środa, 27 września 2017

SEKRETY RODZINNE - PIERWSZY DZIEŃ NOWEGO ROKU 1968!


  27 września 2017 r.

   Spałam jak zabita, bardzo zmęczona po zabawie. Dopiero o jedenastej usłyszałam pukanie do drzwi i głos Bronka:
- Wstawaj, śpiochu, pół dnia minęło!
- Po jakiego diabła mnie budzisz? Chcę spać!
- Nic z tego. Zaraz wstaniesz, ubierzesz się pięknie i wszyscy pójdziemy do kościoła na noworoczną sumę.
-To idźcie sobie, ja śpię!
- Skarbie, nie prowokuj, bo wejdę do pokoju i wlepię ci kilka mocnych klapsów!
- Szlachetny kawalerze. - jęknęłam zbolałym tonem. - Pozwól znękanej po balu damie, nieco odpocząć. Albowiem nie jestem w stanie podnieść się z łoża.
- Ja ci pomogę! - ofiarował się z ochotą mój przyszły mąż.
- Cholerny dewot i kawał drania i ja mam za takiego wyjść za mąż? - buntowałam się, próbując wytargować jeszcze trochę snu, ale nic z tego nie wyszło.
- Broniu, - usłyszałam zz drzwiami głos taty - ona kompletnie się wyrodziła. Zrobiła się z niej ateistka, marksistka, leninistka, i woli iść do kawiarni, niż do kościoła.
- Niech się tatuś nie martwi, ja sobie z nią poradzę. - zapewnił tatę Bronek i jeszcze energiczniej zapukał do drzwi. - Iza, wstań, złotko, bo wejdę do pokoju i wyleję ci na głowę kubeł zimnej wody..

   Wystawiłam jedną nogę i prędko schowałam ją pod kołdrę. Po chwili wystawiłam drugą nogę i postanowiłam nakryć się kołdrą wraz z głową i spać dalej. Niestety, do pokoju weszła mama, uśmiechnięta i zanim zdążyłam się nakryć, pochyliła się nade mną, całując mnie w czoło.
- Broneczek już nam mówił! Tacy jesteśmy z ojcem szczęśliwi… Długo na to czekaliśmy. Będziesz miała wspaniałego męża, córeczko.
- Mamo, ja jestem śpiąca… - jęknęłam spod kołdry. - A Bronek jest podły!
- Wstań, kochanie, wstań. Przecież Broneczek wieczorem wyjeżdża. Musicie porozmawiać o ślubie.
    Rozdzierająco ziewnęłam, bo chciało mi się rozpaczliwie spać, ale mama stała nade mną, jak kat nad grzeszną duszą, i musiałam w końcu podnieść się z posłania. Narzuciłam na siebie szlafrok i pomaszerowałam do łazienki. Po drodze zobaczyłam tatę i Bronka popijających winko.
- Jutro się wyśpisz, kochanie, - zawołał Bronek, kiedy mijałam drzwi jadalni.
- Jutro idę do roboty! - warknęłam.
- Pośpiesz się złotko, bo spóźnimy się na nabożeństwo. - ponaglił mnie jeszcze.
- Apostoł, kurwa! - mruknęłam, ale cichutko, bo inaczej nawarzyłabym sobie piwa.
    Pod prysznicem poczułam się nieco bardziej przytomna i myjąc się, celowo głośno nuciłam: Piosnka się na usta rwie, SP! SP!
                                     Do roboty! Do roboty!
- No sam widzisz, co z niej wyrosło. - westchnął ojciec na tyle głośno, że go usłyszałam. - To pobyt w Warszawie tak ją odmienił.
    Już raźniej powróciłam do swego pokoju, żeby coś ubrać na siebie i zrobić makijaż. W jadalni wszyscy siedzieli przy obficie zastawionym stole. Na mój widok, Bronek podniósł się, objął mnie i pocałował mocno w usta.
- Będę miał żonę śpiocha. - powiedział ze śmiechem.
- Jeżeli będziesz mnie budził, tak jak dziś, to w ogóle nie będziesz miał żony, bo uroczyście ciebie się wyrzeknę! - zagroziłam. - Jeszcze nie jesteśmy po ślubie i zawsze mogę się rozmyślić.
     
   Usiadłam przy stole i nałożyłam sobie na talerzyk dzwonko śledzia w śmietanie, bo miałam niesmak w ustach po wczorajszej pijatyce.
Marudziłam, ale ponaglana przez rodzinę, nareszcie włożyłam futro i wyszliśmy z domu. Dzień był mroźny, ale pogodny, Ulice zasypane były śniegiem, którego nikt przez święta nie sprzątał. Lecz niebo na wschodzie już zaciągało się chmurami, zapowiadającymi nadciągającą śnieżycę. Martwiłam się, że Bronek może mieć utrudnioną podróż, bo pociągi z pewnością zaczną się spóźniać.
    W kościele, jak zwykle przy święcie, było mnóstwo ludzi i tylko mama usiadła, bo jakiś starszy pan ustąpił jej miejsca w ławce. Ojciec, Bronek i ja staliśmy. Bolały mnie nogi, krzyż i głowa. Z całej siły zaciskałam wargi, żeby szeroko nie ziewnąć i nie napiszę, co wtedy myślałam, żeby nie wypaść na bezbożnika.
    Jednak po chwili zwróciłam uwagę na Bronka i żarliwość, z jaką się modlił, nie zważając na ryk organów i fałszujące śpiewy zebranych w kościele ludzi. Ja nie umiałam tak serdecznie się modlić. Nie wiem dlaczego. Chyba jednak tata miał trochę racji; byłam już niemal agnostyczką i nabożeństwa kościelne nie robiły na mnie wrażenia.
    Pod koniec mszy, ludzie z uniesieniem śpiewali „Boże coś Polskę”, a ja znowu przekornie pomyślałam, że od wieków za dużo roboty zwalamy na Pana Boga, a za mało sami staramy się sobie pomóc. Jesteśmy narodem kłótliwym i niezaradnym, gotowym zniszczyć każdą daną nam przez los szansę. Potem rozpaczliwie wzywamy Matkę Boską, mianując ją Królową Polski, żeby tylko mieć jakieś poparcie w niebie. Niestety, jak już powiadał cesarz Napoleon, Pan Bóg jest zawsze po stronie silniejszego!
    Po powrocie do domu, zasiedliśmy znowu przy stole, pojadając co nieco.
- Bronek mówił, że chcesz wziąć ślub dopiero w przyszłym roku? - odezwał się tata. - Po co to odwlekać w nieskończoność?
- A dlatego, kochany tatku, że mamy z Bronkiem mnóstwo spraw do załatwienia. Ślub ślubem, ale co dalej? - spojrzałam pytająco na Bronka.
- O czym myślisz, kochanie? - pochylił się w moją stronę, sięgając po kawałek sernika.
- Zapominasz, że ja studiuję i nawet dla ciebie z tego nie zrezygnuję. To raz, po drugie, gdzie się pobierzemy – tu, czy w twoim mieście? Po trzecie – co potem? Gdzie zamieszkamy, bo własnego mieszkania nie masz.
-To wszystko jest do uzgodnienia, złotko. Jeśli chodzi o zamieszkanie, to przecież u mojej mamy są trzy pokoje. Możemy tam zamieszkać do czasu, aż otrzymamy własne lokum. To nie potrwa długo, pół roku, najwyżej rok. Może nawet krócej.
    Patrzyłam na niego przez zmrużone powieki i już czułam wzbierającą we mnie złość.
- Zwracam ci uwagę, Broneczku, że tutaj także mamy trzy pokoje. - powiedziałam niemal pieszczotliwym tonem, ale moja mina wcale nie była czuła.
- Oczywiście, skarbie, dla w tym mieście nie ma lotniska i tu nie mógłbym latać. - odpowiedział spokojnie.
- No widzisz? I już jest jeden bardzo poważny problem. A wy chcecie, żebyśmy brali ślub na łapu capu! - oznajmiłam z tryumfem.
- Postaram się temu zaradzić. - rzekł spokojnie Bronek. - Studiować możesz w moim mieście, mamy tam dobry uniwersytet. Jest problem z moją służbą, bo tu nigdzie w pobliżu nie ma pułku lotniczego, ale jak już mówiłem, wszystko jest do załatwienia.


- Nie jest. - odburknęłam. - Studia muszę skończyć na moim uniwersytecie. Znam dobrze profesorów, wiem czego od nas wymagają. Jestem na drugim roku prawa i nie myślę wszystkiego zaczynać od nowa. Poza tym, gdzie znajdę w twoim mieście pracę? Przecież z jednej pensji nie kupimy mebli i całego gospodarstwa, do nowego mieszkania.
    Zaczęłam zachowywać się jak jędza, ale miałam zły humor. Byłam zmęczona i senna. A przede wszystkim, bynajmniej nie zapomniałam o wczorajszym spotkaniu w kasynie, ze świadkiem z mojego fatalnego ślubu. Z mroków niepamięci wypłynęły wspomnienia o przygotowaniach do pierwszego małżeństwa. Wtedy nie widziałam żadnych przeszkód, na przekór przestrogom rodziców, krewnych i przyjaciół.
    
   Ale teraz pamięć o tamtych czasach, powracała wraz z niechęcią, wprost wstrętem do poślubienia kogokolwiek. Nie chciałam wychodzić za mąż! Nie chcę nic zmieniać, niech wszystko pozostanie, tak jak jest. Wyobraziłam sobie, że może Bronek zapragnie dzieci? Ten temat starannie omijałam w rozmowach. Nie chcę mieć dzieci i boję się wychodzić ponownie za mąż! Te myśli przelatywały mi przez głowę, gdy siedziałam przy stole i gryzłam pierniczka. c.d.n.