czwartek, 7 września 2017

SEKRETY RODZINNE - NOWE NADZIEJE.

 7 września 2017 r.

Idąc na spotkanie z moją kochaną lekarką, kupiłam w cukierni ciastka z kremem, bo Alinka przepadała za słodyczami. Wdrapałam się na piąte piętro i zadzwoniłam.
    - Kochanie, nie mogę w to uwierzyć! - zawołała Alinka, wpuszczając mnie do przedpokoju i zdejmując ze mnie kożuch. - Przecież było już tak dobrze, gratulowałam tobie i sobie, że kuracja poskutkowała.
    Weszłam do ciepłego pokoju i wręczywszy jej paczkę z ciastkami, usadowiłam się na kanapie. Zrzuciłam kozaki i podwinęłam nogi pod siebie. Za oknem szare, zimowe niebo, zaglądało do pokoju, nasycając wszystko barwą popiołu. Alinka przyniosła kubki z kawą i postawiła na stoliczku kieliszki, napełnione czerwonym winem oraz talerzyki z ciastkami.
    - Jakie miałaś objawy? - spytała mnie tonem lekarza, ale jej dobre niebieskie oczy pełne były współczucia.
    Opowiedziałam jej dokładnie mój sen, wspominając, że położyłam się spać przygnębiona rozmową z Bronkiem. Widziałam, że Alinka była zmartwiona.
    - To był bardzo realny sen. - westchnęłam. -  Widziałam go jak na jawie. I ten jego uśmiech, to spojrzenie, które zawsze zapowiadało mi nowe cierpienie. Te lodowate palce na moim policzku! Boże, dlaczego prześladuje mnie widmo człowieka, który od wielu lat nie żyje? Bronek chce żebym za niego wyszła. On nie rozumie, że ożeniłby się z osobą dręczoną przez zmorę. Jakbym zaczęła tak wrzeszczeć przy nim, jak dziś w nocy, pomyślałby chyba, że poślubił wariatkę.
    - A może przy nim zmory przestałyby cię dręczyć? - szepnęła Alinka. - Tobie koniecznie potrzebna jest zmiana otoczenia. Tak, żeby nic nie przypominało ci przeszłości.
    - Kotku, nie wypiorę sobie mózgu, jak brudnej halki, złe myśli pójdą ze mną.  Gdy wyobrażam sobie małżeństwo, ogarnia mnie przerażenie. Ja przecież wiem, że Bronek zasługuje na zaufanie i miłość, ale wspomnienia poprzedniego mariażu sprawiają, iż nie potrafię odważyć się na nowy związek.
    - Napij się wina. To ci dobrze zrobi. - Alinka podsunęła mi kieliszek. -  Cóż, trzeba będzie skierować ciebie do profesora, specjalisty neurologa. Ja jestem tylko neurochirurgiem.
    - Wybij to sobie z głowy! - wykrzyknęłam wystraszona. -  Wpakuje mnie do szpitala dla czubków. A ja za kilka tygodni mam egzamin poprawkowy na studiach. Nie dopuszczę, żebym po raz drugi zryła. Alisiu, daj mi coś na uspokojenie i koniec. Samo przyszło, samo przejdzie.
    Przyjaciółka ze zwątpieniem potrząsnęła głową.
- Samo nie przejdzie. Ale pomyślę, jak mam ci pomóc. - w głosie jej słuchać było troskę i wahanie.
    Zmartwienie nie przeszkodziło jej sięgnąć po następne ciastko. Oblizała usta z kremu i łyknęła wina.  Patrzyłam na nią z  zazdrością. Apetyt na słodycze nie dodawał jej ani deka nadwagi. Zawsze była szczuplutka i eteryczna. Za to ja musiałam ograniczać słodycze, bo po babci miałam skłonność do puszystości.
   
 - Dosyć dawno nie widziałam Witka. Co u niego słychać? - spytałam, podnosząc kieliszek do ust.
    - Ja także go nie widuję. Nie wiem gdzie się podziewa. Nawet mama narzekała, że nie przychodzi do domu, jak dawniej. To małżeństwo źle na niego działa.
    - Aha. Weronka już wróciła?
    - Tak, dziecko było przeziębione i przyszła do mnie, żebym mu dała coś na katar. Mówię ci, kochanie, przykro patrzeć na to dziecko. Jest zaniedbane i źle wychowywane. Jak dorośnie, podobne będzie nie do ojca, ale do swego dziadka i wujów.
    - Zakładając, że to Witek jest jego ojcem. Przecież ona mogła się przespać z każdym chłopakiem na wsi i zwalić winę na Witka. Robił badanie na test ojcostwa?
    - Chyba nie. Zresztą to już post factum. Nigdy nie myślałam, że będę miała taką antypatyczną bratową. Biedny Witek…
    - Rzeczywiście biedny. - przytaknęłam, myśląc zupełnie coś innego.
                                      ---------------------------------------------------
    Jestem osobą upartą i kiedy się zawezmę,  zawsze muszę dopiąć swego. Mimo zmartwień i kiepskiego snu, egzamin poprawkowy zdałam celująco. Widziałam, że Kosiarka był szczerze zawiedziony w swoich nadziejach, ale musiał wpisać mi do indeksu bardzo dobry stopień. Postanowiłam twardo, że nigdy więcej nie zbłaźnię się na egzaminie.
    W lutym i w marcu, w kręgach studenckich, zaczęto głośno mówić o liście studentów i pracowników naukowych Uniwersytetu Warszawskiego, do rektora Stanisława Turskiego, o umorzenie postępowania dyscyplinarnego przeciwko Adamowi Michnikowi. 
Adam Michnik w czasach studenckich
    Student Wydziału Historycznego Adam Michnik, został zawieszony, za rozpowszechnianie listu otwartego autorstwa Jacka Kuronia i Karola Modzelewskiego, wzywającego do naprawy systemu politycznego w Polsce. Pomimo próśb i protestów, Michnik został w marcu zawieszony na rok w prawach studenta.
Student Adam Michnik aresztowany
   Nadszedł kwiecień, tego roku ciepły i słoneczny. Mama sadziła w skrzynkach na oknach kolorowe bratki. Bronek był u mnie w końcu stycznia, a potem kontaktowaliśmy się z sobą jedynie telefonicznie lub listownie. Jego listy były bardzo piękne i romantyczne. Kilka razy telefonowała także jego mama, pani Orlicka i rozmawiała ze mną, zapraszając mnie do siebie. Tłumaczyłam odmowę studiami, zbliżającym się końcem drugiego semestru i egzaminami, oraz pracą.
    Była to prawda, bo urlop miałam mieć dopiero w sierpniu i nie było mowy, żebym mogła wyrwać się wcześniej, nawet na kilka dni. Bronek także był zajęty jakimiś wojskowymi sprawami i nie mógł się urwać  i przyjechać do mnie.
    Tego dnia, po przyjściu z pracy, wzięłam się za wyjmowanie z pawlacza worków z wiosenną i letnią odzieżą. Łagodna temperatura pozwalała na noszenie odzieży z krótkimi rękawami. Okno było otwarte, a za nim bezkresne niebo czyste i błękitne, jak w lecie. Wieszałam właśnie letnią sukienkę w szafie na wieszaku, kiedy nagle usłyszałam rozdzierający uszy ryk motorów i ponad dachem przeleciał ogromny bojowy śmigłowiec, płosząc siedzące tam gołębie. Poderwały się przerażone i zleciały niżej, siadając na trawniku.
    
   Wypuściłam z rąk sukienkę i wydałam okrzyk radości, bo w ten sposób Bronek zawiadamiał mnie, że przyleciał i za chwilę będzie u mnie. Mimochodem doszłam do wniosku, że taka miłość, pełna wzajemnego zrozumienia, jak nasza, zdarza się niezwykle rzadko.  Popędziłam do kuchni i nastawiłam wodę na kawę, a z lodówki wyjęłam pieczeń z obiadu i szybko zrobiłam kanapki, bo wiedziałam, że Bronek będzie głodny. Wielogodzinny lot bardzo pilota wyczerpuje, wymagając od niego maksimum skupienia i uwagi.
    Kiedy zadzwonił do drzwi pobiegłam otworzyć i rzuciłam się mu na szyję, pozwalając się całować, ile chciał. A chciał dużo, bardzo stęskniony.  Złapałam go za rękę i pociągnęłam do pokoju, gdzie już czekał na niego obfity poczęstunek.
    - Dlaczego nie dzwoniłeś, że przylatujesz? - zapytałam, uwalniając się z jego ramion. - Byłabym kupiła coś lepszego do jedzenia.
    - Chciałem ci zrobić niespodziankę! - zaśmiał się, ponownie mnie obejmując.
    - No i zrobiłeś, o mało nie padłam trupem, jak przeleciałeś z takim hukiem nad dachem. Sąsiedzi mnie zlinczują. Żartuję! Wyrwałeś się na dłużej?
    - Nie, kochanie. Właściwie wcale nie miałem tu lądować, bo mam zadanie do wykonania, ale musiałem zobaczyć moją dziewczynę, choć przez chwilę.
    - Ojej, a czy nie zostaniesz za to ukarany? Ktoś może zauważyć, że nie przybyłeś na oznaczony czas. - zagadnęłam go zaniepokojona.
    - Izuniu, maszyna przecież może mi nawalić, prawda? - łobuzersko zmrużył jedno oko. - Dobrzy koledzy zawsze poświadczą, że coś było nie w porządku i musiałem lądować.
    - Och, jak to dobrze! Ale siadaj i jedz, bo pewnie jesteś głodny. - popchnęłam go na krzesło i podsunęłam półmisek z pieczenią i świeże pieczywo.
    Zaparzyłam kawę i przyniosłam na paterze kilka kawałków kruchego placka z kruszonką, pozostałego z niedzieli. Kiedy już stół był dokładnie zastawiony, usiadłam obok Bronka i patrzyłam, jak z apetytem się pożywia. Był już mocno opalony i szalenie mi się podobał. Przy jego jasnych włosach, mocna opalenizna robiła bardzo korzystne wrażenie.
    - Dziękuję, pyszności. - rzekł, kończąc posiłek. - Przepraszam, nawet nie spytałem gdzie twoi rodzice? 
    
- Tata wybrał się na szachy do ojca Alinki, a mama do pani Wandy, bo razem pieką tort na urodziny Witka. A propos Witka, kiedy go widziałeś?
    Bronek zamyślił się, ściągając brwi.
    - Czekaj kochanie, chyba jeszcze w styczniu. Tak, w styczniu. Potem raz do mnie dzwonił i mówił, że ma kłopoty. Od tego czasu nie odezwał się do mnie. Coś się mu stało?
    - Nie, ale teraz rzadko go widujemy. Nawet do rodziców nie przychodzi. Nie mówił ci, jakie ma kłopoty?
    - Nie, chociaż go o to pytałem. Wydawał mi się jakiś zamknięty w sobie, skryty. Pamiętam, że zawsze był ze mną szczery. Wiesz coś na ten temat?
    - Owszem.  Ale to nie moja sprawa i nie wypada mi o niej mówić. Przyznam ci się, że zawiodłam się na Witku, bo zachowuje się nieodpowiedzialnie. Cóż, to jego problem. Powiedz mi lepiej kiedy dostaniesz urlop?
    - Skarbie, nie mogę powiedzieć nic pewnego. Jak to w wojsku. Dowódca przebąkiwał, że znowu nas gdzieś poniesie.
    - Postaraj się dostać urlop w sierpniu. Ja także w tym miesiącu będę miała już wolne, więc moglibyśmy się gdzieś wybrać.
    Przesiedliśmy się z kawą na fotele. Bronek przysunął się do mnie i całując mnie w szyję, szepnął:
    - Zamówimy w domu wczasowym jeden pokój, prawda?
    Momentalnie straciłam dobry humor. I zesztywniałam. Boże, dlaczego ja jestem taka nieszczęśliwa? - pomyślałam z rozpaczą.
    Spuściłam oczy i przygryzając wargę, starałam się opanować chęć do płaczu.      - Chcę być z tobą zupełnie szczera, Broniu. Po ostatniej naszej rozmowie, byłam bardzo przygnębiona, i wtedy w nocy nawiedził mnie koszmar. Narobiłam takiego wrzasku, że rodzice przybiegli śmiertelnie wystraszeni myśląc, że dzieje się ze mną coś złego. Muszę znowu brać leki, które już odstawiłam, a koszmary czasami wracają.. Po co ci taka żona i kochanka? Czuję lęk przed małżeństwem i obawę przed zbliżeniem. Taka jest prawda, Broniu.
     Wstał i objąwszy mnie, posadził sobie na kolanach. Odruchowo przytuliłam się do niego, czerpiąc pociechę z ciepła jego ciała i siły. Pocałowałam go w jedno oko i pogładziłam gęste włosy. Było mi tak dobre w jego ramionach….
    - To się zmieni, jak będziemy razem. - powiedział, wzmacniając uścisk.      Wstrząśnięty tym, że mój głos załamuje się przy każdym słowie, przycisnął wargi do moich włosów. 
- Przecież wiesz, że to nie twoja wina Nie zamierzam wywierać na ciebie presji, z czasem to się zmieni, jestem tego pewny. Możemy pojechać na przykład do Małopolski, gdzieś w stronę naszego dawnego majątku.
    - Pamiętasz swój rodzinny dom? - zapytałam, uszczęśliwiona, że zmienił temat.
Wnętrze polskiego dworu.
  - Tak, byłem już dużym chłopcem, kiedy musieliśmy go opuścić. Doskonale pamiętam salon. Marmurowy kominek w którym płonie ogień, nad nim portret dziadka powstańca, w rzeźbionych ramach. Zabytkowy zegar na stoliczku, ściany pełne obrazów i portretów rodzinnych, stylowe meble. Wschodni dywan na lśniącej posadzce. Pamiętam woń woskowanych podłóg, lawendy w szufladach komód. Zapach sosnowych polan przy kominku, suszonych ziół, owoców stojących na stole, konfitur w kredensach. Lubiłem woń starych książek w pokoju bibliotecznym. Po prostu zapach rodzinnego domu. To była zima, kiedy nas wyrzucili. Przyszło kilku chłopów z dwoma ubowcami. Wleźli brudnymi buciarami na dywany i kazali nam się wynosić z dworu. Pozwolili  wziąć tylko to, co konieczne i tyle. Gdyby nie radziecki oficer, może by nas chłopstwo zabiło, bo tam mieszkali też Ukraińcy. Mama niosła siostrę  i cicho płakała. Chlopską furmanką zawieźli nas do miasta. Cały czas patrzyłem na nasz dom, jak znikał za drzewami parku. Nie płakałem, ale czułem w sercu nienawiść. Nigdy nie zapomniałem tego piekącego uczucia nienawiści i bezsiły. A ty, Izuniu, pamiętasz coś z dzieciństwa?

 
Typowy dwór polski
  - Ja nigdy nie byłam w naszym rodzinnym dworze na kresach. Ale zapamiętałam doskonale to, co opowiadali mi dziadkowie i rodzice. Wszystkie dwory  na kresach były ostoją polskości. Dlatego zwalczano nas tak zawzięcie i niszczono nasze domy. Mama opowiadała, jak wspaniale obchodzono święta w zimie 1939 roku. Były kuligi saniami do sąsiednich majątków, bale i tańcujące herbatki. Na Wielkanoc zjechała cała rodzina i dalsi krewni, jakby przeczuwając, że nasz czas się kończy. Kiedy wybuchła wojna, dziadkowie przebywali w majątku przekonani, że Niemcy tam nie dotrą. Dziwnym trafem uratował im życie także jakiś młody oficer NKWD, który zobaczywszy w pustym domu dwoje starszych ludzi, kazał im natychmiast uciekać uprzedzając, że w nocy mają po nich przyjść. Ukraińcy już roznosili haftowane ręczniki – znak, że będą rżnąć Lachów! Nie, - powtórzyłam ze smutkiem – Nie znam mego domu, ale wiem, jak bardzo kochałabym tę ziemię, która była własnością moich przodków od ponad trzystu lat.
Dwór szlachecki na kresach wschodnich (Niemcewiczów)
  - Moja mama nienawidzi  PRL-u. - wyznał Bronek. - Dlatego nie chciała być nauczycielką, choć miała kwalifikacje. Z natury jest dosyć wyniosła i nie lubi się spoufalać z ludźmi.
    Roześmiałam się, przypomniawszy sobie zachowanie mojej babci, a raczej obu babć i cotek, o bardzo podobnych charakterach. Starsze panie były nieprzejednane w swej niechęci do nowej władzy i odmiennej rzeczywistości. Powiedziałam o tym Bronkowi, wspominając scenę, jaką urządziła mi babcia, kiedy chciałam zaprosić ją na mój ślub.  Okazało się, że mama Bronka zatelefonowała do mojej babci i obie damy bardzo przypadły sobie do serca. Teraz często wymieniają listy i dzwonią do siebie. To wiadomość mocno mnie zaskoczyła, bo babcia nawet słowem nie wspomniała o tym w listach, czy dzwoniąc do nas. O, chytra starowinka! - pomyślałam z podziwem.
    Nie mogłam odżałować, że Bronek przyjechał  tylko na dwie godziny. Bardzo chciałam, żeby został dłużej, do powrotu rodziców, ale nie mógł. Pogadaliśmy jeszcze przez chwilę, całowaliśmy się i znowu pożegnałam go na dłuższy czas. 
    Kiedy wyszedł, patrzyłam za nim przez okno mego pokoju, czując do siebie niemal nienawiść za to, że nie potrafiłam być dla niego taką kobietą, o jakiej marzył. A przecież kochałam Bronka i kiedy byłam sama i myślałam o nim, czułam pragnienie oddania się mu i zakończenia tej męczarni. Zdawałam sobie sprawę, że on także z trudem nad sobą panuje. Ale każdy sen i ciemność dalej napawały mnie przerażeniem, a widmo zmarłego zdawało się cieszyć z moich życiowych niepowodzeń.c.d.n.