czwartek, 21 września 2017

SEKRETY RODZINNE - TRAGICZNY GRUDZIEŃ I PECHOWY SYLWESTER!


  21 września 2017 r.

   Dziś, idąc ulicą, spotkałam Pelę. Od czasu ostatniej rozmowy telefonicznej, nie odzywała się do mnie, a ja do niej. Dostrzegła mnie, skinęła głową i zrobiła taki ruch, jakby chciała do mnie podejść. Nie odpowiedziałam na ukłon i odwróciwszy głowę, prędko odeszłam. Nie mogłam jej wybaczyć, że wmieszała mnie do swego romansu z Witkiem. Nie znosiłam Weronki, ale wyobrażałam sobie jakbym ja się czuła w sytuacji, kiedy inna kobieta odebrałaby mi męża. Swoim egoistycznym zachowaniem Pela sprawiła, że Witek musiał opłacić jej zabieg i teraz nie ma pieniędzy na dobrego adwokata, żeby się rozwieść w końcu z żoną. Kiedyś Pelę lubiłam i dosyć często się spotykałyśmy, ale po tym co zaszło, nie zamierzam utrzymywać z nią dalej znajomości i widzieć jej na oczy. Nie zasługiwała na współczucie.
    Na Mikołaja dostałam od Bronka paczkę, a w niej francuskie perfumy i śliczny materiał na sukienkę – także francuski. Napisał mi w liście dołączonym do paczki, że perfumy i materiał przywiózł mu kolega, pilot samolotu pasażerskiego, mającego loty do Paryża. Materiał jest naprawdę piękny; czarny kaszmir, ze wspaniałym, jedwabnym, białym haftem, roślinnych wzorów na przodzie. Tańcząc z Bronkiem w kasynie na Sylwestra, będę miała prześliczną suknię. Bronek obiecał mi, że na pewno przyjedzie! Och, jak ja się będę bawić!
    
   Wspaniała była zabawa Barbórkowa, bo w tym roku nikt przed świętem nie zginał! Barbórka minęła bezkrwawo. Byłam na niej z rodzicami, a także z Alinką i Staszkiem. Potem dołączył do nas Witek. Wyprowadził się z domu i teraz mieszka z rodzicami, którzy odstąpili mu jeden pokój. Jestem z tego bardzo zadowolona, bo jego mama, pani Wanda, będzie miała oko na syna i nie pozwoli mu popełnić jakiegoś głupstwa. O jego romansie z Pelą nie wie, podobnie jak i Alinka. Ja i Staszek dochowaliśmy sekretu.
- Wiesz, - powiedział Staszek, gdy razem tańczyliśmy. - Zaczynam od nowego roku oszczędzać każdy grosz.
- Ciekawe z czego, bo oboje z Alisią groszem nie śmierdzicie. - zauważyłam rozsądnie.
- Będę brał nadgodziny. Alinka dostanie trochę grosza od rodziców i jakoś się zbierze.
- Na co zbieracie?
- W FSO wyprodukowali już nowy model Fiata 125p. Piękny wóz i koniecznie muszę go sobie kupić.
- Stasiu, przecież ty nawet na rowerze źle jeździsz, bo nie potrafisz utrzymać równowagi. Już z drugiego roweru ojca zrobiłeś „ósemkę!” A zamierzasz zasiąść za kierownicą samochodu? Żywa torpeda?
- Oj, Iza, nie opowiadaj, bo to tylko wroga propaganda i plotki. Wszystkiego można się nauczyć. Chcę mieć to auto i basta!
- W porządku, ale najpierw wykup na cmentarzu jakieś malownicze miejsce i zamów u kamieniarza gustowny grobowiec, bo ręczę, że w ciągu miesiąca rozwalisz auto i siebie. Byle nie żonę!
    Zmierzył mnie złym wzrokiem i powiedział:
- Są chwile, gdy się zastanawiam, czy nie sprawić ci solidnego lania. A może jakaś mała operacyjka, ślepa kiszka, czy coś innego?
- Propozycja kusząca, ale z niej raczej nie skorzystam. - roześmiałam się, widząc jego minę. - Stasiu, to wszystko w trosce o całość twojej osoby, a także pasażerów jakich będziesz wiózł.
- W takim razie zapraszam na pierwszą moją jazdę. Jeżeli dojedziesz cała i zdrowa do domu, to ja ci potem stłukę tyłek! Za karę.
  
Polski Fiat 125p.
   Wróciliśmy na miejsce i przez całą resztę wieczoru, dokuczaliśmy mu, nazywając go „królem szosy”. Obraził się na Alinkę, która zdradziła nam, że w dzieciństwie Staszek miał chorobę automobilową i ledwie wsiadł do auta, czy pociągu, zaraz „puszczał pawia”. Odgryzł się zaraz Alince oświadczając, że owszem, nawet niedawno pojechał do rygi, ale nie po podróży, tylko po gulaszu, ugotowanym rączkami kochanej żoneczki!     Bawiliśmy się niemal do rana. Niech żyje nam górniczy stan!
    Codziennie chodzę z bolącą głową, bo kuję nocami, przygotowując się do egzaminów. Podobno, kto przeżył pierwszy rok studiów, może mieć nadzieję, że dożyje ostatniego semestru i dyplomu. Ja nie jestem pewna czy przeżyję drugi rok, bo naprawdę trudno pogodzić prace w księgowości i studia. Ostatnio tata powiedział mi „komplement”, że wyglądam jak zmora i Bronek przestraszy się mnie. Rzeczywiście, bardzo zeszczuplałam, co mnie raczej nie martwi, ale często sypiam tylko cztery, lub pięć godzin, żeby opanować cały materiał z  semestru. 
   Chodzę zmęczona i mam podkrążone oczy. Mama stara się mnie dokarmić, czyli utuczyć, a moja kochana przyjaciółka konowałka, ładuje we mnie witaminy w tabletkach i w zastrzykach. Ta dziewczyna mnie wykończy! Całą pupę mam skłutą zastrzykami i boli mnie przy siadaniu, ale Alinka zapewnia, że zastrzyki dobrze mi zrobią!
   Koniec tego roku był naprawdę przerażający! Znowu straszna katastrofa! Tak się wszyscy cieszyli, że Barbórka minęła bezkrwawo!   Przyszła jednak po swoje ofiary, ale tym razem nie po górników.
    13 grudnia była ciemna i mroźna noc zimowa. Ludzie ze wsi Iwiny, i sąsiednich wiosek, znajdujących się w pobliżu kopalni miedzi 
Zakłady Górnicze "KONRAD"
"KONRAD", spali głęboko, kiedy o trzeciej nad ranem nadeszła śmierć.  
Fala z błota i osadów poflotacyjnych kopalni, z ogromnego stawu osadowego znajdującego się na wzgórzu, runęła na pogrążoną we śnie wieś w pobliżu kopalni i na sąsiednie wioski. Być może pod wpływem silnego mrozu, lub z innych przyczyn, powstała wyrwa w tamie stawu i tą wyrwą popłynęła z góry z ogromną szybkością fala błota. Z siłą taranu uderzyła w domy, wywalając drzwi i okna i wdzierając się do mieszkań, do stodół i obór.
    
Kto miał szybki refleks, uciekał na wyższe piętra domów i ocalał, ale ludzie znajdujący się na parterze, zaskoczeni we śnie, ginęli straszną śmiercią, tonąc w błocie. Niektórzy próbowali uciekać w samej bieliźnie, ale fala porywała ich i niosła ich zwłoki dalej, nawet o kilka kilometrów.
Grozę potęgowała noc i siarczysty mróz, ścinający błoto w lodową skorupę. 
   
Zniszczenia były ogromne i widoczne jeszcze przez wiele lat po katastrofie. Zginęło 18 osób, a 570 było poszkodowanych, 150 budynków gospodarczych zniszczonych w siedmiu wsiach, nie licząc potopionego bydła i upraw. Zniszczeniu uległa także stacja kolejowa, bo siła powodzi powyrywała szyny. Fala była tak potężna, że jak gigantyczny pług przeorała glebę i niszczyła wszystko na swojej drodze, na odległość wielu kilometrów. 
    Grozę sytuacji  powiększał również fakt, że fala powaliła słupy trakcji elektrycznej i telefonicznej. Nie było kontaktu z miejscami katastrofy.. Dopiero na drugi dzień radiostacja wojskowa, umieszczona przy kopalni, zaczęła łączyć z miastem. Tragedia wstrząsnęła ludźmi z pobliskich miast i miasteczek. Polskie radio i telewizja, powiadomiły o katastrofie w wiadomościach.
    
Trzeba przyznać, że władze stanęły na wysokości zadania. Pomoc przyszła natychmiast. Jeszcze tej samej nocy ruszyło wojsko, jadąc amfibiami na ratunek powodzianom. Rano przyleciał śmigłowcem któryś z ministrów, być może nawet sam premier Cyrankiewicz. Uruchomiono punkty ratunkowe dla poszkodowanych, zorganizowano wielkie dostawy żywności, środków czystości, odzieży i bielizny. Ale to wszystko było niczym, w porównaniu z tragedią ludzką po stracie najbliższych. W katastrofie zginęły również dzieci.
   
W Iwinach odsłonięto tablicę poświęconą pamięci ofiar katastrofy.
    To był straszny grudzień, który zapisał się w ludzkiej pamięci na zawsze. Wiele osób potonęło śmierć w błocie i odnajdywano ich zwłoki dopiero po kilku dniach. Ostatnią ofiarę katastrofy znaleziono 31 grudnia 1967 r. Miałam przeczucie, że nadchodzący rok 1968 będzie jeszcze dramatyczniejszy.
                                -------------------------------------

    Dzień Sylwestra wstał mroźny i od rana sypał śnieg. Nie poszłam do pracy, bo wzięłam sobie wolne za przepracowane nadgodziny w czasie bilansu rocznego. To była coroczna katorga, znienawidzona przeze mnie. Ciągnęła się tygodniami, zadręczając nas regularnie. Wszystkie byłyśmy złe jak osy i kłóciłyśmy się o jakieś nieważne drobiazgi.      Wstawałam o piątej, o wpół do siódmej jechałam do pracy, wracałam zwykle po godzinie dwudziestej drugiej, kiedy odwoził nas do domów zakładowy autobusik. Mama pilnowała, żebym jadła obiad, ale byłam taka zmęczona, że nie chciało mi się nawet ruszać szczęką. Wzięłam więc dzień wolnego, żeby na Sylwestra wyglądać jak człowiek, a nie jak upiór z opery.
    Bronek miał przyjechać popołudniowym pociągiem, więc stawałam na głowie, aby do tego czasu zrobić się na bóstwo. Poprzedniego dnia byłam u fryzjera, zamówionego jeszcze w listopadzie. Kazałam sobie nieco rozjaśnić włosy i zrobić hennę oraz manikiur. Kładąc się spać, zawiązałam na głowie chusteczkę, aby nie zgnieść fryzury i spałam dosłownie na jednym boczku i jednym oczkiem, gdyż w czasie mocnego snu, piękną koafiurę mógł szlag trafić.
    Paryska suknia była już gotowa, uszyta przez genialną panią krawcową i prezentowała się pięknie. Rano, mama nie pozwoliła mi zbyt wcześnie wstać, tylko kazała leżeć, z okładem rumiankowym na oczach i maseczką ze świeżych ogórków i miodu na gębie. Tata wszedł do mego pokoju, by o coś spytać i zobaczywszy mnie, prędko uciekł, wołając:
- Lusiu, ktoś nam córkę zamienił. Tam leży jakieś czupiradło!
    
   Nawet śmiać się nie mogłam, bo maseczka ściągała mi skórę.
Ale gdy już wstałam i wzięłam kąpiel, stwierdziłam, że wyglądam wcale, wcale. Miałam gładką, napiętą skórę, błyszczące oczy i byłam nareszcie wypoczęta, po wielodniowej harówce. Postanowiłam zjeść na obiad tylko drugie danie, żeby się nie przejadać i być lekka.
    W południe zadzwoniła Alinka.
- Wyobraź sobie, kotku, że te świntuchy, wpakowały dziś Stasiowi popołudniowy dyżur! - poskarżyła się z oburzeniem. - Przyjedzie do kasyna dopiero koło północy! A co ty teraz robisz?
- To samo, skarbie, co ty! Staram się, by oczarować Bronka.
- Aha. Ale on już jest oczarowany. O której przyjedzie?
- Pociąg przyjeżdża o siedemnastej dwadzieścia. O ile nie ma spóźnienia – na psa urok! W takim razie czekaj w domu, przyjedziemy po ciebie taksówką.
- Nie trzeba. Witek zabierze mnie do kasyna autem. Zajmiemy wam dobre miejsca. Z czego zrobiłaś maseczkę?
- A skąd wiesz, że ją robiłam?
- Bo znam ciebie, koteczku. - Alinka zaśmiała się serdecznie. - No więc z czego?
- Z ogórków i z miodu. Dobrze działa na skórę.
- Jejku, a skąd wytrzasnęłaś świeże ogórki? W grudniu?
- Znajomy taty ma szklarnię i sprzedał mi dwa ogórki, bo powiedziałam, że chcę zrobić mizerię do mięsa. A z czego ty masz maseczkę?

   - Z jajek. Teraz wyglądam jak Chińczyk, albo jak osoba ciężko chora na żółtaczkę. Ty to masz dobrze. - westchnęła Alinka. - No, to do zobaczenia w kasynie. - zakończyła rozmowę i odłożyła słuchawkę. c.d.n.