pomóc. Jesteśmy narodem kłótliwym i niezaradnym, gotowym zniszczyć każdą daną nam przez los szansę. Potem rozpaczliwie wzywamy Matkę Boską, mianując ją Królową Polski, żeby tylko mieć jakieś poparcie w niebie. Niestety, jak już powiadał cesarz Napoleon, Pan Bóg jest zawsze po stronie silniejszego!
    Po powrocie do domu, zasiedliśmy znowu przy stole, pojadając co nieco.
- Bronek mówił, że chcesz wziąć ślub dopiero w przyszłym roku? - odezwał się tata. - Po co to odwlekać w nieskończoność?
- A dlatego, kochany tatku, że mamy z Bronkiem mnóstwo spraw do załatwienia. Ślub ślubem, ale co dalej? - spojrzałam pytająco na Bronka.
- O czym myślisz, kochanie? - pochylił się w moją stronę, sięgając po kawałek sernika.
- Zapominasz, że ja studiuję i nawet dla ciebie z tego nie zrezygnuję. To raz, po drugie, gdzie się pobierzemy – tu, czy w twoim mieście? Po trzecie – co potem? Gdzie zamieszkamy, bo własnego mieszkania nie masz.
-To wszystko jest do uzgodnienia, złotko. Jeśli chodzi o zamieszkanie, to przecież u mojej mamy są trzy pokoje. Możemy tam zamieszkać do czasu, aż otrzymamy własne lokum. To nie potrwa długo, pół roku, najwyżej rok. Może nawet krócej.
    Patrzyłam na niego przez zmrużone powieki i już czułam wzbierającą we mnie złość.
- Zwracam ci uwagę, Broneczku, że tutaj także mamy trzy pokoje. - powiedziałam niemal pieszczotliwym tonem, ale moja mina wcale nie była czuła.
- Oczywiście, skarbie, dla w tym mieście nie ma lotniska i tu nie mógłbym latać. - odpowiedział spokojnie.
- No widzisz? I już jest jeden bardzo poważny problem. A wy chcecie, żebyśmy brali ślub na łapu capu! - oznajmiłam z tryumfem.
- Postaram się temu zaradzić. - rzekł spokojnie Bronek. - Studiować możesz w moim mieście, mamy tam dobry uniwersytet. Jest problem z moją służbą, bo tu nigdzie w pobliżu nie ma pułku lotniczego, ale jak już mówiłem, wszystko jest do załatwienia.


- Nie jest. - odburknęłam. - Studia muszę skończyć na moim uniwersytecie. Znam dobrze profesorów, wiem czego od nas wymagają. Jestem na drugim roku prawa i nie myślę wszystkiego zaczynać od nowa. Poza tym, gdzie znajdę w twoim mieście pracę? Przecież z jednej pensji nie kupimy mebli i całego gospodarstwa, do nowego mieszkania.
    Zaczęłam zachowywać się jak jędza, ale miałam zły humor. Byłam zmęczona i senna. A przede wszystkim, bynajmniej nie zapomniałam o wczorajszym spotkaniu w kasynie, ze świadkiem z mojego fatalnego ślubu. Z mroków niepamięci wypłynęły wspomnienia o przygotowaniach do pierwszego małżeństwa. Wtedy nie widziałam żadnych przeszkód, na przekór przestrogom rodziców, krewnych i przyjaciół.
    
   Ale teraz pamięć o tamtych czasach, powracała wraz z niechęcią, wprost wstrętem do poślubienia kogokolwiek. Nie chciałam wychodzić za mąż! Nie chcę nic zmieniać, niech wszystko pozostanie, tak jak jest. Wyobraziłam sobie, że może Bronek zapragnie dzieci? Ten temat starannie omijałam w rozmowach. Nie chcę mieć dzieci i boję się wychodzić ponownie za mąż! Te myśli przelatywały mi przez głowę, gdy siedziałam przy stole i gryzłam pierniczka. c.d.n.

poniedziałek, 25 września 2017

SEKRETY RODZINNE - PODJĘŁAM DECYZJĘ!


25 września 2017 r.

   Przez moment panowała cisza.
- Panie majorze, proszę odejść, moja przyjaciółka źle się poczuła. - usłyszałam głos Alinki, i jej ciepła ręka ujęła moją dłoń, badając puls.
- Chyba mogę się dowiedzieć, co się dzieje z Romanowiczem, prawda? - major nie zamierzał odejść od stolika.
- On nie żyje. - wyszeptałam. - Chcę do domu.
    Witek poderwał się i zbliżywszy się do majora rzekł groźnym, ściszonym głosem:
- Towarzyszu majorze, nie wywołujcie awantury na zabawie! Musiałbym złożyć na was raport do dowódcy.
    Kilku młodych komandosów z jego oddziału, zauważywszy tę scenę, tak sprytnie manewrowało, że otoczyli majora groźnym kołem. Kochani chłopcy... Rzucił na nich okiem i wzruszywszy ramionami odszedł.
    Miałam wrażenie, że jestem przemarznięta do szpiku kości i trzęsłam się cała. Chwyciłam butelkę koniaku, nalałam sobie pełny kieliszek i wypiłam go chciwie. Powtórzyłam tę czynność jeszcze trzy razy. Poczułam zawroty w głowie i zrobiło mi się gorąco.
- Chcę do domu. - powtórzyłam.
    Alinka przesiadła się obok mnie i mocno ścisnęła mnie za rękę.
- Nie pojedziesz do domu! Zostaniesz na zabawie i razem z nami powitasz nowy rok! - powiedziała ostrym tonem. - Iza, Romanowicz umarł, już nie ma, jesteś wolna i masz prawo do życia i szczęścia. Ten głupiec już sobie poszedł.
- Kto to jest? - odezwałam się, próbując opanować drżenie.
- Szef Informacji. - wyjaśnił Witek ponurym głosem. - Skurwysyn, który każdego z nas ma na oku. Wielu poważnie zaszkodził.
- Prześladuje mnie ta cholerna Informacja Wojskowa. Romanowicz był z tej samej branży. - powiedziałam z rozdrażnieniem i zwróciłam się do Bronka: - Widzisz, ciągle będą szły za mną wspomnienia o tym moim przeklętym małżeństwie! Znowu zacznie mnie dręczyć zmora, od której nie mogę się uwolnić.
    Spuściłam głowę i kilka łez spadło na moją czarną suknię. Bronek pochylił się i pocałował mnie w usta.
- To wkrótce minie, kochanie. Ten człowiek nie chciał cię skrzywdzić, po prostu był pijany. Nie pozwól, żeby ten martwy potwór nawet po śmierci ciebie unieszczęśliwiał. Dosyć wycierpiałaś, gdy on żył.
- Pieprzyć jego pamięć! - wybuchnął Witek gniewnie. - Czekaj, złotko, zamelduję dowódcy, że ten skurwiel upił się i awanturował na zabawie.
    
   Opanowałam się już na tyle, że podziękowałam mu uśmiechem.
- Nie trzeba, Witeczku, niech go szlag trafi. Już czuję się lepiej i możemy zmienić temat. Przepraszam, zepsułam wam zabawę.
- Tobie zepsuto zabawę. - powiedział Staszek. - Chętnie bym temu facetowi poucinał to i owo. Ale masz rację, zapomnijmy o tym incydencie. Fajnie grają, zatańczymy?
- Z tobą, zawsze! - podniosłam się i poszliśmy na parkiet.
- Naprawdę dobrze się czujesz? - spytał, prowadząc mnie powoli i troszcząc się, żeby mnie ktoś nie potrącił w tłoku.
- Stasiu, po takiej kuracji koniakiem? Jestem wstawiona!- wyznałam, chwiejąc się lekko na nogach.
- To dobrze. Jakbyś potrzebowała, mam tabletki na ból głowy.
- Nie, już mi przeszło. - skłamałam, chociaż głowa bolała mnie nieznośnie. - Ale jakbyś miał ampułkę z truciznę, nie pogardzę!
- Nie gadaj głupstw. To tamtemu draniowi chętnie dałbym trutkę na szczury.
    Dochodziła północ. Na tarczy dużego zegara wiszącego na ścianie kasyna, wskazówki wolno zbliżały się do dwunastej godziny. Światła przygasły, świeciły się tylko kolorowe żaróweczki dokoła zegara. Zapłonęły świece na stolikach. Stałam przy Bronku, a jego ramię obejmowało mnie wpół. Wszyscy zebrani na sali, zaczęli głośno odliczać.
- Dziesięć, dziewięć, osiem, siedem, sześć, pięć, cztery, trzy, dwa, jeden! Hurra! Niech żyje Nowy Rok, tysiąc dziewięćset sześćdziesiąty ósmy!
    Całowaliśmy się i składali sobie wzajemnie życzenia. Objęłam Bronka za szyję i patrząc w jego dobre, błękitne oczy pełne miłości, szepnęłam mu do ucha:

- A czego tobie mam życzyć, kochany?
- Ty wiesz czego. - odszepnął, przytulając mnie mocno do siebie.
- Życzę ci zatem, żebyś zawsze szczęśliwie wracał na lotnisko i do domu, w którym ja będę na ciebie czekać. Kocham cię i mówię tak!!
-Izunia, naprawdę? - wykrzyknął uradowany. - Jesteś zdecydowana?
- Tak.
    Chwycił mnie na ręce i podniósł do góry, całując po twarzy i po sukni.
- Moja dziewczyna, moja żona! Alinka, Witek, Staszek, Iza powiedziała Tak! Bierzemy ślub.
- No, nareszcie! - wykrzyknęła Alinka. - Tak się cieszę, wszyscy życzymy wam szczęścia, prawda chłopcy? - zwróciła się do męża i brata.
    Powędrowałam w jej ramiona, a potem kolejno w objęcia Staszka i Witka.
    Witek poleciał do orkiestry i wtykając im do ręki pieniądze, kazał grać dla narzeczonych „Sto lat”. Ku mojemu zawstydzeniu, cała sala, przy akompaniamencie orkiestry, odśpiewała nam „Sto lat”. O mało się nie rozpłakałam, całując Bronka. Byłam szczęśliwa.
- To kiedy ten ślub? - odezwał Staszek - Muszę wiedzieć, żeby przygotować sobie frak, bo go trochę mole zjadły.
- Zdążysz. Nie tak prędko, bo przed nami jeszcze mnóstwo problemów do pokonania.
- W takim razie kiedy wyznaczycie datę ślubu? - spytała Alinka, uszczęśliwiona podjętą przeze mnie decyzją.
- Oj, chyba nie wcześniej, niż w pierwszych miesiącach przyszłego roku. - powiedziałam, patrząc na Bronka. - Może w marcu lub kwietniu.
    Wysunął dolną wargę i potrząsnął głową. Widziałam po jego minie, że ten termin nie przypadł mu do gustu, ale nie chciał sprzeczać się ze mną na zabawie. Pomimo bolącej mnie głowy, dosiedziałam do trzeciej i dopiero wtedy wyszliśmy z kasyna, zgrzani i z bolącymi nogami.
    
   Taksówek naturalnie nie było w pobliżu, więc poszliśmy piechotą. Noc była ciemna, z nisko wiszących chmur padał drobny śnieg, powoli tworząc zaspy. Ale nam to nie przeszkadzało. Szliśmy całą szerokością ulicy, roześmiani, głośno śpiewając mocno niecenzuralne piosenki. Staszek i Alinka pierwsi nas opuścili, skręcając w boczną uliczkę, prowadzącą do ich domu. Witek szedł z nami jeszcze kawałek, idąc do rodziców, gdzie mieszkał.

   Zostaliśmy w końcu tylko my dwoje, ale to nam nie przeszkadzało, bo co kawałek stawaliśmy, aby się pocałować. Do domu przyszliśmy przed świtem. Rodzice już spali, ale w pokoju tapczan był już posłany dla Bronka. Na stole stała przekąska i szklanka na herbatę. Mama pamiętała o moim gościu.
- No, teraz do łazienki i spać. - powiedziałam, rozpaczliwie ziewając. - Idź pierwszy, Broniu, bo ja zagrzeję jeszcze dla nas wodę na herbatę.
- A buziaka przed spaniem dostanę?
- Komu jak komu, ale tobie nie odmówię! - zaśpiewałam i pobiegłam do kuchni, stawiając czajnik na gazie.
   Prędko zrobiłam sobie i jemu herbatę i zaniosłam ją do pokoju. Bronek już umyty, w samych spodniach i gimnastiorce siedział na tapczanie, czekając na mnie. Pochyliłam się i pocałowałam go w usta. Porwał się i chwyciwszy mnie mocno, oddał mi pocałunek tak namiętnie, aż zrobiło mi się gorąco. Wiedziałam o czym myśli, ale na razie nie mogłam się jeszcze na to zdecydować.
- Dobranoc, Broneczku. Życzę ci pięknych snów. Jutro porozmawiamy o naszych sprawach.
- Kocham cię. - wyszeptał w moje włosy.
- Ja ciebie także. Nawet nie wyobrażasz sobie, jak bardzo.
    Położyłam się spać z myślą, że sprawiłam Bronkowi zawód. Zapewne miał nadzieję, że zostanę z nim tej nocy. Ale ja nie mogłam się jeszcze przełamać, szczególnie teraz, po zajściu w kasynie. Być może oddałabym się mu tej nocy, gdyby nie wspomnienie o Romanowiczu.
    Teraz już dokładnie przypomniałam sobie tego człowieka i okoliczności, nie tylko ślubu, ale i zaręczyn. Romanowicz zaprosił jego i jeszcze jednego oficera na nasze zaręczyny. Pamiętam, że spotkałam wtedy w lokalu Alinkę i Witka. Oboje ostrzegali mnie przed pochopnym krokiem, lecz wówczas nic do mnie nie docierało – byłam urzeczona urodą narzeczonego.
    
   Zgasiłam lampkę nocną i próbowałam zasnąć z obawą, że znowu przyśni mi się zmora, wywołana pechowym spotkaniem. Ale nic takiego się nie zdarzyło i całą noc przespałam spokojnie, szczęśliwa, że mój ukochany jest blisko mnie. c.d.n.

sobota, 23 września 2017

SEKRETY RODZINNE - MÓJ PECHOWY SYLWESTER


  23 września 2017 r.

   Rodzice postanowili spędzić Sylwestra w domu, choć moje matczysko lubiło sobie poskakać. Ale ze względu ma obecność Bronka, uznali, że lepiej będzie, pozostawić nas samych. Mama upiekła indyka, bo w Nowy Rok Bronek będzie na obiedzie. Zrobiła też sernik wiedeński, a serniki mojej mamy nie miały sobie równych! Nawet ciasto u Bliklego w Warszawie, nie miało tak doskonałego smaku. Ale to była jej słodka tajemnica, której nigdy nikomu nie zdradziła wiedząc, że ja nie mam talentu do pieczenia słodkości. Podejrzewałam, że mama musiała zapamiętać jakieś przepisy dworskie, z książki prababki. 
   Tata kupił koniak, bo Bronek dzwonił, że ma dla nas jakieś dobre wino francuskie. W pokoju jadalnym stało jeszcze drzewko,pięknie ubrane, wstawione pniem do wody, żeby dłużej zachowało igły i leśny zapach.
    Zaraz po obiedzie, zabrałam się do zrobienia makijażu i odświeżenia fryzury. Tego dnia musiałam wyglądać pięknie, bo chciałam podobać się Bronkowi. Kupiłam na tę okazję dosyć ciemny puder, żeby przy świetle lamp, nie sprawiać wrażenia, zjawy nie z tego świata, swoją jasną cerą. Upudrowana na opaleniznę, zyskałam na wyglądzie, bo oczy były bardziej wyraziste, a zęby bielsze. 
   
   Moją oryginalną suknię postanowiłam włożyć przed samym wyjazdem. Była długa, obcisła, a spódnica rozcięta z przodu aż poza kolana, wysoko ukazywała nogi. Krawcowa sprawiła, że cały przód sukni zachował bogaty haft, także przy podłużnym dekolcie i króciutkich rękawkach. Od ramion na plecy spływały dwa długie szale z białej gazy, spięte w talii ozdobną broszką i sięgające skraju sukni. Takiej kreacji z pewnością nie posiadała żadna inna kobieta. Miałam do niej śliczną białą pelerynkę z wełny, zrobioną dla mnie na drutach przez mamę Alinki, panią Wandę.
Małą czarną kochają wszystkie kobiety.
   Do czasu wyjazdu z domu, nosiłam wizytową granatową sukienkę i szpilki, choć mama jęczała, że zniszczę dywan i parkiet. Ale Bronek był wysoki i nie chciałam wyglądać przy nim jak kurdupel. Przez cały czas, co chwilę zerkałam z niecierpliwością na zegar, oczekując nadejścia pociągu. 
    Było już ciemno i nie widziałam wychodzących z dworca ludzi, lecz gdy tylko usłyszałam dzwonek, popędziłam do drzwi, żeby pierwsza powitać Bronka. Rzuciłam się mu na szyję, i pozwoliłam się całować. Za każdym razem zaskakiwał mnie jego wzrost, bo musiałam stawać na palcach, żeby go dosięgnąć. Sama celowo nie malowałam ust, żebym mogła go wycałować, nie zostawiając mu czerwonych śladów na twarzy i kołnierzyku koszuli.
    Z moich rąk przeszedł w ramiona mamy i uściski taty. Rodzice traktowali już Bronka jak przyszłego zięcia, witając za każdym razem z radością. Tym razem nie zamieszkał w hotelu wojskowym, lecz miał spędzić te dwa dni w naszym mieszkaniu, i spać w jadalni na tapczanie. Przed balem musiał zjeść obiad, wykąpać się i ogolić. Mama nakryła do stołu i podała mu obiad, a ja poszłam przygotować mu kąpiel i powiesić świeże ręczniki w łazience.
    Na szczęście miałam z góry zamówioną taksówkę u znajomego kierowcy, bo dostanie wieczorem w Sylwestra samochodu, graniczyło z cudem. Kiedy Bronek ubierał się w sypialni rodziców, ja w moim pokoju stroiłam się w balową suknię, perfumowałam francuskimi perfumami i malowałam przed lustrem usta. Czarne sandałki, oczywiście na szpilce, schowane były do torby. Wychodząc z domu, musiałam mieć na nogach wysokie kozaki, bo na ulicy był śnieg i mróz.
    
Do pokoju weszli rodzice, żeby mnie obejrzeć i bardzo się im podobałam. Nawet tata, raczej skąpy w pochwałach, kiwał z zadowoleniem głową. Okręciłam się dokoła, unosząc do góry ramiona i śmiałam się uszczęśliwiona piękną suknią. Wpięłam w uszy długie klipsy z imitacji brylancików i włożyłam na rękę złotą bransoletkę - noworoczny podarunek Bronka. Byłam gotowa do wyjścia!
- Iza. - odezwał się ojciec. - Najwyższy czas, żebyś podjęła stanowczą decyzję, rozumiesz?
    Omal się nie roześmiałam. Bronek miał w moim tacie gorliwego sprzymierzeńca.
- Rozumiem, Tupciu. - odpowiedziałam i pocałowałam ojca w policzek, bardzo delikatnie, żeby nie ubrudzić go szminką.
    Cmoknęłam mamę i zapukałam do sypialni oznajmiając, że możemy jechać. Bronek, wyświeżony, pachnący, w galowym lotniczym mundurze, był taki przystojny, że nie mogłam oderwać od niego oczu. Pomyślałam sobie, że miałam cholerne szczęście, żeby trafić na takiego chłopaka! Zachwyt był wzajemny, bo ja także wywarłam odpowiednie wrażenie.
    Bronek pomógł mi włożyć kożuch, sam ubrał płaszcz i czapkę. Żegnani przez rodziców wyszliśmy z domu. Na ulicy już czekała taksówka.

- Jesteś paskudna, bo nie odpisałaś na mój ostatni list! - odezwał się Bronek, biorąc mnie za rękę, gdy już znaleźliśmy się w aucie.
- Broneczku kochany, nie miałam czasu. Przysięgam! W pracy mam kupę roboty, a przede mną jeszcze egzaminy na studiach. Miej litość.
- Może się zlituję, ale nie prędko i nie za darmo. Coś za coś!
- Oho, to pozwól, że porozmawiamy o tym po balu, bo nie chcę sobie psuć zabawy.
- No zobaczymy. Mam nadzieję, że Witek nie przyprowadzi na zabawę małżonki, bo mogłaby nam „umilić” Sylwestra.
- Zapomniałam ci napisać, że Witek już nie mieszka z żoną, tylko u rodziców. Zbiera pieniądze na dobrego adwokata.
- Jak to? Przecież miał już odpowiednią kwotę. Nawet ty pożyczałaś mu pieniądze. - zdziwił się Bronek.
- Miał biedak pecha, bo Weronka gwizdnęła mu pieniążki, podpatrzywszy gdzie je chowa. - skłamałam, nie chcąc zdradzać sekretu przyjaciela. - Nie wspominaj mu o tym, bo biedak się wstydzi, że okradła go własna żona. Witek z Alinką pewnie już są w kasynie. Ale Staszek ma dyżur w szpitalu i przyjedzie później.
    Samochód zajechał przed wejście do kasyna, udekorowane światłami i ozdobami z gałązek świerkowych. Wysiedliśmy, a Bronek zapłacił kierowcy. W szatni zostawiliśmy swoje okrycia i weszliśmy do kasyna. Sala była jasno oświetlona kolorowymi żarówkami i pięknie przybrana zielenią drzew iglastych z szyszkami i różnobarwnymi festonami. Na każdym stoliku stała świeca, którą zapalimy o północy, gdy zgasną światła i zacznie się odliczanie.
    Na nasz widok Witek wstał z krzesła i przepychając się między ludźmi, szedł nam na spotkanie. Uśmiechał się, pokazując białe zęby. Nic dziwnego, że baby za nim szalały.
- Iza, Bronek, no wspaniale, że przyjechałeś. Chodźcie, mamy dobry stolik, nie za blisko orkiestry, bo Iza nie lubi, jak bęben wali jej w ucho. Alinka już czeka.
    Obaj mężczyźni uścisnęli się, a ja poszłam do stolika, gdzie siedziała Alinka. Na mój widok otwarła szeroko oczy i buzię.
- Izunia, skąd wytrzasnęłaś taką kieckę? Baby zeżrą ciebie dziś na surowo, bez soli. No, pokaż się bliżej,… Psiakrew, gdzieś ty znalazłaś taki materiał, i nic mi nie powiedziałaś? Taka z ciebie przyjaciółka?
- Złotko, nie indycz się, bo to prezent od Bronka. Materiał jest z Paryża, a nasza pani krawcowa zrobiła z niego kreację, jak od Diora.
- Masz szczęście, bo w przeciwnym razie, zawsze już dawałabym ci zastrzyki najgrubszą igłą. O, Broneczku, jak pięknie wyglądasz! No, daj mi buziaka. - Alinka cmoknęła go w policzek.
    Bronek ucałował jej obie ręce i usiadł koło mnie. Moja suknia rzeczywiście zwracała uwagę w kasynie, gdzie żony i nie żony oficerów, nosiły na sobie sukienki z pospolitych materiałów, przeważnie kupione w Domu Towarowym, lub szyte przez kiepskie krawcowe. Alinka także prezentowała się pięknie w swojej złotawej sukni z Anglii. Wprawdzie była w niej już poprzedniego Sylwestra, ale kto by o tym pamiętał? Siedziałyśmy ponadto z bardzo przystojnymi oficerami i znajdujące się z pobliżu kobiety, zerkały na nas zazdrośnie, a zarazem zalotnie na Bronka, bo Witka znały. 
     Mówiąc nawiasem, przespał się w łóżkach większości z nich!
    
   Orkiestra zagrała i mój partner poprosił mnie do tańca. Wstałam i o mało nie padłam na wznak, stwierdziwszy z osłupieniem, że na nogach mam ciężkie kozaki. Zapomniałam je zdjąć przy wejściu, a torba z pantofelkami znajdowała się w szatni. Westchnęłam z ubolewaniem nad swoim gapiostwem i powędrowałam do szatni, gdzie zdjęłam kozaki, ubierając sandałki. Bronek nie odstępował mnie na krok, pomagając mi ściągać wysokie buty i przyklęknął, aby zapiąć mi paski sandałków. Podziękowałam mu, gładząc jego jasną czuprynę.
    Czułam się taka szczęśliwa….
    Bawiliśmy się znakomicie, nie schodząc niemal z parkietu. Bronek i Witek świetnie tańczyli, a Alinka i ja również kochałyśmy balować, więc tańczyłyśmy, zamieniając się partnerami. Po jedenastej przyjechał Staszek i dalej bawiliśmy się w swoim małym kółku przyjaciół, opijając spotkanie alkoholem.
- Jak tam z twoimi egzaminami? - zagadnął mnie Staszek zabierając się do zjedzenia sałatki z szynką. Po długim, męczącym dyżurze był bardzo głodny.

- Stasiu, bądź człowiekiem i nie wspominaj mi o egzaminach na zabawie. - jęknęłam. - Przypomnij sobie, jak sam kułeś na drugim roku medycyny.
- Wybacz, kotku, ale miałem dziś cholerną harówkę i kiepsko mi myśleć. Jeszcze nie ma północy, a już mieliśmy na oddziale około piętnastu facetów w stanie wskazującym!… A między nimi babka, taki kociak z ciemnej prowincji. Urżnięta w cztery dupy! Miała rozbitą głowę, więc musiałem ją obejrzeć. Pochyliłem się nad nią, a ona łap mnie za spodnie w dyskretnym miejscu i rzęzi: - Doktorku, może pójdziemy gdzieś...? (tu użyła bardzo niecenzuralnego słówka) Ja jej mówię, żeby mnie puściła, bo muszę ją opatrzyć, a ta dalej mnie trzyma i proponuje mi seks. Dwie pielęgniarki musiały ją ode mnie odrywać, bo nie chciała puścić spodni. Opatrzyła ją lekarka, ja wolałem się nie zbliżać.
    
  Wybuchnęliśmy śmiechem, bo Staszek opowiadał to śmiertelnie poważnym tonem.
- Ej, szwagrze, przyznaj się. - zaśmiał się Witek. - Ona nie trzymała ciebie  tylko za spodnie, ale jeszcze za coś innego, prawda?
- Jestem lekarzem i obowiązuje mnie tajemnica lekarska. - odpowiedział Staszek z powagą i także się roześmiał.
    Alinka obrzuciła męża podejrzliwym wzrokiem.
- Chcę wierzyć, że oferta tej osoby, raczej nie sprawiła ci przyjemności. - powiedziała ściszonym głosem.
- Ależ skąd, kochanie. Za mocno trzymała! - powiedział Staszek i uświadomiwszy sobie co powiedział, wybuchnął śmiechem.
    Alinka także się uśmiechnęła, ale jakoś krzywo i zauważyłam, że pod stołem kopnęła męża w kostkę.
- Mój małżonek to psychiczny wampir. - stwierdziła kąśliwie. - Żywi się moją energią twórczą. Nawet nie zauważę, jak z dobrze zapowiadającego się lekarza, zostanę sprowadzona do roli gospodyni domowej, starannie pielęgnującej jego męskie ego i piorącej pieluchy dziecinne.
- To krzywdzące posądzenie. - bronił się Staszek. - A wszystko przez to, że jakaś pacjentka zachowała się nietaktownie.
- Nie dziwota. Dziewucha zobaczyła takiego przystojniaka i szajba jej odbiła. - skwitował wydarzenie Witek, robiąc do nas oko.
    Orkiestra zagrała tango, a Bronek podniósł się z krzesła i wziął mnie za rękę.
- Chodźmy tańczyć, zanim ta para skończy się kłócić. - powiedział, prowadząc mnie na parkiet.
- Biedny Staś jest z góry przegrany, bo Alinka już zdążyła wziąć go pod pantofel. - uśmiechnęłam się. - Wiem, jak oboje są w sobie zakochani.
- A my nie? - szepnął, pochylając się mi do ucha. - Jesteś przy mnie szczęśliwa?
- Bardzo, Broneczku.
- Ale nie aż tak bardzo, aby mnie poślubić?
- Widzisz, myślę, że żadne z nas nie należy do osób, które uważają małżeństwo za cel sam w sobie.
    
Na moment przystanął, a potem stwierdził zdecydowanie.
- Ja należę do takich mężczyzn.
- Błagam, zdobądź się jeszcze na odrobinę cierpliwości.
    Orkiestra przestała grać, a my powróciliśmy do stolika. Przez chwilę rozmawialiśmy o wydarzeniach światowych.
- Czy wiecie, - odezwał się Staszek. - że rząd Australii dopiero teraz przyznał Aborygenom, pełne prawa obywatelskie?
- Rychło w czas. - mruknęła Alinka – Sumienie ich ruszyło, jak premier Holt utopił się podczas kąpieli w oceanie. Żeby iść się kąpać nie umiejąc pływać?
- Podejrzewam, że rząd Stanów Zjednoczonych do dziś nie nadał praw Indianom. - wtrąciłam, będąc gorącą wielbicielką dzielnych wojowników.
- A dlaczego władze amerykańskie mają przejmować się losem Indian? - odezwał się Witek. - Odebrali im ziemię, wepchnęli do rezerwatów, ograbili ze wszystkiego i twierdzą, że USA to ojczyzna demokracji. Są głupcy, co im wierzą. Podobno w Grecji zanosi się na wojenkę. Król Grecji Konstantyn II uciekł z rodziną do Włoch, po nieudanej próbie obalenia junty wojskowej.
- Nie zawsze „cysorz” ma klawe życie. - zauważył Bronek, wspominając piosenkę śpiewaną przez Chyłę.
Król Grecji Konstantyn II z żoną Anną Marią.
   Zwróciłam uwagę, że jakiś starszy major, który wszedł niedawno na salę, przypatruje mi się uporczywie. Odwróciłam głowę, bo nie lubię, jak starsi mężczyźni gapią się na mnie cielęcym wzrokiem. Był po czterdziestce i miał już niewielki brzuszek. W mrokach pamięci majaczyła mi jego twarz, ale nie miałam pojęcia, skąd wydał mi się znajomym. Orkiestra zagrała sambę i Witek już zamierzał prosić mnie do tańca, kiedy do stolika podszedł właśnie ten oficer.
- Zatańczy pani ze mną? - odezwał się lekko schrypniętym głosem, świadczącym, że miał już dobrze w czubie.
- Dziękuję panu, ale wszystkie tańce mam zajęte. - odpowiedziałam uprzejmie.
- Odmawia pani? Mnie? - zdziwił się. - A, tego się nie spodziewałem!
    Spojrzałam na niego zdumiona takim stwierdzeniem. Przez moment patrzyłam na jego nalaną twarz i znowu cień jakichś wspomnień, pojawił się w mojej pamięci. Boże miłosierny, skąd ja znam tego człowieka? - zadałam sobie to pytanie, bo wiedziałam, że już go kiedyś, bardzo dawno temu widziałam. Ale kiedy i przy jakiej okazji?
- No, zatańczymy? - nalegał wyciągając do mnie rękę.
    Bronek zmarszczył brwi i wstał, patrząc na niego gniewnie.
- Majorze, proszę zostawić moją narzeczoną w spokoju. - oznajmił podniesionym tonem. - Powiedziała panu, że tańce ma zajęte..
- Pana narzeczoną? - wykrzyknął oficer – Od kiedy? Przecież ta pani jest mężatką! A co się dzieje z Romanowiczem? Antek pozwolił na to?
    Jego brutalny ton i wypowiedziane słowa sprawiły, że zrobiłam się śmiertelnie blada i zaczęłam drżeć. Jezu Chryste, skąd ja znam tego człowieka?
- Przepraszam, kim pan jest? - spytałam tak nieswoim głosem, że major popatrzył na mnie ze zdziwieniem, a Bronek z niepokojem.
- Pani mnie nie poznaje? Przecież byłem świadkiem na pani ślubie z Romanowiczem. Ma pani moje nazwisko na akcie ślubnym! Co się z nim dzieje?

    
   Przymknęłam oczy czując, że zaczyna huczeć mi w głowie, jakbym była w młynie. Major stał, czekając na moją odpowiedź. Ale ja nie byłam w stanie przemówić. c.d.n.

czwartek, 21 września 2017

SEKRETY RODZINNE - TRAGICZNY GRUDZIEŃ I PECHOWY SYLWESTER!


  21 września 2017 r.

   Dziś, idąc ulicą, spotkałam Pelę. Od czasu ostatniej rozmowy telefonicznej, nie odzywała się do mnie, a ja do niej. Dostrzegła mnie, skinęła głową i zrobiła taki ruch, jakby chciała do mnie podejść. Nie odpowiedziałam na ukłon i odwróciwszy głowę, prędko odeszłam. Nie mogłam jej wybaczyć, że wmieszała mnie do swego romansu z Witkiem. Nie znosiłam Weronki, ale wyobrażałam sobie jakbym ja się czuła w sytuacji, kiedy inna kobieta odebrałaby mi męża. Swoim egoistycznym zachowaniem Pela sprawiła, że Witek musiał opłacić jej zabieg i teraz nie ma pieniędzy na dobrego adwokata, żeby się rozwieść w końcu z żoną. Kiedyś Pelę lubiłam i dosyć często się spotykałyśmy, ale po tym co zaszło, nie zamierzam utrzymywać z nią dalej znajomości i widzieć jej na oczy. Nie zasługiwała na współczucie.
    Na Mikołaja dostałam od Bronka paczkę, a w niej francuskie perfumy i śliczny materiał na sukienkę – także francuski. Napisał mi w liście dołączonym do paczki, że perfumy i materiał przywiózł mu kolega, pilot samolotu pasażerskiego, mającego loty do Paryża. Materiał jest naprawdę piękny; czarny kaszmir, ze wspaniałym, jedwabnym, białym haftem, roślinnych wzorów na przodzie. Tańcząc z Bronkiem w kasynie na Sylwestra, będę miała prześliczną suknię. Bronek obiecał mi, że na pewno przyjedzie! Och, jak ja się będę bawić!
    
   Wspaniała była zabawa Barbórkowa, bo w tym roku nikt przed świętem nie zginał! Barbórka minęła bezkrwawo. Byłam na niej z rodzicami, a także z Alinką i Staszkiem. Potem dołączył do nas Witek. Wyprowadził się z domu i teraz mieszka z rodzicami, którzy odstąpili mu jeden pokój. Jestem z tego bardzo zadowolona, bo jego mama, pani Wanda, będzie miała oko na syna i nie pozwoli mu popełnić jakiegoś głupstwa. O jego romansie z Pelą nie wie, podobnie jak i Alinka. Ja i Staszek dochowaliśmy sekretu.
- Wiesz, - powiedział Staszek, gdy razem tańczyliśmy. - Zaczynam od nowego roku oszczędzać każdy grosz.
- Ciekawe z czego, bo oboje z Alisią groszem nie śmierdzicie. - zauważyłam rozsądnie.
- Będę brał nadgodziny. Alinka dostanie trochę grosza od rodziców i jakoś się zbierze.
- Na co zbieracie?
- W FSO wyprodukowali już nowy model Fiata 125p. Piękny wóz i koniecznie muszę go sobie kupić.
- Stasiu, przecież ty nawet na rowerze źle jeździsz, bo nie potrafisz utrzymać równowagi. Już z drugiego roweru ojca zrobiłeś „ósemkę!” A zamierzasz zasiąść za kierownicą samochodu? Żywa torpeda?
- Oj, Iza, nie opowiadaj, bo to tylko wroga propaganda i plotki. Wszystkiego można się nauczyć. Chcę mieć to auto i basta!
- W porządku, ale najpierw wykup na cmentarzu jakieś malownicze miejsce i zamów u kamieniarza gustowny grobowiec, bo ręczę, że w ciągu miesiąca rozwalisz auto i siebie. Byle nie żonę!
    Zmierzył mnie złym wzrokiem i powiedział:
- Są chwile, gdy się zastanawiam, czy nie sprawić ci solidnego lania. A może jakaś mała operacyjka, ślepa kiszka, czy coś innego?
- Propozycja kusząca, ale z niej raczej nie skorzystam. - roześmiałam się, widząc jego minę. - Stasiu, to wszystko w trosce o całość twojej osoby, a także pasażerów jakich będziesz wiózł.
- W takim razie zapraszam na pierwszą moją jazdę. Jeżeli dojedziesz cała i zdrowa do domu, to ja ci potem stłukę tyłek! Za karę.
  
Polski Fiat 125p.
   Wróciliśmy na miejsce i przez całą resztę wieczoru, dokuczaliśmy mu, nazywając go „królem szosy”. Obraził się na Alinkę, która zdradziła nam, że w dzieciństwie Staszek miał chorobę automobilową i ledwie wsiadł do auta, czy pociągu, zaraz „puszczał pawia”. Odgryzł się zaraz Alince oświadczając, że owszem, nawet niedawno pojechał do rygi, ale nie po podróży, tylko po gulaszu, ugotowanym rączkami kochanej żoneczki!     Bawiliśmy się niemal do rana. Niech żyje nam górniczy stan!
    Codziennie chodzę z bolącą głową, bo kuję nocami, przygotowując się do egzaminów. Podobno, kto przeżył pierwszy rok studiów, może mieć nadzieję, że dożyje ostatniego semestru i dyplomu. Ja nie jestem pewna czy przeżyję drugi rok, bo naprawdę trudno pogodzić prace w księgowości i studia. Ostatnio tata powiedział mi „komplement”, że wyglądam jak zmora i Bronek przestraszy się mnie. Rzeczywiście, bardzo zeszczuplałam, co mnie raczej nie martwi, ale często sypiam tylko cztery, lub pięć godzin, żeby opanować cały materiał z  semestru. 
   Chodzę zmęczona i mam podkrążone oczy. Mama stara się mnie dokarmić, czyli utuczyć, a moja kochana przyjaciółka konowałka, ładuje we mnie witaminy w tabletkach i w zastrzykach. Ta dziewczyna mnie wykończy! Całą pupę mam skłutą zastrzykami i boli mnie przy siadaniu, ale Alinka zapewnia, że zastrzyki dobrze mi zrobią!
   Koniec tego roku był naprawdę przerażający! Znowu straszna katastrofa! Tak się wszyscy cieszyli, że Barbórka minęła bezkrwawo!   Przyszła jednak po swoje ofiary, ale tym razem nie po górników.
    13 grudnia była ciemna i mroźna noc zimowa. Ludzie ze wsi Iwiny, i sąsiednich wiosek, znajdujących się w pobliżu kopalni miedzi 
Zakłady Górnicze "KONRAD"
"KONRAD", spali głęboko, kiedy o trzeciej nad ranem nadeszła śmierć.  
Fala z błota i osadów poflotacyjnych kopalni, z ogromnego stawu osadowego znajdującego się na wzgórzu, runęła na pogrążoną we śnie wieś w pobliżu kopalni i na sąsiednie wioski. Być może pod wpływem silnego mrozu, lub z innych przyczyn, powstała wyrwa w tamie stawu i tą wyrwą popłynęła z góry z ogromną szybkością fala błota. Z siłą taranu uderzyła w domy, wywalając drzwi i okna i wdzierając się do mieszkań, do stodół i obór.
    
Kto miał szybki refleks, uciekał na wyższe piętra domów i ocalał, ale ludzie znajdujący się na parterze, zaskoczeni we śnie, ginęli straszną śmiercią, tonąc w błocie. Niektórzy próbowali uciekać w samej bieliźnie, ale fala porywała ich i niosła ich zwłoki dalej, nawet o kilka kilometrów.
Grozę potęgowała noc i siarczysty mróz, ścinający błoto w lodową skorupę. 
   
Zniszczenia były ogromne i widoczne jeszcze przez wiele lat po katastrofie. Zginęło 18 osób, a 570 było poszkodowanych, 150 budynków gospodarczych zniszczonych w siedmiu wsiach, nie licząc potopionego bydła i upraw. Zniszczeniu uległa także stacja kolejowa, bo siła powodzi powyrywała szyny. Fala była tak potężna, że jak gigantyczny pług przeorała glebę i niszczyła wszystko na swojej drodze, na odległość wielu kilometrów. 
    Grozę sytuacji  powiększał również fakt, że fala powaliła słupy trakcji elektrycznej i telefonicznej. Nie było kontaktu z miejscami katastrofy.. Dopiero na drugi dzień radiostacja wojskowa, umieszczona przy kopalni, zaczęła łączyć z miastem. Tragedia wstrząsnęła ludźmi z pobliskich miast i miasteczek. Polskie radio i telewizja, powiadomiły o katastrofie w wiadomościach.
    
Trzeba przyznać, że władze stanęły na wysokości zadania. Pomoc przyszła natychmiast. Jeszcze tej samej nocy ruszyło wojsko, jadąc amfibiami na ratunek powodzianom. Rano przyleciał śmigłowcem któryś z ministrów, być może nawet sam premier Cyrankiewicz. Uruchomiono punkty ratunkowe dla poszkodowanych, zorganizowano wielkie dostawy żywności, środków czystości, odzieży i bielizny. Ale to wszystko było niczym, w porównaniu z tragedią ludzką po stracie najbliższych. W katastrofie zginęły również dzieci.
   
W Iwinach odsłonięto tablicę poświęconą pamięci ofiar katastrofy.
    To był straszny grudzień, który zapisał się w ludzkiej pamięci na zawsze. Wiele osób potonęło śmierć w błocie i odnajdywano ich zwłoki dopiero po kilku dniach. Ostatnią ofiarę katastrofy znaleziono 31 grudnia 1967 r. Miałam przeczucie, że nadchodzący rok 1968 będzie jeszcze dramatyczniejszy.
                                -------------------------------------

    Dzień Sylwestra wstał mroźny i od rana sypał śnieg. Nie poszłam do pracy, bo wzięłam sobie wolne za przepracowane nadgodziny w czasie bilansu rocznego. To była coroczna katorga, znienawidzona przeze mnie. Ciągnęła się tygodniami, zadręczając nas regularnie. Wszystkie byłyśmy złe jak osy i kłóciłyśmy się o jakieś nieważne drobiazgi.      Wstawałam o piątej, o wpół do siódmej jechałam do pracy, wracałam zwykle po godzinie dwudziestej drugiej, kiedy odwoził nas do domów zakładowy autobusik. Mama pilnowała, żebym jadła obiad, ale byłam taka zmęczona, że nie chciało mi się nawet ruszać szczęką. Wzięłam więc dzień wolnego, żeby na Sylwestra wyglądać jak człowiek, a nie jak upiór z opery.
    Bronek miał przyjechać popołudniowym pociągiem, więc stawałam na głowie, aby do tego czasu zrobić się na bóstwo. Poprzedniego dnia byłam u fryzjera, zamówionego jeszcze w listopadzie. Kazałam sobie nieco rozjaśnić włosy i zrobić hennę oraz manikiur. Kładąc się spać, zawiązałam na głowie chusteczkę, aby nie zgnieść fryzury i spałam dosłownie na jednym boczku i jednym oczkiem, gdyż w czasie mocnego snu, piękną koafiurę mógł szlag trafić.
    Paryska suknia była już gotowa, uszyta przez genialną panią krawcową i prezentowała się pięknie. Rano, mama nie pozwoliła mi zbyt wcześnie wstać, tylko kazała leżeć, z okładem rumiankowym na oczach i maseczką ze świeżych ogórków i miodu na gębie. Tata wszedł do mego pokoju, by o coś spytać i zobaczywszy mnie, prędko uciekł, wołając:
- Lusiu, ktoś nam córkę zamienił. Tam leży jakieś czupiradło!
    
   Nawet śmiać się nie mogłam, bo maseczka ściągała mi skórę.
Ale gdy już wstałam i wzięłam kąpiel, stwierdziłam, że wyglądam wcale, wcale. Miałam gładką, napiętą skórę, błyszczące oczy i byłam nareszcie wypoczęta, po wielodniowej harówce. Postanowiłam zjeść na obiad tylko drugie danie, żeby się nie przejadać i być lekka.
    W południe zadzwoniła Alinka.
- Wyobraź sobie, kotku, że te świntuchy, wpakowały dziś Stasiowi popołudniowy dyżur! - poskarżyła się z oburzeniem. - Przyjedzie do kasyna dopiero koło północy! A co ty teraz robisz?
- To samo, skarbie, co ty! Staram się, by oczarować Bronka.
- Aha. Ale on już jest oczarowany. O której przyjedzie?
- Pociąg przyjeżdża o siedemnastej dwadzieścia. O ile nie ma spóźnienia – na psa urok! W takim razie czekaj w domu, przyjedziemy po ciebie taksówką.
- Nie trzeba. Witek zabierze mnie do kasyna autem. Zajmiemy wam dobre miejsca. Z czego zrobiłaś maseczkę?
- A skąd wiesz, że ją robiłam?
- Bo znam ciebie, koteczku. - Alinka zaśmiała się serdecznie. - No więc z czego?
- Z ogórków i z miodu. Dobrze działa na skórę.
- Jejku, a skąd wytrzasnęłaś świeże ogórki? W grudniu?
- Znajomy taty ma szklarnię i sprzedał mi dwa ogórki, bo powiedziałam, że chcę zrobić mizerię do mięsa. A z czego ty masz maseczkę?

   - Z jajek. Teraz wyglądam jak Chińczyk, albo jak osoba ciężko chora na żółtaczkę. Ty to masz dobrze. - westchnęła Alinka. - No, to do zobaczenia w kasynie. - zakończyła rozmowę i odłożyła słuchawkę. c.d.n.